Jeśli żyjemy w miejscu, gdzie możemy myśleć o wojnie jako o stanie wyjątkowym, to mamy dużo szczęścia. Wojna jawi się wtedy jako coś zaledwie majaczącego na horyzoncie czasu i przestrzeni. Wtedy nasza polis praktykuje rutynę pokoju, utrwala instytucje i języki mówiące o bezruchu. Wojna, podobnie jak nomadyzm – w ujęciu Gilles’a Deleuze’a i Félixa Guattariego – niepokoi i rozbija tę spoistość narracji o osiadłości. Maszyna wojenna przynosi ruch i zmianę. Dlatego osiadłość przygotowuje się do wojny: wypracowuje procedury, chroni granice, podsyca myśl narodową, która w chwili próby ma okazać się ostatecznym argumentem przemawiającym za koniecznością przelania krwi. Wszystkie te działania jednak prowadzone są z perspektyw pokoju, dla którego wojna jest odległym ryzykiem. Nie inaczej jest z językiem, który, wyćwiczony w nazywaniu codziennych spraw, nie pasuje do wojennej rzeczywistości. Wojna jest gdzieś tam – w dystansie, w przeszłości – a nasza mowa tu i teraz. Wojna nam się wymyka, wyślizguje się gładkim zdaniom. Bardzo łatwo ją zagadać i oswoić. Co jest tu właściwszą strategią: potraktować wojnę jako nieuniknioną część naszej rzeczywistości czy może utrzymywać językowo jej obcość? To pytanie, które zadaje sobie chyba każdy, kto decyduje się pisać poważnie o wojnie.
Tak można czytać na przykład powieść Null Szczepana Twardocha. Jest opowieścią o wojnie, osadzoną w konkrecie rosyjskiej inwazji na Ukrainę, ale jest także traktatem językoznawczym, a niemal każdy dowolnie wybrany akapit tej książki pozwala umiejscowić się – za pomocą narzędzi językoznawczych – na mapie, gdzie linią wyznaczającą oś świata jest tytułowy null – linia frontu. W dużej odległości od niej języki są rozpoznawalne, dobrze nam znane, czasem nacechowane stylistycznym piętnem narratora lub bohaterów. Ale im bliżej nulla, tym bardziej język się odkształca, tworząc mowę, której nie ma: specyficzną mieszankę polskiego i ukraińskiego. Z jednej strony dla natywnie polskojęzycznego narratora wygodną do komunikacji z ukraińskimi towarzyszami broni, a więc oszczędną i konkretną, z drugiej budującą zasieki przed pytaniami, których na froncie nie można zadawać. Obydwie – komunikująca oraz immunizująca na wojnę – funkcje języka pozwalają tę wojnę przetrwać. Narrator zachowuje znane sobie dotychczas idiolekty, wraca do nich i przekracza ich granice. W bezpośrednim sąsiedztwie nulla wszystko jednak ulega przemianie.
Poematy z bronią
Strategii poszukiwania języka, którym można opowiedzieć wojnę, jest wiele. Część z nich przynależy do prozy pisanej przez świadków wojennych wydarzeń, przez osoby dotknięte pokoleniową traumą, a także przez ludzi celowo sięgających po wojny odległe w czasie. Ostatnio jednak dzięki wspaniałym przekładom pojawiły się w polszczyźnie utwory poetyckie, rozbudowane poematy, których głównym, czasem jedynym, tematem jest właśnie wojna. Posłużenie się poezją jest wyraźnym przesunięciem w języku. Oto o wojnie będzie mówione językiem, który dla wielu ludzi pozostaje niecodzienny i inny. I być może właśnie ta inność pozwala dostrzec coś, co w prozie wojennej umyka. W tym roku dostaliśmy dwa poematy: Ciemny, ciemny las Jorgego Volpiego w tłumaczeniu Tomasza Pindela oraz Szkołę ćwiczeń Ishiona Hutchinsona przełożoną przez Jerzego Jarniewicza. Do tych znakomitych utworów dołączyłbym wydany w Polsce w 2020 roku Monument. Wykopaliska z „Iliady” Alice Oswald w tłumaczeniu Magdy Heydel. W każdej z tych książek mowa o innej wojnie. Zestawienie wszystkich trzech utworów może sugerować podprowadzenie pod łatwą tezę, że każda wojna jest taka sama. To byłby jednak największy błąd, który to, co „swoje” – a więc „osiadłe” – może popełnić wobec wojny. I właśnie języki tej poezji pokazują, jak różne mogą być wojny. Mimo to wspomniane tu utwory coś łączy, i to na niezmiernie ważnym poziomie.
Wojny dalekie
Po pierwsze, język poetycki. Jest to może najwyraźniej widoczne w rytmicznej frazie Volpiego, który znany jest głównie jako prozaik, a jego najpopularniejsza powieść opowiada o poszukiwaniu nazistowskiego zbrodniarza. W jego przypadku przejście na stronę poezji jest gestem najbardziej wyrazistym. Dlaczego poezja? To pytanie otchłanne. Dla jednych poetycki język może zbyt wygładzać wojenne fałdy, dla innych wręcz przeciwnie, ostrość poetyckiego noża potrafi przecinać skórę aż do kości. Poezja jest tu na pewno językiem nieoczywistym i niecodziennym. Jest nim nie tylko dla czytelników prozy lub tych, którzy unikają literatury, lecz jest nim także w pewnym sensie dla poetów. Jaki ułamek wypowiedzianych przez nich słów stanowią wiersze? Proza o wojnie oznacza ryzyko popadnięcia w zwyczajność, a więc pewien stopień zatarcia inności wojny. Widać to choćby w wybitnym zbiorze opowiadań To, co nieśli Tima O’Briena. Autor, niezwykle literacko świadomy i pytający ciągle o sens wojennej opowieści, z konieczności musi pokazać w wojnie momenty zupełnie swojskie. Poza zabijaniem i umieraniem jest miejsce na codzienność, śmiech, przyjaźń, komizm i zwykłe życie. Jest to co prawda życie ciągle kwestionowane, lecz mające swoje wolniejsze przebiegi, bliższe osiadłości i pokojowi. To ważna prawda o wojnie, przebijająca się również w przywołanych poematach. Ale poezja pozwala spojrzeć na wojnę inaczej, zachować jej radykalną nieswojskość i niesamowitość.
Po drugie, wojny, o których pisze cała trójka, są na różny sposób odległe. Oswald sięga do mitologicznej wojny trojańskiej, w pewnym sensie dalej sięgnąć nie można. Hutchinson opowiada historię jamajskiego batalionu, wcielonego do armii brytyjskiej i wysłanego na Bliski Wschód podczas pierwszej wojny światowej. Ta wojna jest odległa z co najmniej dwóch powodów. Poeta może być co najwyżej prawnukiem opisywanych żołnierzy, zerwana jest więc nawet nić pamięci rodzinnej. Ale może ważniejsze jest to, że pewnego dnia Jamajczycy zostali wysłani na drugi koniec świata, żeby zabijać i ginąć za odległe imperium, które nad nimi panowało. Zatem nawet wówczas, ponad sto lat temu, nie była to ich wojna. Być może na tym polega najbardziej radykalna inność wojny: większość ofiar ginie w nie swojej wojnie, ponieważ wojna nie może być czymś własnym, jest zawsze radykalną obcością.
Volpi z kolei opisuje wymyśloną wojnę rozgrywającą się w fikcyjnej przestrzeni, przypominającej pod pewnymi względami jakiś kraj europejski. Nie są to więc wojny, które bezpośrednio dotknęły autorów. I być może dzięki temu dystansowi mogą oni pozwolić sobie na więcej, niż gdyby jako świadkowie byli zobowiązanymi do wiernego relacjonowania faktów. Ich wybory sprawiają, że mogą dotrzeć do innych pokładów prawdy. Jak pisała w Lordzie Nevermore Agneta Pleijel:
Tym samym utknęliśmy w jednym z wielu zapomnianych epizodów pierwszej wojny światowej, chociaż można by się zająć tyloma nowszymi i późniejszymi wojnami, większym cierpieniem. No ale tak jest ze wszystkimi opowieściami.
Lamentacje
Najdalej od współczesności odchodzi Alice Oswald. Jej poemat to projekt olśniewający. Autorka nazywa go Wykopaliskami z „Iliady”. Jej praca nie przypomina jednak wydobywania przypadkowo zachowanych pozostałości po dawnych cywilizacjach, glinianych skorup czy grotów z brązu, lecz raczej precyzyjne cięcia skalpela, które usuwają, jak sama pisze, siedem ósmych eposu. Zostają wyłącznie wersy poświęcone umarłym, śmierci i umieraniu. I już sama ich objętość jest niepokojąca. Utwór zaczyna się od zestawienia w kolumnie imion wszystkich bohaterów, którzy polegli pod Troją. Pod tym względem przypomina tablicę licznych wojennych memoriałów. Lista obejmuje ponad dwieście imion, ułożonych w kolejności chronologicznej: od pierwszej do ostatniej śmierci. Dla czytelników Homera zapewne okaże się zaskakujące, jak niewiele z tych imion pamiętają. W surowej gęstwinie greckich sylab pojawiają się co pewien czas imiona znane, których właściciele jakoś zasłużyli sobie na czytelniczą pamięć, niemniej zdecydowana większość to obce słowa, nazwiska niezapamiętanych ofiar.
Strategia Oswald jest niezmiernie konsekwentna: z eposu wycina wszelką fabułę, przez co tekst, który dostajemy, nie jest już eposem. Dalej pisany jest wspaniałym poetyckim językiem, lecz to już zebrane, następujące po sobie krótkie wzmianki o poległych, w których co kilka, kilkanaście wersów pojawia się wyróżnione kapitalikami imię. Intrygująca jest wyłożona przez poetkę we wstępie hipoteza, według której Iliada to zbiór lamentacji – to nimi zajmowali się przede wszystkim dawni aojdowie – udrapowany fabularnie. I dlatego przywraca ona tę lamentacyjną pierwotną formę. Praca Oswald rzeczywiście przypomina tu wykopaliska: widzimy sam szkielet dawnego zwierzęcia, z którego czas objadł wszystko, co wiązało się z życiem. Arystoteles pisał w Poetyce, że Iliada jest prosta i patetyczna (w przeciwieństwie do skomplikowanej i etycznej Odysei). Jak filozof nazwałaby utwór Oswald? Czy Monument… byłby prosty i etyczny? W tradycji anglosaskiej istnieje wspaniały przykład literatury epitafijnej, Umarli ze Spoon River Edgara Lee Mastersa. Wykopaliska… ujawniają jednak zupełnie inny obraz śmierci. Masters przedstawia barwne życiorysy, nieraz śmieszne, nieraz poważne, jego zmarli bohaterowie są zróżnicowani. Wypreparowane z Homera lamentacje, układające się w ciąg epitafiów, pokazują zwyczajność wojennych ofiar. Rolnik, miłośnik koni, wódz, jasnowłosy, ciemnowłosy – wszyscy ci polegli są do siebie bardzo podobni. Monotonia tej litanii pokazuje najsmutniejsze chyba, ponieważ banalne oblicze śmierci: tych ponad dwieście imion zasłużyło na uwiecznienie w eposie tylko dlatego, że należą do zmarłych. Przebity włócznią, zabity mieczem, raniony strzałą, potknął się o własną tarczę. Te kilka sposobów utraty życia, które były możliwe na polach Ilionu, przyczynia się do banalizowania śmierci. I przez to Oswald osiąga porażający efekt: kiedy usunie się barwne perypetie i nadęte mowy, czytelnik zostanie sam na sam ze stertą zmasakrowanych wojną ciał, z których – jak w Przypowieści Williama Faulknera – można byłoby wybrać niemal dowolne zwłoki i przeznaczyć je do pochówku w grobie nieznanego żołnierza.
Stare pieśni
Poszukiwanie języka, żeby mówić o wojnie, prowadzi autorów do ważnych odkryć. Każdy z nich sprawdza oczywiście wyporność poetyckiej frazy, ale także sięga do języków z odległych czasów, jakby pytając, czy potrafią one sprostać naszym współczesnym doświadczeniom. Zamysł Oswald jest oczywisty: przywołanie jednego z najstarszych utworów literackich naszej kultury to poważna próba wytrzymałościowa. Wycięcie patosu pozostawia na polu bitwy małe, niemal anonimowe ludzkie dramaty, na tyle nieistotne, że zasłużyły nieraz ledwie na jeden wers. Iliada, anonsowana przez Homera jako pieśń gniewu, pod piórem Oswald staje się pieśnią żalu. Odarty zaś z fabuły epos staje się wobec wojny i śmierci równie bezbronny co współczesne próby.
Po stare pieśni sięga również Hutchinson. Szlak bojowy batalionu Jamajczyków biegnie przez miasta Bliskiego Wschodu. Noszą nazwy przywołujące na myśl starożytne biblijne opowieści: Damaszek, Jerycho, Jerozolima, Hebron, Gilead, Kanaan. Warto odnotować, że te obce słowa zapisano w tekście kapitalikami – podobnie jak imiona przywołane w książce Oswald – co wizualnie rozrywa płynność wersu. Na całą wojenną wędrówkę karaibskich żołnierzy nakłada się, niczym półprzeźroczysta gaza, całun historii biblijnych. Jest w tym zarazem hieratyczność religijnego kontekstu, jak i brutalność wojennego konkretu. Migotanie tych dwóch czasów – mitycznego i historycznego – ujawnia niezwykle współczesne prawdy o biblijnych bitwach i wojnach, krusząc narrację o narodzie wybranym. Wrogowie starożytnych Izraelitów ginęli nie z powodu swojej niespotykanej nikczemności, ale dlatego że byli – oraz że nie byli – nasi.
Także Volpi sięga do języka dawnych opowieści. Po Homerze i Biblii dostajemy mocne – zaznaczone już w tytule – nawiązanie do baśni zebranych przez braci Grimm. W opowieść wojenną wplecione są parafrazy znanych z dzieciństwa bajek: o Jasiu i Małgosi, o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku i Roszpunce. Wszystkie te dzieci mieszkają na skraju ciemnego lasu i wszędzie ten las jest siedliskiem niesamowitego. O ile jednak bajki zazwyczaj dobrze się kończą – w każdym razie dla głównych małych bohaterów – to w Ciemnym, ciemnym lesie Volpiego rozpoczęte fabuły wpadają w tytułowy las i tam przepadają. Las nie jest tu miejscem pierwotnej grozy i inności. Przeciwnie: las jest pełen dzieci, a prawdziwa groza przychodzi spoza lasu.
Volpi dobrze zabezpieczył się przed gatunkowym zaszeregowaniem. Jeśli bowiem szukać słów, z których jedno odda formę, a drugie treść jego książki, najlepiej przylega tu fraza „poemat o eksterminacji”. A tak sformułowany zwrot brzmi bluźnierczo i unieważnia sam siebie. I być może dlatego to dobry punkt wyjścia do namysłu nad Ciemnym, ciemnym lasem, ponieważ ta zastawiona na komentatorów pułapka mówi nam o obcości i aporetyczności wojny coś szalenie istotnego. Ponieważ o ile Oswald i Hutchinson piszą o walce żołnierzy, o tyle Volpi napisał książkę o najgorszych zbrodniach wojennych. W głąb lasu zostaje wysłany oddział specjalnie przeszkolonych „starych i niezdarnych”, ponieważ młodych już nie ma, młodzi już zginęli na froncie. Poznajemy ich podczas szkolenia. Są oderwani od swojego zwykłego życia, bezradni, czasem nawet sympatyczni. Ale podczas ćwiczeń przeobrażają się i kiedy przychodzą z góry straszne rozkazy, wykonują je – coraz sprawniej i skuteczniej.
Szkolenie
Motyw szkolenia łączy Ciemny, ciemny las ze Szkołą ćwiczeń. Nie chodzi tu wyłącznie o ćwiczenia w sprawności i taktyce. To szkoła, która ma przeobrazić człowieka ze zwykłego szarego obywatela w maszynę gotową zabijać i bezwzględnie spełniać rozkazy. W Szkole ćwiczeń kadeci są łamani w okrutny sposób, a przemoc ma z nich wypędzić ludzi pokoju. Tytułowa szkoła staje się miejscem narodzin nowych ludzi, ludzi wojny. W książce Volpiego ćwiczeniom sprawnościowym towarzyszy propaganda. Starzy kandydaci na wojaków uczą się nie tylko czegoś, co kwestionuje całe ich dotychczasowe życie („Wojna jest esencją życia, uczymy się tego w szkole”), ale również tego, że wrogowie, z którymi będą musieli walczyć, są insektami. Ta językowa dehumanizacja przeciwnika powoduje, że kiedy przyjdzie im wypełnić rozkazy i zacząć eksterminować, nie czują wobec ofiar nic. Z początku jeden czy drugi wymiotuje, ale po tym „chrzcie bojowym” zbrodnicza maszyna zaczyna działać z wielką sprawnością. To jest największa groza tej książki, radykalne zło, które zaskakuje czytelnika – choć przecież powinien być przygotowany, urobiony przez baśniowe inwokacje – ale ludźmi, których starzy i niezdarni wojacy mają zabijać, są pogubione w lasach dzieci. Emerytowani zbrodniarze zostali otumanieni przez język, ciągle mówią o eliminacji insektów. Czytelnicy, przygotowani przez bajkowe prologi na najgorsze, mimo pracy języka nie są jednak przygotowani na sceny w lesie. Volpi rozgrywa więc tę językową opowieść o wojnie na wielu poziomach, co pewien czas zwracając się do czytelnika: „A ty, ile razy wystrzeliłeś, czytelniku?”.
Żaden z tych trzech poematów wojennych nie unika konkretu. Mogą to być monotonnie powtarzane imiona i przyczyny śmierci, jak w książce Oswald, lub dokładne raporty strat, przywołujące co do jednego żołnierza kurczący się stan osobowy jamajskiego batalionu, jak w książce Hutchinsona, czy też brutalne sceny mordu na dzieciach, jak w książce Volpiego, podsumowane w suchych raportach o liczbie zlikwidowanych insektów.
Czujność
Według Thomasa Hobbesa wojna jest stanem pierwotnym, przezwyciężonym przez umowę społeczną. Nie jest jednak odległą epoką historyczną, którą ludzkość szczęśliwie zamknęła – pierwotność oznacza tu ciągłą możliwość wojny, ciągłą skłonność człowieka do złamania umowy, przejęcia prawa do przemocy, zniszczenia kruchej tkanki etycznych norm. Ten otchłanny pomruk wojny w różnych miejscach i czasach odzywa się z różną siłą. Żyjemy w świecie, gdzie od pewnego czasu daje się słyszeć coraz mocniej. To niepokoi i przeraża. Być może jakimś przygotowaniem będzie to nieoczywiste sięgnięcie po wojenne poematy, które dzięki swoim poetyckim poszukiwaniom, ale także dzięki ciągłej pracy przy dekonstrukcji wojennej mowy, pomogą utrzymać język i ucho w stanie czujności i ciągłego napięcia.
Bibliografia:
Hutchinson I., Szkoła ćwiczeń, tłum. J. Jarniewicz, Wrocław: Ossolineum, 2025.
Oswald A., Monument. Wykopaliska z „Iliady”, tłum. M. Heydel, Sejny: Pogranicze, 2020.
Pleijel A., Lord Nevermore, tłum. J. Czechowska, Kraków: Karakter, 2023.
Volpi J., Ciemny, ciemny las, tłum. T. Pindel, Łódź: Officyna, 2025.