Języki wojny

Jeśli żyje­my w miej­scu, gdzie może­my myśleć o woj­nie jako o sta­nie wyjąt­ko­wym, to mamy dużo szczę­ścia. Woj­na jawi się wte­dy jako coś zale­d­wie maja­czą­ce­go na hory­zon­cie cza­su i prze­strze­ni. Wte­dy nasza polis prak­ty­ku­je ruty­nę poko­ju, utrwa­la insty­tu­cje i języ­ki mówią­ce o bez­ru­chu. Woj­na, podob­nie jak noma­dyzm – w uję­ciu Gilles’a Deleuze’a i Féli­xa Guat­ta­rie­go – nie­po­koi i roz­bi­ja tę spo­istość nar­ra­cji o osia­dło­ści. Maszy­na wojen­na przy­no­si ruch i zmia­nę. Dla­te­go osia­dłość przy­go­to­wu­je się do woj­ny: wypra­co­wu­je pro­ce­du­ry, chro­ni gra­ni­ce, pod­sy­ca myśl naro­do­wą, któ­ra w chwi­li pró­by ma oka­zać się osta­tecz­nym argu­men­tem prze­ma­wia­ją­cym za koniecz­no­ścią prze­la­nia krwi. Wszyst­kie te dzia­ła­nia jed­nak pro­wa­dzo­ne są z per­spek­tyw poko­ju, dla któ­re­go woj­na jest odle­głym ryzy­kiem. Nie ina­czej jest z języ­kiem, któ­ry, wyćwi­czo­ny w nazy­wa­niu codzien­nych spraw, nie pasu­je do wojen­nej rze­czy­wi­sto­ści. Woj­na jest gdzieś tam – w dystan­sie, w prze­szło­ści – a nasza mowa tu i teraz. Woj­na nam się wymy­ka, wyśli­zgu­je się gład­kim zda­niom. Bar­dzo łatwo ją zaga­dać i oswo­ić. Co jest tu wła­ściw­szą stra­te­gią: potrak­to­wać woj­nę jako nie­unik­nio­ną część naszej rze­czy­wi­sto­ści czy może utrzy­my­wać języ­ko­wo jej obcość? To pyta­nie, któ­re zada­je sobie chy­ba każ­dy, kto decy­du­je się pisać poważ­nie o woj­nie.

Tak moż­na czy­tać na przy­kład powieść Null Szcze­pa­na Twar­do­cha. Jest opo­wie­ścią o woj­nie, osa­dzo­ną w kon­kre­cie rosyj­skiej inwa­zji na Ukra­inę, ale jest tak­że trak­ta­tem języ­ko­znaw­czym, a nie­mal każ­dy dowol­nie wybra­ny aka­pit tej książ­ki pozwa­la umiej­sco­wić się – za pomo­cą narzę­dzi języ­ko­znaw­czych – na mapie, gdzie linią wyzna­cza­ją­cą oś świa­ta jest tytu­ło­wy null – linia fron­tu. W dużej odle­gło­ści od niej języ­ki są roz­po­zna­wal­ne, dobrze nam zna­ne, cza­sem nace­cho­wa­ne sty­li­stycz­nym pięt­nem nar­ra­to­ra lub boha­te­rów. Ale im bli­żej nul­la, tym bar­dziej język się odkształ­ca, two­rząc mowę, któ­rej nie ma: spe­cy­ficz­ną mie­szan­kę pol­skie­go i ukra­iń­skie­go. Z jed­nej stro­ny dla natyw­nie pol­sko­ję­zycz­ne­go nar­ra­to­ra wygod­ną do komu­ni­ka­cji z ukra­iń­ski­mi towa­rzy­sza­mi bro­ni, a więc oszczęd­ną i kon­kret­ną, z dru­giej budu­ją­cą zasie­ki przed pyta­nia­mi, któ­rych na fron­cie nie moż­na zada­wać. Oby­dwie – komu­ni­ku­ją­ca oraz immu­ni­zu­ją­ca na woj­nę – funk­cje języ­ka pozwa­la­ją tę woj­nę prze­trwać. Nar­ra­tor zacho­wu­je zna­ne sobie dotych­czas idio­lek­ty, wra­ca do nich i prze­kra­cza ich gra­ni­ce. W bez­po­śred­nim sąsiedz­twie nul­la wszyst­ko jed­nak ule­ga prze­mia­nie.

Poematy z bronią

Stra­te­gii poszu­ki­wa­nia języ­ka, któ­rym moż­na opo­wie­dzieć woj­nę, jest wie­le. Część z nich przy­na­le­ży do pro­zy pisa­nej przez świad­ków wojen­nych wyda­rzeń, przez oso­by dotknię­te poko­le­nio­wą trau­mą, a tak­że przez ludzi celo­wo się­ga­ją­cych po woj­ny odle­głe w cza­sie. Ostat­nio jed­nak dzię­ki wspa­nia­łym prze­kła­dom poja­wi­ły się w pol­sz­czyź­nie utwo­ry poetyc­kie, roz­bu­do­wa­ne poema­ty, któ­rych głów­nym, cza­sem jedy­nym, tema­tem jest wła­śnie woj­na. Posłu­że­nie się poezją jest wyraź­nym prze­su­nię­ciem w języ­ku. Oto o woj­nie będzie mówio­ne języ­kiem, któ­ry dla wie­lu ludzi pozo­sta­je nie­co­dzien­ny i inny. I być może wła­śnie ta inność pozwa­la dostrzec coś, co w pro­zie wojen­nej umy­ka. W tym roku dosta­li­śmy dwa poema­ty: Ciem­ny, ciem­ny las Jor­ge­go Vol­pie­go w tłu­ma­cze­niu Toma­sza Pin­de­la oraz Szko­łę ćwi­czeń Ishio­na Hut­chin­so­na prze­ło­żo­ną przez Jerze­go Jar­nie­wi­cza. Do tych zna­ko­mi­tych utwo­rów dołą­czył­bym wyda­ny w Pol­sce w 2020 roku Monu­ment. Wyko­pa­li­ska z „Ilia­dy” Ali­ce Oswald w tłu­ma­cze­niu Mag­dy Hey­del. W każ­dej z tych ksią­żek mowa o innej woj­nie. Zesta­wie­nie wszyst­kich trzech utwo­rów może suge­ro­wać pod­pro­wa­dze­nie pod łatwą tezę, że każ­da woj­na jest taka sama. To był­by jed­nak naj­więk­szy błąd, któ­ry to, co „swo­je” – a więc „osia­dłe” – może popeł­nić wobec woj­ny. I wła­śnie języ­ki tej poezji poka­zu­ją, jak róż­ne mogą być woj­ny. Mimo to wspo­mnia­ne tu utwo­ry coś łączy, i to na nie­zmier­nie waż­nym pozio­mie.

Wojny dalekie

Po pierw­sze, język poetyc­ki. Jest to może naj­wy­raź­niej widocz­ne w ryt­micz­nej fra­zie Vol­pie­go, któ­ry zna­ny jest głów­nie jako pro­za­ik, a jego naj­po­pu­lar­niej­sza powieść opo­wia­da o poszu­ki­wa­niu nazi­stow­skie­go zbrod­nia­rza. W jego przy­pad­ku przej­ście na stro­nę poezji jest gestem naj­bar­dziej wyra­zi­stym. Dla­cze­go poezja? To pyta­nie otchłan­ne. Dla jed­nych poetyc­ki język może zbyt wygła­dzać wojen­ne fał­dy, dla innych wręcz prze­ciw­nie, ostrość poetyc­kie­go noża potra­fi prze­ci­nać skó­rę aż do kości. Poezja jest tu na pew­no języ­kiem nie­oczy­wi­stym i nie­co­dzien­nym. Jest nim nie tyl­ko dla czy­tel­ni­ków pro­zy lub tych, któ­rzy uni­ka­ją lite­ra­tu­ry, lecz jest nim tak­że w pew­nym sen­sie dla poetów. Jaki uła­mek wypo­wie­dzia­nych przez nich słów sta­no­wią wier­sze? Pro­za o woj­nie ozna­cza ryzy­ko popad­nię­cia w zwy­czaj­ność, a więc pewien sto­pień zatar­cia inno­ści woj­ny. Widać to choć­by w wybit­nym zbio­rze opo­wia­dań To, co nie­śli Tima O’Briena. Autor, nie­zwy­kle lite­rac­ko świa­do­my i pyta­ją­cy cią­gle o sens wojen­nej opo­wie­ści, z koniecz­no­ści musi poka­zać w woj­nie momen­ty zupeł­nie swoj­skie. Poza zabi­ja­niem i umie­ra­niem jest miej­sce na codzien­ność, śmiech, przy­jaźń, komizm i zwy­kłe życie. Jest to co praw­da życie cią­gle kwe­stio­no­wa­ne, lecz mają­ce swo­je wol­niej­sze prze­bie­gi, bliż­sze osia­dło­ści i poko­jo­wi. To waż­na praw­da o woj­nie, prze­bi­ja­ją­ca się rów­nież w przy­wo­ła­nych poema­tach. Ale poezja pozwa­la spoj­rzeć na woj­nę ina­czej, zacho­wać jej rady­kal­ną nie­swoj­skość i nie­sa­mo­wi­tość.

Po dru­gie, woj­ny, o któ­rych pisze cała trój­ka, są na róż­ny spo­sób odle­głe. Oswald się­ga do mito­lo­gicz­nej woj­ny tro­jań­skiej, w pew­nym sen­sie dalej się­gnąć nie moż­na. Hut­chin­son opo­wia­da histo­rię jamaj­skie­go bata­lio­nu, wcie­lo­ne­go do armii bry­tyj­skiej i wysła­ne­go na Bli­ski Wschód pod­czas pierw­szej woj­ny świa­to­wej. Ta woj­na jest odle­gła z co naj­mniej dwóch powo­dów. Poeta może być co naj­wy­żej pra­wnu­kiem opi­sy­wa­nych żoł­nie­rzy, zerwa­na jest więc nawet nić pamię­ci rodzin­nej. Ale może waż­niej­sze jest to, że pew­ne­go dnia Jamaj­czy­cy zosta­li wysła­ni na dru­gi koniec świa­ta, żeby zabi­jać i ginąć za odle­głe impe­rium, któ­re nad nimi pano­wa­ło. Zatem nawet wów­czas, ponad sto lat temu, nie była to ich woj­na. Być może na tym pole­ga naj­bar­dziej rady­kal­na inność woj­ny: więk­szość ofiar ginie w nie swo­jej woj­nie, ponie­waż woj­na nie może być czymś wła­snym, jest zawsze rady­kal­ną obco­ścią.

Vol­pi z kolei opi­su­je wymy­ślo­ną woj­nę roz­gry­wa­ją­cą się w fik­cyj­nej prze­strze­ni, przy­po­mi­na­ją­cej pod pew­ny­mi wzglę­da­mi jakiś kraj euro­pej­ski. Nie są to więc woj­ny, któ­re bez­po­śred­nio dotknę­ły auto­rów. I być może dzię­ki temu dystan­so­wi mogą oni pozwo­lić sobie na wię­cej, niż gdy­by jako świad­ko­wie byli zobo­wią­za­ny­mi do wier­ne­go rela­cjo­no­wa­nia fak­tów. Ich wybo­ry spra­wia­ją, że mogą dotrzeć do innych pokła­dów praw­dy. Jak pisa­ła w Lor­dzie Never­mo­re Agne­ta Ple­ijel:

Tym samym utknę­li­śmy w jed­nym z wie­lu zapo­mnia­nych epi­zo­dów pierw­szej woj­ny świa­to­wej, cho­ciaż moż­na by się zająć tylo­ma now­szy­mi i póź­niej­szy­mi woj­na­mi, więk­szym cier­pie­niem. No ale tak jest ze wszyst­ki­mi opo­wie­ścia­mi.

Lamentacje

Naj­da­lej od współ­cze­sno­ści odcho­dzi Ali­ce Oswald. Jej poemat to pro­jekt olśnie­wa­ją­cy. Autor­ka nazy­wa go Wyko­pa­li­ska­mi z  „Ilia­dy”. Jej pra­ca nie przy­po­mi­na jed­nak wydo­by­wa­nia przy­pad­ko­wo zacho­wa­nych pozo­sta­ło­ści po daw­nych cywi­li­za­cjach, gli­nia­nych sko­rup czy gro­tów z brą­zu, lecz raczej pre­cy­zyj­ne cię­cia skal­pe­la, któ­re usu­wa­ją, jak sama pisze, sie­dem ósmych epo­su. Zosta­ją wyłącz­nie wer­sy poświę­co­ne umar­łym, śmier­ci i umie­ra­niu. I już sama ich obję­tość jest nie­po­ko­ją­ca. Utwór zaczy­na się od zesta­wie­nia w kolum­nie imion wszyst­kich boha­te­rów, któ­rzy pole­gli pod Tro­ją. Pod tym wzglę­dem przy­po­mi­na tabli­cę licz­nych wojen­nych memo­ria­łów. Lista obej­mu­je ponad dwie­ście imion, uło­żo­nych w kolej­no­ści chro­no­lo­gicz­nej: od pierw­szej do ostat­niej śmier­ci. Dla czy­tel­ni­ków Home­ra zapew­ne oka­że się zaska­ku­ją­ce, jak nie­wie­le z tych imion pamię­ta­ją. W suro­wej gęstwi­nie grec­kich sylab poja­wia­ją się co pewien czas imio­na zna­ne, któ­rych wła­ści­cie­le jakoś zasłu­ży­li sobie na czy­tel­ni­czą pamięć, nie­mniej zde­cy­do­wa­na więk­szość to obce sło­wa, nazwi­ska nie­za­pa­mię­ta­nych ofiar.

Okładka książki Alice Oswald pod tytułem „Monument. Wykopaliska z «Iliady»”.
Alice Oswald, „Monument. Wykopaliska z «Iliady»”, tłum. M. Heydel, Sejny: Pogranicze, 2020.

Stra­te­gia Oswald jest nie­zmier­nie kon­se­kwent­na: z epo­su wyci­na wszel­ką fabu­łę, przez co tekst, któ­ry dosta­je­my, nie jest już epo­sem. Dalej pisa­ny jest wspa­nia­łym poetyc­kim języ­kiem, lecz to już zebra­ne, nastę­pu­ją­ce po sobie krót­kie wzmian­ki o pole­głych, w któ­rych co kil­ka, kil­ka­na­ście wer­sów poja­wia się wyróż­nio­ne kapi­ta­li­ka­mi imię. Intry­gu­ją­ca jest wyło­żo­na przez poet­kę we wstę­pie hipo­te­za, według któ­rej Ilia­da to zbiór lamen­ta­cji – to nimi zaj­mo­wa­li się przede wszyst­kim daw­ni aoj­do­wie – udra­po­wa­ny fabu­lar­nie. I dla­te­go przy­wra­ca ona tę lamen­ta­cyj­ną pier­wot­ną for­mę. Pra­ca Oswald rze­czy­wi­ście przy­po­mi­na tu wyko­pa­li­ska: widzi­my sam szkie­let daw­ne­go zwie­rzę­cia, z któ­re­go czas objadł wszyst­ko, co wią­za­ło się z życiem. Ary­sto­te­les pisał w Poety­ce, że Ilia­da jest pro­sta i pate­tycz­na (w prze­ci­wień­stwie do skom­pli­ko­wa­nej i etycz­nej Ody­sei). Jak filo­zof nazwa­ła­by utwór Oswald? Czy Monu­ment… był­by pro­sty i etycz­ny? W tra­dy­cji anglo­sa­skiej ist­nie­je wspa­nia­ły przy­kład lite­ra­tu­ry epi­ta­fij­nej, Umar­li ze Spo­on River Edga­ra Lee Master­sa. Wyko­pa­li­ska… ujaw­nia­ją jed­nak zupeł­nie inny obraz śmier­ci. Masters przed­sta­wia barw­ne życio­ry­sy, nie­raz śmiesz­ne, nie­raz poważ­ne, jego zmar­li boha­te­ro­wie są zróż­ni­co­wa­ni. Wypre­pa­ro­wa­ne z Home­ra lamen­ta­cje, ukła­da­ją­ce się w ciąg epi­ta­fiów, poka­zu­ją zwy­czaj­ność wojen­nych ofiar. Rol­nik, miło­śnik koni, wódz, jasno­wło­sy, ciem­no­wło­sy – wszy­scy ci pole­gli są do sie­bie bar­dzo podob­ni. Mono­to­nia tej lita­nii poka­zu­je naj­smut­niej­sze chy­ba, ponie­waż banal­ne obli­cze śmier­ci: tych ponad dwie­ście imion zasłu­ży­ło na uwiecz­nie­nie w epo­sie tyl­ko dla­te­go, że nale­żą do zmar­łych. Prze­bi­ty włócz­nią, zabi­ty mie­czem, ranio­ny strza­łą, potknął się o wła­sną tar­czę. Te kil­ka spo­so­bów utra­ty życia, któ­re były moż­li­we na polach Ilio­nu, przy­czy­nia się do bana­li­zo­wa­nia śmier­ci. I przez to Oswald osią­ga pora­ża­ją­cy efekt: kie­dy usu­nie się barw­ne pery­pe­tie i nadę­te mowy, czy­tel­nik zosta­nie sam na sam ze ster­tą zma­sa­kro­wa­nych woj­ną ciał, z któ­rych – jak w Przy­po­wie­ści Wil­lia­ma Faulk­ne­ra – moż­na było­by wybrać nie­mal dowol­ne zwło­ki i prze­zna­czyć je do pochów­ku w gro­bie nie­zna­ne­go żoł­nie­rza.

Stare pieśni

Poszu­ki­wa­nie języ­ka, żeby mówić o woj­nie, pro­wa­dzi auto­rów do waż­nych odkryć. Każ­dy z nich spraw­dza oczy­wi­ście wypor­ność poetyc­kiej fra­zy, ale tak­że się­ga do języ­ków z odle­głych cza­sów, jak­by pyta­jąc, czy potra­fią one spro­stać naszym współ­cze­snym doświad­cze­niom. Zamysł Oswald jest oczy­wi­sty: przy­wo­ła­nie jed­ne­go z naj­star­szych utwo­rów lite­rac­kich naszej kul­tu­ry to poważ­na pró­ba wytrzy­ma­ło­ścio­wa. Wycię­cie pato­su pozo­sta­wia na polu bitwy małe, nie­mal ano­ni­mo­we ludz­kie dra­ma­ty, na tyle nie­istot­ne, że zasłu­ży­ły nie­raz led­wie na jeden wers. Ilia­da, anon­so­wa­na przez Home­ra jako pieśń gnie­wu, pod pió­rem Oswald sta­je się pie­śnią żalu. Odar­ty zaś z fabu­ły epos sta­je się wobec woj­ny i śmier­ci rów­nie bez­bron­ny co współ­cze­sne pró­by.

Okładka książki Ishiona Hutchinsona pod tytułem „Szkoła ćwiczeń. Poemat”.
Ishion Hutchinson, „Szkoła ćwiczeń. Poemat”, tłum. Jerzy Jarniewicz, Wrocław: Ossolineum, 2025.

Po sta­re pie­śni się­ga rów­nież Hut­chin­son. Szlak bojo­wy bata­lio­nu Jamaj­czy­ków bie­gnie przez mia­sta Bli­skie­go Wscho­du. Noszą nazwy przy­wo­łu­ją­ce na myśl sta­ro­żyt­ne biblij­ne opo­wie­ści: Dama­szek, Jery­cho, Jero­zo­li­ma, Hebron, Gile­ad, Kana­an. War­to odno­to­wać, że te obce sło­wa zapi­sa­no w tek­ście kapi­ta­li­ka­mi – podob­nie jak imio­na przy­wo­ła­ne w książ­ce Oswald – co wizu­al­nie roz­ry­wa płyn­ność wer­su. Na całą wojen­ną wędrów­kę kara­ib­skich żoł­nie­rzy nakła­da się, niczym pół­prze­źro­czy­sta gaza, całun histo­rii biblij­nych. Jest w tym zara­zem hie­ra­tycz­ność reli­gij­ne­go kon­tek­stu, jak i bru­tal­ność wojen­ne­go kon­kre­tu. Migo­ta­nie tych dwóch cza­sów – mitycz­ne­go i histo­rycz­ne­go – ujaw­nia nie­zwy­kle współ­cze­sne praw­dy o biblij­nych bitwach i woj­nach, kru­sząc nar­ra­cję o naro­dzie wybra­nym. Wro­go­wie sta­ro­żyt­nych Izra­eli­tów ginę­li nie z powo­du swo­jej nie­spo­ty­ka­nej nik­czem­no­ści, ale dla­te­go że byli – oraz że nie byli – nasi.

Tak­że Vol­pi się­ga do języ­ka daw­nych opo­wie­ści. Po Home­rze i Biblii dosta­je­my moc­ne – zazna­czo­ne już w tytu­le – nawią­za­nie do baśni zebra­nych przez bra­ci Grimm. W opo­wieść wojen­ną wple­cio­ne są para­fra­zy zna­nych z dzie­ciń­stwa bajek: o Jasiu i Mał­go­si, o Czer­wo­nym Kap­tur­ku, Kop­ciusz­ku i Rosz­pun­ce. Wszyst­kie te dzie­ci miesz­ka­ją na skra­ju ciem­ne­go lasu i wszę­dzie ten las jest sie­dli­skiem nie­sa­mo­wi­te­go. O ile jed­nak baj­ki zazwy­czaj dobrze się koń­czą – w każ­dym razie dla głów­nych małych boha­te­rów – to w Ciem­nym, ciem­nym lesie Vol­pie­go roz­po­czę­te fabu­ły wpa­da­ją w tytu­ło­wy las i tam prze­pa­da­ją. Las nie jest tu miej­scem pier­wot­nej gro­zy i inno­ści. Prze­ciw­nie: las jest pełen dzie­ci, a praw­dzi­wa gro­za przy­cho­dzi spo­za lasu.

Okładka książki Jorge Volpiego pod tytułem „Ciemny, ciemny las”.
Jorge Volpi, „Ciemny, ciemny las”, tłum. T. Pindel, Łódź: Officyna, 2025.

Vol­pi dobrze zabez­pie­czył się przed gatun­ko­wym zasze­re­go­wa­niem. Jeśli bowiem szu­kać słów, z któ­rych jed­no odda for­mę, a dru­gie treść jego książ­ki, naj­le­piej przy­le­ga tu fra­za „poemat o eks­ter­mi­na­cji”. A tak sfor­mu­ło­wa­ny zwrot brzmi bluź­nier­czo i unie­waż­nia sam sie­bie. I być może dla­te­go to dobry punkt wyj­ścia do namy­słu nad Ciem­nym, ciem­nym lasem, ponie­waż ta zasta­wio­na na komen­ta­to­rów pułap­ka mówi nam o obco­ści i apo­re­tycz­no­ści woj­ny coś sza­le­nie istot­ne­go. Ponie­waż o ile Oswald i Hut­chin­son piszą o wal­ce żoł­nie­rzy, o tyle Vol­pi napi­sał książ­kę o naj­gor­szych zbrod­niach wojen­nych. W głąb lasu zosta­je wysła­ny oddział spe­cjal­nie prze­szko­lo­nych „sta­rych i nie­zdar­nych”, ponie­waż mło­dych już nie ma, mło­dzi już zgi­nę­li na fron­cie. Pozna­je­my ich pod­czas szko­le­nia. Są ode­rwa­ni od swo­je­go zwy­kłe­go życia, bez­rad­ni, cza­sem nawet sym­pa­tycz­ni. Ale pod­czas ćwi­czeń prze­obra­ża­ją się i kie­dy przy­cho­dzą z góry strasz­ne roz­ka­zy, wyko­nu­ją je – coraz spraw­niej i sku­tecz­niej.

Szkolenie

Motyw szko­le­nia łączy Ciem­ny, ciem­ny las ze Szko­łą ćwi­czeń. Nie cho­dzi tu wyłącz­nie o ćwi­cze­nia w spraw­no­ści i tak­ty­ce. To szko­ła, któ­ra ma prze­obra­zić czło­wie­ka ze zwy­kłe­go sza­re­go oby­wa­te­la w maszy­nę goto­wą zabi­jać i bez­względ­nie speł­niać roz­ka­zy. W Szko­le ćwi­czeń kade­ci są łama­ni w okrut­ny spo­sób, a prze­moc ma z nich wypę­dzić ludzi poko­ju. Tytu­ło­wa szko­ła sta­je się miej­scem naro­dzin nowych ludzi, ludzi woj­ny. W książ­ce Vol­pie­go ćwi­cze­niom spraw­no­ścio­wym towa­rzy­szy pro­pa­gan­da. Sta­rzy kan­dy­da­ci na woja­ków uczą się nie tyl­ko cze­goś, co kwe­stio­nu­je całe ich dotych­cza­so­we życie („Woj­na jest esen­cją życia, uczy­my się tego w szko­le”), ale rów­nież tego, że wro­go­wie, z któ­ry­mi będą musie­li wal­czyć, są insek­ta­mi. Ta języ­ko­wa dehu­ma­ni­za­cja prze­ciw­ni­ka powo­du­je, że kie­dy przyj­dzie im wypeł­nić roz­ka­zy i zacząć eks­ter­mi­no­wać, nie czu­ją wobec ofiar nic. Z począt­ku jeden czy dru­gi wymio­tu­je, ale po tym „chrzcie bojo­wym” zbrod­ni­cza maszy­na zaczy­na dzia­łać z wiel­ką spraw­no­ścią. To jest naj­więk­sza gro­za tej książ­ki, rady­kal­ne zło, któ­re zaska­ku­je czy­tel­ni­ka – choć prze­cież powi­nien być przy­go­to­wa­ny, uro­bio­ny przez baśnio­we inwo­ka­cje – ale ludź­mi, któ­rych sta­rzy i nie­zdar­ni woja­cy mają zabi­jać, są pogu­bio­ne w lasach dzie­ci. Eme­ry­to­wa­ni zbrod­nia­rze zosta­li otu­ma­nie­ni przez język, cią­gle mówią o eli­mi­na­cji insek­tów. Czy­tel­ni­cy, przy­go­to­wa­ni przez baj­ko­we pro­lo­gi na naj­gor­sze, mimo pra­cy języ­ka nie są jed­nak przy­go­to­wa­ni na sce­ny w lesie. Vol­pi roz­gry­wa więc tę języ­ko­wą opo­wieść o woj­nie na wie­lu pozio­mach, co pewien czas zwra­ca­jąc się do czy­tel­ni­ka: „A ty, ile razy wystrze­li­łeś, czy­tel­ni­ku?”.

Żaden z tych trzech poema­tów wojen­nych nie uni­ka kon­kre­tu. Mogą to być mono­ton­nie powta­rza­ne imio­na i przy­czy­ny śmier­ci, jak w książ­ce Oswald, lub dokład­ne rapor­ty strat, przy­wo­łu­ją­ce co do jed­ne­go żoł­nie­rza kur­czą­cy się stan oso­bo­wy jamaj­skie­go bata­lio­nu, jak w książ­ce Hut­chin­so­na, czy też bru­tal­ne sce­ny mor­du na dzie­ciach, jak w książ­ce Vol­pie­go, pod­su­mo­wa­ne w suchych rapor­tach o licz­bie zli­kwi­do­wa­nych insek­tów.

Czujność

Według Tho­ma­sa Hob­be­sa woj­na jest sta­nem pier­wot­nym, prze­zwy­cię­żo­nym przez umo­wę spo­łecz­ną. Nie jest jed­nak odle­głą epo­ką histo­rycz­ną, któ­rą ludz­kość szczę­śli­wie zamknę­ła – pier­wot­ność ozna­cza tu cią­głą moż­li­wość woj­ny, cią­głą skłon­ność czło­wie­ka do zła­ma­nia umo­wy, prze­ję­cia pra­wa do prze­mo­cy, znisz­cze­nia kru­chej tkan­ki etycz­nych norm. Ten otchłan­ny pomruk woj­ny w róż­nych miej­scach i cza­sach odzy­wa się z róż­ną siłą. Żyje­my w świe­cie, gdzie od pew­ne­go cza­su daje się sły­szeć coraz moc­niej. To nie­po­koi i prze­ra­ża. Być może jakimś przy­go­to­wa­niem będzie to nie­oczy­wi­ste się­gnię­cie po wojen­ne poema­ty, któ­re dzię­ki swo­im poetyc­kim poszu­ki­wa­niom, ale tak­że dzię­ki cią­głej pra­cy przy dekon­struk­cji wojen­nej mowy, pomo­gą utrzy­mać język i ucho w sta­nie czuj­no­ści i cią­głe­go napię­cia.

 

Biblio­gra­fia:

Hut­chin­son I., Szko­ła ćwi­czeń, tłum. J. Jar­nie­wicz, Wro­cław: Osso­li­neum, 2025.

Oswald A., Monu­ment. Wyko­pa­li­ska z „Ilia­dy”, tłum. M. Hey­del, Sej­ny: Pogra­ni­cze, 2020.

Ple­ijel A., Lord Never­mo­re, tłum. J. Cze­chow­ska, Kra­ków: Karak­ter, 2023.

Vol­pi J., Ciem­ny, ciem­ny las, tłum. T. Pin­del, Łódź: Offi­cy­na, 2025.

autor powieści, opowiadań i dramatów.

więcej →

Fallback Avatar

– jamajski poeta i eseista.

więcej →

Fallback Avatar

– brytyjska poetka.

więcej →

Fallback Avatar

– meksykański pisarz, dziennikarz i eseista.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieła Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.