Przeciwko delirycznej pstrokaciźnie

Opu­bli­ko­wa­nie przez słowo/obraz tery­to­ria ogrom­nej mono­gra­fii poświę­co­nej ilu­stra­cjom do Bal­lad i roman­sów i wyda­niom gra­ficz­nym tego dzie­ła wzbu­dzi­ło we mnie taką eks­cy­ta­cję, że na prze­sył­kę z zamó­wio­ną książ­ką cze­ka­łem jak na pierw­szą gwiazd­kę, co praw­do­po­dob­nie wyklu­cza mnie z gro­na tak zwa­nych zwy­czaj­nych czy­tel­ni­ków. Zresz­tą opra­co­wa­nie nauko­we tego raczej niszo­we­go tema­tu na ponad sze­ściu­set stro­nach raczej nie jest adre­so­wa­ne do wspo­mnia­nej gru­py odbior­ców. Jestem, o czym trze­ba mi chy­ba nad­mie­nić, bada­czem roman­ty­zmu i bada­czem twór­czo­ści Ada­ma Mic­kie­wi­cza, mam tak­że wykształ­ce­nie kom­pa­ra­ty­stycz­ne; swe­go cza­su potra­fi­łem cał­kiem satys­fak­cjo­nu­ją­co zdać kolo­kwium z nie­zbęd­nych pojęć, by wymie­nić choć­by te zwią­za­ne z kore­spon­den­cją sztuk czy semio­ty­ką kul­tu­ry. Zasad­ni­czo jestem więc wdzięcz­ny, że książ­kę Elż­bie­ty Zarych – Kwia­ty, dzie­wi­ce i upio­ry. Bal­la­dy i roman­se Ada­ma Mic­kie­wi­cza w ilu­stra­cjach – mogę mieć na pół­ce. Jed­no­cze­śnie wciąż nie czu­ję się wła­ści­wym odbior­cą tej publi­ka­cji, a pew­ne jej cechy spra­wia­ją, że w ogó­le trud­no mi sobie takie­go odbior­cę wyobra­zić.

Wspo­mnę o tym już na począt­ku: trze­ba tę książ­kę czy­tać raczej jak słow­nik czy ency­klo­pe­dię, to zna­czy się­gać po nią w mia­rę potrze­by lub chę­ci i otwie­rać tam, gdzie znaj­du­ją się poszu­ki­wa­ne infor­ma­cje. Sprzy­ja temu układ mono­gra­fii. Po obszer­nym wstę­pie poja­wia­ją się w niej dwa krót­kie roz­dzia­ły poświę­co­ne kon­tek­sto­wi pierw­sze­go wyda­nia Bal­lad i roman­sów oraz ich bez­po­śred­niej recep­cji, a tak­że prak­ty­kom i kon­wen­cjom ilu­stro­wa­nia dzieł Mic­kie­wi­cza. Następ­ne dwa roz­dzia­ły sta­no­wią naj­istot­niej­szą część książ­ki. W roz­dzia­le trze­cim autor­ka przy­bli­ża dzie­je i kon­tek­sty (histo­rycz­ny, spo­łecz­ny, eko­no­micz­ny) poszcze­gól­nych wydań bal­lad Mic­kie­wi­cza, cza­sem przed­sta­wia syl­wet­ki ilu­stra­to­rów czy histo­rie ofi­cyn. Z kolei w roz­dzia­le czwar­tym oma­wia wszyst­kie utwo­ry z ory­gi­nal­ne­go, wileń­skie­go wyda­nia Bal­lad i roman­sów; w rezul­ta­cie otrzy­mu­je­my czter­na­ście pod­roz­dzia­łów, w któ­rych badacz­ka zgłę­bia histo­rię recep­cji utwo­rów wiesz­cza, ana­li­zu­je zwią­za­ne z nimi pro­jek­ty ilu­stra­cyj­ne i gra­ficz­ne rein­ter­pre­ta­cje mic­kie­wi­czow­skich tek­stów. For­ma, w jakiej Zarych przed­sta­wia swo­je roz­wa­ża­nia i ana­li­zy, spra­wia, że pew­ne infor­ma­cje cza­sem się powta­rza­ją, nie­mniej książ­ka zasad­ni­czo jest spój­na mery­to­rycz­nie, co uła­twia lek­tu­rę.

Okładka książki Elżbiety Zarych pod tytułem „Kwiaty, dziewice i upiory. Ballady i romanse Adama Mickiewicza w ilustracjach”.
Elżbieta Zarych, „Kwiaty, dziewice i upiory. «Ballady i romanse» Adama Mickiewicza w ilustracjach”, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2025.

Pod­czas wyryw­ko­we­go czy­ta­nia zapew­ne mniej rzu­ca się w oczy jeden z man­ka­men­tów książ­ki. Zazwy­czaj badacz­ka powo­łu­je się na wie­le źró­deł; za jej prio­ry­tet moż­na uznać uwzględ­nie­nie jak naj­szer­sze­go kon­tek­stu inter­pre­ta­cji. W wie­lu frag­men­tach wpły­wa to pozy­tyw­nie na war­tość publi­ka­cji, choć decy­zje o tym, co autor­ka uzna­je za war­to­ścio­wy kon­tekst, a co decy­du­je się pomi­nąć, cza­sem oka­zu­ją się zadzi­wia­ją­ce. Trud­no wyja­śnić choć­by to, jak napi­sa­ny jest wstęp do Kwia­tów, dzie­wic i upio­rów… Przy­kła­do­wo: przy­pis pobież­nie stresz­cza­ją­cy teo­rię symu­la­krów Jeana Bau­dril­lar­da nie wpły­nął pozy­tyw­nie na wpro­wa­dze­nie poświę­co­ne histo­rii i kul­tu­ro­wej roli ilu­stro­wa­nia dzieł lite­rac­kich, a prze­ry­wa­nie przez autor­kę opo­wie­ści o począt­kach recep­cji Bal­lad i roman­sów po to, żeby wymie­nić, jakie „zada­nia poprze­dza­ją­ce wyda­nie książ­ki suge­ru­je się” we współ­cze­snych tek­stach o mar­ke­tin­gu, trud­no uza­sad­nić – bez wzglę­du na obra­ny tryb lek­tu­ry. To wię­cej niż nad­miar rze­tel­no­ści, ponie­waż docho­dzi tu do pomie­sza­nia reje­strów, skut­ku­ją­ce­go cha­osem i ana­chro­ni­zma­mi, a tym samym zabu­rza­ją­ce­go lek­tu­rę. Przy­kła­dy podob­nych zapi­sów moż­na mno­żyć, choć te naj­bar­dziej egzo­tycz­ne nagro­ma­dzo­ne są głów­nie we wstę­pie.

Atu­tem książ­ki jest za to jej głów­na część, w któ­rej autor­ka przed­sta­wia dzie­je ilu­stra­cji do wybra­ne­go – i naj­czę­ściej inter­pre­to­wa­ne­go gra­ficz­nie – frag­men­tu twór­czo­ści Mic­kie­wi­cza. Wywód pro­wa­dzi z dużym znaw­stwem, cie­ka­wie i szcze­gó­ło­wo. Nie stro­ni od subiek­tyw­nych ocen; wła­śnie te opi­nie czy­ta­ło mi się szcze­gól­nie dobrze, a to przede wszyst­kim dla­te­go, że prze­waż­nie po pro­stu się z nimi zga­dzam – zwłasz­cza gdy Zarych punk­tu­je nie­uda­ne arty­stycz­nie i kiep­skie jako­ścio­wo reedy­cje i nowe wyda­nia Bal­lad i roman­sów, przede wszyst­kim publi­ko­wa­ne w latach 90. XX wie­ku. War­to wspo­mnieć, że dzię­ki polo­to­wi badacz­ki będę mógł wyko­rzy­stać epi­tet „deli­rycz­na pstro­ka­ci­zna”, gdy tyl­ko nada­rzy się oka­zja do poznę­ca­nia się nad dzie­dzic­twem pierw­szych lat dzi­kie­go kapi­ta­li­zmu na pol­skim ryn­ku wydaw­ni­czym. Mono­gra­fia autor­stwa Zarych uzmy­sło­wi­ła mi zresz­tą, że pro­blem ze współ­cze­sny­mi wyda­nia­mi ilu­stro­wa­ny­mi jest poważ­ny. Dopie­ro w 2018 roku poja­wi­ła się na ryn­ku jedy­na w Pol­sce prze­my­śla­na i ory­gi­nal­na adap­ta­cja gra­ficz­na Bal­lad i roman­sów – w wyda­wa­nej wów­czas przez Egmont serii ART. Nie zazdrosz­czę badacz­ce koniecz­no­ści prze­ko­py­wa­nia się przez tak licz­ne edy­cje, w tym wyda­nia spod zna­ku taniej książ­ki. Szcze­rze mówiąc, czy­ta­nie o nich rów­nież nie jest zbyt cie­ka­we, a pew­na przy­jem­ność (porów­ny­wal­na do hate wat­chin­gu) pły­ną­ca z soli­dar­ne­go kry­ty­ko­wa­nia naj­mniej uda­nych wydań w koń­cu się wyczer­pu­je. Nie­mniej to oczy­wi­ście dobrze, że ktoś speł­nił ten kro­ni­kar­ski obo­wią­zek – dotarł do wie­lu róż­no­rod­nych mate­ria­łów i szcze­gó­ło­wo je opi­sał.

Dro­bia­zgo­we opra­co­wa­nie każ­de­go z utwo­rów wydru­ko­wa­nych w pierw­szym wyda­niu Bal­lad… rów­nież dowo­dzi ogro­mu pra­cy – doku­men­ta­cyj­nej oraz inter­pre­ta­cyj­nej. Badacz­ka z dużą eru­dy­cją roz­pra­co­wu­je wyko­rzy­sty­wa­ne przez ilu­stra­to­rów sym­bo­le, wni­kli­wie czy­ta i sło­wo, i obraz. Nie moż­na jed­nak spo­dzie­wać się tutaj szarż inter­pre­ta­cyj­nych, roz­bu­do­wa­ne­go apa­ra­tu teo­re­tycz­ne­go czy fine­zyj­nych tez. Autor­ka Kwia­tów, dzie­wic i upio­rów… – ponie­kąd zgod­nie z tytu­łem – w dużej mie­rze korzy­sta z narzę­dzi „sta­rosz­kol­nej” semio­ty­ki kul­tu­ry oraz kom­pa­ra­ty­sty­ki. Nie jest to może szcze­gól­ną wadą publi­ka­cji, ale w przy­pad­ku dzieł Mic­kie­wi­cza, tak grun­tow­nie roz­czy­ta­nych przez bada­czy, trud­no w ten spo­sób zapro­po­no­wać jakieś nowa­tor­skie uję­cie, ory­gi­nal­ny ele­ment inter­pre­ta­cji. Mnie­mam jed­nak, że nie to było tutaj celem. Tę część książ­ki przy­jem­nie się prze­glą­da (żału­ję nie­co, że wydaw­ca nie zde­cy­do­wał się na wyko­rzy­sta­nie duże­go for­ma­tu publi­ka­cji i nie poku­sił się o więk­sze prze­dru­ki ilu­stra­cji – cho­ciaż nie­trud­no zro­zu­mieć powo­dy jego decy­zji), ale odro­bi­nę mniej przy­jem­nie czy­ta. Powta­rza­ją się tu cza­sem wąt­ki, infor­ma­cje, nie­kie­dy zaś ujaw­nia się skłon­ność badacz­ki do dygre­sji (choć­by zwią­za­nych z ryn­kiem wydaw­ni­czym). Z mojej per­spek­ty­wy to pew­ne minu­sy tej publi­ka­cji. Nie­wąt­pli­wie sko­rzy­sta­ła­by ona na więk­szej kon­den­sa­cji tre­ści i na pew­nych skró­tach. Osta­tecz­nie jed­nak, jak napi­sa­łem wyżej, cie­szę się, że mogę mieć tę książ­kę na pół­ce. A co znacz­nie waż­niej­sze: jestem pewien, że mimo pew­nych zastrze­żeń będę ją czę­sto z owej pół­ki zdej­mo­wał.

Michał Gliński

– doktorant literaturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, krytyk, redaktor, wydawca.

więcej →

Fallback Avatar

– komparatystka, polonistka, literaturoznawczyni, redaktorka, tłumaczka literatury niemieckiej i włoskiej, recenzentka.

więcej →

Powiązane teksty

26.04.2026
Recenzje

„Hjem”, czyli o dającej nadzieję współegzystencji ludzi i nieludzi na Północy

Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż adres – o książce Ilony Wiśniewskiej pisze Dagmara Tomczyk.