Prasówka (3 kwietnia 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Twórczość”

Odna­le­zie­nie w Sta­wi­sku w 2025 roku ręko­pi­su opo­wia­da­nia Sta­rość autor­stwa Jaro­sła­wa Iwasz­kie­wi­cza moż­na przy­po­rząd­ko­wać do kate­go­rii sen­sa­cyj­nych zda­rzeń lite­rac­kich. Tekst został opu­bli­ko­wa­ny w luto­wym nume­rze mie­sięcz­ni­ka „Twór­czość” (war­to wspo­mnieć, że w latach 1955–1980 Iwasz­kie­wicz był redak­to­rem naczel­nym tego pisma). Opo­wia­da­nie jest „przej­mu­ją­cym stu­dium sta­ro­ści i umie­ra­nia. Nie spo­sób zna­leźć w całym dorob­ku lite­rac­kim Iwasz­kie­wi­cza dru­gie­go takie­go boha­te­ra jak nar­ra­tor Sta­ro­ści” – pisze w nocie edy­tor­skiej Robert Papie­ski, opie­kun Archi­wum Ręko­pi­śmien­ne­go w Muzeum im. Anny i Jaro­sła­wa Iwasz­kie­wi­czów w Sta­wi­sku. Boha­ter utwo­ru rze­czy­wi­ście pocho­dzi z inne­go porząd­ku, wymy­ka się pró­bom przy­po­rząd­ko­wa­nia go do świa­ta mono­lo­gu­ją­ce­go star­ca. Iwasz­kie­wicz w ten spo­sób igra z czy­tel­ni­ka­mi – za pomo­cą nar­ra­cji, któ­ra mie­sza i zapę­tla pozio­my doświad­czeń głów­ne­go boha­te­ra i jego wier­ne­go towa­rzy­sza, psa Dże­ka. W rezul­ta­cie zosta­je­my zmu­sze­ni do zada­wa­nia sobie nie­wy­god­nych pytań – nie­ko­niecz­nie o kwe­stie sta­ro­ści i śmier­ci, choć to wła­śnie one skła­nia­ją nas do głęb­szej reflek­sji pod­czas lek­tu­ry. Uka­zu­jąc zdu­mie­nie boha­te­ra z powo­du dostrze­ga­nych przez nie­go prze­ja­wów wła­snej sta­ro­ści, a wręcz jego nie­do­wie­rza­nie w samą sta­rość, Iwasz­kie­wicz odsło­nił przed nami intym­ny, nie­do­stęp­ny dla postron­ne­go obser­wa­to­ra świat czło­wie­ka w jesie­ni życia – wizję tym bar­dziej przej­mu­ją­cą, im surow­sza wyda­je się rze­czy­wi­stość dru­gie­go pla­nu.

*

Kolej­nym nie­zna­nym do tej pory czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom utwo­rem, ale szczę­śli­wie opu­bli­ko­wa­nym w dru­gim tego­rocz­nym nume­rze „Twór­czo­ści”, jest opo­wia­da­nie Boha­ter i kurzel Anny Kowal­skiej. Maszy­no­pis (pier­wot­nie zaty­tu­ło­wa­ny Kurzel) prze­le­żał pewien czas w Zakła­dzie Naro­do­wym im. Osso­liń­skich, by osta­tecz­nie tra­fić do archi­wum Muzeum Lite­ra­tu­ry im. Ada­ma Mic­kie­wi­cza, gdzie został zre­wi­do­wa­ny i zar­chi­wi­zo­wa­ny pod zmie­nio­nym tytu­łem Boha­ter i kurzel. Jak pisze Ali­cja Bod­da­ert, autor­ka komen­ta­rza do utwo­ru Kowal­skiej – O stłu­mio­nej pró­bie trans­gre­sji w pol­skiej lite­ra­tu­rze w poło­wie XX wie­ku – powsta­nie tek­stu moż­na w przy­bli­że­niu osza­co­wać na lata 1946–1954. Opo­wia­da­nie nie zesta­rza­ło się, prze­ciw­nie – cho­ciaż jego akcja roz­gry­wa się w cza­sie oku­pa­cji (w tre­ści znaj­dzie­my więc spo­ro odnie­sień do realiów par­ty­zanc­kich, obo­zo­wych, a tak­że do nie­ist­nie­ją­cych już zwy­cza­jów zwią­za­nych z życiem na wsi) – jest zaska­ku­ją­co współ­cze­sne. Dzie­je się tak dla­te­go, że Kowal­ską w Kurze­lu zaj­mu­je przede wszyst­kim sfe­ra emo­cji, uczuć, rela­cji mię­dzy­ludz­kich, któ­re opi­sy­wa­ne są z dużą uważ­no­ścią i empa­tią. W tek­ście o sto­sun­ko­wo nie­wiel­kiej obję­to­ści autor­ka poru­sza roz­ma­ite tema­ty: woj­ny, róż­nic kla­so­wych i – co naj­istot­niej­sze – zna­cze­nia wol­no­ści oraz wier­no­ści sobie. Jak zapi­su­je Bod­da­ert:

wyko­rzy­stu­jąc zara­zem kod lite­ra­tu­ry socre­ali­stycz­nej, sym­bo­le zaczerp­nię­te z kul­tu­ry grec­kiej oraz roz­bu­do­wa­ną sieć odnie­sień lite­rac­kich – Kowal­ska wpro­wa­dzi­ła już w latach 50. XX wie­ku nowe for­my pre­zen­ta­cji miło­ści i zagad­nień toż­sa­mo­ści płcio­wej.

Twór­czość Anny Kowal­skiej, kie­dyś pozo­sta­ją­cej w cie­niu Marii Dąbrow­skiej, zresz­tą postrze­ga­nej głów­nie przez pry­zmat ich związ­ku, zde­cy­do­wa­nie zasłu­gu­je na więk­szą uwa­gę, a opu­bli­ko­wa­ne na łamach „Twór­czo­ści” opo­wia­da­nie jest jed­nym z dowo­dów słusz­no­ści tej tezy.

Okładka czasopisma „Twórczość” 2026, nr 2.
„Twórczość” 2026, nr 2.

„Odra”

Mimo upły­wu ośmiu dekad od zakoń­cze­nia dru­giej woj­ny świa­to­wej w wie­lu miej­scach w Pol­sce wciąż widocz­ne są śla­dy roz­le­głych znisz­czeń powsta­łych w latach 1939–1945. Jed­nym z takich miast jest Wro­cław, gdzie w cza­sie woj­ny ponad dwa­dzie­ścia jeden tysię­cy domów (z trzy­dzie­stu tysię­cy ist­nie­ją­cych wcze­śniej) obró­ci­ło się w ruinę, poło­wa ulic, łącz­nie liczą­cych pra­wie sie­dem­set kilo­me­trów, zosta­ła uszko­dzo­na przez bom­by i poci­ski, a obję­tość gru­zu zale­ga­ją­ce­go wte­dy w mie­ście osza­co­wa­no na osiem­na­ście milio­nów metrów sze­ścien­nych. Beata Macie­jew­ska w opu­bli­ko­wa­nym w mar­co­wym nume­rze „Odry” Zmar­twych­wsta­niu mia­sta wra­ca do pierw­szych lat powo­jen­nych Wro­cła­wia, któ­ry odra­dzał się powo­li i osta­tecz­nie dołą­czył do gro­na tak zwa­nych miast fenik­sów. Autor­ka uka­zu­je ska­lę znisz­czeń, sku­pia­jąc się na kwe­stii eks­plo­ata­cji mia­sta (trak­to­wa­ne­go jak olbrzy­mia cegiel­nia zasi­la­ją­ca odbu­do­wu­ją­cą się sto­li­cę i inne miej­sco­wo­ści). Nie jest to jed­nak opo­wieść mar­ty­ro­lo­gicz­na, a raczej histo­ria o powsta­wa­niu z popio­łów, o patrze­niu w przy­szłość. Macie­jew­skiej uda­je się oddać w tek­ście napię­cia spo­łecz­ne i poli­tycz­ne, zwłasz­cza w sce­nach ście­ra­nia się losów nie­miec­kich miesz­kań­ców, radziec­kich wojsk i pol­skich osad­ni­ków. Czy­ta­my o mie­ście, w któ­rym „rów­nie łatwo dostać kulą zza węgła, jak nożem w ple­cy”, gdzie ciem­ność i zim­no są czę­sty­mi gość­mi, a sza­ber stał się nie­mal codzien­nym wido­kiem. Na tak przed­sta­wio­nym tle widzi­my miesz­kań­ców Wro­cła­wia – głod­nych życia i zde­ter­mi­no­wa­nych do tego stop­nia, by „wysta­wiać ope­rę na dymią­cej kupie gru­zów dla garst­ki Pola­ków i za pry­wat­ne pie­nią­dze” – zauwa­ża­my rów­nież licz­nie powsta­ją­ce kawiar­nie i knajp­ki, obser­wu­je­my rzad­kie prze­jaz­dy tram­wa­jów „z pasa­że­ra­mi wiszą­cy­mi na stop­niach jak wino­gro­na”. Obra­zy tej powo­jen­nej rze­czy­wi­sto­ści są zako­rze­nio­ne w wyobraź­ni zbio­ro­wej Pola­ków, być może sta­no­wią nawet coś na kształt wypraw­ki, w któ­rą wypo­sa­ża się oby­wa­tel­ki i oby­wa­te­li kra­ju nad Wisłą. Tekst Macie­jew­skiej nie nuży; przy­po­mi­na o pięk­nie, któ­re zdo­ła­ło wyło­nić się z pogo­rze­li­ska.

*

Leszek Wali­gó­ra w tek­ście Sek­smi­sja 2.0, czy­li gdzie ci męż­czyź­ni? pisze o kwe­stii poja­wia­ją­cej się w dys­ku­sjach od co naj­mniej kil­ku­na­stu lat: o kry­zy­sie męsko­ści. Czy rze­czy­wi­ście mamy do czy­nie­nia z kry­zy­sem? Czy może jed­nak z rede­fi­ni­cją męsko­ści, a więc na przy­kład z ewo­lu­cją jej dotych­cza­so­wych wzor­ców? Wali­gó­ra sku­pia się na pew­nym wycin­ku oma­wia­ne­go zja­wi­ska, odno­sząc się zarów­no do ste­reo­ty­po­we­go poj­mo­wa­nia męsko­ści, jak i do róż­no­rod­nych defi­ni­cji tego poję­cia. Punk­tem odnie­sie­nia roz­wa­żań auto­ra tek­stu jest myśl Phi­li­pa Zim­bar­da, ame­ry­kań­skie­go psy­cho­lo­ga, któ­ry wspo­mnia­ny kry­zys uznał za fakt, a wśród jego przy­czyn wska­zy­wał zwłasz­cza „brak wzor­ców, wyco­fa­nie, wadli­wy sys­tem edu­ka­cji, zmia­nę ról spo­łecz­nych i w efek­cie kon­se­kwen­cje pono­szo­ne w doro­słym życiu”. Nie­ja­ko w kontrze do tego sta­no­wi­ska Wali­gó­ra przy­ta­cza zapi­sy Kata­rzy­ny Woj­nic­kiej, socjo­loż­ki męsko­ści z Uni­wer­sy­te­tu w Göte­bor­gu, stwier­dza­ją­cej (za Micha­elem Kim­me­lem, pro­fe­so­rem socjo­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Sto­ny Bro­ok w Nowym Jor­ku, rzecz­ni­kiem Naro­do­wej Orga­ni­za­cji Męż­czyzn Prze­ciw­ko Sek­si­zmo­wi), że kry­zy­su nie ma. Woj­nic­ka argu­men­tu­je: „kry­zy­sy męsko­ści są iden­ty­fi­ko­wa­ne za każ­dym razem, kie­dy kobie­ty zysku­ją wię­cej praw i się eman­cy­pu­ją”. Sto­sun­ko­wo naj­wię­cej miej­sca badacz­ka poświę­ca jed­nak sta­no­wi­sku Jaro­sła­wa Wol­ne­go, psy­cho­edu­ka­to­ra pra­cu­ją­ce­go w Mona­rze z oso­ba­mi uza­leż­nio­ny­mi, praw­ni­ka i tre­ne­ra sztuk wal­ki. Ten zaś pod­kre­śla, że męskość to doj­rza­łość, czy­li umie­jęt­ność inte­gro­wa­nia siły z wraż­li­wo­ścią, zna­jo­mość emo­cji, zdol­ność two­rze­nia part­ner­skich rela­cji i inte­rak­cji. Dziś, jak zauwa­ża Wol­ny, naj­więk­szym wyzwa­niem sta­je się zro­zu­mie­nie ocze­ki­wa­nych wzor­ców zacho­wań: „bądź sil­ny, ale przy oka­zji wraż­li­wy, bądź twar­dy, ale oka­zuj empa­tię, domi­nuj, ale nie bądź domi­nu­ją­cy, zara­biaj, ale bądź obec­ny w domu”. To trud­ne, zwłasz­cza że przez lata przy­wy­kli­śmy do legen­dar­nych wize­run­ków męż­czyzn, wśród któ­rych znaj­do­wa­li się choć­by Ernest Hemin­gway czy Arnold Schwa­rze­neg­ger. Syno­ni­mem męsko­ści sta­ło się nie­oka­zy­wa­nie uczuć. Dziś ten wzo­rzec odcho­dzi do lamu­sa, a przez swój tekst Wali­gó­ra uczy nas mówić o tym, co wcze­śniej sta­no­wi­ło kul­tu­ro­wo-oby­cza­jo­we tabu.

Okładka czasopisma „Odra” 2026, nr 3.
„Odra” 2026, nr 3.

„Kraków i Świat”

Set­na rocz­ni­ca uro­dzin Andrze­ja Waj­dy to temat prze­wod­ni naj­now­sze­go nume­ru „Kra­ko­wa i Świa­ta”. Z tej oka­zji w dwu­mie­sięcz­ni­ku znaj­dzie­my wie­le arty­ku­łów poświę­co­nych wybit­ne­mu reży­se­ro­wi, w tym wywiad z Rober­tem Więc­kie­wi­czem, gra­ją­cym tytu­ło­wą rolę w fil­mie Wałę­sa. Czło­wiek z nadziei, czy arty­kuł poświę­co­ny jed­ne­mu z naj­waż­niej­szych przed­sta­wień twór­cy, czy­li Bie­som – wysta­wio­nym w Sta­rym Teatrze. War­to zwró­cić uwa­gę tak­że na tekst Tade­usza Lubel­skie­go Pięć miło­ści Andrze­ja Waj­dy (nie licząc kobiet). Jed­ną ze wspo­mnia­nych miło­ści był Kra­ków, do któ­re­go reży­ser po raz pierw­szy przy­je­chał pod­czas woj­ny. Zoba­czył wte­dy w Koście­le św. Fran­cisz­ka z Asy­żu witra­że, któ­re wywar­ły na nim tak wiel­kie wra­że­nie, że poświę­cił dzie­łom Sta­ni­sła­wa Wyspiań­skie­go jedy­ny w życiu napi­sa­ny przez sie­bie wiersz. To wła­śnie w Kra­ko­wie razem z Kry­sty­ną Zachwa­to­wicz Waj­da zde­cy­do­wał się zało­żyć Cen­trum Sztu­ki i Tech­ni­ki Japoń­skiej Mang­gha i wła­śnie tu obo­je wra­ca­li w poszu­ki­wa­niu wytchnie­nia od war­szaw­skie­go zgieł­ku.

Kolej­ną miło­ścią Waj­dy było malar­stwo Andrze­ja Wró­blew­skie­go. Zachwy­co­ny obra­za­mi swo­je­go imien­ni­ka, a tak­że powo­do­wa­ny oba­wą, że nigdy nie dorów­na jego talen­to­wi, Waj­da zre­zy­gno­wał ze stu­diów w Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Całe życie jed­nak chciał nakrę­cić film o Wró­blew­skim. Lubel­ski zapi­su­je:

Przy­miar­ki do fil­mu fabu­lar­ne­go o Wró­blew­skim, jako naj­waż­niej­sze­go zada­nia, jakie przed nim stoi, powra­ca­ją – ze zmien­nym natę­że­niem, ale regu­lar­nie – przez czter­dzie­ści lat.

Reali­za­cja mia­ła nosić tytuł Elek­trow­strzą­sy, nie doszło jed­nak do jej powsta­nia. Nakrę­co­ne przez Waj­dę pod koniec życia Powi­do­ki, opo­wia­da­ją­ce o innym mala­rzu, Wła­dy­sła­wie Strze­miń­skim, były według same­go reży­se­ra tyl­ko namiast­ką pla­no­wa­ne­go dzie­ła.

Wiel­ką esty­mą Waj­da darzył tak­że Zbi­gnie­wa Cybul­skie­go:

Głę­bia poro­zu­mie­nia, jakie reży­ser nawią­zał z wyko­naw­cą roli Mać­ka, prze­szła ocze­ki­wa­nia. Cybul­ski swo­ją posta­cią speł­nił zbio­ro­we marze­nie Pola­ków o samych sobie. Przez pierw­sze mie­sią­ce po pre­mie­rze oni wszy­scy chcie­li tak się zacho­wy­wać i tak wyglą­dać.

Pozo­sta­łe dwa frag­men­ty arty­ku­łu Lubel­skie­go zosta­ły poświę­co­ne miło­ści reży­se­ra do Japo­nii oraz do piór wiecz­nych.

*

W „Kra­ko­wie i Świe­cie” nie mogło zabrak­nąć poezji. W oma­wia­nym nume­rze znaj­dzie­my więc wier­sze Jaro­sła­wa Miko­ła­jew­skie­go, recen­zję jego tomu Na skraw­ku napi­sa­ną przez Janu­sza Palu­cha, a tak­że inte­re­su­ją­cą roz­mo­wę z poetą prze­pro­wa­dzo­ną przez tego same­go dzien­ni­ka­rza. Miko­ła­jew­ski o swo­im naj­now­szym zbio­rze wier­szy mówi:

[Ten tom – przyp. red.] to na pew­no z jed­nej stro­ny jest jakaś moja struk­tu­ra men­tal­na, a z dru­giej wynik tego, że mam sen­ty­ment do ludzi sta­rych, będą­cych już w okre­sie melan­cho­lii, roz­li­czeń, czy może nawet odsu­wa­nia się na bok. […] Fak­tem jest, że jako bała­ga­niarz jeż­dżę z mnó­stwem skraw­ków papie­rów w kie­sze­ni, a czę­sto moje wier­sze powsta­ją w metrze i wte­dy zapi­su­ję je na tym, co mam pod ręką. Potem w domu opróż­niam kie­sze­nie, zasy­pu­jąc papier­ka­mi stół. Moja żona je tam znaj­du­je i czę­sto wyrzu­ca, a ja wte­dy pró­bu­ję odtwo­rzyć te zapi­ski.

Z roz­mo­wy może­my dowie­dzieć się tak­że wie­le o twór­czo­ści Miko­ła­jew­skie­go dla dzie­ci, któ­rą autor trak­tu­je bar­dzo poważ­nie, sta­ra się bowiem w odpo­wied­ni spo­sób prze­ka­zać małym czy­tel­ni­kom istot­ne tre­ści. Jak sam opo­wia­da:

Kie­dyś napi­sa­łem książ­kę „Koły­san­ki dla Lau­ry, dla mojej wnucz­ki, gdzie opo­wia­dam o Gazie, Ukra­inie. To, co docie­ra do dziec­ka, choć­by jed­no­rocz­ne­go malu­cha, to jest wpraw­dzie przede wszyst­kim melo­dia, muzy­ka, ryt­mi­ka, ale dobrze by było, żeby ten dzia­dek – mam tu na myśli sie­bie – wyspo­wia­dał się z tego, że moje poko­le­nie nie zadba­ło o Zie­mię, o świat, w któ­rym to dziec­ko będzie się roz­wi­ja­ło, dora­sta­ło. Prze­pra­szam dzie­ci i uprze­dzam je, że dzie­je się woj­na, a myśmy jej nie zapo­bie­gli. Uczu­lam je na sło­wo „odpo­wie­dzial­ność”. Do dzi­siaj – gdy sły­szę „Ale­śmy wybra­li”, mając na myśli jakie­goś pre­zy­den­ta, a w odpo­wie­dzi: „Tyl­ko nie my, ja gło­so­wa­łam na kogoś inne­go” – wzdry­gam się. Jestem zda­nia, że wszy­scy jeste­śmy za to odpo­wie­dzial­ni, nawet jeśli nie odda­li­śmy gło­su na tę oso­bę, ponie­waż nie zapo­bie­gli­śmy temu, co się sta­ło. To jest poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści, o któ­rym opo­wia­dam dzie­ciom.

Ponad­to Miko­ła­jew­ski spo­ro mówi o swo­ich związ­kach z Kra­ko­wem, a tak­że o Rzy­mie, w któ­rym przez lata miesz­kał i pra­co­wał jako dyrek­tor Insty­tu­tu Kul­tu­ry Pol­skiej.

Okładka czasopisma „Kraków i Świat” 2026, nr 3–4.
„Kraków i Świat” 2026, nr 3–4.

„Tygodnik Powszechny”

„Nie jest chrze­ści­ja­ni­nem ten, kto nie doświad­czył sza­ro­ści wia­ry” – pisze Ryszard Kozio­łek w ese­ju A potem umarł, zamiesz­czo­nym w świą­tecz­nym wyda­niu „Tygo­dni­ka Powszech­ne­go”. Na potwier­dze­nie tej tezy przy­ta­cza wizję sen­ną teo­lo­ga pro­te­stanc­kie­go Kar­la Bar­tha, któ­ra nie mia­ła nic wspól­ne­go ze strasz­ny­mi sce­na­mi roz­gry­wa­ją­cy­mi się na kar­tach dzie­ła Dan­te­go czy na obra­zach Hie­ro­ni­ma Boscha. Uka­zy­wa­ła nato­miast:

bezkresn[ą] i płask[ą] jak stół równin[ę] bez śla­du roślin­no­ści ani żad­nych innych form kra­jo­bra­zu. Jej powierzch­nię pokry­wał sza­ry pył. Pano­wał tam przej­mu­ją­cy chłód. W środ­ku tej pusty­ni, w sła­bym i mgli­stym świe­tle bez źró­dła stał jeden czło­wiek.

Odnie­sień do tej prze­ra­ża­ją­cej sza­ro­ści Kozio­łek szu­ka w filo­zo­fii, malar­stwie, lite­ra­tu­rze. Znaj­du­je je w twór­czo­ści Pete­ra Slo­ter­dij­ka, dla któ­re­go inspi­ra­cją było stwier­dze­nie Pau­la Cézanne’a, że nie jest mala­rzem ten, kto nigdy nie malo­wał sza­ro­ści:

[Slo­ter­dijk – przyp. red.] prze­no­si to zada­nie na tery­to­rium filo­zo­fii i spraw­dza, jak radzi­ła sobie ona z sza­ro­ścią, któ­ra jest bar­wą egzy­sten­cji; kolo­rem aury spo­wi­ja­ją­cej ludz­ką codzien­ność.

Wiel­ki­mi poeta­mi sza­ro­ści byli Frie­drich Höl­der­lin i Tade­usz Róże­wicz, któ­rych twór­czość Kozio­łek rów­nież przy­wo­łu­je. Zauwa­ża przy tym, że sza­rość jest syno­ni­mem nie­od­wra­cal­ne­go sta­rze­nia się świa­ta. Jego esej, pięk­ny i mądry, koń­czy się zapi­sem:

Tyl­ko sztu­ka to potra­fi. „Odmło­dzić świat”, czy­li uczy­nić go w naszych oczach trwa­ją­cym, dobrym i sen­sow­nym. „Boskim”, choć Boga stra­ci­li­śmy na wie­ki. Zosta­wił nam porzu­co­ny przez sie­bie świat; prze­kre­ślo­ny na krzyż; i sza­rą mono­to­nię powszech­ne­go losu istot śmier­tel­nych. Nie ma Go z nami, więc nie ma sen­su, ani jed­nej praw­dy, ani wspól­nych zasad. A mimo to wie­lu sta­ra się żyć i dzia­łać tak, jak­by świat mógł kie­dyś być dobrym miej­scem dla Boga.

*

W cza­sie lek­tu­ry wiel­ka­noc­ne­go nume­ru „Tygo­dni­ka…” war­to zatrzy­mać się tak­że przy roz­mo­wie Woj­cie­cha Bono­wi­cza z lau­re­atem Lite­rac­kiej Nagro­dy Nobla Jonem Fos­sem. W wywia­dzie To, co piszę, nie pocho­dzi ze mnie poru­sza­ne są mię­dzy inny­mi kwe­stie ducho­wo­ści, sta­no­wią­cej fun­da­ment twór­czo­ści lite­rac­kiej auto­ra Sep­to­lo­gii:

 Muszę zastrzec, że nie cho­dzi o żad­ne dogma­ty, lecz o obec­ność trans­cen­dent­ne­go wymia­ru, któ­ry wpły­wa na nasze życie. Doświad­czy­łem tego wie­lo­krot­nie, tak­że jako pisarz. Co na przy­kład spra­wi­ło, że zaczą­łem pisać? Trud­no na to pyta­nie odpo­wie­dzieć. Na pew­no pomo­gła mi świa­do­mość, że to, co widzial­ne, nie jest wszyst­kim, co ist­nie­je. Wie­lu ludzi igno­ru­je to, co nie­wi­dzial­ne. Ale ja, już jako bar­dzo mło­dy czło­wiek, czu­łem, że nie moż­na tego igno­ro­wać. Powie­dział­bym wręcz, że dobry wiersz czy w ogó­le dobra lite­ra­tu­ra to taka, w któ­rej uobec­nia się to, co nie­wi­dzial­ne.

Roz­wa­ża­nia na temat wia­ry i Kościo­ła kato­lic­kie­go, do któ­re­go pisarz wstą­pił już jako w peł­ni doj­rza­ły czło­wiek, sta­no­wią dużą część roz­mo­wy. Zresz­tą samo pisa­nie dla Fos­se­go ma wymiar reli­gij­ny:

Pisa­nie przy­po­mi­na modli­twę. Modli­twa też prze­cież jest uciecz­ką od same­go sie­bie. Nie cho­dzi o to, żeby wyra­zić sie­bie, ale zwró­cić się ku cze­muś więk­sze­mu niż ja. Ten zwrot ku nie­zna­ne­mu jest zna­mien­ny. Gdy­bym pisząc, myślał o tym, że jakaś kon­kret­na oso­ba będzie czy­tać moją powieść albo oglą­dać moją sztu­kę, zapew­ne nic bym nie napi­sał. Stra­cił­bym całą ocho­tę. Pisząc, nie zwra­cam się więc do niko­go kon­kret­ne­go – ale jed­nak do kogoś się zwra­cam. I sądzę, że tego, do kogo się zwra­cam, moż­na nazwać Bogiem. Dla­te­go porów­na­łem pisa­nie do modli­twy. Bóg jest pierw­szym czy­tel­ni­kiem.

Nie­wąt­pli­wie jego sło­wa wybrzmie­wa­ją w spo­sób szcze­gól­ny w okre­sie, kie­dy „Tygo­dnik Powszech­ny” tra­fia do rąk czy­tel­ni­ków.

Okładka czasopisma „Tygodnik Powszechny” 2026, nr 14.
„Tygodnik Powszechny” 2026, nr 14.

– dziennikarka, publicystka, redaktorka, absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

więcej →

– redaktorka, recenzentka literacka.

więcej →

Powiązane teksty