O samotności pisać trudno, nie ze względu na ogromną liczbę pism jej poświęconych (czegokolwiek się tknąć, trzeba przestudiować całą bibliotekę), ale z powodu prostego faktu: kto pisze o samotności, sam w samotność musi się zanurzyć i trudno jest mu oddzielić doświadczenie własne od cudzego. Nie chodzi o to, że tylko pisząc o samotności, jest się samotnym, bo równie samotnym się jest, pisząc o korzyściach płynących z życia we wspólnocie lokalnej czy komunizmie. Ten prosty, zdawałoby się, fakt komplikuje się jednak za sprawą dwuznacznej relacji samotnika do świata, z którego samotnik ów się właśnie wycofał, żeby zrobić to, na co ma ochotę. Czy ucieknie przed samotnością do uciech i utrapień codzienności, gdy przyjdzie na to czas, czy przeciwnie – ulegnie czarowi szczelnej izolacji od świata, zawieszając jego wpływ? Bo tak naprawdę nie wiemy, czy tęsknić za samotnością, czy jej unikać. Tęsknimy, gdy nie możemy już znieść presji wywieranej przez świat; lękamy się jej, gdy podejrzewamy, że możemy jej nie sprostać. Ale co to znaczy: sprostać samotności? To znaczy uwierzyć, że jest w naszych działaniach sprawczość, że mamy swobodę wyboru, której nikt nam nie może odebrać. Kiedy tej wiary, tej swobody nie mamy, kiedy jesteśmy sami z powodu innych, kiedy to inni każą nam się wycofać ze świata – staczamy się nieuchronnie w bolesne osamotnienie. Nie będę pisał tu o tych formach odosobnienia, które mają nad sobą instytucjonalny glejt. Metody więziennego czy społecznego nadzoru zasługują na osobną uwagę i domagają się innego rodzaju języka. Mnie interesuje dość prosta kwestia, a mianowicie: czym od siebie różnią się w nowoczesności samotność i osamotnienie i jakie są psychopolityczne konsekwencje tej różnicy.
Wedle siebie samego
W ciżbie, powiada Michel de Montaigne w eseju O samotności, „jest wielkie niebezpieczeństwo skażenia się”1. Albo naśladujemy innych, gdy chcemy im się przypodobać, albo ich nienawidzimy, gdy są zbyt odmienni. Albo rezygnujemy z własnej indywidualności, albo ją potęgujemy. W czasach Montaigne’a nie istniała jeszcze sfera publiczna, która pojawiła się dopiero wraz z demokratyzacją życia codziennego, ale autor Prób miał doskonałą intuicję: żyjąc z innymi, albo jesteśmy zbyt podobni do innych, albo się zbyt od nich różnimy. W obydwu wypadkach cierpi na tym („choruje” z tego powodu) nasze „ja”. Albo gubi się w napierającej gromadzie, albo traktuje ją jak nieustępliwego wroga. Albo rozpuszcza się pośród innych i nic z niego nie zostaje, albo nakręca odmienność do tego stopnia, że między nim a innymi powstaje gwałtowny konflikt. W obydwu tych wypadkach nie ma mowy o samotności: „ja” jest za bardzo przepełnione innymi, żeby – jak pisał Montaigne (a raczej jego tłumacz) „żyć bardziej swobodno i wedle siebie samego”2. Oznacza to, że samotność jest wyłącznie funkcją wolności i autonomii. Im bardziej jesteśmy zależni od innych, tym mniej mamy wolności działania (w tym wolności odłączenia się od innych) i mniej okazji do samotności. Ta zaś nie jest czymś dotkliwym, wręcz przeciwnie – jest bardzo pożądanym lekarstwem na chorobę przesadnej socjalizacji. Na samotność w czasach Montaigne’a stać było tylko nielicznych, albowiem samotność kosztuje: na kogoś, kto odsuwa się od świata, inni muszą pracować, żeby go utrzymać. Gdy jednak postępująca nowoczesność doprowadzi do bezwzględnego uspołecznienia życia codziennego i do stopniowego zaniku prywatności pod czujnym nadzorem władzy, człowiek całkiem utraci zdolność do życia w samotności i zacznie narzekać na swoje osamotnienie. Nie sposób przecenić tej dystynkcji. Samotność jest kwestią swobodnego wyboru: chcę być bez ludzi na mocy własnej, a nie cudzej decyzji. Na osamotnienie skazują nas inni: muszę być sam, bo tak orzekła gromada.
Nerwica i psychoza
Przenikliwą obserwację francuskiego szesnastowiecznego szlachcica uzupełnił po latach żydowski nowoczesny lekarz. Sigmund Freud odkrył mianowicie, że inny mechanizm psychiczny działa w wypadku ludzi znerwicowanych, inny zaś występuje u psychotyków. W nerwicy „ja” zdominowane jest przez „nad-ja”: instancję narzucającą porządek nieuporządkowanej nieświadomości. „Ja” znerwicowane nie radzi sobie ze swoimi pragnieniami, nie umie lub nie chce ich wyrazić ani zrealizować w praktyce życiowej, albowiem jest blokowane przez zakaz realizacji pochodzący od innych, czy to tych realnych, czy tylko wyobrażonych. W psychozie przeciwnie: nie dochodzi do uwewnętrznienia zakazu, lecz do jego projekcji na zewnątrz. Inni nie są już „w” psychice „ja”, lecz poza nią, po drugiej stronie muru, w świecie, z którym psychotyk utracił związek. „Ja” znerwicowane nie może być sobą, wbrew samemu sobie (bo nie pozwalają mu na to inni). „Ja” psychotyczne musi być sobą, wbrew innym, bo inni są dla niego zagrożeniem. „Ja” znerwicowane jest nazbyt otwarte na innych, „ja” psychotyczne nazbyt przed innymi zamknięte. Za dużo innych, można by rzec: w „ja” albo poza nim. Za dużo też autorytetu: nerwica to uległość wobec „nad-ja” i umniejszenie „ja”, psychoza to absolutyzacja „ja” i umniejszenie „nad-ja”. Powtórzmy: nerwica nie pozwala jednostce być sobą, ponieważ nie pozwalają na to inni; w psychozie nic poza „sobą” nie ma, inni już się nie liczą, nie ma do nich dostępu.
Jak to się ma do samotności? Ano tak, że zarówno neurotyk, jak i psychotyczka, neurotyczka i psychotyk nie wiedzą, co to samotność, bo znają tylko osamotnienie. Zawojowani przez innych, pozbawieni swobody wyboru, są istotami reakcyjnymi, żyją bowiem w ciągłej, chaotycznej reakcji. Reagują nieustannie na ruchy innych i nie są w stanie się od spojrzenia innych uwolnić. I nerwica, i psychoza osadzone są na pytaniu, które precyzyjnie sformułował Fiodor Dostojewski w debiutanckim opowiadaniu Sobowtór, grając z etykietą językową. Gdy naczelnik wydziału pyta pana Goladkina: „czego pan sobie życzy”, to oczywiście chodzi nie o grzeczność, ale o to, jakie są głębokie pragnienia (życzenia) pana Goladkina i jak inni się do tych pragnień/życzeń odnoszą. Na to pytanie padają dwie różne odpowiedzi. Nerwica jest związana z nieustanną niepewnością, z permanentnym niezdecydowaniem; psychoza natomiast to czysta, niezmącona pewność siebie. Niepewność wynika stąd, że nie wiadomo, jak żądanie pochodzące od innych zrealizować. Pewność ma zaś źródło w przekonaniu, że inni są w ogóle do niczego niepotrzebni. Neurotyk nigdy nie jest sam. Psychotyk jest wyłącznie sam. Czy zatem psychotyk nie powinien być doskonałym wcieleniem samotnika? Czy bariera odgradzająca go od świata nie jest warunkiem samotności? Otóż nie. Jak pisałem, samotność jest doświadczeniem swobodnym, jest oparta na wolności wyboru. Samotność to nie każde odosobnienie: jedynie odosobnienie, do którego nie zmusili mnie inni i z którego można w każdej chwili zrezygnować. Nerwica i psychoza to skutki nieprzepracowanej relacji z innymi. To dwa różne doświadczenia zbudowane na traumatycznej relacji z drugim człowiekiem, najbardziej obiecującej, ale i najbardziej niepokojącej relacji, jaką człowiek może w swoim świecie zawiązać.
Zamurowanie i inwigilacja
Porównam teraz ze sobą dwie wizje tej traumatycznej relacji, żeby dokładniej się im przyjrzeć. Obie dotyczą pisarzy tworzących niemal w tym samym czasie (jeden jest starszy od drugiego o dziewięć lat), pochodzących z tej samej krainy kulturowej, jaką była monarchia habsburska, i z tej samej zsekularyzowanej tradycji religijnej, czyli żydostwa. Młodszy fascynował się starszym, pisał o nim z głębokim przejęciem, gdyż odnajdywał w jego twórczości bliskie sobie tematy. W opowiadaniu zatytułowanym Samotność, które w druku po raz pierwszy ukazało się pod tytułem O sobie i które jest małą antologią symboliki zawartej w utworach jego literackiego autorytetu, przedstawiał siebie jako kogoś, kto przez „gorzkie miesiące i lata” nie opuszczał swojego pokoju.
Siedzę i słucham ciszy. Pokój jest po prostu wybielony wapnem. Czasem na białym suficie wystrzeli kurza łapka pęknięcia, czasem płatek tynku obsuwa się z szelestem. Czy mam zdradzić, że pokój mój jest zamurowany? Jakżeż to? Zamurowany? W jakiż sposób mógłbym zeń wyjść? Otóż to właśnie: dla dobrej woli nie ma zapory, intensywnej chęci nic się nie oprze. Muszę sobie tylko wyobrazić drzwi, dobre stare drzwi, jak w kuchni mego dzieciństwa, z żelazną klamką i ryglem. Nie ma pokoju tak zamurowanego, żeby się na takie drzwi zaufane nie otwierał, jeśli tylko starczy sił, by mu je zainsynuować3.
Bruno Schulz, bo to o nim mowa, nie tworzy tu abstrakcyjnej sytuacji. Zamurowanie, zamknięcie w szklanej kuli, izolacja, z której nie ma wyjścia – o wszystkim tym pisał obficie do swoich przyjaciół. Witkacemu, objaśniając swoje utwory, tłumaczył: „W jakiś sposób «historie» te są prawdziwe, reprezentują moją manierę życia, mój los szczególny. Dominantą tego losu jest głęboka samotność, odcięcie od spraw codziennego życia”4. Pisząc do znajomego psychologa o Rainerze Marii Rilkem, innym swoim literackim idolu, Schulz przekonywał, że „[t]o jest bardzo cichy, zamknięty w sobie świat, trzeba odejść bardzo daleko od zgiełku i zejść bardzo głęboko, ażeby usłyszeć tę poezję, Narcysyzm, samotność, zamknięcie w szklanej bani”. I zaraz potem łączył tę egzegetyczną formułę z własnym życiem, a dokładniej z traumą dzieciństwa. Fragment ten, choć obficie komentowany, trzeba przytoczyć w całości:
To zaklęcie we własną samotność, odcięcie się od życia, od działania, rozkosz i tragizm tego (Taniec ze sobą samym) przypomina mi najistotniejszy i najgłębszy mój sen, który miałem w 7ym roku życia, sen antycypujący mój los. Śni mi się, że jestem w lesie, noc, ciemno, odcinam sobie nożem penis, robię jamkę w ziemi i zakopuję go. To jest niejako antecedens, partia snu bez intonacji uczuciowej. Następuje właściwy sen: Opamiętuję się, uświadamiam sobie potworność, straszliwość grzechu popełnionego. Nie chcę uwierzyć, żem go naprawdę popełnił, i wciąż konstatuję z rozpaczą, że tak jest, że com uczynił, jest nieodwołalne. Jestem jak gdyby już poza czasem w obliczu wieczności, która dla mnie nie będzie już niczym innym jak straszną świadomością winy, uczuciem niepowetowanej straty przez całą wieczność. Jestem na wieki potępiony i wygląda to tak, że zamknięto mnie egzemplarycznie w szklanym słoju, z którego już nigdy nie wyjdę5.
Połączenie poczucia izolacji i traumy widać tu jak na dłoni. Lęk przed autokastracją, prawdziwe źródło snu, w którym chłopiec odcina sobie genitalia, wywołuje poczucie winy, które z kolei prowadzi do zamknięcia „w szklanym słoju”. Skąd ten lęk? Niewątpliwie z poczucia impotencji, zarówno seksualnej, jak i twórczej, ale także z powodu poczucia własnej nieużyteczności, która w środowisku małomiasteczkowego drobnomieszczaństwa żydowskiego zajmującego się handlem musiała być bardzo dotkliwa. To właśnie ten psychotyczny lęk zamurowuje Schulza w „dawnym pokoju z dzieciństwa”, odcinając go od wszystkich ludzkich relacji. Niewypowiedziani z nazwiska „inni” są za murem, którego nie da się przebić, albowiem nie ma w tym odosobnieniu dobrowolności. Trauma do tej pułapki Schulza wpędziła i trauma go w niej na zawsze uwięzi. Dlatego w tym wypadku nie możemy mówić o samotności, lecz o osamotnieniu. Wyrok wydany przez innych, powstrzymywanych przed wstępem do szklanego słoja, w którym zamyka się psychotyczna osobowość.
Słowo „wyrok” nie pada tu przypadkiem. „Nie można zacząć zdania, żebyś nie patrzał zaraz takim wzrokiem, jakby teraz miał zapaść ostateczny wyrok na ciebie”6, mówi w pewnym momencie adwokat do kogoś w powieści zatytułowanej Proces i można by to zdanie odnieść do samego Franza Kafki, do którego teraz się zwracamy po drugiej, neurotycznej, stronie spektrum osamotnienia. Przypomnijmy początek Procesu. Gdy Józef K. budzi się pewnego dnia, w jego mieszkaniu znajdują się obcy ludzie. Zamiast stanowczo się tej inwazji przeciwstawić, Józef K. wdaje się w dyskusję z nieproszonymi gośćmi, by po chwili poczuć, że w ten sposób „uznaje do pewnego stopnia prawo nieznajomego do nadzoru”7. To „prawo nieznajomego”, które jest też „nieznajomym prawem”, to nowoczesna heteronomia kwestionująca prawo jednostki do samostanowienia, czyli autonomii. Prawo nieznajomego to prawo kogoś innego, inne prawo, które wciska się do czyjejś świadomości i które nie może już z niej wyjść, bo jego istotą jest nadzór. Wszyscy bohaterowie Kafki cierpią na podległość temu prawu, wszyscy próbują się od niego – bezskutecznie – wyzwolić, ale nikomu się to nie udaje, ponieważ w świecie Kafki upadła ostateczna bariera oddzielająca sferę prywatną od publicznej i nikt nie może uciec przed spojrzeniem innych. W świecie Kafki „nagie życie” pojawia się nie wtedy, gdy brak symbolicznej i instytucjonalnej ochrony przybliża – jak sugerował Giorgio Agamben – chwilę eksterminacji (choć Józef K. ginie zasztyletowany), lecz wtedy, gdy jednostka nie ma jak i gdzie się schronić przed inwazyjnym wzrokiem obcych. Z tego powodu określenie „jak u Kafki”, które w państwach bloku komunistycznego oznaczało poddanie się niejasnym i niepoznawalnym regułom biurokratycznego systemu, dotyka w swej istocie niemożliwego doświadczenia samotności „pod specjalnym nadzorem”.
Sam Kafka doskonale wyczuwał różnicę między samotnością a osamotnieniem. Gdy Gustav Janouch w rozmowie – w kontekście znajomości jidysz – opowiedział, jak to jego matka, która ukrywała Żydów w czasie pogromu, została entuzjastycznie przyjęta po przeprowadzce do dzielnicy żydowskiej, Kafka natychmiast odparł: „I ja chciałbym podejść do tych biednych Żydów w getcie, ucałować im rąbek szat i nic, absolutnie nic nie powiedzieć. Byłbym zupełnie szczęśliwy, gdyby milcząco znosili moją obecność”8. Gdy Janouch zapytał: „Czy pan jest aż tak samotny?”, Kafka potwierdził, mówiąc, że jest „samotny jak Franz Kafka”9. Co miałoby to znaczyć? Kafce, jak sądzę, chodziło o to, że osamotnienie, stanowiące powód jego cierpień, daje się przełamać tylko samotnością, do której tęsknił. Pisarz, który wielokrotnie wracał do tematu przynależności i nieprzynależności do narodu żydowskiego i mnożył obrazy dziwnych hybryd jako figur tej „bękarciej” tożsamości, nieświadczących ani o jednym, ani o drugim, podchodzi do Żydów z getta, dotyka ich szat, ale milczy. Nie tylko milczy, ale domaga się milczenia. Bo Kafka, bo człowiek, milcząc z innymi, nie jest już osamotniony, lecz samotny w swoim szczęściu dzielenia swojej autonomii z innymi wolnymi duchowo osobami. Osamotnienie jest odrzuceniem, jest wyrokiem wydanym przez innych, karą za nadmierne pragnienie samostanowienia. Samotność z kolei wynika z pragnienia bezsłownego połączenia, bezpośredniego kontaktu, dotyku, którego nie niweczą słowa. Z bycia obok, które nie jest byciem pomimo, byciem zamurowanym w sobie samym. Osamotnienie skazuje człowieka na obcość mocą „prawa nieznajomego”. Samotność, wyzwalając się z opresji innych, paradoksalnie otwiera się w milczeniu na samotność drugiego człowieka. To milczenie, nie mowa, toruje przejście do kogoś innego, wyrąbuje drzwi w białym murze, za którym siedzi przerażony światem Schulz.
Ale Kafka, który nie mógł znieść najmniejszego hałasu wytrącającego go z absolutyzowanej samotności, nie byłby Kafką, gdyby nie dodał tu trybu warunkowego, gdyby nie rozumiał, że to pragnienie milczącej samotności jest tyleż konieczne, co mało możliwe. „Byłbym zupełnie szczęśliwy, gdyby milcząco znosili moją obecność”10 [wyróżnienie – M.P.M.]. Samotność, wyrwa w „samopodporządkowaniu się prawu”, jak określił to pisarz w innej rozmowie11, jest z pewnością milczącym ideałem jednostkowej autonomii otoczonej przez bezosobowe siły heteronomii, tyle że ideałem nader niepewnym, nieoczywistym, warunkowym, kruchym. Dlatego wartym wielkiego wysiłku.
Schulz pokazuje, w jaki sposób psychoza – zamknięcie w szklanym słoju osamotnienia – skazuje innych na radykalne zewnętrze. Kafka z kolei uświadamia nam, jak w nerwicy – wystawieniu się na obce spojrzenie – inni skazują jednostkę na wnętrze otwarte na zewnątrz. Schulz pragnie innych, ale nie może ich znaleźć w zamurowanym pokoju. Kafka pragnie samego siebie, ale na osiągnięcie spełnienia nie pozwalają mu inni, ponieważ pakują się z butami do jego łóżka.
Lęk przed samotnością
W napisanej na amerykańskiej emigracji i wydanej w 1941 roku Ucieczce od wolności niemiecki psychiatra Erich Fromm dowodził, że indywidualizm człowieka współczesnego wyrósł na dwuznacznej przesłance. Uwalniając się od więzów tradycyjnego, hierarchicznie i klasowo ustrukturowanego społeczeństwa, człowiek z jednej strony wyzwalał się z ograniczeń narzuconych przez wspólnotę, z drugiej jednak rezygnował z poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała mu gromada, do której należał. Innymi słowy: wolność indywidualną jednostka kupowała za cenę utraty opieki. „Wolność, pisze Fromm, mimo że przyniosła mu niezależność i władzę rozumu, uczyniła go samotnym, a przez to lękliwym i bezsilnym”12. Ale Fromm nie tylko stawiał diagnozę kryzysu egzystencjalnego, gdyż przede wszystkim interesowały go polityczne konsekwencje dwuznacznego poczucia wolności. Wydawało się, powiada, „że ekspresja pełni ludzkich możliwości jest celem, do którego rozwój społeczny zbliża się szybkimi krokami. Zasady ekonomicznego liberalizmu, demokracji politycznej, autonomii religijnej i indywidualizmu w życiu osobistym, będąc wyrazem owego dążenia do wolności, jednocześnie zdawały się zbliżać rodzaj ludzki do jej urzeczywistnienia”13. A jednak liberalizm i demokracja poniosły klęskę w starciu z władzą autorytarną, która błyskawicznie – rękami Hitlera i jego wasali – zmiotła złudzenia nieograniczonego postępu ludzkich swobód. Dlaczego, tak się stało? – pyta Fromm. Otóż dlatego, że w czasach niepewnych – a nie było narodu bardziej poharatanego po pierwszej wojnie od Niemców – ludzie z wielką ochotą sprzedają pierworództwo jednostkowych swobód za miskę państwowej ochrony przed egzystencjalną kruchością, zapewnianej tylko przez zamordystyczną władzę, uwalniającą obywateli od przerażenia związanego z podejmowaniem decyzji. Jeśli Hitler działał pod wpływem teorii prawnych Carla Schmitta, wedle których władza absolutna musi niejako działać w permanentnym stanie wyjątkowym, to robił to, uwalniając obywateli od troski o ich własne życie, przyznając sobie prawo podejmowania za nich decyzji o życiu i śmierci. Hitler sięgający po władzę nie był nieobliczalnym wariatem, jakim wydawał się w oczach liberalnej demokracji, ale przenikliwym analitykiem społecznych niewygód. Wiedział doskonale, że jego sukces zależy od zagospodarowania osamotnienia doświadczanego przez miliony Niemców nieumiejących sobie poradzić z nadmiarem wolności, jakim obdarowała ich nowoczesność, szydząca z niej jednocześnie na wojennej „ziemi niczyjej”, usłanej milionami trupów. Ta skuteczna gospodarka osamotnieniem nie polegała, rzecz jasna, na poszerzaniu sfery samotności. Wręcz przeciwnie: w ramach opisanej praktyki sferę tę natychmiast likwidowano, pokazując, czym jest władza autorytarna – władzą, dla której wolność wyboru samotności jest nieznośnym zagrożeniem. Władza ta ma niepokojącą intuicję psychospołeczną. Wie doskonale, jak grać nerwicą i psychozą ludzkich traum. Nie powoduje ich, lecz je bezwzględnie wykorzystuje, nieodwołalnie je pogłębiając. Wie też, że jedynym lekarstwem na osamotnienie jest samotność.
Popularny filozof się myli
Stało się już zwyczajem definiować nowoczesność jako epokę, w której zniknęła transcendencja. Wyparowały w nowoczesności nie tylko, jak pisali Karol Marks i Friedrich Engels w Manifeście komunistycznym (1848), substancje, rzeczy stałe i solidne, ale i relacje, zarówno „wertykalne”, łączące człowieka z Bogiem (albowiem „Bóg umarł”), jak i „horyzontalne”, międzyludzkie, będące spoiwem społecznym (albowiem „piekło to inni”). Podjął tę arcynowoczesną myśl popularny współczesny filozof koreańsko-niemiecki Byung-Chul Han, pisząc w Społeczeństwie zmęczenia… (2010), że „późnonowoczesne Ja jest […] zupełnie osamotnione” [wyróżnienie – M.P.M.]. Przyczyna tego osamotnienia leży ponoć w tym, że „nic nie daje nam obietnicy trwania i stałości”, a „powszechny upadek narracji o świecie wzmaga jeszcze poczucie przemijalności, która czyni życie nagim”14.
Otóż nie jest to prawda. O ile chętnie mogę się zgodzić z określeniem naszych czasów jako późnej nowoczesności, o tyle nie poprę diagnozy Hana, że jesteśmy w naszym późnonowoczesnym życiu „zupełnie osamotnieni”. Nie zgodzę się więc także z tym, że samotność ta wynika z braku poczucia „trwałości i stałości” i że doświadczenie owego braku jest intensyfikowane przez „powszechny upadek narracji o świecie”, wzmagający wrażenie przemijalności, które „czyni życie nagim”.
Odłożę na bok „powszechny upadek narracji”, równie wątpliwą tezę Hana (cierpimy raczej nie na niedomiar, lecz na nadmiar opowieści, ale to całkiem inna historia). Wspomniane już wcześniej w kontekście Kafki nagie życie to kategoria zaczerpnięta oczywiście z pism Agambena, który stosował ją do opisu sytuacji skrajnych – gdy życie jednostkowe, pozbawione symbolicznej czy prawnej ochrony, zależy wyłącznie od woli silniejszych. Stosowanie tej kategorii jako uogólnionej diagnozy społecznej jest bardzo mylące. Gdy przyjrzymy się kruchości ludzkiego życia pozbawionego stałych punktów odniesienia, to okaże się na przykład, że w skali globu „tylko” dwa procent ludzkości pozbawione jest dachu nad głową, tyle samo – około trzystu milionów – zmuszonych jest do zmiany miejsca zamieszkania, a „jedynie” sto siedemnaście milionów żyje na wygnaniu czy uchodźstwie, choć ta ostatnia liczba zwiększa się ponoć codziennie o ponad czterdzieści tysięcy nowych wygnańców. Z tej liczby „jedynie” około dziesięciu milionów ludzi żyje w obozach, które nie są jednak obozami pracy ani zagłady (posługuję się cudzysłowem, żeby tych liczb nie bagatelizować). Od czasu przejścia od koczownictwa do osadnictwa, które pozwoliło na cywilizacyjny upgrade, gatunek nasz prowadzi dość osiadły tryb życia, a uchodźstwo, choć coraz bardziej widoczne, nie należy do pierwszorzędnych trosk naszego globu. Jest dotkliwe jak mało co – nie ma dyskusji. Nikomu, kto myśli o własnym kącie, nie marzy się jednocześnie wygnanie, pozbawiające jednostkę elementarnego ludzkiego prawa do życia bez lęku o własną egzystencję. Są natomiast rzeczy znacznie gorsze w skutkach niż wygnanie, na przykład chroniczna bieda czy choroby, których z różnych powodów nie można uleczyć. Dziesięć procent ludzkości żyje dziś w skrajnym ubóstwie, czyli za mniej niż trzy dolary dziennie. W samych Stanach Zjednoczonych sto tysięcy ludzi rocznie umiera z powodu braku dostępu do opieki medycznej, a na świecie dziesięć procent umiera z powodu degradacji środowiska. Bogata Północ wyraża współczucie ofiarom, ale próbuje likwidować ludzkie cierpienie jedynie za pomocą odpadów z własnego suto zastawionego stołu. Wszyscy wiemy, że różnica między najbogatszymi a najbiedniejszymi rośnie z przerażającą szybkością za sprawą samonapędzającego się mechanizmu kapitalizmu; wojny wybuchają i toczą się pod dyktando politycznych i militarnych potęg, media pełne są obrazków ludzkiego bólu (który jest bardziej fotogeniczny niż radość czy szczęście). Ale i ta ponura wiedza nie pozwala stwierdzić, że w późnej nowoczesności „samotne Ja”, jak pisze Han, odsłania nieustannie „nagie życie”. Owszem, mnóstwo ludzi balansuje na granicy ludzkiej godności, ale właśnie dlatego znacznie większa część robi wszystko, żeby nie popaść w osamotnienie, żeby w „nagie życie” się nie osunąć. Niestety, im mniej wolności, tym i mniej samotności, a więcej osamotnienia.
Wyspy stałości w oceanie przemian
Weźmy na przykład Stany Zjednoczone, gdzie coraz trudniej się mieszka ludziom przyzwyczajonym do demokracji. Tak jak europejscy liberałowie zdumieni byli dojściem Hitlera do władzy, tak i dziś ich prawnukowie nie mogą pojąć popularności Donalda Trumpa, wziąwszy pod uwagę bezwstydną korupcję, nieosłonioną pozorami wulgarność, jawną demolkę demokratycznych instytucji i podporządkowanie wszystkich obszarów władzy państwowej prezydentowi. Wynika to oczywiście z nierozumienia mechanizmu władzy autorytarnej, której administracja Trumpa jest jednym z najbardziej zdumiewających przykładów. A mechanizm ten, jak pisał osiemdziesiąt pięć lat temu Fromm, polega na ofiarowaniu zdezorientowanym cywilizacyjnym przyspieszeniem wyborcom poczucia „trwania i stałości”. Poczucie to oparte jest na narracjach wciąż wzmacnianych przez przychylne tej władzy media: narodowościowej („Ameryka dla Amerykanów”), rasowej („Ameryka dla białych”), religijnej („Ameryka dla chrześcijan”), kapitalistycznej („Ameryka dla ludzi sukcesu”) i genderowej („Ameryka dla heteroseksualistów”). Tych pięć dominujących i wykluczających narracji, wykorzystywanych przez władzę autorytarną, ma dostarczyć ludziom łatwych narzędzi identyfikacji, pomagających przezwyciężyć osamotnienie i przyswoić sobie reguły czytelnej przynależności, dzięki którym „nagie życie” będzie, przynajmniej na jakiś czas, zasłonięte.
Nacjonalizm, rasizm, religijność, kapitalizm i homofobia czy mizoginizm to wyspy stałości w oceanie przemian, uspokajające pewniki w epoce błyskawicznych transformacji ekonomicznych i technologicznych, zwłaszcza dla tych, którzy z transformacją sobie z rozmaitych powodów nie radzą. Narracje te, które pokrywają dość szczelnie pole współczesnej kultury amerykańskiej, tak że nie wszystkie muszą występować razem, nie kryją bynajmniej wynaturzeń społecznych (żeby określić wynaturzenie, trzeba najpierw określić normę, tej zaś w podzielonym ideologicznie społeczeństwie nie ma), lecz przeciwnie: ich sukces zależy od zapotrzebowania na nie. Potrzeba bezpieczeństwa jest wpisana w kod genetyczny naszego gatunku, gdyż bez niej ludzkość nie mogłaby przetrwać. Potrzeba wolności wpisana jest w kod pragnień nowoczesnych jednostek, które utraciły zaufanie do wspólnoty. Potrzeba bezpieczeństwa wyklucza potrzebę wolności, gdyż wolność z zasady jest niebezpieczna. Dlatego autorytaryzm kusi obietnicą bezpieczeństwa, ale zwalcza wszelkie przejawy wolności.
Autorytaryzm, o czym wiadomo od pionierskich prac Theodora Adorna i innych członków Instytutu Badań Społecznych w wojennej Ameryce, jest z założenia konserwatyzmem, albowiem przeszłość zawsze daje poczucie czegoś zamkniętego, a zatem niepodatnego na zmiany i pojmowalnego. Władza autorytarna broni „swoich” obywateli przed osamotnieniem, obiecując żelazny protektorat, kordon ochronny, wewnątrz którego stworzona zostaje „prawdziwa” wspólnota, odcięta od reszty, należącej do zepsutego świata. Tym samym przekształca ich w psychotyków (w wersji hard) albo neurotyków (w wersji soft). W wersji radykalnej wspólnota jest ściśle odizolowana od świata (jak w Korei Północnej). W wersji subtelniejszej – potulnie zgadza się na ograniczanie swobód (jak w Stanach Zjednoczonych).
Dialektyka nowoczesności
Polityka plemiennej przynależności pojawiła się sto lat przed projektem globalnego okablowania. Pierwsza praca Johanna Gottfrieda Herdera na temat Volk, czyli ludu, kryjącego w swoich skarbcach wspólnotową mądrość, pochodzi z 1773 roku. Pierwszą linię telegraficzną ułożono na dnie Atlantyku w 1866 roku. Z tej chronologii wynika niezbicie, że łatwiej jest śpiewać ludowe piosenki niż rewolucjonizować komunikację. Z powodu tej łatwości plemiennej mistyce, która od dwustu lat wytrwale dąży do znerwicowania nowoczesnego obywatela, udaje się z wielkim powodzeniem zamortyzować koszty wyczerpującej mentalnie i emocjonalnie modernizacji życia codziennego. Nowoczesność z jednej strony rozlała się po świecie dzięki przemianom w transporcie i komunikacji, z drugiej – zeszła w głąb mitycznego matecznika, gdzie wszystko zostało tak ściśle ze sobą splątane, by nie stworzyć okazji do odosobnienia. Jeśli rozluźnienie tradycyjnych wspólnot lokalnych naprawdę spowodowało „epidemię osamotnienia”, to prawdą jest również to, że nowoczesność potrafiła wyprodukować na tę epidemię skuteczne lekarstwa. Im intensywniej kosmopolityczna ludzkość podłączała się do globalnej sieci, tym intensywniej jej patriotyczna oponentka szukała w tej sieci wyłomów i dróg ucieczki. Tak właśnie działa dialektyka nowoczesności, w której obrębie wciąż się – coraz szybciej – poruszamy, coraz bardziej rozczarowując się kryptoteologiczną ideą zbawiennego postępu. Zamiast stopniowo uwalniać się od cywilizacyjnych bolączek, które sami na siebie sprowadziliśmy, raczej kręcimy się w kółko, odgrzewając dawne konflikty.
Owszem, ma rację Steven Pinker, gdy w książce o nowym oświeceniu pisze, że z biegiem lat staliśmy się coraz bardziej cywilizowani, że mniej toczy się na świecie wojen niż czterysta i dwieście lat temu i że więcej ludzi umie dziś pisać i czytać niż przed pięćdziesięcioma laty. Profesor Harvarda zapomina jednak, że modernizacja budzi nie tylko entuzjazm i nadzieję na lepsze życie ludzkości, ale także gwałtowny opór i bunt przeciwko metodom realizowania owego lepszego życia. Wahadło nowoczesności huśta się to w stronę progresu, to w stronę regresu i nie widać końca tej oscylacji. Im bardziej świat staje się racjonalny, tym więcej w nim przejawów irracjonalizmu. Im ściślej świat opasany jest siecią relacji, tym silniejsza w nim tęsknota do izolacji. Im silniejsza tendencja do odczarowywania świata, tym szybciej magia próbuje zaczarować świat na nowo. Im droższa jest potrzeba bezpieczeństwa, tym tańsza staje się potrzeba wolności.
Dwuznaczność dialektyki nowoczesności pokazuje nam, że każde jednoznaczne objaśnienie społecznych tendencji za pomocą magicznej formuły zawodzi. Do połączenia nagiego życia i osamotnienia w jednej narracji tłumaczącej mizerię późnej nowoczesności dochodzi bez wcześniejszego uwzględnienia faktu, że nagie życie pojawia się wyłącznie w sytuacjach i przestrzeniach granicznych – w obozie, na wygnaniu, w łapance, w biedzie, na wojnie, w powodzi czy suszy – ale nie tam, gdzie uprawia się politykę, czyli zinstytucjonalizowaną obietnicę lepszego życia. W lokalach wyborczych, w których obywatele dobrowolnie wybierają autokratę, nagie życie nie zjawia się z zasady, albowiem kokon pożądanego bezpieczeństwa jest zbyt mocny. Gdy społeczeństwo w większości głosuje na faszystę, dzieje się to nie z powodu faszystowskich poglądów tegoż społeczeństwa, lecz dlatego, że faszyzm jest formą władzy, która przywraca ludziom poczucie utraconego porządku. Gdy potrzeba bezpieczeństwa bierze górę nad potrzebą wolności, demokracja staje się niepotrzebna i można ją w demokratycznie przeprowadzonych wyborach odrzucić. Choć liberalnej mniejszości wydaje się to nie do pomyślenia, nie jest to polityczna aberracja, lecz skutek wewnętrznej ambiwalencji nowoczesności. Jak miał stwierdzić Franz Kafka, „nowoczesny nacjonalizm jest ruchem obronnym przed brutalną ingerencją cywilizacji”15. To samo można powiedzieć o dwóch głównych doświadczeniach naszej epoki: nowoczesna samotność, umożliwiająca swobodne wzięcie w nawias przymusu przynależności, jest ruchem obronnym przed brutalną rzeczywistością neurotycznego i psychotycznego osamotnienia, w którą wpędziła nas nowoczesność. Jeśli nie będziemy o samotność walczyć, jeśli nie będziemy się jej domagać – łatwo wpadniemy w szpony autorytarnej władzy i na zawsze pożegnamy ideę wolności.
1 M. de Montaigne, O samotności [w:] tegoż, Próby, t. 1, tłum. T. Żeleński (Boy), Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1957, s. 335.
2 Tamże, s. 336.
3 B. Schulz, O sobie, „Studio” 1936, nr 2, s. 13.
4 Tenże, Do Stanisława Ignacego Witkiewicza [w:] tegoż, Księga listów, oprac. J. Ficowski, Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2012, s. 109.
5 Tenże, List do Stefana Szumana z 24 lipca 1932 [w:] tegoż, Księga listów, s. 36–37.
6 F. Kafka, Proces, tłum. B. Schulz (właśc. Józefina Szelińska) [w:] tegoż, Dzieła wybrane, t. 2, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1994, s. 279.
7 Tenże, Proces, s. 102.
8 G. Janouch, Rozmowy z Kafką. Notatki i wspomnienia, tłum. J. Borysiak, E. Dyczek, posł. i przyp. E. Dyczek, Warszawa: Czytelnik, 1993, s. 100.
9 Tamże.
10 Tamże.
11 Tamże, s. 234.
12 E. Fromm, Ucieczka od wolności, tłum. O. i A. Ziemilscy, przedm. F. Ryszka, Warszawa: Czytelnik, 1978, s. 18.
13 Tamże, s. 21.
14 Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia, tłum. M. Sutowski [w:] tegoż, Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje, tłum. R. Pokrywka, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2022, s. 22 [e‑book].
15 G. Janouch, Rozmowy…, s. 239.
