Ewa Kuryluk: „nieobecnym obecnym / obecnym nieobecnym”

Mat­kę i syna łączy czer­wo­na nit­ka. W tle dru­gi koniec sznur­ka chwy­ta minia­tu­ro­wy kot. Punk­tem wyj­ścia tego obra­zu jest rodzin­na foto­gra­fia. Jed­nak sam opis sce­ny nie wystar­cza. Nić nie łączy, lecz się plą­cze, a chło­piec wca­le się z kotem nie bawi. Mogło­by się wyda­wać, że ten sam chło­piec na kolej­nym obra­zie jest pły­wa­kiem – w czep­ku i kąpie­lów­kach. Jed­nak „cze­pek” na jego gło­wie to kask do elek­trow­strzą­sów, a bia­łe mysz­ki ist­nie­ją wyłącz­nie w wyobraź­ni prze­ra­żo­ne­go dziec­ka. Chło­piec to Piotr, młod­szy brat Ewy Kury­luk. Był wraż­li­wym, wszech­stron­nie uta­len­to­wa­nym dziec­kiem. Grał na instru­men­tach i kom­po­no­wał, malo­wał, lepił, robił mozai­ki i wyci­nan­ki. Zbie­rał rośli­ny i moty­le, obser­wo­wał gwiaz­dy i roz­ma­wiał ze zwie­rzę­ta­mi. Jed­nak w Popo­łu­dniu fau­na z 1974 roku arka­dia zosta­ła już utra­co­na. Pio­truś sie­dzi wśród zie­le­ni i gra na fle­cie, ale oczy ma zasło­nię­te prze­pa­ską. W grud­niu 1967 roku, po nagłej śmier­ci ojca, Piotr zaczął cze­kać na nie­go pod drzwia­mi. Kil­ka mie­się­cy póź­niej, w mar­cu 1968 roku, Piotr, stu­dent fizy­ki, został potur­bo­wa­ny na dzie­dziń­cu Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go. Nie mógł się pogo­dzić z wybu­chem anty­se­mi­ty­zmu. Odwró­cił się od nie­moż­li­wej do przy­ję­cia rze­czy­wi­sto­ści, stał się „nie­obec­nym obec­nym”.

Por­tre­ty bra­ta Ewy Kury­luk sta­no­wią cen­tral­ną część wysta­wy, któ­rą Gale­ria Ope­ra pre­zen­tu­je z oka­zji osiem­dzie­sią­tych uro­dzin twór­czy­ni. Trud­no uwie­rzyć, że moż­li­we było takie prze­ocze­nie, ale napraw­dę jest to pierw­sza wysta­wa malar­stwa artyst­ki zor­ga­ni­zo­wa­na w sto­li­cy (w ostat­nich deka­dach w War­sza­wie eks­po­no­wa­ne były jej insta­la­cje). Część zapre­zen­to­wa­nych obra­zów nigdy dotąd nie była poka­zy­wa­na w Pol­sce, mimo że nie­któ­re z nich od pół wie­ku są prze­cho­wy­wa­ne w maga­zy­nach Muzeum Naro­do­we­go w War­sza­wie. Rów­no­cze­śnie z wysta­wą ponow­nie uka­zu­ją się mło­dzień­cze wier­sze Ewy Kury­luk – w tomie Pani Ani­ma, czy­li Kan­gór. Dwa pierw­sze tomi­ki: Kon­tur (1979) i Pani Ani­ma (1984), powsta­wa­ły rów­no­le­gle z poka­za­ny­mi tu obra­za­mi.

Wystawa Ewy Kuryluk pod tytułem „Kangór w Operze”, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie, 14 kwietnia – 30 czerwca 2026.
Ewa Kuryluk, „Kangór w Operze”, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie, 14 kwietnia–30 czerwca 2026.

W swo­im pierw­szym doj­rza­łym cyklu, w Człe­ko­pej­za­żach, Kury­luk malo­wa­ła, ryso­wa­ła i ryto­wa­ła: Ada­ma i Ewę w raju, kobie­tę-wazon czy też kochan­ków wta­pia­ją­cych się w hory­zont. Jak pisa­ła w ulot­ce swo­jej wysta­wy w war­szaw­skiej Gale­rii Współ­cze­snej w 1973 roku, te obra­zy powsta­ły „z pra­gnie­nia odbu­do­wa­nia har­mo­nii mię­dzy czło­wie­kiem i natu­rą a kształ­ta­mi ludz­kie­go cia­ła”. Ame­ry­kań­ski kole­ga artyst­ki stwier­dził nawet, że gdy­by w tym okre­sie zna­la­zła się ona za oce­anem, dołą­czy­ła­by do dzie­ci kwia­tów. Z pew­no­ścią nie zauwa­żył, że w pra­cach Kury­luk na idyl­licz­nej Łące obłe, człe­ko­zwie­rzę­ce posta­ci ści­ska­ją się dra­ma­tycz­nie, a w ich posta­wie jest coś osta­tecz­ne­go. Nad latem miło­ści gro­ma­dzą się ciem­ne chmu­ry, a na kolej­nych obra­zach poja­wia­ją się embrio­ny – nie­do­no­szo­ne, zde­for­mo­wa­ne pło­dy. Na obra­zie Obóz w let­ni dzień pasa­że­ro­wie łodzi wycią­ga­ją dło­nie, jak­by woła­li o ratu­nek, a roz­ne­gli­żo­wa­ni urlo­po­wi­cze leżą na tle komi­nów. Trud­no nie pomy­śleć o dwu­znacz­no­ści tytu­ło­we­go obo­zu. Na wie­lu z tych płó­cien poja­wia się postać Ika­ra. Led­wie czy­tel­ny, Ikar-syre­na uno­si się w rogu kom­po­zy­cji – albo leży z ogni­sty­mi skrzy­dła­mi, już po upad­ku. Podob­nie jak na obra­zie Pie­te­ra Breu­gh­la i w wier­szu W.H. Aude­na, tra­ge­dia chłop­ca, któ­ry pra­gnął się­gnąć nie­ba, pozo­sta­je nie­zau­wa­żo­na. W ten spo­sób w malar­stwie Kury­luk zazna­czy­ła się obec­ność bra­ta: cudow­ne­go dziec­ka, któ­re­mu cho­ro­ba ode­bra­ła skrzy­dła. Po latach artyst­ka opo­wia­da­ła:

Moje obra­zy posęp­nia­ły. Malo­wa­łam gro­te­sko­we por­tre­ty i sce­ny: znisz­czo­ne kra­jo­bra­zy, zbu­rzo­ne mia­sta, śmiet­ni­ki; ludzi­ki-mrów­ki i olbrzy­my; sale szpi­tal­ne i ope­ra­cyj­ne; cele tor­tur, szcząt­ki ciał, mar­twe pary, roz­pa­da­ją­cy się glob. Do płó­cien i desek przy­kle­ja­łam kawał­ki gazet, odpad­ki.

Har­mo­nia przy­ro­dy jest nie­do­ści­gnio­nym ide­ałem, pozo­sta­ją reszt­ki cywi­li­za­cji, odłam­ki tra­gicz­nych losów i nad­pro­duk­cja kon­sump­cyj­nych towa­rów. W dodat­ku zda­rze­nia, odbie­ra­ne za pośred­nic­twem mediów, sta­ją się coraz mniej rze­czy­wi­ste. Tema­tem kolej­ne­go malar­skie­go cyklu Kury­luk jest „przy­glą­da­nie się cudze­mu cier­pie­niu”, o któ­rym trzy­dzie­ści lat póź­niej będzie pisa­ła Susan Son­tag. Trzy ofia­ry w tele­wi­zji (1969) wdzie­ra­ją się w idyl­licz­ny, nie­omal infan­tyl­ny kra­jo­braz. Na innym obra­zie z cyklu Ekra­ny pół­na­ga para kątem oka widzi sce­nę roz­strze­la­nia. Kie­dy indziej wręcz prze­ciw­nie, cier­pie­nie jest „tu i teraz”, zaś ilu­zja wyle­wa się z ekra­nu: pacjent­ka z zaban­da­żo­wa­nym ser­cem widzi w tele­wi­zji pla­żę. Jak tłu­ma­czy Kury­luk:

[cho­dzi o – red.] dyso­nans mię­dzy tym, co na „zewnątrz”, a tym, co „wewnątrz”, mię­dzy natu­rą i świa­tem a wnę­trzem poko­ju, w któ­rym roz­gry­wa się nasze wła­sne życie. Kra­jo­braz na ekra­nie tele­wi­zo­ra w sali szpi­tal­nej, widok drze­wa albo pla­ży pod­czas elek­tro­szo­ku, ago­nia, któ­rej towa­rzy­szy pro­jek­cja obce­go umie­ra­nia, deli­rium, pod­czas gdy na ekra­nie sło­necz­nie wscho­dzi pro­szek do pra­nia, sprzecz­ka rodzin­na przy akom­pa­nia­men­cie wrza­wy wojen­nej na innym kon­ty­nen­cie. Ekra­ny, ekra­ny, ekra­ny…

Nie przy­pad­kiem obfi­cie cytu­ję sło­wa samej artyst­ki: Ewa Kury­luk to naj­lep­sza komen­ta­tor­ka swo­jej wła­snej twór­czo­ści. Prze­kra­cza­nie gra­nic sztuk pięk­nych i lite­ra­tu­ry jest dla niej oczy­wi­sto­ścią. Jej dzie­ło, roz­pi­sa­ne na gra­fi­ki i obra­zy, rysun­ki na papie­rze i tka­ni­nie, opo­wie­ści auto­bio­gra­ficz­ne, a nawet roz­pra­wy z histo­rii sztu­ki, sta­no­wi spój­ną całość. Pod­sta­wo­wym narzę­dziem Kury­luk jest ołó­wek, któ­rym twór­czy­ni zapi­su­je sło­wa i rysu­je. Artyst­ka nie­raz przy­wo­ły­wa­ła sta­ro­żyt­ny prze­kaz o korync­kiej dziew­czy­nie, któ­ra obry­so­wa­ła na ścia­nie cień pro­fi­lu odjeż­dża­ją­ce­go na woj­nę uko­cha­ne­go. Kury­luk kil­ka­krot­nie malar­sko inter­pre­to­wa­ła tę sce­nę: ona sama stoi przed bia­łą ścia­ną, na gło­wie ma chust­kę w kolo­ro­we pasy, w dło­ni ołó­wek. Kie­dy indziej, pochy­lo­na, obry­so­wu­je paty­kiem swój cień na pia­sku.

W war­szaw­skiej Ope­rze oglą­da­my obra­zy z okre­su, któ­ry artyst­ka uwa­ża za czas naj­więk­sze­go speł­nie­nia – jest to zara­zem ostat­ni roz­dział jej malar­stwa. Tuż po trzy­dzie­stych dru­gich uro­dzi­nach Kury­luk ode­szła od tra­dy­cyj­ne­go malar­stwa. Nie­dłu­go póź­niej zaczę­ła szki­co­wać mono­chro­ma­tycz­ne rysun­ki na surów­ce baweł­nia­nej, two­rzyć z nich prze­strzen­ne insta­la­cje. Jed­nak w pierw­szej poło­wie lat 70. nie wie­dzia­ła jesz­cze, że zbli­ża się do prze­ło­mu. Uczu­lo­na na far­by olej­ne, jako pierw­sza w Pol­sce malo­wa­ła akry­la­mi, nie na płót­nie, lecz na pły­cie pil­śnio­wej. W Ekra­nach poka­zy­wa­ła rów­no­le­głe wizje życia, nie­moż­li­wość współ­od­czu­wa­nia i doświad­cze­nia cudze­go bólu (w świe­cie prze­peł­nio­nym cudzy­mi obra­za­mi). Na kolej­nym eta­pie Kury­luk coraz czę­ściej posłu­gi­wa­ła się foto­gra­fią. Wła­sną syl­wet­kę oraz posta­ci swo­ich bli­skich artyst­ka wyci­na z kon­tek­stu i prze­no­si na błysz­czą­cą, pokry­tą syn­te­tycz­ną far­bą powierzch­nię. W jaskra­wej pust­ce, w for­mie winie­ty (któ­ra czę­sto wyzna­cza tytuł) umiesz­cza minia­tu­ro­we kola­że. Są to frag­men­ty foto­gra­fii, ilu­stra­cji z cza­so­pism, afi­szów czy opa­ko­wań, na pierw­szy rzut oka nie­zwią­za­ne z głów­nym przed­sta­wie­niem, sta­no­wią­ce jego kon­tra­punkt bądź powo­du­ją­ce dyso­nans. W jed­nym z auto­por­tre­tów arty­st­ce towa­rzy­szy minia­tu­ro­wa figur­ka Mysz­ki Miki. Z kolei w por­tre­cie podwój­nym Hel­mu­ta Kirch­ne­ra mło­dy męż­czy­zna widzia­ny jest dwu­krot­nie, nagi i pół­na­gi. Obok nie­go leży pacz­ka papie­ro­sów, na czer­wo­nej nitecz­ce trzy­ma on figur­kę Mic­ka Jag­ge­ra. Rów­nież auto­por­tre­ty czę­sto bywa­ją zwie­lo­krot­nio­ne: jak­by przy­wo­ły­wa­ły alter ego, poten­cjal­ne sce­na­riu­sze wła­sne­go losu, ale tak­że trau­my czy wspo­mnie­nia.

Ewa Kury­luk foto­gra­fo­wa­ła od trzy­na­ste­go roku życia, czę­sto posłu­gu­jąc się samo­wy­zwa­la­czem. Jed­nak foto­gra­ficz­ne auto­por­tre­ty zaczę­ła wysta­wiać dopie­ro u pro­gu XXI wie­ku. W 2002 roku pisa­ła:

Przez wie­le lat trak­to­wa­łam auto­fo­to­gra­fie jak rodzaj intym­ne­go dzien­ni­ka. Dla­te­go też ich nie poka­zy­wa­łam. Czas, upły­wa­jąc, spra­wia, że wszyst­ko tra­ci swój intym­ny cha­rak­ter, sta­jąc się czę­ścią bio­gra­fii, histo­rii, sztu­ki. Moje auto­por­tre­ty to już dziś świa­dec­twa epo­ki, sty­lu, tech­no­lo­gii.

Osob­na sala poświę­co­na auto­fo­to­gra­fiom przy­bli­ża nam meto­dę pra­cy Kury­luk ze zdję­cia­mi. Jej foto­re­alizm nie ma w sobie nic z pod­glą­dac­twa: domo­we sce­ny, syl­wet­ki naj­bliż­szych osób zosta­ją wyję­te z foto­gra­fii, wyostrzo­ne, spro­wa­dzo­ne do pla­my obwie­dzio­nej kon­tu­rem. „Obry­so­wa­ny cień”, powi­dok oso­by, nie jest spon­ta­nicz­ną migaw­ką. Prze­ciw­nie, prze­nie­sio­ne, wyob­co­wa­ne, hiper­re­ali­stycz­ne obra­zy są „świa­do­me sie­bie”, upo­zo­wa­ne, pozwa­la­ją prze­glą­dać się w zwier­cia­dłach moż­li­wych toż­sa­mo­ści. W książ­ce Hiper­re­alizm – nowy realizm Kury­luk komen­to­wa­ła:

Wyco­fu­jąc się w czte­ry ścia­ny pra­cow­ni, zaczy­nam inten­syw­nie obco­wać sama ze sobą, spo­ty­kam się ze swo­im dru­gim, trze­cim ja – z sobo­wtó­ra­mi cza­su minio­ne­go i przy­szłe­go.

W roz­mo­wie z Agniesz­ką Drot­kie­wicz zaś wyzna­wa­ła:

Zale­ża­ło mi […] na psy­cho­ko­lo­rze, jak mówi­ła mama, rozu­mie­jąc, że szu­kam w malar­stwie gamy nastro­jów i wspo­mnień, kolo­ry­tu życia wewnętrz­ne­go.

Wra­że­nie uni­wer­sal­nej eks­te­ry­to­rial­no­ści robią więc wszyst­kie auto­por­tre­ty i por­tre­ty uka­zu­ją­ce wycię­te z oto­cze­nia posta­ci na tle wiecz­ne­go „tu i teraz”.

Na obra­zie Paw (ja z bra­tem) obok sie­dzą­ce­go na pod­ło­dze bra­ta, ubra­ne­go na bia­ło, z zaban­da­żo­wa­ną gło­wą i czer­wo­ną opa­ską na oczach, sie­dzi na krze­śle sio­stra w czar­nej sukien­ce. W gór­nym rogu niczym iro­nicz­ny komen­tarz poja­wia się foto­gra­fia kruż­gan­ków, po któ­rych spa­ce­ru­je paw. Brat jest we wła­snym świe­cie, wyob­co­wa­ny, osob­ny. Sio­stra jest z nim, a zara­zem ucie­ka myślą we wła­sne pla­ny i marze­nia. Powra­ca­ją­cym moty­wem wie­lu obra­zów jest czer­wo­na nit­ka, żył­ka. To linia cier­pie­nia, krwi, zło­żo­nych wię­zi mię­dzy­ludz­kich. W pierw­szym wier­szu z tomu Kon­tur Kury­luk pisa­ła:

Cia­ło słoń­cem podzie­lo­ne
na dro­gi świa­tła i cie­nia
czer­wo­nym kon­tu­rem bólu
przy­gwoż­dżo­ne do zie­mi.

Na obra­zie Brat, sio­stra i Mar­cel Pro­ust (1975) dwu­na­sto­let­ni Piotr trzy­ma w dło­niach twarz sio­stry – siną, przy­po­mi­na­ją­cą pośmiert­ną maskę. Czer­wo­ny sznu­rek zaci­ska się na szyi chłop­ca, łączy go z kon­ter­fek­tem sio­stry. Po dru­giej stro­nie nit­ki w for­mie minia­tu­ro­we­go kola­żu poja­wia się Mar­cel Pro­ust, ulu­bio­ny pisarz Pio­tra.

W ostat­nich obra­zach Kury­luk jaskra­we kolo­ry tła są powo­li wypie­ra­ne przez ciem­ność. Hel­mut czy­ta­ją­cy gaze­tę wyła­nia się z czar­ne­go tła, cał­kiem czar­na jest też płach­ta, któ­ra pochła­nia jego twarz (i zapew­ne uwa­gę). W auto­por­tre­cie zaty­tu­ło­wa­nym Leopard (1978) Kury­luk poka­za­ła się z cho­ro­bli­wie zie­lon­ka­wą twa­rzą, czer­wo­nym zegar­kiem i minia­tur­ką męż­czy­zny z leopar­dem na smy­czy. Swój ostat­ni obraz artyst­ka zacho­wa­ła na pamiąt­kę: pokry­wa­ła go coraz ciem­niej­szą far­bą, aż stał się zupeł­nie czar­ny.

Jak tłu­ma­czy autor­ka: „Piszę i malu­ję przez całe życie kon­tur cier­pie­nia, a tak­że nić życia, jako prze­wod­nicz­ki po jego labi­ryn­tach, a tak­że w sen­sie nici łączą­cej nas ze sobą, pęta­ją­cej”. Przej­mu­ją­ce jest czy­ta­nie wier­szy artyst­ki i rów­no­cze­sne oglą­da­nie jej malar­stwa z tego same­go okre­su. Nie­któ­re utwo­ry są wręcz pró­bą opo­wie­dze­nia obra­zów. Jed­nak, jak dopo­wia­da artyst­ka: „Wier­sze są o tym, cze­go nie uda­ło się nama­lo­wać”. Tak jak czar­ne są ostat­nie obra­zy Kury­luk, mrocz­ne są rów­nież jej wier­sze:

z bra­kiem bez­barw­na spa­ce­ru­je stra­ta
źre­ni­ca-sio­stra wokół biel­ma bra­ta.

Pisa­nie poezji było dla Kury­luk rów­nie odru­cho­we jak ryso­wa­nie, od naj­młod­szych lat. Choć wcze­śnie okre­śli­ła się jako malar­ka, nie czu­ła się skrę­po­wa­na gra­ni­ca­mi medium pla­stycz­ne­go czy jakie­go­kol­wiek języ­ka. „Wier­sze pisa­łam po nie­miec­ku, po pol­sku, po angiel­sku, po wło­sku, po łaci­nie i w innych języ­kach «jak ptak śpie­wa», nie szu­ka­jąc for­my ani tre­ści” – wspo­mi­na. Wcze­sne wier­sze Kury­luk to roz­my­śla­nia malar­ki, któ­ra widzi sło­wa i pró­bu­je za ich pomo­cą tak­że malo­wać. Są wśród tych utwo­rów wier­sze mło­dzień­cze, barw­ne i nie­skrę­po­wa­ne (naj­wię­cej tu chy­ba błę­ki­tu: „bla­do­nie­bie­skie try­ska z tęczów­ki powie­trze”). Te poetyc­kie obra­zy zosta­ły pla­stycz­nie „zoba­czo­ne”, ich tema­ty­ką bywa zresz­tą roz­ter­ka arty­sty poszu­ku­ją­ce­go środ­ków wyra­zu:

Mar­mur dra­śnię­ty dłu­tem
kart­ka na czwo­ro zło­żo­na
i myśl nie­do­po­wie­dzia­na
na temat pig­ma­lio­na.

Poszu­ku­jąc wła­sne­go języ­ka, autor­ka nie­omal zachły­stu­je się sze­lesz­czą­cy­mi spół­gło­ska­mi:

buszu­ją w trzci­nie
puści przy­ja­cie­le
koszu­le suszy
skrzy­żo­wa­ny sznur.

Kury­luk pisze, jak­by spraw­dza­ła, czy jej wiersz moż­na było­by zaśpie­wać. Połą­cze­nia pla­stycz­no­ści z ryt­mem słów nie trak­tu­je jako pro­ble­mu, prze­ciw­nie – dostrze­ga tu bogac­two. Tyl­ko kokie­te­ryj­nie zwra­ca się do adre­sa­ta (uko­cha­ne­go):

tak mój miły
już czas zmie­nić atra­ment
ten ulu­bio­ny totem
spół­ku­ją­cych słów

rozum­ne tusze
na sło­ną san­gwi­nę
lapis lazu­li
na sepię i kurz.

Okładka tomu wierszy Ewy Kuryluk pod tytułem „Pani Anima czyli Kangór”.
Ewa Kuryluk, „Pani Anima, czyli Kangór”, Kołobrzeg: Biuro Literackie, 2026.

Te poezje nie są jed­nak popi­sem moż­li­wo­ści, ćwi­cze­niem artyst­ki testu­ją­cej wła­sną ska­lę. Fra­za „ści­ga ście­gi siwi­zny / śli­ni skó­rę i wło­sy / drze­mie na brze­gu bli­zny” to szy­bo­let mło­dej poet­ki, jej prze­pust­ka do bole­snych, łamią­cych język ryt­mów pol­sz­czy­zny. W nawią­zu­ją­cym do anty­ku utwo­rze Od Kar­da­mi­li do Kyte­ry młod­szy brat sta­je się jed­nym z dio­sku­rów:

Poli­deuk­sie
o mój pło­chy bra­cie
gdy rzu­cą cię na meta­lo­wą sza­lę
uśmiech­nij się

bliź­niak dom ci posta­wi
na żył­kę zła­pie
lukro­wa­ną rybę.

Jed­nak antycz­ny topos nie może pomie­ścić tego, co toczy „epi­lep­tycz­ną pia­nę w bra­ta war­gi”.

Pod­czas sta­nu wojen­ne­go, wier­sze pozwa­la­ły Ewie Kury­luk komu­ni­ko­wać się z mamą i bra­tem. Posy­ła­ła je ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych na dostęp­nych dla cen­zo­rów „odkryt­kach” – ukry­te sen­sy były zaszy­fro­wa­ne głę­biej, nie­do­stęp­ne dla wzro­ku intru­za. Poka­zy­wa­ła im „Wie­wiór­ki – pta­ki jesie­ni / na tle wie­żow­ców i maszyn”; zwie­rza­ła się z tęsk­no­ty: „Śni mi się euro­pa / poziom­ka przy dro­dze / poszat­ko­wa­ne pola / stóg bla­sza­ny świą­tek”. Póź­niej Kury­luk prze­sta­ła pisać wier­sze po pol­sku, ale nadal zda­rza­ło jej się prze­kła­dać poezję (Geo­r­ga Tra­kla i Pau­la Cela­na, Frie­dri­cha Höl­der­li­na i Emi­ly Dic­kin­son). Po śmier­ci mat­ki zna­la­zła na pół spa­lo­ne reszt­ki jej pisa­nych po nie­miec­ku liry­ków (i prze­ło­ży­ła na język pol­ski przej­mu­ją­cy Powrót z 1941 roku). Wów­czas zro­zu­mia­ła jej sło­wa: „Wier­sze to dzie­ci chwil cięż­kich, na dnie czuć przy­mus pisa­nia poezji”. W roz­mo­wie z Artu­rem Bursz­tą Ewa Kury­luk powie­dzia­ła:

Wła­dam wie­lo­ma języ­ka­mi i róż­ny­mi tech­ni­ka­mi zapi­su wizu­al­ne­go. Lecz to nie zmie­nia fak­tu, że wywa­bić z sie­bie na świa­tło dzien­ne moż­na nie­wie­le. Resz­ta to nie­do­stęp­ny, cie­pły, ciem­ny oce­an, prze­le­wa­ją­cy się w pojem­ni­ku cia­ła. A cia­ła nie da się oca­lić. Na szczę­ście!

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

29.09.2025 Szkice

Koło fortuny i pałac pamięci (o pisarstwie Paula Austera)

Chociaż Auster stworzył tłum fikcyjnych bohaterów, w centrum powieści często umieszczał postać podobną do siebie: zadumanego pisarza, roztargnionego uczonego, kogoś, kto zawsze ma przy sobie kartkę i ołówek, a także w każdej chwili jest gotowy spojrzeć na siebie z zewnętrznej perspektywy – o pisarstwie Paula Austera pisze Anna Arno.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.