Matkę i syna łączy czerwona nitka. W tle drugi koniec sznurka chwyta miniaturowy kot. Punktem wyjścia tego obrazu jest rodzinna fotografia. Jednak sam opis sceny nie wystarcza. Nić nie łączy, lecz się plącze, a chłopiec wcale się z kotem nie bawi. Mogłoby się wydawać, że ten sam chłopiec na kolejnym obrazie jest pływakiem – w czepku i kąpielówkach. Jednak „czepek” na jego głowie to kask do elektrowstrząsów, a białe myszki istnieją wyłącznie w wyobraźni przerażonego dziecka. Chłopiec to Piotr, młodszy brat Ewy Kuryluk. Był wrażliwym, wszechstronnie utalentowanym dzieckiem. Grał na instrumentach i komponował, malował, lepił, robił mozaiki i wycinanki. Zbierał rośliny i motyle, obserwował gwiazdy i rozmawiał ze zwierzętami. Jednak w Popołudniu fauna z 1974 roku arkadia została już utracona. Piotruś siedzi wśród zieleni i gra na flecie, ale oczy ma zasłonięte przepaską. W grudniu 1967 roku, po nagłej śmierci ojca, Piotr zaczął czekać na niego pod drzwiami. Kilka miesięcy później, w marcu 1968 roku, Piotr, student fizyki, został poturbowany na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Nie mógł się pogodzić z wybuchem antysemityzmu. Odwrócił się od niemożliwej do przyjęcia rzeczywistości, stał się „nieobecnym obecnym”.
Portrety brata Ewy Kuryluk stanowią centralną część wystawy, którą Galeria Opera prezentuje z okazji osiemdziesiątych urodzin twórczyni. Trudno uwierzyć, że możliwe było takie przeoczenie, ale naprawdę jest to pierwsza wystawa malarstwa artystki zorganizowana w stolicy (w ostatnich dekadach w Warszawie eksponowane były jej instalacje). Część zaprezentowanych obrazów nigdy dotąd nie była pokazywana w Polsce, mimo że niektóre z nich od pół wieku są przechowywane w magazynach Muzeum Narodowego w Warszawie. Równocześnie z wystawą ponownie ukazują się młodzieńcze wiersze Ewy Kuryluk – w tomie Pani Anima, czyli Kangór. Dwa pierwsze tomiki: Kontur (1979) i Pani Anima (1984), powstawały równolegle z pokazanymi tu obrazami.
W swoim pierwszym dojrzałym cyklu, w Człekopejzażach, Kuryluk malowała, rysowała i rytowała: Adama i Ewę w raju, kobietę-wazon czy też kochanków wtapiających się w horyzont. Jak pisała w ulotce swojej wystawy w warszawskiej Galerii Współczesnej w 1973 roku, te obrazy powstały „z pragnienia odbudowania harmonii między człowiekiem i naturą a kształtami ludzkiego ciała”. Amerykański kolega artystki stwierdził nawet, że gdyby w tym okresie znalazła się ona za oceanem, dołączyłaby do dzieci kwiatów. Z pewnością nie zauważył, że w pracach Kuryluk na idyllicznej Łące obłe, człekozwierzęce postaci ściskają się dramatycznie, a w ich postawie jest coś ostatecznego. Nad latem miłości gromadzą się ciemne chmury, a na kolejnych obrazach pojawiają się embriony – niedonoszone, zdeformowane płody. Na obrazie Obóz w letni dzień pasażerowie łodzi wyciągają dłonie, jakby wołali o ratunek, a roznegliżowani urlopowicze leżą na tle kominów. Trudno nie pomyśleć o dwuznaczności tytułowego obozu. Na wielu z tych płócien pojawia się postać Ikara. Ledwie czytelny, Ikar-syrena unosi się w rogu kompozycji – albo leży z ognistymi skrzydłami, już po upadku. Podobnie jak na obrazie Pietera Breughla i w wierszu W.H. Audena, tragedia chłopca, który pragnął sięgnąć nieba, pozostaje niezauważona. W ten sposób w malarstwie Kuryluk zaznaczyła się obecność brata: cudownego dziecka, któremu choroba odebrała skrzydła. Po latach artystka opowiadała:
Moje obrazy posępniały. Malowałam groteskowe portrety i sceny: zniszczone krajobrazy, zburzone miasta, śmietniki; ludziki-mrówki i olbrzymy; sale szpitalne i operacyjne; cele tortur, szczątki ciał, martwe pary, rozpadający się glob. Do płócien i desek przyklejałam kawałki gazet, odpadki.
Harmonia przyrody jest niedoścignionym ideałem, pozostają resztki cywilizacji, odłamki tragicznych losów i nadprodukcja konsumpcyjnych towarów. W dodatku zdarzenia, odbierane za pośrednictwem mediów, stają się coraz mniej rzeczywiste. Tematem kolejnego malarskiego cyklu Kuryluk jest „przyglądanie się cudzemu cierpieniu”, o którym trzydzieści lat później będzie pisała Susan Sontag. Trzy ofiary w telewizji (1969) wdzierają się w idylliczny, nieomal infantylny krajobraz. Na innym obrazie z cyklu Ekrany półnaga para kątem oka widzi scenę rozstrzelania. Kiedy indziej wręcz przeciwnie, cierpienie jest „tu i teraz”, zaś iluzja wylewa się z ekranu: pacjentka z zabandażowanym sercem widzi w telewizji plażę. Jak tłumaczy Kuryluk:
[chodzi o – red.] dysonans między tym, co na „zewnątrz”, a tym, co „wewnątrz”, między naturą i światem a wnętrzem pokoju, w którym rozgrywa się nasze własne życie. Krajobraz na ekranie telewizora w sali szpitalnej, widok drzewa albo plaży podczas elektroszoku, agonia, której towarzyszy projekcja obcego umierania, delirium, podczas gdy na ekranie słonecznie wschodzi proszek do prania, sprzeczka rodzinna przy akompaniamencie wrzawy wojennej na innym kontynencie. Ekrany, ekrany, ekrany…
Nie przypadkiem obficie cytuję słowa samej artystki: Ewa Kuryluk to najlepsza komentatorka swojej własnej twórczości. Przekraczanie granic sztuk pięknych i literatury jest dla niej oczywistością. Jej dzieło, rozpisane na grafiki i obrazy, rysunki na papierze i tkaninie, opowieści autobiograficzne, a nawet rozprawy z historii sztuki, stanowi spójną całość. Podstawowym narzędziem Kuryluk jest ołówek, którym twórczyni zapisuje słowa i rysuje. Artystka nieraz przywoływała starożytny przekaz o korynckiej dziewczynie, która obrysowała na ścianie cień profilu odjeżdżającego na wojnę ukochanego. Kuryluk kilkakrotnie malarsko interpretowała tę scenę: ona sama stoi przed białą ścianą, na głowie ma chustkę w kolorowe pasy, w dłoni ołówek. Kiedy indziej, pochylona, obrysowuje patykiem swój cień na piasku.
W warszawskiej Operze oglądamy obrazy z okresu, który artystka uważa za czas największego spełnienia – jest to zarazem ostatni rozdział jej malarstwa. Tuż po trzydziestych drugich urodzinach Kuryluk odeszła od tradycyjnego malarstwa. Niedługo później zaczęła szkicować monochromatyczne rysunki na surówce bawełnianej, tworzyć z nich przestrzenne instalacje. Jednak w pierwszej połowie lat 70. nie wiedziała jeszcze, że zbliża się do przełomu. Uczulona na farby olejne, jako pierwsza w Polsce malowała akrylami, nie na płótnie, lecz na płycie pilśniowej. W Ekranach pokazywała równoległe wizje życia, niemożliwość współodczuwania i doświadczenia cudzego bólu (w świecie przepełnionym cudzymi obrazami). Na kolejnym etapie Kuryluk coraz częściej posługiwała się fotografią. Własną sylwetkę oraz postaci swoich bliskich artystka wycina z kontekstu i przenosi na błyszczącą, pokrytą syntetyczną farbą powierzchnię. W jaskrawej pustce, w formie winiety (która często wyznacza tytuł) umieszcza miniaturowe kolaże. Są to fragmenty fotografii, ilustracji z czasopism, afiszów czy opakowań, na pierwszy rzut oka niezwiązane z głównym przedstawieniem, stanowiące jego kontrapunkt bądź powodujące dysonans. W jednym z autoportretów artystce towarzyszy miniaturowa figurka Myszki Miki. Z kolei w portrecie podwójnym Helmuta Kirchnera młody mężczyzna widziany jest dwukrotnie, nagi i półnagi. Obok niego leży paczka papierosów, na czerwonej niteczce trzyma on figurkę Micka Jaggera. Również autoportrety często bywają zwielokrotnione: jakby przywoływały alter ego, potencjalne scenariusze własnego losu, ale także traumy czy wspomnienia.
Ewa Kuryluk fotografowała od trzynastego roku życia, często posługując się samowyzwalaczem. Jednak fotograficzne autoportrety zaczęła wystawiać dopiero u progu XXI wieku. W 2002 roku pisała:
Przez wiele lat traktowałam autofotografie jak rodzaj intymnego dziennika. Dlatego też ich nie pokazywałam. Czas, upływając, sprawia, że wszystko traci swój intymny charakter, stając się częścią biografii, historii, sztuki. Moje autoportrety to już dziś świadectwa epoki, stylu, technologii.
Osobna sala poświęcona autofotografiom przybliża nam metodę pracy Kuryluk ze zdjęciami. Jej fotorealizm nie ma w sobie nic z podglądactwa: domowe sceny, sylwetki najbliższych osób zostają wyjęte z fotografii, wyostrzone, sprowadzone do plamy obwiedzionej konturem. „Obrysowany cień”, powidok osoby, nie jest spontaniczną migawką. Przeciwnie, przeniesione, wyobcowane, hiperrealistyczne obrazy są „świadome siebie”, upozowane, pozwalają przeglądać się w zwierciadłach możliwych tożsamości. W książce Hiperrealizm – nowy realizm Kuryluk komentowała:
Wycofując się w cztery ściany pracowni, zaczynam intensywnie obcować sama ze sobą, spotykam się ze swoim drugim, trzecim ja – z sobowtórami czasu minionego i przyszłego.
W rozmowie z Agnieszką Drotkiewicz zaś wyznawała:
Zależało mi […] na psychokolorze, jak mówiła mama, rozumiejąc, że szukam w malarstwie gamy nastrojów i wspomnień, kolorytu życia wewnętrznego.
Wrażenie uniwersalnej eksterytorialności robią więc wszystkie autoportrety i portrety ukazujące wycięte z otoczenia postaci na tle wiecznego „tu i teraz”.
Na obrazie Paw (ja z bratem) obok siedzącego na podłodze brata, ubranego na biało, z zabandażowaną głową i czerwoną opaską na oczach, siedzi na krześle siostra w czarnej sukience. W górnym rogu niczym ironiczny komentarz pojawia się fotografia krużganków, po których spaceruje paw. Brat jest we własnym świecie, wyobcowany, osobny. Siostra jest z nim, a zarazem ucieka myślą we własne plany i marzenia. Powracającym motywem wielu obrazów jest czerwona nitka, żyłka. To linia cierpienia, krwi, złożonych więzi międzyludzkich. W pierwszym wierszu z tomu Kontur Kuryluk pisała:
Ciało słońcem podzielone
na drogi światła i cienia
czerwonym konturem bólu
przygwożdżone do ziemi.
Na obrazie Brat, siostra i Marcel Proust (1975) dwunastoletni Piotr trzyma w dłoniach twarz siostry – siną, przypominającą pośmiertną maskę. Czerwony sznurek zaciska się na szyi chłopca, łączy go z konterfektem siostry. Po drugiej stronie nitki w formie miniaturowego kolażu pojawia się Marcel Proust, ulubiony pisarz Piotra.
W ostatnich obrazach Kuryluk jaskrawe kolory tła są powoli wypierane przez ciemność. Helmut czytający gazetę wyłania się z czarnego tła, całkiem czarna jest też płachta, która pochłania jego twarz (i zapewne uwagę). W autoportrecie zatytułowanym Leopard (1978) Kuryluk pokazała się z chorobliwie zielonkawą twarzą, czerwonym zegarkiem i miniaturką mężczyzny z leopardem na smyczy. Swój ostatni obraz artystka zachowała na pamiątkę: pokrywała go coraz ciemniejszą farbą, aż stał się zupełnie czarny.
Jak tłumaczy autorka: „Piszę i maluję przez całe życie kontur cierpienia, a także nić życia, jako przewodniczki po jego labiryntach, a także w sensie nici łączącej nas ze sobą, pętającej”. Przejmujące jest czytanie wierszy artystki i równoczesne oglądanie jej malarstwa z tego samego okresu. Niektóre utwory są wręcz próbą opowiedzenia obrazów. Jednak, jak dopowiada artystka: „Wiersze są o tym, czego nie udało się namalować”. Tak jak czarne są ostatnie obrazy Kuryluk, mroczne są również jej wiersze:
z brakiem bezbarwna spaceruje strata
źrenica-siostra wokół bielma brata.
Pisanie poezji było dla Kuryluk równie odruchowe jak rysowanie, od najmłodszych lat. Choć wcześnie określiła się jako malarka, nie czuła się skrępowana granicami medium plastycznego czy jakiegokolwiek języka. „Wiersze pisałam po niemiecku, po polsku, po angielsku, po włosku, po łacinie i w innych językach «jak ptak śpiewa», nie szukając formy ani treści” – wspomina. Wczesne wiersze Kuryluk to rozmyślania malarki, która widzi słowa i próbuje za ich pomocą także malować. Są wśród tych utworów wiersze młodzieńcze, barwne i nieskrępowane (najwięcej tu chyba błękitu: „bladoniebieskie tryska z tęczówki powietrze”). Te poetyckie obrazy zostały plastycznie „zobaczone”, ich tematyką bywa zresztą rozterka artysty poszukującego środków wyrazu:
Marmur draśnięty dłutem
kartka na czworo złożona
i myśl niedopowiedziana
na temat pigmaliona.
Poszukując własnego języka, autorka nieomal zachłystuje się szeleszczącymi spółgłoskami:
buszują w trzcinie
puści przyjaciele
koszule suszy
skrzyżowany sznur.
Kuryluk pisze, jakby sprawdzała, czy jej wiersz można byłoby zaśpiewać. Połączenia plastyczności z rytmem słów nie traktuje jako problemu, przeciwnie – dostrzega tu bogactwo. Tylko kokieteryjnie zwraca się do adresata (ukochanego):
tak mój miły
już czas zmienić atrament
ten ulubiony totem
spółkujących słówrozumne tusze
na słoną sangwinę
lapis lazuli
na sepię i kurz.
Te poezje nie są jednak popisem możliwości, ćwiczeniem artystki testującej własną skalę. Fraza „ściga ściegi siwizny / ślini skórę i włosy / drzemie na brzegu blizny” to szybolet młodej poetki, jej przepustka do bolesnych, łamiących język rytmów polszczyzny. W nawiązującym do antyku utworze Od Kardamili do Kytery młodszy brat staje się jednym z dioskurów:
Polideuksie
o mój płochy bracie
gdy rzucą cię na metalową szalę
uśmiechnij siębliźniak dom ci postawi
na żyłkę złapie
lukrowaną rybę.
Jednak antyczny topos nie może pomieścić tego, co toczy „epileptyczną pianę w brata wargi”.
Podczas stanu wojennego, wiersze pozwalały Ewie Kuryluk komunikować się z mamą i bratem. Posyłała je ze Stanów Zjednoczonych na dostępnych dla cenzorów „odkrytkach” – ukryte sensy były zaszyfrowane głębiej, niedostępne dla wzroku intruza. Pokazywała im „Wiewiórki – ptaki jesieni / na tle wieżowców i maszyn”; zwierzała się z tęsknoty: „Śni mi się europa / poziomka przy drodze / poszatkowane pola / stóg blaszany świątek”. Później Kuryluk przestała pisać wiersze po polsku, ale nadal zdarzało jej się przekładać poezję (Georga Trakla i Paula Celana, Friedricha Hölderlina i Emily Dickinson). Po śmierci matki znalazła na pół spalone resztki jej pisanych po niemiecku liryków (i przełożyła na język polski przejmujący Powrót z 1941 roku). Wówczas zrozumiała jej słowa: „Wiersze to dzieci chwil ciężkich, na dnie czuć przymus pisania poezji”. W rozmowie z Arturem Bursztą Ewa Kuryluk powiedziała:
Władam wieloma językami i różnymi technikami zapisu wizualnego. Lecz to nie zmienia faktu, że wywabić z siebie na światło dzienne można niewiele. Reszta to niedostępny, ciepły, ciemny ocean, przelewający się w pojemniku ciała. A ciała nie da się ocalić. Na szczęście!
