W jednym z wywiadów Ilona Wiśniewska przyznała, że choć od lat mieszka nad morzem, nie widzi zmian dokonujących się tam w środowisku – dostrzeżenie ich gołym okiem jest bowiem niemożliwe1. W najnowszym reportażu Hjem. Na północnych wyspach wyznaje też, że podobnie jak wielu ludzi zamieszkujących nadmorskie miejscowości długo nie rozróżniała poszczególnych gatunków mew. Dopiero chęć bliższego przyjrzenia się tym ptakom i włożony w to wysiłek sprawiły, że zaczęła dostrzegać wśród nich zagrożone wyginięciem mewy trójpalczaste. O niekiedy trudnej do uchwycenia rzeczywistości antropocenu, w której dziś żyjemy, zajmująco pisał między innymi Andri Snær Magnason w zbiorze esejów O czasie i wodzie. Wiśniewska w swoim tekście odwołuje się zresztą wprost do rozważań tego pochodzącego z Islandii autora:
„Opowiadaj historie” – usłyszał islandzki pisarz Andri Snær Magnason od znajomego klimatologa podczas rozmowy o tym, co pisarz może zrobić, by przydać się współczesnemu światu. „Człowiek nie rozumie liczb i wykresów, ale rozumie opowieści. Ty potrafisz je snuć i musisz to robić”. To zdanie wdrukowało mi się w głowę, odkąd przeczytałam je w książce „O czasie i wodzie”2.
To wyznanie zdradza wiarę Wiśniewskiej w moc literatury, dzieloną przez autorkę z Magnasonem. Warto jednak zauważyć, że polska reportażystka obiera inną drogę niż Islandczyk. O czasie i wodzie to tekst utrzymany w niezwykle żarliwym tonie – z założenia perswazyjny, momentami nieco patetyczny3. Magnason zachęca czytelników do rozmaitych eksperymentów myślowych i splata prywatne opowieści z historią ocieplającej się planety, wierzy bowiem, że dzięki temu katastrofa ekologiczna może zacząć jawić się nam jako zagrożenie znacznie bardziej realne niż wówczas, gdybyśmy zapoznali się jedynie z naukowymi (choćby i zatrważającymi) danymi. Autor żywi nadzieję, że wypracowanie nowych sposobów myślenia i mówienia o świecie oraz podejmowane na nowo próby intelektualnego przekroczenia niewidoczności antropocenu mogą stać się przyczynkiem do szerzej zakrojonych zmian.
Wiśniewska nie peroruje, nikogo nie napomina ani nie próbuje przekonywać do swoich racji. Niemal całkowicie rezygnuje też ze statystyk i liczb, które w książce Magnasona zostają płynnie włączone w emocjonalną opowieść o konieczności uzmysłowienia sobie zmian zachodzących w ziemskich ekosystemach. Hjem… nie jest książką, w której na pierwszy plan wysuwa się podobny rodzaj apelu do czytelników, choć świadomość skutków kryzysu klimatycznego wybrzmiewa nie tylko w wielu rozsianych po tekście konstatacjach (takich jak ta: „Czasem musi być po zimie. Tegoroczna kończy się wcześniej niż zwykle, bo najcieplejsze miesiące w historii pomiarów obowiązują również na krańcach świata”4), lecz w całej opowieści. W najnowszym reportażu autorki Migotu można wyróżnić dwa dominujące wątki, które na pierwszy rzut oka wydają się ze sobą luźno powiązane. Pierwszy to historia współegzystencji ludzi i miejskich mew, które ku powszechnemu niezadowoleniu mieszkańców zaczęły osiedlać się w Tromsø, drugi dotyczy losów Bjørg, mieszkanki jednej z norweskich wysp na północy kraju.
Z reportażu dowiadujemy się, że w następstwie przełowienia oraz postępującego ocieplenia klimatu populacja mew trójpalczastych – Wiśniewska nazywa te ptaki „krysiami”, nawiązując do norweskiej nazwy gatunku (krykkje) – stale się zmniejsza. Mewy migrują też na obszary zurbanizowane, a w ostatnim czasie szczególnie upodobały sobie Tromsø. Kolejne stada rezygnują z gniazdowania na stromych zboczach wysp i przenoszą się w bezpośrednie sąsiedztwo ludzi, zakłócając dotychczasowy tryb życia lokalnych społeczności. Mieszkańcy próbują walczyć z powodowanymi przez mewy zanieczyszczeniami i hałasem na różne sposoby: od stosowania różnego rodzaju odstraszaczy (takich jak choćby metalowe kolce) po budowę specjalnych konstrukcji imitujących półki skalne i mających zachęcać ptaki do lęgu w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach.
W historii Bjørg pojawia się już konkretna mewa – nie trójpalczasta, lecz siwa. Kobieta nazywa ją JJ – od liter widniejących na obrączce ptaka, ale, co ciekawe, są to także inicjały osoby, w której kobieta była przed laty zakochana. Mewa zdaje się w zaskakujący sposób przywiązana do Norweżki: od lat powraca do Tromsø i przysiada na przewodzie wysokiego napięcia przed jej domem. Gdy rodzeństwo Bjørg decyduje się na sprzedaż domu, żeby uporządkować sprawy majątkowe, kobieta staje przed koniecznością wyprowadzki z miejsca, w którym mieszkała przez całe życie. Jest to dla niej niezwykle trudne doświadczenie, zwłaszcza ze względów ekonomicznych i emocjonalnych. W obliczu narastającego poczucia osamotnienia i niepewności kobieta zdaje się koncentrować całą swoją uwagę właśnie na JJ.
Tytułowe słowo „hjem” w języku norweskim oznacza dom rozumiany jako siedlisko czy przystań. Wybór tytułu można uznać za trafny, bo książka przywodzi na myśl pamiętnik z miejsca, które zarówno dla autorki, jak i obserwowanych przez nią postaci (ludzi i nieludzi) rzeczywiście oznacza coś więcej niż jedynie adres / budynek / punkt na mapie – w istocie jest to kształtujące ich (i kształtowane za ich sprawą) środowisko. Ów dom nie jest tu jednak tożsamy z krainą wiecznej szczęśliwości – jest raczej czymś koniecznym, jednocześnie niezwykle cennym i kłopotliwym.
Tekst podzielony został na cztery części, będące zapiskami z kolejnych, następujących po sobie pór roku. Podział ten stanowi odwołanie do sezonowych migracji ptaków, wiąże się też z oczywistą sugestią pewnego uporządkowania – podobnie jak zastosowana klamra kompozycyjna, spinająca historię Bjørg. Mimo tak wyraźnej organizacji tekstu trudno oprzeć się wrażeniu, że narracja momentami przybiera formę nader meandryczną, jakby niepewną swego rdzenia. W miarę lektury spod kolejnych zapisków obrazujących życie na Północy zaczynają się jednak wyłaniać ciekawe zależności i wzorce, które w swoim najbliższym otoczeniu dostrzega Wiśniewska – a wraz z nią także czytelnicy.
Autorka kieruje swoją uwagę na ptaki, zmuszone do porzucania dotychczasowych siedlisk na klifach i do migracji do miasta, a także na ludzi, którzy z różnych względów są (albo przynajmniej bywają) samotni i wyobcowani. Tym samym kryzys ekologiczny i rosnący zanik trwałych, zapewniających dobrostan psychiczny relacji międzyludzkich zdają się w tej opowieści mocno splecione. Co jednak najciekawsze, przyjęta przez Wiśniewską formuła obserwacji, a nie perswazji, pozwala autorce sugerować czytelnikowi możliwe sposoby radzenia sobie z tym szeroko pojętym kryzysem. Proponowane rozwiązania nie są przy tym spektakularne, ale wychodzą poza sferę czysto intelektualną – wyrastają z codzienności, z tego, co bliskie i dające nadzieję na choćby niewielką, ale jednak dostrzegalną, poprawę losu. Gdyby pokusić się o próbę wynotowania tychże rozwiązań na podstawie snutych przez Wiśniewską opowieści, byłyby to: 1) zawiązywanie wspólnot gromadzących się wokół lokalnych problemów społeczno-środowiskowych; 2) rozwijanie tego, co można by nazwać turystyką regeneratywną, i partycypowanie w tego rodzaju przedsięwzięciach; 3) pogłębianie świadomości bycia integralną częścią środowiska; 4) podejmowanie prób (empatycznego) dostrzegania nieludzi – zwłaszcza jako poszczególnych jednostek. Innymi słowy, opowiadając o życiu na północnych wyspach Norwegii, Wiśniewska zdaje się jednocześnie opowiadać o coraz bardziej nieprzewidywalnym i skomplikowanym świecie oraz proponować rozmaite sposoby przyjaznego w nim zamieszkiwania.
Wiśniewska w swoim tekście przekonuje, że dziś cenne może okazać się tworzenie wspólnot zjednoczonych wokół bieżącego problemu o charakterze lokalnym. Próba ratowania gatunku ptaków zagrożonego wyginięciem – nawet jeśli ostatecznie ograniczająca się zaledwie do pojedynczych osobników – może przynieść tak wartościowe w dobie kryzysu klimatycznego, a więc również depresji klimatycznej, poczucie zaangażowania i ludzkiej solidarności. W reportażu śledzimy między innymi losy Delphina, osiadłego w Tromsø francuskiego badacza ptaków morskich. Z jego inicjatywy w mieście powoli zaczyna rozwijać się tak zwana nauka obywatelska (citizen science):
Od dziś jesteśmy „kittiwalkersami” – oznajmia uroczyście, a my obrastamy w piórka. „Kittiwake” to po angielsku krysia. „Kittiwalkersi” mają przydać się nauce dzięki temu, że chodzą po mieście, aktywnie patrzą i wysyłają dane do tych, którzy potrafią je przeanalizować5.
Zarówno pisarka, jak i kolejne poznawane przez nią osoby wspólnie angażują się zresztą nie tylko w naukę obywatelską, ale również w ratowanie piskląt, które w przypadku wypadnięcia z gniazd zbudowanych w miastach zwykle skazane są na powolną śmierć. Warto zauważyć, że choć działania Delphina i innych kittiwalkersów są instytucjonalnie wspierane przez Norweski Instytut Badań Przyrodniczych, to jednak we wspomnianej grupie nie ma Norwegów, a sama gmina nie do końca radzi sobie z wdrażaniem działań systemowych. Wielu Norwegów nie podziela bowiem przekonań Francuza, który mówi wprost: „Krysie są uchodźczyniami ze środowiska, które stało się dla nich nieprzyjazne. A stało się takie z powodu naszej działalności, więc jesteśmy odpowiedzialni za to, by coś z tym zrobić”6. W książce nie brakuje też ustępów, w których autorka bądź jej rozmówcy zwracają uwagę na niechęć Norwegów do tego, co przywykliśmy nazywać „dziką przyrodą”, a także na często obecny w tym społeczeństwie dystans wobec obcokrajowców.
Pisarka jest świadoma tego, jak bardzo jej język, pochodzenie, doświadczenia wpływają na sposób postrzegania okolic Tromsø i – co ważne – pozwala wybrzmieć tej świadomości. Obserwuje otaczający ją świat, ale jest też w centrum wydarzeń. Narracja zostaje poprowadzona przez nią w taki sposób, by odbiorca miał pewność, że czyta opowieść o miejscu oglądanym z bardzo konkretnej perspektywy. Wiśniewska, od dawna związana z Północą, w Tromsø mieszka od siedmiu lat i choć płynnie mówi po norwesku, to jej obco brzmiące nazwisko nieraz, jak sama przyznaje, jest przyczyną różnych problemów, na przykład w wypadku poszukiwań mieszkania na wynajem.
Bohaterowie jej tekstu angażujący się w ratowanie krysi to ci z mieszkańców Tromsø, dla których miasto to stało się w pewnym momencie domem, choć nie było nim od początku. Powraca tu zatem kwestia pewnego niedopasowania, obcości i osamotnienia towarzyszących nieraz próbom (dobrowolnym czy do pewnego stopnia przymusowym) zakorzenienia się gdzieś poza ojczyzną. Los krysi zestawiony zostaje tym samym z losem ludzi przybyłych do Norwegii z odległych nieraz miejsc, ludzi uciekających przed wojną, reżimem, a nieraz i takich, których po prostu przywiodła tu fascynacja tą częścią świata. Jak przyznaje jeden z bohaterów książki, przyszłość mew trójpalczastych w przeważającej mierze obchodzi właśnie tych mieszkańców Tromsø, którzy nie są rodowitymi Norwegami. Mężczyzna wyjaśnia: „Mam wrażenie, że ludzie, którzy sympatyzują z krysiami, widzą w nich samych siebie. W walce, w zmaganiach. Ptasi los to nasz los”7. Gdyby nieco głębiej zastanowić się nad tą obserwacją, można by wysunąć wniosek, że w takim razie życie innych gatunków zyskuje w naszych oczach szczególną wartość dopiero wtedy, gdy zdołamy się z nimi w jakiejś mierze utożsamić. Byłoby to chyba jednak nazbyt duże uproszczenie. Nie zmienia to natomiast faktu, że opisywane w książce zaangażowanie w lokalne sprawy środowiskowe ludzi pochodzących z innych regionów świata wydaje się warte namysłu.
W swoim reportażu Wiśniewska sporo miejsca poświęca też turystyce. Norwegia zyskuje bowiem popularność jako kierunek wakacyjny wśród tych, którzy chcą uciec przed nasilającymi się w Europie upałami. Coolcations, co można przetłumaczyć jako „chłodne wakacje”, to nowy trend w turystyce, coraz silniej wpływający na społeczności i środowisko Północy. Wielu turystów przyciągają niższe temperatury, ale również zachwycające krajobrazy czy perspektywa obcowania z ową niemal mityczną „dziką przyrodą”. Turystyka to niewątpliwie złożona i dość problematyczna kwestia. Ma jasne i ciemne strony, może też mieć różne wymiary. Bez względu na wysiłki, jakie podejmujemy, by podróżować mądrzej, a także bez względu na korzyści poznawcze płynące z odwiedzania odległych pod względem kulturowym i przyrodniczym miejsc podróże zawsze wiążą się z dużym śladem węglowym, a nieraz również z poczuciem winy. W Hjem… Wiśniewska pokazuje, że istnieją sposoby pozwalające wyrwać się z pułapki myślenia zero-jedynkowego: albo lekceważymy kwestie środowiskowe i podróżujemy bez umiaru, albo całkowicie rezygnujemy z wyjazdów, ponieważ uznajemy turystykę za coś jednoznacznie złego. W tym wypadku interesująca okazuje się przeszłość wspomnianego już Delphina. Mężczyzna pracował jako przewodnik na statkach ekspedycyjnych w regionach polarnych, co jednak wywoływało w nim wewnętrzny konflikt:
Wynajęli mnie jako mówcę, nazywali ambasadorem Arktyki, ale jednocześnie widziałem, jak ten statek wpływa na środowisko i na małe społeczności. Moim zadaniem było zachęcanie ludzi, by kupowali wycieczki helikopterami, podczas których będą podglądać dziką przyrodę. Nie potrafiłem sobie poradzić z tą sprzecznością. Zacząłem o niej rozmawiać z turystami. Zapłacili ogromne pieniądze, by się tam znaleźć, i wielu miało podobne odczucia, też czuli się winni. Pomyślałem wtedy, że przyroda nie dostaje nic w zamian, jest traktowana jako surowiec. Co można zrobić, by to zmienić?8
Te rozterki ostatecznie doprowadziły bohatera do pracy na rzecz promowania turystyki regeneratywnej, której częścią byłyby takie działania jak citizen science:
Turyści chodzili na wycieczki w rakietach śnieżnych, by zrozumieć wpływ sztucznego światła na śpiewające ptaki, rozmontowywali układane na szczytach kopce kamieni, które niszczą rośliny i bezkręgowce, często też wprowadzają w błąd przy niskiej widoczności. Do tego nurkowali w przybrzeżnych wodach i oczyszczali lasy wodorostów, ekosystem kluczowy dla życia morskiego, w ostatnich latach zasiedlany masowo przez jeżowce, a wielu wybrało właśnie kittiwalking9.
Wiśniewska jedynie sygnalizuje kwestię nowych form podróżowania, ale dzięki Hjem… w niejednym czytelniku pewnie zakiełkuje myśl, że rozwój podobnych inicjatyw, jak ta podjęta przez Delphina, mógłby okazać się ważną, oddolną formą ochrony lokalnych ekosystemów, choćby w ograniczonym zakresie. Tego rodzaju pomysły nabierają znaczenia zwłaszcza w kontekście rosnącej świadomości turystów z uprzywilejowanych części świata, którzy coraz wyraźniej dostrzegają paradoksy i problemy związane z podróżowaniem.
W książce znaczenia nabierają też ciało i jego nierozerwalna więź z tym, co je otacza. Dzieląc się z czytelnikiem doświadczeniem własnego bycia w środowisku, autorka mimochodem pokazuje, że świadomość ciała usytuowanego w konkretnym miejscu – smaganego wiatrem, marznącego, wystawianego na słońce w trakcie krótkiego, polarnego lata – prowadzi do akceptacji nieuchronnej symbiozy z tym, co związane z nieludźmi. Poruszające i w jakiejś mierze odważne wydaje się wyznanie: „To na Spitsbergenie uczyłam się patrzeć na przyrodę bez wyższości”10. Trudno bowiem przyznać przed samą sobą, że porzucanie antropocentrycznych matryc nie przychodzi łatwo.
Warto zwrócić uwagę także na fotografie zamieszczone w książce – w większości są autorstwa Wiśniewskiej (poza kilkoma archiwalnymi ujęciami, które wykonał Knut Stokmo). Ze zdjęć wyłania się portret północnych wysp, który skłania do myślenia o środowisku przez pryzmat nie zawsze łatwej współegzystencji ludzi, nieludzi i materii nieożywionej. Obok fotografii zachwycających, surowych krajobrazów pojawiają się bowiem również te przypominające, że Północ to także nieestetyczne budynki (czasem pokryte metalowymi kolcami, między które wciska się mewa), ludzie z własnym bagażem doświadczeń, rozmaite przedmioty i obiekty codzienności czy wreszcie zwierzęta – dzielone przez nas na dzikie i udomowione.
Pisarka włącza się zatem do dyskusji nad współczesnymi wyzwaniami ekologicznymi, a jej tekst jest wolny od klisz i uproszczonych wizji świata, często obecnych w publikacjach o podobnej tematyce. Język Wiśniewskiej jest wyważony, finezyjny, momentami niemal poetycki i pozbawiony tonu publicystycznego – a jako taki zdaje się dziś czymś odświeżającym i inspirującym. Autorka buduje pewien rodzaj przestrzeni dla czytelnika – sprzyjającej formułowaniu komentarzy, dopowiedzeń i refleksji – także poprzez ową fragmentaryczną, nieoczywistą i mającą na poły charakter dziennika narrację.
Wspomniana już historia Bjørg i JJ to z kolei opowieść, która przypomina, że wrażliwość na nieludzi w ich osobniczej egzystencji może nieść trudne do uchwycenia, a jednak realne, nadzieję i otuchę11. Tym samym autorce udaje się powiązać problemy środowiskowe ze społecznymi w sposób inspirujący i optymistyczny. W Hjem… obserwacji złożonych problemów (rozpatrywanych z bliskiej perspektywy) towarzyszy obserwacja doraźnych strategii radzenia sobie z trudnościami.
Hjem… – choć zasadniczo poświęcony odległej Północy – okazuje się książką o wydźwięku uniwersalnym i nadzwyczaj aktualnym. W tekście Wiśniewskiej takie zagadnienia, jak kryzys ekologiczny, migracja i zakorzenienie, samotność i poczucie przynależności, splatają się w nieco porwaną, lecz ujmującą opowieść i wydaje się, że to właśnie owa migawkowość ujęcia tematu w połączeniu z powściągliwym, operującymi subtelnymi środkami wyrazu językiem szczególnie angażują odbiorcę. Słowa „kryzys”, „migracja”, „samotność” nabierają w trakcie lektury wagi, ponieważ Wiśniewska przygląda się temu, co bliskie, lokalne, specyficzne, przefiltrowane przez jej własną wrażliwość. Autorka sama zresztą sugeruje, że to właśnie poprzez balansowanie między perspektywami insiderki (zamieszkującej Tromsø od lat, płynnie posługującej się norweskim) i outsiderki (osoby o obco brzmiącym nazwisku, nigdy niebędącej do końca u siebie) ciężar codziennych problemów, które jednocześnie dalece wykraczają poza to, co bliskie, staje się tak dotkliwie odczuwany.
1 O ludziach i ptakach Północy. Rozmowa z Iloną Wiśniewską, rozm. przepr. K. Zawadzka, online: https://www.youtube.com/watch?v=_tA2iODjyF0 [dostęp: 26.04.2026].
2 I. Wiśniewska, Hjem. Na północnych wyspach, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2025, s. 20.
3 Książkę Magnasona uważam za przykład tekstu ekoparenetycznego. O ekoparenezie zob. D. Tomczyk, Ekopareneza. Rozpoznania wstępne, „Czas Kultury” 2024, nr 2, s. 177‒186. Eseje O czasie i wodzie bardziej szczegółowo omówiłam w artykule: D. Tomczyk, Katastrofa ekologiczna i poszukiwanie języka. Na marginesie „O czasie i wodzie” Andriego Snæra Magnasona, „Czas Kultury” 2021, nr 3, s. 207‒212.
4 I. Wiśniewska, Hjem…, s. 16.
5 Tamże, s. 75.
6 Tamże, s. 82.
7 Tamże, s. 151.
8 Tamże, s. 158–159.
9 Tamże, s. 159.
10 Tamże, s. 21.
11 Wypracowywanie takiej wrażliwości na los nieludzi to cel przyświecający zresztą również działaniom spod znaku citizen science.
