Mam w sobie taki mišung

Mał­go­rza­ta Bugaj: Kie­dy ostat­nio mogłaś sobie pozwo­lić na dzień bez pisa­nia?

Wero­ni­ka Gogo­la: Nie­daw­no skoń­czy­łam urlop macie­rzyń­ski, więc takich dni mia­łam sto­sun­ko­wo dużo. Uro­dzi­łam dru­gie dziec­ko i raczej wal­czy­łam o czas, w któ­rym mogła­bym pisać. Od wrze­śnia zawar­łam umo­wę z teścio­wą: mia­łam dwa dni na pisa­nie, a ona opie­ko­wa­ła się moją cór­ką. Teraz mój mąż jest na pół­rocz­nym urlo­pie tacie­rzyń­skim, a ja wró­ci­łam do codzien­ne­go pisa­nia. Jestem bar­dzo głod­na two­rze­nia, więc czu­ję raczej nie­do­syt niż prze­syt.

Co zatem wypeł­nia ci czas, kie­dy nie piszesz?

Przede wszyst­kim jestem mamą dwóch córek, więc to mnie teraz tak napraw­dę naj­bar­dziej defi­niu­je. Moje głów­ne aktyw­no­ści poza­pi­sar­skie to aktyw­no­ści rodzi­ciel­skie. Nie będę uda­wać, że na urlo­pie macie­rzyń­skim nie tęsk­ni­łam za pra­cą. Łącze­nie roli mat­ki z pisa­niem jest nie­zwy­kle trud­ne. Ale moje dzie­ci nie są na tym świe­cie przez przy­pa­dek i cho­ciaż za zna­le­zie­nie balan­su mię­dzy byciem mat­ką a byciem pisar­ką pła­ci się dosyć wyso­ką cenę, to jed­nak czę­sto się zasta­na­wiam, jaka była­by moja twór­czość, gdy­bym nie mia­ła dzie­ci. Czu­ję, że bez tego doświad­cze­nia moje tek­sty były­by płyt­sze. Macie­rzyń­stwo z jed­nej stro­ny zabie­ra czas i ener­gię, ale z dru­giej otwie­ra jakieś inne prze­strze­nie w myśle­niu o świe­cie. Zmie­nia też sto­su­nek kobie­ty do jej cza­su i pra­cy. Kie­dyś mia­łam dużą skłon­ność do pro­kra­sty­na­cji, teraz bar­dzo sza­nu­ję swój czas, bo wiem, że jest ogra­ni­czo­ny.

Chcesz powie­dzieć, że macie­rzyń­stwo otwo­rzy­ło cię na wie­le nowe­go w pisa­niu?

Zde­cy­do­wa­nie! To tyl­ko hipo­te­za, ale myślę, że dzię­ki macie­rzyń­stwu moje pisa­nie się wzbo­ga­ci­ło, a posta­ci, któ­re teraz stwa­rzam, sta­ły się peł­no­krwi­ste. Piszę teraz powieść i widzę, jak tak zwa­ne nor­mal­ne życie czy wręcz pro­za­icz­ne życie poma­ga mi dotrzeć do sed­na. Mam szczę­ście, że żyję w cudow­nym miej­scu, w dziel­ni­cy, gdzie mam mnó­stwo sąsia­dów. Jeste­śmy w takim wiel­kim sta­dzie, któ­re sobie poma­ga i spę­dza razem czas. Oczy­wi­ście jako tłu­macz­ka funk­cjo­nu­ję w sło­wac­kiej bań­ce lite­rac­kiej, ale mam też dużo innych baniek, kom­plet­nie nie­zwią­za­nych z książ­ka­mi i lite­ra­tu­rą. Bar­dzo zale­ży mi na zacho­wa­niu balan­su: nie mogę żyć tyl­ko mię­dzy pisa­rza­mi, bo żeby wcie­lać się w inne posta­ci, muszę znać rów­nież inne świa­ty.

No wła­śnie, żyjesz mię­dzy języ­ka­mi. Co się z tobą dzie­je, kie­dy „prze­łą­czasz się” z pol­skie­go na sło­wac­ki?

Pro­wa­dzę dwu­ję­zycz­ny dom. Roz­ma­wiam z cór­ka­mi po pol­sku, a mąż – po sło­wac­ku. Miesz­kam już dzie­sięć lat na Sło­wa­cji i funk­cjo­nu­ję tutaj też na ryn­ku czy­tel­ni­czo-pisar­skim, gdzie jestem dość aktyw­na. Cią­gle więc „prze­łą­czam się” z jed­ne­go języ­ka na dru­gi, mam swo­ją comie­sięcz­ną rubry­kę w sło­wac­kim dzien­ni­ku, a rów­no­cze­śnie piszę do pol­skich mediów. Nie­daw­no też wyszła moja pierw­sza książ­ka, któ­rą napi­sa­łam po sło­wac­ku, razem z przy­ja­cie­lem, ilu­stra­to­rem Mar­kiem Ciną. Marek przy­niósł mi gra­fi­ki z por­tre­ta­mi jede­na­stu bestii, potwo­rów, wymy­śli­łam do tego mono­lo­gi. To taki bestia­riusz, kon­cep­tu­al­na książ­ka, któ­ra powsta­wa­ła powo­li, w cią­gu trzech lat. Ponie­kąd arte­fakt. Po pol­sku piszę jak gdy­by poprzez wibra­cję, w któ­rej dwa języ­ki się zabu­rza­ją, ście­ra­ją, wal­czą ze sobą. To eks­pe­ry­ment, któ­ry pozwa­la mi spraw­dzić, co dzie­je się na sty­ku dwóch bli­skich sobie języ­ków. Mam w sobie mišung.

Mišung?

To aku­rat sło­wo pocho­dzą­ce z nie­miec­kie­go, ale uży­wa­ne w języ­ku sło­wac­kim. Mam mišung, czy­li mie­szan­kę w gło­wie. Nie wiem, czy to do koń­ca zdro­we, ale praw­do­po­dob­nie wyni­ka z tego, że nie jestem dwu­ję­zycz­na od uro­dze­nia.

Mówiąc w różnych językach, nie tłumaczę ich w mojej głowie. Po prostu „przełączam się” na dany język. Organicznie.

Zauwa­żasz w sobie jakieś róż­ni­ce zależ­ne od języ­ka, któ­rym się posłu­gu­jesz?

Na pew­no jestem inna, gdy mówię po pol­sku, i tro­chę inna, gdy mówię po sło­wac­ku. Powsta­je jesz­cze trze­ci język, będą­cy wyni­kiem tego, że mój pol­ski jest już zabu­rzo­ny, a sło­wac­ki nigdy nie będzie dosko­na­ły. I mnie wła­śnie naj­bar­dziej inte­re­su­je pomost mię­dzy zabu­rze­nia­mi – cie­ka­wią mnie te szu­my. Oczy­wi­ście chy­ba już zawsze będę czuć się pew­niej, pisząc po pol­sku, bo to mój pierw­szy język. Ale rów­no­cze­śnie jestem odważ­niej­sza, kie­dy piszę po sło­wac­ku, i to chy­ba dla­te­go, że mogę ukryć się za fasa­dą naby­te­go języ­ka. Jeśli cho­dzi o pisa­nie, pol­ski zawsze będzie na pierw­szym miej­scu, ale w życiu codzien­nym wolę sło­wac­ki. W sło­wac­kim jestem chy­ba swo­bod­niej­sza. To dziw­ne, bo w sumie mój język ojczy­sty nie powi­nien mnie krę­po­wać.

Czy życie w innym języ­ku daje też inną wol­ność pisa­nia?

Być może. Nie wiem, czy w Pol­sce napi­sa­ła­bym ten bestia­riusz w taki spo­sób, jak go napi­sa­łam tutaj. Ilu­stra­cje były bar­dzo suge­styw­ne, przez rok mia­łam te gra­fi­ki na pół­ce i nie byłam w sta­nie roz­gryźć, co jesz­cze mam do tego dodać, sko­ro to już jest tak wymow­ne. A potem wpa­dłam na pomysł, że to muszą być mono­lo­gi prze­trą­co­nych ludzi, tro­chę z uli­cy, tro­chę dzi­wa­ków. Ale rów­no­cze­śnie chcia­łam, żeby to były potwo­ry napraw­dę potwor­ne. Dla­te­go w bestia­riu­szu zna­la­zły się mię­dzy inny­mi mono­lo­gi gwał­ci­cie­la czy pedo­fi­la. Są tam też potwo­ry nie tak strasz­ne, na przy­kład pra­wo­sław­ny Żyd, tem­pla­riusz. Na spo­tka­niach autor­skich nie czy­tam tych naj­bar­dziej hard­co­ro­wych tek­stów, żeby przez przy­pa­dek nie ziry­to­wać kogoś, kto ma złe doświad­cze­nia. To też jest cie­ka­we, że napi­sa­łam książ­kę, któ­rą nie­ko­niecz­nie da się całą czy­tać na głos. Jej język jest suro­wy, potocz­ny, brud­ny, teo­re­tycz­nie ma to ogrom­ny poten­cjał sce­nicz­ny, ale może też wywo­ły­wać w ludziach nie­przy­jem­ne emo­cje. Nie będę ukry­wać, że jestem z tej książ­ki nie­zwy­kle dum­na. Jed­nak nie wyobra­żam sobie, żebym mogła ją prze­tłu­ma­czyć. Praw­do­po­dob­nie po pol­sku powsta­ły­by zupeł­nie inne mono­lo­gi.

Jak dziś wyglą­da twój tryb pra­cy? Piszesz w domu czy poza nim?

Pra­cu­ję w cowor­kin­gu. Nie­da­le­ko od moje­go domu jest takie miej­sce, Cver­no­vka, czy­li nie­za­leż­ne cen­trum kul­tu­ry. To sło­wac­ka spe­cy­fi­ka: tutaj w róż­nych mia­stach jest bar­dzo dużo nie­za­leż­nych cen­trów kul­tu­ry, z regu­ły są to sta­re fabry­ki. Wszyst­ko ma ponie­kąd pun­ko­wy cha­rak­ter. Cver­no­vka znaj­du­je się w sta­rym tech­ni­kum che­micz­nym, do któ­re­go kie­dyś cho­dził mój teść. Budy­nek ma pięć pię­ter plus przy­le­gły inter­nat, są tu star­tu­py, pra­cow­nie arty­stów, stu­dia, a nawet miesz­ka­nia dla socjal­nie słab­szych. Mamy ogró­dek i kury, no i jest cowor­king, do któ­re­go codzien­nie cho­dzę. Cza­sem zabie­ram tutaj pisa­rzy i pisar­ki z Pol­ski. Czę­sto są zdzi­wie­ni, że piszę w takich warun­kach, wśród innych ludzi. Oni potrze­bu­ją swo­je­go biur­ka, swo­je­go poko­ju, swo­je­go spo­ko­ju. W moim przy­pad­ku jest odwrot­nie: nie lubię pisać w domu, bo czu­ję się wte­dy uwię­zio­na mię­dzy pral­ką a zmy­war­ką. Czu­ję powin­ność zała­do­wa­nia tej pral­ki, zmy­war­ki, zro­bie­nia her­ba­ty. I strasz­nie bra­ku­je mi ludzi. Cho­ciaż pisa­nie wią­że się z samot­no­ścią, to jed­nak żeby czuć się dobrze, muszę mieć fizycz­nie wokół sie­bie jakieś jed­nost­ki, któ­re robią zupeł­nie inne rze­czy. W cowor­kin­gu mamy dużo ludzi z IT, z róż­nych star­tu­pów, nie wszy­scy są arty­sta­mi. Lubię z nimi być, lubię z nimi iść na obiad i lubię, żeby na tym obie­dzie nie gada­ło się o lite­ra­tu­rze, tyl­ko o zupeł­nie innych rze­czach, bo to też jest dla mnie inspi­ru­ją­ce.

A czy­ta­nie? Da się je wci­snąć mię­dzy to wszyst­ko?

Teraz ten czas na czy­ta­nie krad­nę. Na szczę­ście ist­nie­ją czyt­ni­ki, któ­re mają inne świa­tło niż tele­fon.

Pamiętam, że zaraz po urodzeniu drugiej córki czytałam podczas nocnych karmień. I to dużo, na pewno dwie książki tygodniowo.

Cza­sa­mi w ogrom­nym zmę­cze­niu zda­rza­ło się, że swipe’owałam głów­kę swo­je­go dziec­ka. Co cie­ka­we, w poło­gu czy­ta­łam przede wszyst­kim ese­je rady­kal­nych femi­ni­stek typu Sophie Lewis z jej Abo­lish the Fami­ly czy odje­cha­ne tek­sty fran­cu­skich pisa­rek, jak choć­by Con­stan­ce Debré. To było w kontrze do mojej ogra­ni­czo­nej swo­bo­dy.

Piszesz teraz powieść po pol­sku. Możesz coś o niej powie­dzieć?

Mam deadli­ne, mam umo­wę i będzie to super nie­spo­dzian­ka, ale nie­ste­ty nie mogę nic zdra­dzić. Będzie to coś bar­dzo nie­ocze­ki­wa­ne­go i uka­że się w bli­skiej przy­szło­ści.

Wra­ca­jąc do tłu­ma­cze­nia: to dla cie­bie odpo­czy­nek od wła­sne­go gło­su czy jego prze­dłu­że­nie?

Sta­ram się być raczej wier­na auto­rom, zwłasz­cza że dotych­czas mia­łam szczę­ście każ­de­go z nich poznać oso­bi­ście. Dzię­ki zna­jo­mo­ści ich sto­sun­ku do życia czy choć­by ich tem­bru gło­su mogłam być bli­żej tego, co piszą. Oczy­wi­ście w zależ­no­ści od tego, jacy to są auto­rzy i jakie to są tek­sty, cza­sa­mi mogę sobie pozwo­lić na doda­wa­nie cze­goś od sie­bie. Na pew­no takim pisa­rzem jest Daniel Maj­ling, któ­re­go Ruską kla­sy­kę oraz komiks RUDO prze­tłu­ma­czy­łam. W tych książ­kach są misty­fi­ka­cje i dużo humo­ru, nawet nie­po­praw­ne­go, więc wie­dzia­łam, że w cza­sie tłu­ma­cze­nia mogę sobie pozwo­lić na wię­cej. Żeby dow­cip doty­czą­cy sło­wac­kich realiów był dow­cip­ny rów­nież z pol­skiej per­spek­ty­wy, musia­łam go odnieść do pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Ale zawsze kon­sul­to­wa­łam to z auto­rem. Mówi­łam: „słu­chaj, piszesz o dzien­ni­ka­rzu, u nas jest podob­ny do nie­go Michał Nogaś. Zrób­my z nie­go Micha­ła Roga­sia”. Nie wpro­wa­dza­łam zmian bez wie­dzy auto­ra. Myślę, że war­to być bli­sko twór­cy, jeśli jest taka moż­li­wość. Cza­sa­mi porów­nu­ję tłu­ma­cze­nia. Bio­rę na przy­kład książ­ki Ele­ny Fer­ran­te albo innych pisa­rzy i spraw­dzam, jak to jest prze­tłu­ma­czo­ne na cze­ski, sło­wac­ki i pol­ski. Dzię­ki temu wiem, że Fer­ran­te chcę czy­tać po sło­wac­ku, bo to tłu­ma­cze­nie podo­ba mi się naj­bar­dziej. A rady­kal­ne książ­ki femi­ni­stycz­ne naj­le­piej „wcho­dzą” po cze­sku.

Czy tłu­ma­czysz coś poza lite­ra­tu­rą?

Kie­dyś tłu­ma­cze­nia stron inter­ne­to­wych czy apli­ka­cji pozwa­la­ły mi się utrzy­mać. Od kie­dy „wje­cha­ło” AI, nawet nie szu­kam takich zle­ceń, bo więk­szość firm wszyst­ko wrzu­ca do sztucz­nej inte­li­gen­cji i nie potrze­bu­je już tłu­ma­czy. Ewen­tu­al­nie zatrud­nia­ją kogoś, kto zro­bi korek­tę tek­stów prze­tłu­ma­czo­nych przez AI. Ale to dużo pra­cy za poło­wę staw­ki, więc śred­nio się opła­ca. Tro­szecz­kę się to teraz zmie­nia, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o komer­cyj­ne pro­jek­ty. Ale wiesz, sama rów­nież odpo­czy­wam przy takich tek­stach. One wyma­ga­ją zupeł­nie inne­go rodza­ju sku­pie­nia. Na przy­kład apli­ka­cja doty­czą­cą egze­my albo mind­ful­ness. Choć przy tej ostat­niej tro­chę cier­pię, bo nie jestem wiel­ką fan­ką wsłu­chi­wa­nia się w szum wodo­spa­du i jego afir­ma­cji. Ale wiem też, że nawet takie rze­czy mogą mi się kie­dyś przy­dać w pisa­niu.

Jak wyglą­da two­ja nie­dzie­la na Sło­wa­cji, taka cał­kiem zwy­czaj­na, bez lite­ra­tu­ry?

Wsta­je­my rano, bez wzglę­du na to, czy jest sobo­ta, czy nie­dzie­la, bo i pies, i dzie­ci budzą nas oko­ło szó­stej. W week­en­dy zawsze Michał, mój mąż, idzie z psem do skle­pu kupić śnia­da­nie. Robi­my nale­śni­ki albo sło­wac­kie levan­ce, czy­li pan­kej­ki. Ale naj­waż­niej­szy poran­ny rytu­ał wią­że się z kawą. Jeste­śmy geeka­mi kawo­wy­mi, to tak się odzwier­cie­dla nasz kry­zys wie­ku śred­nie­go. Wyda­je­my mnó­stwo pie­nię­dzy na kawę, pró­bu­je­my coraz to nowych prze­le­wów. Dzie­ci wie­dzą, że kawa jest naszą świę­to­ścią, jed­nym z pierw­szych słów młod­szej cór­ki była wła­śnie kava. Oczy­wi­ście poran­ne cele­bro­wa­nie dobre­go prze­le­wu z dwój­ką małych dzie­ci bywa trud­ne do reali­za­cji, ale cza­sem się uda­je. Miesz­ka­my pod lasem, więc jeśli to jest jeden z tych lazy week­en­dów, to po pro­stu idzie­my do lasu, a potem zako­twi­cza­my na przy­kład w tak zwa­nym Bufe­cie na dobrym miej­scu i tam z regu­ły zno­wu jemy coś nie­zdro­we­go – jak buch­ty, czy­li pam­pu­chy na parze, z makiem i masłem. Raczej spę­dza­my week­en­dy na zewnątrz i ze zna­jo­my­mi, cza­sa­mi urzą­dza­my sobie krót­kie wyciecz­ki gdzieś nie­da­le­ko. W sumie nic spek­ta­ku­lar­ne­go, ale mamy szczę­ście, że miesz­ka­my bli­sko przy­ro­dy, to daje nam wie­le moż­li­wo­ści fan­ta­stycz­ne­go spę­dza­nia cza­su bez koniecz­no­ści rusza­nia się z mia­sta. Nie­dłu­go zno­wu będzie cie­pło, zaczną się pik­ni­ki na dzi­kich pla­żach nad Duna­jem i kąpa­nie się w jezio­rach. Szcze­rze powie­dziaw­szy, Bra­ty­sła­wa mi zupeł­nie wystar­cza i nie mam szcze­gól­nej potrze­by dale­kich woja­ży.

– tłumaczka, pisarka.

więcej →

– polonistka, dziennikarka i podkasterka.

więcej →

Powiązane teksty