Dobrze czuję się w obu światach: literackim i biznesowym

Mał­go­rza­ta Bugaj: Na skrzy­deł­ku two­jej naj­now­szej książ­ki moż­na prze­czy­tać: „zawo­do­wo zaj­mu­je się doradz­twem dla mię­dzy­na­ro­do­wych kan­ce­la­rii praw­ni­czych w spra­wach komu­ni­ka­cji stra­te­gicz­nej”. Pomy­śla­łam: „wow”. Co to w ogó­le zna­czy?

Joan­na Gie­rak-Onosz­ko: W naj­więk­szym uprosz­cze­niu wyglą­da to tak, że praw­nik przy­cho­dzi i mówi: „Zmie­nia­ją się prze­pi­sy, przed­się­bior­cy wpa­da­ją w pułap­kę, nikt o tym nie wie”. Praw­ni­cy świet­nie zna­ją prze­pi­sy i kon­tekst biz­ne­so­wy, ale czę­sto mówią o nich her­me­tycz­nym kodem. Moja pra­ca pole­ga na tym, żeby tę wie­dzę eks­perc­ką prze­ło­żyć na komu­ni­kat, któ­ry będzie zro­zu­mia­ły i przy­dat­ny z per­spek­ty­wy odbior­cy.

Czy­li jesteś takim tłu­ma­czem z „praw­ni­cze­go” na „ludz­ki”?

Poma­gam zna­leźć dla tych idei naj­lep­szą i naj­cie­kaw­szą for­mę oraz medium. Cza­sem to duży dzien­nik, bran­żo­wy por­tal praw­ni­czy czy ser­wis dla rol­ni­ków albo far­ma­ceu­tów. I pil­nu­ję, żeby język był po stro­nie czy­tel­ni­ka, a nie po stro­nie prze­pi­su. To jest zaska­ku­ją­co podob­ne do pra­cy repor­ter­skiej, w któ­rej skom­pli­ko­wa­ną rze­czy­wi­stość trze­ba roz­ło­żyć na czyn­ni­ki pierw­sze i opo­wie­dzieć ją tak, żeby ktoś po dru­giej stro­nie mógł powie­dzieć, że to rozu­mie.

Tro­chę jak w repor­ta­żu, bo cho­dzi o porząd­ko­wa­nie świa­ta?

Wła­śnie tak. W grun­cie rze­czy korzy­stam z tych samych narzę­dzi. I w lite­ra­tu­rze non-fic­tion, i w komu­ni­ka­cji stra­te­gicz­nej cho­dzi o to, żeby wycią­gnąć z cha­osu naj­waż­niej­sze fak­ty, zbu­do­wać z nich praw­dzi­wą i dobrze udo­ku­men­to­wa­ną opo­wieść, a na koniec nadać jej for­mę, któ­ra oka­że się atrak­cyj­na i prze­ko­nu­ją­ca dla odbior­cy.

Na skrzy­deł­ku jest jesz­cze infor­ma­cja, że jesteś człon­ki­nią Unii Lite­rac­kiej. A dziś roz­ma­wiam już z pre­ze­ską.

Tak. Powin­nam chy­ba napi­sać do wydaw­nic­twa w spra­wie dodru­ku, żeby to zak­tu­ali­zo­wać [śmiech]. Kil­ka dni temu zosta­łam wybra­na na pre­ze­skę Unii Lite­rac­kiej. Dla mnie pry­wat­nie to duża zmia­na – wię­cej obo­wiąz­ków, odpo­wie­dzial­no­ści, decy­zji. Ale nie trak­tu­ję tego jako gwał­tow­nej wol­ty, raczej jako natu­ral­ną ewo­lu­cję. Mam nadzie­ję, że z zewnątrz też tak to będzie ode­bra­ne – jako przy­go­to­wa­na wcze­śniej suk­ce­sja, a nie rady­kal­na zmia­na. W nowym skła­dzie kon­ty­nu­uje­my świet­ną pra­cę naszych zna­ko­mi­tych poprzed­ni­ków. Śro­do­wi­sko lite­rac­kie nie ocze­ku­je tu rewo­lu­cji, bar­dziej potrze­ba nam sta­bil­nej oraz mądrze pro­wa­dzo­nej zmia­ny.

To zrób­my krok wstecz dla tych, któ­rzy nie nale­żą do tej bań­ki. Czym w ogó­le jest Unia Lite­rac­ka?

To sto­wa­rzy­sze­nie pol­skich pisa­rzy i pisa­rek, któ­re dzia­ła tro­chę jak zwią­zek zawo­do­wy. Na ryn­ku są orga­ni­za­cje o dłu­giej tra­dy­cji, jak Zwią­zek Lite­ra­tów Pol­skich czy Sto­wa­rzy­sze­nie Pisa­rzy Pol­skich, któ­re kon­cen­tru­ją się głów­nie na twór­czo­ści, na lite­ra­tu­rze samej w sobie. Unia od począt­ku mówi­ła o czymś, o czym w naszym śro­do­wi­sku wypa­da­ło co naj­wy­żej szep­tać: o pie­nią­dzach.

W Unii Literackiej postrzegamy twórczość nie jako piękne, ale kosztowne hobby, lecz jako pracę.

A wycho­dzi­my z rady­kal­ne­go – choć prze­cież cał­kiem zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go – zało­że­nia, że za pra­cę nale­ży się wyna­gro­dze­nie.

Kie­dy i z czy­jej ini­cja­ty­wy powsta­ło to sto­wa­rzy­sze­nie?

Unia Lite­rac­ka naro­dzi­ła się pod­czas tar­gów książ­ki w Lon­dy­nie w 2017 roku z ini­cja­ty­wy mię­dzy inny­mi Olgi Tokar­czuk, Jac­ka Deh­ne­la, Zyg­mun­ta Miło­szew­skie­go i Syl­wii Chut­nik. Od począt­ku mia­ła być miej­scem, w któ­rym moż­na nie tyl­ko podzie­lić się fru­stra­cją, ale też wspól­nie wypra­co­wać roz­wią­za­nia, jak popra­wić sytu­ację praw­ną i eko­no­micz­ną auto­rek i auto­rów, jak cywi­li­zo­wać i popra­wiać rela­cje z inny­mi pod­mio­ta­mi two­rzą­cy­mi rynek książ­ki. Zało­że­nia były sys­te­mo­we.

Kie­dy dołą­czy­łaś do Unii Lite­rac­kiej?

Dwa lata temu Jacek Deh­nel, ówcze­sny pre­zes, zapro­sił mnie, żebym wstą­pi­ła w sze­re­gi Unii. Przez pewien czas byłam głów­nie obser­wa­tor­ką. Słu­cha­łam dys­ku­sji, przy­glą­da­łam się spo­rom, roz­mo­wom, pro­ble­mom. Bar­dzo ude­rzy­ło mnie to, że zna­ko­mi­ci, roz­po­zna­wal­ni auto­rzy i autor­ki mówią otwar­cie o swo­ich kło­po­tach finan­so­wych, o trud­no­ściach w nego­cja­cjach z wydaw­nic­twa­mi, o nie­ja­snych umo­wach, napię­ciach w rela­cjach. Pomy­śla­łam wte­dy, że jeśli oni mają odwa­gę o tym mówić, to daje ogrom­ną siłę tym młod­szym, debiu­tu­ją­cym.

Od 2017 roku minę­ło już tro­chę cza­su. Uda­ło się coś rze­czy­wi­ście zmie­nić?

Tak. Po pierw­sze, temat zarob­ków i god­no­ści pra­cy pisa­rzy wyszedł z niszy. Nie jest już pro­ble­mem „bań­ki”, ale stał się czę­ścią roz­mo­wy w main­stre­amie. Widać to było choć­by przy oka­zji ogrom­ne­go suk­ce­su Chło­pek Joan­ny Kuciel-Fry­dry­szak, nota­be­ne naszej zna­ko­mi­tej kole­żan­ki dzia­ła­ją­cej w zarzą­dzie Unii. Zde­rzy­ły się wte­dy dwa wyobra­że­nia: czy­tel­ni­cy myślą, że autor hitu żyje jak boha­ter fil­mu o pisa­rzach, tym­cza­sem rze­czy­wi­stość finan­so­wa wyglą­da zde­cy­do­wa­nie mniej roman­tycz­nie. To po pierw­sze. Po dru­gie: Unia nie jest już tyl­ko miej­scem gorz­kich żali. Mamy głę­bo­kie poczu­cie, że narze­ka­nie w kulu­arach albo, co gor­sza, samot­ne prze­ży­wa­nie zawo­do­wych fru­stra­cji jest pie­śnią prze­szło­ści. Dziś chce­my dia­gno­zo­wać pro­ble­my i od razu pro­po­no­wać kon­struk­tyw­ne roz­wią­za­nia.

Na przy­kład?

Naszym fla­go­wym postu­la­tem jest powo­ła­nie insty­tu­cji na wzór Pol­skie­go Insty­tu­tu Sztu­ki Fil­mo­wej, tyle że dla lite­ra­tu­ry – Pol­skie­go Fun­du­szu Lite­ra­tu­ry. To insty­tu­cja para­so­lo­wa, któ­ra obej­mo­wa­ła­by swo­im zasię­giem pisa­rzy i pisar­ki, biblio­te­ki, ale też wydaw­ców, pro­wa­dzi­ła sys­tem sty­pen­dial­ny, pro­gra­my wspar­cia, dba­ła o przej­rzy­stość zasad. Dwa­dzie­ścia lat temu pol­ska kine­ma­to­gra­fia była w zapa­ści, tak samo jak dziś lite­ra­tu­ra. Powo­ła­nie PISF pomo­gło sys­te­mo­wo wzmoc­nić tę gałąź sztu­ki, zarzą­dzać pie­niędz­mi wypra­co­wa­ny­mi przez bran­żę, doto­wać i pro­mo­wać war­to­ścio­we tytu­ły. To spraw­dzo­ne, dzia­ła­ją­ce roz­wią­za­nie, któ­re chce­my imple­men­to­wać na polu lite­rac­kim. Teraz mamy poczu­cie, że pły­wa­my w męt­nej wodzie. Regu­ły gry są czę­sto usta­la­ne ponad naszy­mi gło­wa­mi, a w takiej wodzie naj­le­piej czu­ją się dra­pież­ni­ki. Chce­my, żeby ten rynek stał się bar­dziej czy­tel­ny i prze­wi­dy­wal­ny. Ogrom­ny poten­cjał w tym zakre­sie widzi­my we współ­pra­cy z Insty­tu­tem Książ­ki oraz Mini­ster­stwem Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go, a tak­że z Mini­ster­stwem Finan­sów.

Jak to się sta­ło, że z obser­wa­tor­ki sta­łaś się pre­ze­ską?

To nie było nagłe tąp­nię­cie. W 2023 roku dołą­czy­łam do Unii, w 2024 po raz pierw­szy poja­wi­łam się na wal­nym zebra­niu, przy­szłam po odbiór legi­ty­ma­cji człon­kow­skiej. Oka­za­ło się wte­dy, że trwa­ją wybo­ry uzu­peł­nia­ją­ce do zarzą­du. W tej sali czu­ło się ogrom­ną ener­gię i potrze­bę zmia­ny. Pomy­śla­łam, że sko­ro jestem tro­chę „pomię­dzy” – pomię­dzy lite­ra­tu­rą a biz­ne­sem – to mogę wnieść narzę­dzia, któ­re na co dzień dla mnie są oczy­wi­ste, a w śro­do­wi­sku lite­rac­kim nie­ko­niecz­nie. Zgło­si­łam się, zosta­łam wybra­na i razem z Mak­sem Cegiel­skim weszli­śmy do zarzą­du w posze­rzo­nym skła­dzie. Kie­dy Jacek Deh­nel po ośmiu latach, czy­li dwóch „pre­zy­denc­kich kaden­cjach”, zde­cy­do­wał, że pora oddać ste­ry i sku­pić się na innych pro­jek­tach, zaczę­li­śmy spo­koj­nie przy­go­to­wy­wać suk­ce­sję. Zapa­dła decy­zja, by tym razem nie szu­kać człon­ków zarzą­du na zasa­dzie: „Kto się zgła­sza z sali?”. Przy­go­to­wa­li­śmy pro­jekt na kształt rekru­ta­cji biz­ne­so­wej.

Co to zna­czy w prak­ty­ce?

Wspól­nie z ustę­pu­ją­cym zarzą­dem usie­dli­śmy i zada­li­śmy sobie pyta­nie: jakich kom­pe­ten­cji potrze­bu­je dziś Unia Lite­rac­ka? Kogo szu­ka­my? Kto spo­śród naszych człon­kiń i człon­ków wno­si doświad­cze­nie, któ­re­go nam dziś bra­ku­je? Jeśli spoj­rzeć na nowy skład zarzą­du, to on bar­dzo jasno poka­zu­je kie­ru­nek, w jakim zmie­rza­my: jest z nami dr Piotr Sie­mion – pisarz, ale też praw­nik i mene­dżer z impo­nu­ją­cym doświad­cze­niem biz­ne­so­wym; jest Bar­ba­ra Sadur­ska – pisar­ka i praw­nicz­ka, spe­cja­li­zu­ją­ca się w pra­wie wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej i wydaw­ni­czym; jest Joan­na Kuciel-Fry­dry­szak, któ­rą czy­tel­ni­cy zna­ją mię­dzy inny­mi z Chło­pek, a my widzi­my w niej wiel­ką rzecz­nicz­kę god­no­ści w tym zawo­dzie; jest Anna Brze­ziń­ska – pisar­ka i była wydaw­czy­ni, któ­ra świet­nie rozu­mie realia pro­wa­dze­nia biz­ne­su i wno­si prak­tycz­ną wie­dzę eko­no­micz­ną; jest z nami tak­że Olga Git­kie­wicz – pisar­ka, socjo­loż­ka, człon­ki­ni Rady Spo­łecz­nej przy mini­strze spra­wie­dli­wo­ści, któ­rej doświad­cze­nie gwa­ran­tu­ją sze­ro­ką per­spek­ty­wę spo­łecz­ną. Jest rów­nież oczy­wi­ście Max Cegiel­ski, pisarz, kura­tor, któ­ry ma wiel­ki talent do łącze­nia ludzi oraz idei w twór­czej współ­pra­cy. A do tego jestem ja – z doświad­cze­niem biz­ne­so­wym i komu­ni­ka­cyj­nym. To połą­cze­nie kom­pe­ten­cji poka­zu­je, że sta­wia­my na pro­fe­sjo­na­li­za­cję, na obec­ność przy pro­ce­sach legi­sla­cyj­nych, na real­ny dia­log z wydaw­ca­mi i na bada­nie zja­wisk w naszym śro­do­wi­sku.

Uważamy, że leczyć można tylko to, co jest dobrze zdiagnozowane.

Mówisz: „Mam doświad­cze­nie biz­ne­so­we”. Z cze­go ono kon­kret­nie wyni­ka?

Z wykształ­ce­nia jestem dzien­ni­kar­ką – koń­czy­łam Wydział Dzien­ni­kar­stwa i Nauk Poli­tycz­nych UW, ze spe­cja­li­za­cją Public Rela­tions. Przez lata pra­co­wa­łam wła­śnie w PR, dora­dza­jąc komu­ni­ka­cyj­nie fir­mom dorad­czym, kan­ce­la­riom praw­ni­czym, think tan­kom. Zanim poja­wił się repor­taż książ­ko­wy, byłam dzien­ni­kar­ką tygo­dni­ka „Poli­ty­ka”, i to była pra­ca, któ­rą bar­dzo kocha­łam. Pozwa­la­ła mi wycho­dzić do ludzi, zamiast sie­dzieć w domu z mały­mi dzieć­mi, a jed­no­cze­śnie zacho­wać dys­cy­pli­nę tek­stu – limit zna­ków w tygo­dni­ku napraw­dę uczy pre­cy­zji. Póź­niej doszły też stu­dia pody­plo­mo­we z biz­ne­su – i w Pol­sce, i w Kana­dzie. To wszyst­ko razem spra­wia, że dobrze się czu­ję w obu tych świa­tach: lite­rac­kim i biz­ne­so­wym.

Masz wra­że­nie, że jed­no bez dru­gie­go było­by trud­niej­sze?

Zde­cy­do­wa­nie tak Do biz­ne­su wno­szę myśle­nie ide­ami i jed­no­cze­śnie prak­ty­kę sło­wa, mecha­ni­kę opo­wie­ści, któ­rą wynio­słam z dzien­ni­kar­stwa i lite­ra­tu­ry. W lite­ra­tu­rze nato­miast korzy­stam z narzę­dzi, któ­re pozna­łam w orga­ni­za­cjach nasta­wio­nych na cel, przej­rzy­stość i efek­tyw­ność. Kie­dy pra­co­wa­łam nad 27 śmier­cia­mi…, byłam mamą małych dzie­ci i dzien­ni­kar­ką „Poli­ty­ki”. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że ten temat nie zmie­ści się w żad­nym tygo­dni­ku opi­nii. Że żaden tekst, nawet naj­dłuż­szy, nie pomie­ści tej histo­rii, więc potrzeb­na jest książ­ka. Repor­ter­ska dys­cy­pli­na – przy­wią­za­nie do fak­tów, do kon­struk­cji, do ryt­mu – bar­dzo mi się przy­da­ła. Ta książ­ka jest pisa­na z per­spek­ty­wy dzien­ni­kar­skiej, a nie z ambi­cji do two­rze­nia „lite­ra­tu­ry pięk­nej”: tam mają być przede wszyst­kim fak­ty. Nie­mniej zaprzę­gnię­cie do tego skar­bów z repo­zy­to­rium lite­rac­kie­go spra­wi­ło, że repor­ter­ska nar­ra­cja weszła na inny poziom. Lite­ra­tu­ra słu­ży rze­czy­wi­sto­ści i na odwrót.

Wspo­mi­na­łaś o pie­nią­dzach w kon­tek­ście Unii. A jak to wyglą­da z two­jej oso­bi­stej per­spek­ty­wy?

Zarob­ki w bran­ży pisar­skiej – nie­za­leż­nie od tego, czy są duże czy małe – są przede wszyst­kim nie­re­gu­lar­ne. Nawet przy świet­nej sprze­da­ży i dobrych pro­cen­tach nie da się prze­wi­dzieć, ile wpły­nie na kon­to w danym roku. Prze­le­wy z wydaw­nictw przy­cho­dzą do auto­rów naj­czę­ściej raz albo dwa razy do roku. Dla­te­go nie wyobra­żam sobie opie­ra­nia się tyl­ko na tym fila­rze. Czu­ję się bez­piecz­niej, mając rów­no­le­głą pra­cę dla biz­ne­su, gdzie budże­ty są pla­no­wa­ne z wyprze­dze­niem, regu­ły są przej­rzy­ste, a rytm bar­dziej prze­wi­dy­wal­ny. Na szczę­ście mogę pla­no­wać swo­je dzia­ła­nia: wiem, że w jed­nym kwar­ta­le mam wię­cej pra­cy dla klien­tów, w innym – deadli­ne książ­ko­wy i wte­dy ogra­ni­czam jed­ną pra­cę na rzecz dru­giej. Taka zmia­na słu­ży wszyst­kim stro­nom.

Dla przyjemności piszę czasem teksty, na przykład do „Tygodnika Powszechnego” – to jest mój luksus, który mogę sobie zafundować.

Wra­ca­jąc do nazwy cyklu, co robisz, kie­dy nie piszesz?

Roz­ma­wiam. Bar­dzo lubię uma­wiać się z ludź­mi „na kawę”. Taką, z któ­rej wca­le nie musi wynik­nąć pro­jekt, zle­ce­nie ani nowa książ­ka. Lubię te prze­lot­ne roz­mo­wy, prze­cin­ki w życiu. Mam poczu­cie, że żad­na kawa nie jest cza­sem stra­co­nym. Cza­sem dopie­ro po latach oka­zu­je się, że tak czy inna roz­mo­wa była dla mnie klu­czo­wa. Oczy­wi­ście tak­że czy­tam: naj­chęt­niej w tra­sie, w pocią­gach. Każ­dy wyjazd na festi­wal, spo­tka­nie autor­skie czy tar­gi książ­ki jest dla mnie oka­zją, żeby prze­wie­trzyć gło­wę i poczy­tać coś inne­go niż książ­ki kole­gów i kole­ża­nek, ponie­waż to jest nasza mała śro­do­wi­sko­wa zmo­ra: wszy­scy czy­ta­my sie­bie nawza­jem.

Zosta­jesz wier­na repor­ta­żo­wi czy się­gasz też po inne gatun­ki?

Jestem wier­na repor­ta­żo­wi, chcę utrzy­mać ten zwią­zek, ponie­waż jest dla mnie natu­ral­ny. Nie umiem czy­tać poezji, nie znam się na sztu­ce współ­cze­snej, nie ope­ru­ję w tych reje­strach. Nie mam tak­że, któ­ry mają moje kole­żan­ki i kole­dzy powie­ścio­pi­sa­rze. Oso­bi­ście napraw­dę potrze­bu­ję fak­tów – może dla­te­go, że wcze­śniej byłam dzien­ni­kar­ką, pra­cu­ję dla praw­ni­ków, a mój mąż lata­mi pra­co­wał w agen­cji pra­so­wej – opar­cie w danych, w fak­tach i wery­fi­ko­wal­nych infor­ma­cjach jest mi nie­zbęd­ne.

A twoi klien­ci biz­ne­so­wi wie­dzą, że jesteś autor­ką zna­ne­go repor­ta­żu?

W dużej mie­rze wie­dzą. Wie­lu praw­ni­ków, z któ­ry­mi pra­cu­ję, to ludzie świet­nie oczy­ta­ni, o sze­ro­kich hory­zon­tach. Czy­ta­ją, oglą­da­ją fil­my, są zanu­rze­ni w kul­tu­rze – i to nie jest dla nich dopeł­nia­ją­ce ich wize­ru­nek akce­so­rium, ale inte­lek­tu­al­na potrze­ba. Żeby być dobrym praw­ni­kiem, trze­ba rozu­mieć kon­tekst: dru­gie­go czło­wie­ka, jego histo­rię, cza­sem jego ambi­cje, bywa, że tak­że lęki. Po pomoc praw­ną cza­sem zgła­sza­ją się ludzie w sytu­acjach gra­nicz­nych – życio­wych i zawo­do­wych. Lite­ra­tu­ra i film bywa­ją dla praw­ni­ków nie­oczy­wi­stym, ale nie­zmier­nie waż­nym zaso­bem. Myślę, że to, że piszę, cza­sem poma­ga nam się lepiej poro­zu­mieć.

W któ­rym momen­cie zro­zu­mia­łaś, że pisa­nia w życiu pisar­ki jest para­dok­sal­nie nie­wie­le?

Dopie­ro wte­dy, kie­dy napraw­dę weszłam w zawód. Szyb­ko się oka­za­ło, że naj­wię­cej cza­su zaj­mu­je dzia­łal­ność oko­ło­pi­sar­ska: orga­ni­za­cja pra­cy, spo­tka­nia, pro­mo­cja, mej­le, logi­sty­ka. Samo pisa­nie bywa cie­niut­kim pasem­kiem mię­dzy jed­nym ter­mi­nem a dru­gim. Kie­dy nie piszę, kie­dy nie czu­ję pre­sji deadline’u, czę­sto pro­kra­sty­nu­ję. Odsu­wam moment, w któ­rym trze­ba usiąść do tek­stu. To pro­wa­dzi do fru­stra­cji, poczu­cia, że mar­nu­je się czas. Pra­ca – ta dru­ga, biz­ne­so­wa – bywa wte­dy dla mnie ratun­kiem.

Wyobra­żasz sobie życie bez pisa­nia?

Już nie. Kie­dy się­gam pamię­cią wstecz, oka­zu­je się, że nawet doświad­cze­nie macie­rzyń­stwa w moim przy­pad­ku skoń­czy­ło się pisa­niem. Kie­dy po raz pierw­szy zosta­łam mat­ką, zało­ży­łam blog paren­tin­go­wy. Opi­sy­wa­łam tam codzien­ność – cza­sem zwy­czaj­ną, cza­sem zupeł­nie nad­zwy­czaj­ną – w spo­sób, któ­ry miał być for­mal­nie dopra­co­wa­ny, tro­chę para­li­te­rac­ki. To była moja pierw­sza wpraw­ka. Potem przy­szły tek­sty dzien­ni­kar­skie, coraz głęb­szy repor­taż, aż w koń­cu repor­taż książ­ko­wy. Myślę, że we mnie jest po pro­stu głę­bo­ka potrze­ba eks­pre­sji – ale też zro­zu­mie­nia. W tym widzę rolę lite­ra­tu­ry non-fic­tion: poma­ga zro­zu­mieć świat zewnętrz­ny i to, co się dzie­je w środ­ku nas samych. Lite­ra­tu­ra ma dar, żeby przy­no­sić i wie­dzę, i pocie­sze­nie. W świe­cie, w któ­rym mamy nad­miar infor­ma­cji i nie­do­bór wie­dzy, to dla mnie fun­da­men­tal­ne. Nie­za­leż­nie od tego, czy mówi­my o lite­ra­tu­rze dru­ko­wa­nej czy o roz­mo­wach o książ­kach – sama znaj­du­ję w tym ogrom­ne uko­je­nie.

To na koniec – jak odpo­wie­dzia­ła­byś w jed­nym zda­niu na tytu­ło­we pyta­nie cyklu: co robisz, kie­dy nie piszesz?

Pró­bu­ję zro­zu­mieć świat: w pra­cy, w roz­mo­wach, w podró­ży pocią­giem. A potem i tak wra­cam do tego, żeby to zapi­sać.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

12.05.2026 Kiedy nie piszą

Nowe mieszkanie na Starym Mokotowie

Nie samym pisaniem żyją twórcy. Co odciąga ich od pracy literackiej, co zaprząta im myśli? Jak autorki i autorzy odnajdują się w niełatwej rzeczywistości? Z czego rezygnują, by móc tworzyć? Na te i inne pytania staramy się znaleźć odpowiedzi w cyklu Kiedy nie piszą. Tym razem Małgorzata Bugaj rozmawia z Dorotą Kotas.

28.04.2026 Kiedy nie piszą

Mam w sobie taki mišung

Nie samym pisaniem żyją twórcy. Co odciąga ich od pracy literackiej, co zaprząta im myśli? Jak autorki i autorzy odnajdują się w niełatwej rzeczywistości? Z czego rezygnują, by móc tworzyć? Na te i inne pytania staramy się znaleźć odpowiedzi w cyklu Kiedy nie piszą. Tym razem Małgorzata Bugaj rozmawia z Weroniką Gogolą.

14.04.2026 Kiedy nie piszą

Bliżej ziemi

Nie samym pisaniem żyją twórcy. Co odciąga ich od pracy literackiej, co zaprząta im myśli? Jak autorki i autorzy odnajdują się w niełatwej rzeczywistości? Z czego rezygnują, by móc tworzyć? Na te i inne pytania staramy się znaleźć odpowiedzi w cyklu Kiedy nie piszą. Tym razem Małgorzata Bugaj rozmawia z Filipem Zawadą.

03.03.2026 Kiedy nie piszą

Pierwsza liga opowieści

Nie samym pisaniem żyją twórcy. Co odciąga ich od pracy literackiej, co zaprząta im myśli? Jak autorki i autorzy odnajdują się w niełatwej rzeczywistości? Z czego rezygnują, by móc tworzyć? Na te i inne pytania staramy się znaleźć odpowiedzi w cyklu Kiedy nie piszą. Tym razem Małgorzata Bugaj rozmawia z Dominiką Słowik.