Małgorzata Bugaj: Na skrzydełku twojej najnowszej książki można przeczytać: „zawodowo zajmuje się doradztwem dla międzynarodowych kancelarii prawniczych w sprawach komunikacji strategicznej”. Pomyślałam: „wow”. Co to w ogóle znaczy?
Joanna Gierak-Onoszko: W największym uproszczeniu wygląda to tak, że prawnik przychodzi i mówi: „Zmieniają się przepisy, przedsiębiorcy wpadają w pułapkę, nikt o tym nie wie”. Prawnicy świetnie znają przepisy i kontekst biznesowy, ale często mówią o nich hermetycznym kodem. Moja praca polega na tym, żeby tę wiedzę ekspercką przełożyć na komunikat, który będzie zrozumiały i przydatny z perspektywy odbiorcy.
Czyli jesteś takim tłumaczem z „prawniczego” na „ludzki”?
Pomagam znaleźć dla tych idei najlepszą i najciekawszą formę oraz medium. Czasem to duży dziennik, branżowy portal prawniczy czy serwis dla rolników albo farmaceutów. I pilnuję, żeby język był po stronie czytelnika, a nie po stronie przepisu. To jest zaskakująco podobne do pracy reporterskiej, w której skomplikowaną rzeczywistość trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze i opowiedzieć ją tak, żeby ktoś po drugiej stronie mógł powiedzieć, że to rozumie.
Trochę jak w reportażu, bo chodzi o porządkowanie świata?
Właśnie tak. W gruncie rzeczy korzystam z tych samych narzędzi. I w literaturze non-fiction, i w komunikacji strategicznej chodzi o to, żeby wyciągnąć z chaosu najważniejsze fakty, zbudować z nich prawdziwą i dobrze udokumentowaną opowieść, a na koniec nadać jej formę, która okaże się atrakcyjna i przekonująca dla odbiorcy.
Na skrzydełku jest jeszcze informacja, że jesteś członkinią Unii Literackiej. A dziś rozmawiam już z prezeską.
Tak. Powinnam chyba napisać do wydawnictwa w sprawie dodruku, żeby to zaktualizować [śmiech]. Kilka dni temu zostałam wybrana na prezeskę Unii Literackiej. Dla mnie prywatnie to duża zmiana – więcej obowiązków, odpowiedzialności, decyzji. Ale nie traktuję tego jako gwałtownej wolty, raczej jako naturalną ewolucję. Mam nadzieję, że z zewnątrz też tak to będzie odebrane – jako przygotowana wcześniej sukcesja, a nie radykalna zmiana. W nowym składzie kontynuujemy świetną pracę naszych znakomitych poprzedników. Środowisko literackie nie oczekuje tu rewolucji, bardziej potrzeba nam stabilnej oraz mądrze prowadzonej zmiany.
To zróbmy krok wstecz dla tych, którzy nie należą do tej bańki. Czym w ogóle jest Unia Literacka?
To stowarzyszenie polskich pisarzy i pisarek, które działa trochę jak związek zawodowy. Na rynku są organizacje o długiej tradycji, jak Związek Literatów Polskich czy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, które koncentrują się głównie na twórczości, na literaturze samej w sobie. Unia od początku mówiła o czymś, o czym w naszym środowisku wypadało co najwyżej szeptać: o pieniądzach.
W Unii Literackiej postrzegamy twórczość nie jako piękne, ale kosztowne hobby, lecz jako pracę.
A wychodzimy z radykalnego – choć przecież całkiem zdroworozsądkowego – założenia, że za pracę należy się wynagrodzenie.
Kiedy i z czyjej inicjatywy powstało to stowarzyszenie?
Unia Literacka narodziła się podczas targów książki w Londynie w 2017 roku z inicjatywy między innymi Olgi Tokarczuk, Jacka Dehnela, Zygmunta Miłoszewskiego i Sylwii Chutnik. Od początku miała być miejscem, w którym można nie tylko podzielić się frustracją, ale też wspólnie wypracować rozwiązania, jak poprawić sytuację prawną i ekonomiczną autorek i autorów, jak cywilizować i poprawiać relacje z innymi podmiotami tworzącymi rynek książki. Założenia były systemowe.
Kiedy dołączyłaś do Unii Literackiej?
Dwa lata temu Jacek Dehnel, ówczesny prezes, zaprosił mnie, żebym wstąpiła w szeregi Unii. Przez pewien czas byłam głównie obserwatorką. Słuchałam dyskusji, przyglądałam się sporom, rozmowom, problemom. Bardzo uderzyło mnie to, że znakomici, rozpoznawalni autorzy i autorki mówią otwarcie o swoich kłopotach finansowych, o trudnościach w negocjacjach z wydawnictwami, o niejasnych umowach, napięciach w relacjach. Pomyślałam wtedy, że jeśli oni mają odwagę o tym mówić, to daje ogromną siłę tym młodszym, debiutującym.
Od 2017 roku minęło już trochę czasu. Udało się coś rzeczywiście zmienić?
Tak. Po pierwsze, temat zarobków i godności pracy pisarzy wyszedł z niszy. Nie jest już problemem „bańki”, ale stał się częścią rozmowy w mainstreamie. Widać to było choćby przy okazji ogromnego sukcesu Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak, notabene naszej znakomitej koleżanki działającej w zarządzie Unii. Zderzyły się wtedy dwa wyobrażenia: czytelnicy myślą, że autor hitu żyje jak bohater filmu o pisarzach, tymczasem rzeczywistość finansowa wygląda zdecydowanie mniej romantycznie. To po pierwsze. Po drugie: Unia nie jest już tylko miejscem gorzkich żali. Mamy głębokie poczucie, że narzekanie w kuluarach albo, co gorsza, samotne przeżywanie zawodowych frustracji jest pieśnią przeszłości. Dziś chcemy diagnozować problemy i od razu proponować konstruktywne rozwiązania.
Na przykład?
Naszym flagowym postulatem jest powołanie instytucji na wzór Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, tyle że dla literatury – Polskiego Funduszu Literatury. To instytucja parasolowa, która obejmowałaby swoim zasięgiem pisarzy i pisarki, biblioteki, ale też wydawców, prowadziła system stypendialny, programy wsparcia, dbała o przejrzystość zasad. Dwadzieścia lat temu polska kinematografia była w zapaści, tak samo jak dziś literatura. Powołanie PISF pomogło systemowo wzmocnić tę gałąź sztuki, zarządzać pieniędzmi wypracowanymi przez branżę, dotować i promować wartościowe tytuły. To sprawdzone, działające rozwiązanie, które chcemy implementować na polu literackim. Teraz mamy poczucie, że pływamy w mętnej wodzie. Reguły gry są często ustalane ponad naszymi głowami, a w takiej wodzie najlepiej czują się drapieżniki. Chcemy, żeby ten rynek stał się bardziej czytelny i przewidywalny. Ogromny potencjał w tym zakresie widzimy we współpracy z Instytutem Książki oraz Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a także z Ministerstwem Finansów.
Jak to się stało, że z obserwatorki stałaś się prezeską?
To nie było nagłe tąpnięcie. W 2023 roku dołączyłam do Unii, w 2024 po raz pierwszy pojawiłam się na walnym zebraniu, przyszłam po odbiór legitymacji członkowskiej. Okazało się wtedy, że trwają wybory uzupełniające do zarządu. W tej sali czuło się ogromną energię i potrzebę zmiany. Pomyślałam, że skoro jestem trochę „pomiędzy” – pomiędzy literaturą a biznesem – to mogę wnieść narzędzia, które na co dzień dla mnie są oczywiste, a w środowisku literackim niekoniecznie. Zgłosiłam się, zostałam wybrana i razem z Maksem Cegielskim weszliśmy do zarządu w poszerzonym składzie. Kiedy Jacek Dehnel po ośmiu latach, czyli dwóch „prezydenckich kadencjach”, zdecydował, że pora oddać stery i skupić się na innych projektach, zaczęliśmy spokojnie przygotowywać sukcesję. Zapadła decyzja, by tym razem nie szukać członków zarządu na zasadzie: „Kto się zgłasza z sali?”. Przygotowaliśmy projekt na kształt rekrutacji biznesowej.
Co to znaczy w praktyce?
Wspólnie z ustępującym zarządem usiedliśmy i zadaliśmy sobie pytanie: jakich kompetencji potrzebuje dziś Unia Literacka? Kogo szukamy? Kto spośród naszych członkiń i członków wnosi doświadczenie, którego nam dziś brakuje? Jeśli spojrzeć na nowy skład zarządu, to on bardzo jasno pokazuje kierunek, w jakim zmierzamy: jest z nami dr Piotr Siemion – pisarz, ale też prawnik i menedżer z imponującym doświadczeniem biznesowym; jest Barbara Sadurska – pisarka i prawniczka, specjalizująca się w prawie własności intelektualnej i wydawniczym; jest Joanna Kuciel-Frydryszak, którą czytelnicy znają między innymi z Chłopek, a my widzimy w niej wielką rzeczniczkę godności w tym zawodzie; jest Anna Brzezińska – pisarka i była wydawczyni, która świetnie rozumie realia prowadzenia biznesu i wnosi praktyczną wiedzę ekonomiczną; jest z nami także Olga Gitkiewicz – pisarka, socjolożka, członkini Rady Społecznej przy ministrze sprawiedliwości, której doświadczenie gwarantują szeroką perspektywę społeczną. Jest również oczywiście Max Cegielski, pisarz, kurator, który ma wielki talent do łączenia ludzi oraz idei w twórczej współpracy. A do tego jestem ja – z doświadczeniem biznesowym i komunikacyjnym. To połączenie kompetencji pokazuje, że stawiamy na profesjonalizację, na obecność przy procesach legislacyjnych, na realny dialog z wydawcami i na badanie zjawisk w naszym środowisku.
Uważamy, że leczyć można tylko to, co jest dobrze zdiagnozowane.
Mówisz: „Mam doświadczenie biznesowe”. Z czego ono konkretnie wynika?
Z wykształcenia jestem dziennikarką – kończyłam Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, ze specjalizacją Public Relations. Przez lata pracowałam właśnie w PR, doradzając komunikacyjnie firmom doradczym, kancelariom prawniczym, think tankom. Zanim pojawił się reportaż książkowy, byłam dziennikarką tygodnika „Polityka”, i to była praca, którą bardzo kochałam. Pozwalała mi wychodzić do ludzi, zamiast siedzieć w domu z małymi dziećmi, a jednocześnie zachować dyscyplinę tekstu – limit znaków w tygodniku naprawdę uczy precyzji. Później doszły też studia podyplomowe z biznesu – i w Polsce, i w Kanadzie. To wszystko razem sprawia, że dobrze się czuję w obu tych światach: literackim i biznesowym.
Masz wrażenie, że jedno bez drugiego byłoby trudniejsze?
Zdecydowanie tak Do biznesu wnoszę myślenie ideami i jednocześnie praktykę słowa, mechanikę opowieści, którą wyniosłam z dziennikarstwa i literatury. W literaturze natomiast korzystam z narzędzi, które poznałam w organizacjach nastawionych na cel, przejrzystość i efektywność. Kiedy pracowałam nad 27 śmierciami…, byłam mamą małych dzieci i dziennikarką „Polityki”. Szybko zrozumiałam, że ten temat nie zmieści się w żadnym tygodniku opinii. Że żaden tekst, nawet najdłuższy, nie pomieści tej historii, więc potrzebna jest książka. Reporterska dyscyplina – przywiązanie do faktów, do konstrukcji, do rytmu – bardzo mi się przydała. Ta książka jest pisana z perspektywy dziennikarskiej, a nie z ambicji do tworzenia „literatury pięknej”: tam mają być przede wszystkim fakty. Niemniej zaprzęgnięcie do tego skarbów z repozytorium literackiego sprawiło, że reporterska narracja weszła na inny poziom. Literatura służy rzeczywistości i na odwrót.
Wspominałaś o pieniądzach w kontekście Unii. A jak to wygląda z twojej osobistej perspektywy?
Zarobki w branży pisarskiej – niezależnie od tego, czy są duże czy małe – są przede wszystkim nieregularne. Nawet przy świetnej sprzedaży i dobrych procentach nie da się przewidzieć, ile wpłynie na konto w danym roku. Przelewy z wydawnictw przychodzą do autorów najczęściej raz albo dwa razy do roku. Dlatego nie wyobrażam sobie opierania się tylko na tym filarze. Czuję się bezpieczniej, mając równoległą pracę dla biznesu, gdzie budżety są planowane z wyprzedzeniem, reguły są przejrzyste, a rytm bardziej przewidywalny. Na szczęście mogę planować swoje działania: wiem, że w jednym kwartale mam więcej pracy dla klientów, w innym – deadline książkowy i wtedy ograniczam jedną pracę na rzecz drugiej. Taka zmiana służy wszystkim stronom.
Dla przyjemności piszę czasem teksty, na przykład do „Tygodnika Powszechnego” – to jest mój luksus, który mogę sobie zafundować.
Wracając do nazwy cyklu, co robisz, kiedy nie piszesz?
Rozmawiam. Bardzo lubię umawiać się z ludźmi „na kawę”. Taką, z której wcale nie musi wyniknąć projekt, zlecenie ani nowa książka. Lubię te przelotne rozmowy, przecinki w życiu. Mam poczucie, że żadna kawa nie jest czasem straconym. Czasem dopiero po latach okazuje się, że tak czy inna rozmowa była dla mnie kluczowa. Oczywiście także czytam: najchętniej w trasie, w pociągach. Każdy wyjazd na festiwal, spotkanie autorskie czy targi książki jest dla mnie okazją, żeby przewietrzyć głowę i poczytać coś innego niż książki kolegów i koleżanek, ponieważ to jest nasza mała środowiskowa zmora: wszyscy czytamy siebie nawzajem.
Zostajesz wierna reportażowi czy sięgasz też po inne gatunki?
Jestem wierna reportażowi, chcę utrzymać ten związek, ponieważ jest dla mnie naturalny. Nie umiem czytać poezji, nie znam się na sztuce współczesnej, nie operuję w tych rejestrach. Nie mam także, który mają moje koleżanki i koledzy powieściopisarze. Osobiście naprawdę potrzebuję faktów – może dlatego, że wcześniej byłam dziennikarką, pracuję dla prawników, a mój mąż latami pracował w agencji prasowej – oparcie w danych, w faktach i weryfikowalnych informacjach jest mi niezbędne.
A twoi klienci biznesowi wiedzą, że jesteś autorką znanego reportażu?
W dużej mierze wiedzą. Wielu prawników, z którymi pracuję, to ludzie świetnie oczytani, o szerokich horyzontach. Czytają, oglądają filmy, są zanurzeni w kulturze – i to nie jest dla nich dopełniające ich wizerunek akcesorium, ale intelektualna potrzeba. Żeby być dobrym prawnikiem, trzeba rozumieć kontekst: drugiego człowieka, jego historię, czasem jego ambicje, bywa, że także lęki. Po pomoc prawną czasem zgłaszają się ludzie w sytuacjach granicznych – życiowych i zawodowych. Literatura i film bywają dla prawników nieoczywistym, ale niezmiernie ważnym zasobem. Myślę, że to, że piszę, czasem pomaga nam się lepiej porozumieć.
W którym momencie zrozumiałaś, że pisania w życiu pisarki jest paradoksalnie niewiele?
Dopiero wtedy, kiedy naprawdę weszłam w zawód. Szybko się okazało, że najwięcej czasu zajmuje działalność okołopisarska: organizacja pracy, spotkania, promocja, mejle, logistyka. Samo pisanie bywa cieniutkim pasemkiem między jednym terminem a drugim. Kiedy nie piszę, kiedy nie czuję presji deadline’u, często prokrastynuję. Odsuwam moment, w którym trzeba usiąść do tekstu. To prowadzi do frustracji, poczucia, że marnuje się czas. Praca – ta druga, biznesowa – bywa wtedy dla mnie ratunkiem.
Wyobrażasz sobie życie bez pisania?
Już nie. Kiedy sięgam pamięcią wstecz, okazuje się, że nawet doświadczenie macierzyństwa w moim przypadku skończyło się pisaniem. Kiedy po raz pierwszy zostałam matką, założyłam blog parentingowy. Opisywałam tam codzienność – czasem zwyczajną, czasem zupełnie nadzwyczajną – w sposób, który miał być formalnie dopracowany, trochę paraliteracki. To była moja pierwsza wprawka. Potem przyszły teksty dziennikarskie, coraz głębszy reportaż, aż w końcu reportaż książkowy. Myślę, że we mnie jest po prostu głęboka potrzeba ekspresji – ale też zrozumienia. W tym widzę rolę literatury non-fiction: pomaga zrozumieć świat zewnętrzny i to, co się dzieje w środku nas samych. Literatura ma dar, żeby przynosić i wiedzę, i pocieszenie. W świecie, w którym mamy nadmiar informacji i niedobór wiedzy, to dla mnie fundamentalne. Niezależnie od tego, czy mówimy o literaturze drukowanej czy o rozmowach o książkach – sama znajduję w tym ogromne ukojenie.
To na koniec – jak odpowiedziałabyś w jednym zdaniu na tytułowe pytanie cyklu: co robisz, kiedy nie piszesz?
Próbuję zrozumieć świat: w pracy, w rozmowach, w podróży pociągiem. A potem i tak wracam do tego, żeby to zapisać.
