Dobrze czuję się w obu światach: literackim i biznesowym

Mał­go­rza­ta Bugaj: Na skrzy­deł­ku two­jej naj­now­szej książ­ki moż­na prze­czy­tać: „zawo­do­wo zaj­mu­je się doradz­twem dla mię­dzy­na­ro­do­wych kan­ce­la­rii praw­ni­czych w spra­wach komu­ni­ka­cji stra­te­gicz­nej”. Pomy­śla­łam: „wow”. Co to w ogó­le zna­czy?

Joan­na Gie­rak-Onosz­ko: W naj­więk­szym uprosz­cze­niu wyglą­da to tak, że praw­nik przy­cho­dzi i mówi: „Zmie­nia­ją się prze­pi­sy, przed­się­bior­cy wpa­da­ją w pułap­kę, nikt o tym nie wie”. Praw­ni­cy świet­nie zna­ją prze­pi­sy i kon­tekst biz­ne­so­wy, ale czę­sto mówią o nich her­me­tycz­nym kodem. Moja pra­ca pole­ga na tym, żeby tę wie­dzę eks­perc­ką prze­ło­żyć na komu­ni­kat, któ­ry będzie zro­zu­mia­ły i przy­dat­ny z per­spek­ty­wy odbior­cy.

Czy­li jesteś takim tłu­ma­czem z „praw­ni­cze­go” na „ludz­ki”?

Poma­gam zna­leźć dla tych idei naj­lep­szą i naj­cie­kaw­szą for­mę oraz medium. Cza­sem to duży dzien­nik, bran­żo­wy por­tal praw­ni­czy czy ser­wis dla rol­ni­ków albo far­ma­ceu­tów. I pil­nu­ję, żeby język był po stro­nie czy­tel­ni­ka, a nie po stro­nie prze­pi­su. To jest zaska­ku­ją­co podob­ne do pra­cy repor­ter­skiej, w któ­rej skom­pli­ko­wa­ną rze­czy­wi­stość trze­ba roz­ło­żyć na czyn­ni­ki pierw­sze i opo­wie­dzieć ją tak, żeby ktoś po dru­giej stro­nie mógł powie­dzieć, że to rozu­mie.

Tro­chę jak w repor­ta­żu, bo cho­dzi o porząd­ko­wa­nie świa­ta?

Wła­śnie tak. W grun­cie rze­czy korzy­stam z tych samych narzę­dzi. I w lite­ra­tu­rze non-fic­tion, i w komu­ni­ka­cji stra­te­gicz­nej cho­dzi o to, żeby wycią­gnąć z cha­osu naj­waż­niej­sze fak­ty, zbu­do­wać z nich praw­dzi­wą i dobrze udo­ku­men­to­wa­ną opo­wieść, a na koniec nadać jej for­mę, któ­ra oka­że się atrak­cyj­na i prze­ko­nu­ją­ca dla odbior­cy.

Na skrzy­deł­ku jest jesz­cze infor­ma­cja, że jesteś człon­ki­nią Unii Lite­rac­kiej. A dziś roz­ma­wiam już z pre­ze­ską.

Tak. Powin­nam chy­ba napi­sać do wydaw­nic­twa w spra­wie dodru­ku, żeby to zak­tu­ali­zo­wać [śmiech]. Kil­ka dni temu zosta­łam wybra­na na pre­ze­skę Unii Lite­rac­kiej. Dla mnie pry­wat­nie to duża zmia­na – wię­cej obo­wiąz­ków, odpo­wie­dzial­no­ści, decy­zji. Ale nie trak­tu­ję tego jako gwał­tow­nej wol­ty, raczej jako natu­ral­ną ewo­lu­cję. Mam nadzie­ję, że z zewnątrz też tak to będzie ode­bra­ne – jako przy­go­to­wa­na wcze­śniej suk­ce­sja, a nie rady­kal­na zmia­na. W nowym skła­dzie kon­ty­nu­uje­my świet­ną pra­cę naszych zna­ko­mi­tych poprzed­ni­ków. Śro­do­wi­sko lite­rac­kie nie ocze­ku­je tu rewo­lu­cji, bar­dziej potrze­ba nam sta­bil­nej oraz mądrze pro­wa­dzo­nej zmia­ny.

To zrób­my krok wstecz dla tych, któ­rzy nie nale­żą do tej bań­ki. Czym w ogó­le jest Unia Lite­rac­ka?

To sto­wa­rzy­sze­nie pol­skich pisa­rzy i pisa­rek, któ­re dzia­ła tro­chę jak zwią­zek zawo­do­wy. Na ryn­ku są orga­ni­za­cje o dłu­giej tra­dy­cji, jak Zwią­zek Lite­ra­tów Pol­skich czy Sto­wa­rzy­sze­nie Pisa­rzy Pol­skich, któ­re kon­cen­tru­ją się głów­nie na twór­czo­ści, na lite­ra­tu­rze samej w sobie. Unia od począt­ku mówi­ła o czymś, o czym w naszym śro­do­wi­sku wypa­da­ło co naj­wy­żej szep­tać: o pie­nią­dzach.

W Unii Literackiej postrzegamy twórczość nie jako piękne, ale kosztowne hobby, lecz jako pracę.

A wycho­dzi­my z rady­kal­ne­go – choć prze­cież cał­kiem zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go – zało­że­nia, że za pra­cę nale­ży się wyna­gro­dze­nie.

Kie­dy i z czy­jej ini­cja­ty­wy powsta­ło to sto­wa­rzy­sze­nie?

Unia Lite­rac­ka naro­dzi­ła się pod­czas tar­gów książ­ki w Lon­dy­nie w 2017 roku z ini­cja­ty­wy mię­dzy inny­mi Olgi Tokar­czuk, Jac­ka Deh­ne­la, Zyg­mun­ta Miło­szew­skie­go i Syl­wii Chut­nik. Od począt­ku mia­ła być miej­scem, w któ­rym moż­na nie tyl­ko podzie­lić się fru­stra­cją, ale też wspól­nie wypra­co­wać roz­wią­za­nia, jak popra­wić sytu­ację praw­ną i eko­no­micz­ną auto­rek i auto­rów, jak cywi­li­zo­wać i popra­wiać rela­cje z inny­mi pod­mio­ta­mi two­rzą­cy­mi rynek książ­ki. Zało­że­nia były sys­te­mo­we.

Kie­dy dołą­czy­łaś do Unii Lite­rac­kiej?

Dwa lata temu Jacek Deh­nel, ówcze­sny pre­zes, zapro­sił mnie, żebym wstą­pi­ła w sze­re­gi Unii. Przez pewien czas byłam głów­nie obser­wa­tor­ką. Słu­cha­łam dys­ku­sji, przy­glą­da­łam się spo­rom, roz­mo­wom, pro­ble­mom. Bar­dzo ude­rzy­ło mnie to, że zna­ko­mi­ci, roz­po­zna­wal­ni auto­rzy i autor­ki mówią otwar­cie o swo­ich kło­po­tach finan­so­wych, o trud­no­ściach w nego­cja­cjach z wydaw­nic­twa­mi, o nie­ja­snych umo­wach, napię­ciach w rela­cjach. Pomy­śla­łam wte­dy, że jeśli oni mają odwa­gę o tym mówić, to daje ogrom­ną siłę tym młod­szym, debiu­tu­ją­cym.

Od 2017 roku minę­ło już tro­chę cza­su. Uda­ło się coś rze­czy­wi­ście zmie­nić?

Tak. Po pierw­sze, temat zarob­ków i god­no­ści pra­cy pisa­rzy wyszedł z niszy. Nie jest już pro­ble­mem „bań­ki”, ale stał się czę­ścią roz­mo­wy w main­stre­amie. Widać to było choć­by przy oka­zji ogrom­ne­go suk­ce­su Chło­pek Joan­ny Kuciel-Fry­dry­szak, nota­be­ne naszej zna­ko­mi­tej kole­żan­ki dzia­ła­ją­cej w zarzą­dzie Unii. Zde­rzy­ły się wte­dy dwa wyobra­że­nia: czy­tel­ni­cy myślą, że autor hitu żyje jak boha­ter fil­mu o pisa­rzach, tym­cza­sem rze­czy­wi­stość finan­so­wa wyglą­da zde­cy­do­wa­nie mniej roman­tycz­nie. To po pierw­sze. Po dru­gie: Unia nie jest już tyl­ko miej­scem gorz­kich żali. Mamy głę­bo­kie poczu­cie, że narze­ka­nie w kulu­arach albo, co gor­sza, samot­ne prze­ży­wa­nie zawo­do­wych fru­stra­cji jest pie­śnią prze­szło­ści. Dziś chce­my dia­gno­zo­wać pro­ble­my i od razu pro­po­no­wać kon­struk­tyw­ne roz­wią­za­nia.

Na przy­kład?

Naszym fla­go­wym postu­la­tem jest powo­ła­nie insty­tu­cji na wzór Pol­skie­go Insty­tu­tu Sztu­ki Fil­mo­wej, tyle że dla lite­ra­tu­ry – Pol­skie­go Fun­du­szu Lite­ra­tu­ry. To insty­tu­cja para­so­lo­wa, któ­ra obej­mo­wa­ła­by swo­im zasię­giem pisa­rzy i pisar­ki, biblio­te­ki, ale też wydaw­ców, pro­wa­dzi­ła sys­tem sty­pen­dial­ny, pro­gra­my wspar­cia, dba­ła o przej­rzy­stość zasad. Dwa­dzie­ścia lat temu pol­ska kine­ma­to­gra­fia była w zapa­ści, tak samo jak dziś lite­ra­tu­ra. Powo­ła­nie PISF pomo­gło sys­te­mo­wo wzmoc­nić tę gałąź sztu­ki, zarzą­dzać pie­niędz­mi wypra­co­wa­ny­mi przez bran­żę, doto­wać i pro­mo­wać war­to­ścio­we tytu­ły. To spraw­dzo­ne, dzia­ła­ją­ce roz­wią­za­nie, któ­re chce­my imple­men­to­wać na polu lite­rac­kim. Teraz mamy poczu­cie, że pły­wa­my w męt­nej wodzie. Regu­ły gry są czę­sto usta­la­ne ponad naszy­mi gło­wa­mi, a w takiej wodzie naj­le­piej czu­ją się dra­pież­ni­ki. Chce­my, żeby ten rynek stał się bar­dziej czy­tel­ny i prze­wi­dy­wal­ny. Ogrom­ny poten­cjał w tym zakre­sie widzi­my we współ­pra­cy z Insty­tu­tem Książ­ki oraz Mini­ster­stwem Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Naro­do­we­go, a tak­że z Mini­ster­stwem Finan­sów.

Jak to się sta­ło, że z obser­wa­tor­ki sta­łaś się pre­ze­ską?

To nie było nagłe tąp­nię­cie. W 2023 roku dołą­czy­łam do Unii, w 2024 po raz pierw­szy poja­wi­łam się na wal­nym zebra­niu, przy­szłam po odbiór legi­ty­ma­cji człon­kow­skiej. Oka­za­ło się wte­dy, że trwa­ją wybo­ry uzu­peł­nia­ją­ce do zarzą­du. W tej sali czu­ło się ogrom­ną ener­gię i potrze­bę zmia­ny. Pomy­śla­łam, że sko­ro jestem tro­chę „pomię­dzy” – pomię­dzy lite­ra­tu­rą a biz­ne­sem – to mogę wnieść narzę­dzia, któ­re na co dzień dla mnie są oczy­wi­ste, a w śro­do­wi­sku lite­rac­kim nie­ko­niecz­nie. Zgło­si­łam się, zosta­łam wybra­na i razem z Mak­sem Cegiel­skim weszli­śmy do zarzą­du w posze­rzo­nym skła­dzie. Kie­dy Jacek Deh­nel po ośmiu latach, czy­li dwóch „pre­zy­denc­kich kaden­cjach”, zde­cy­do­wał, że pora oddać ste­ry i sku­pić się na innych pro­jek­tach, zaczę­li­śmy spo­koj­nie przy­go­to­wy­wać suk­ce­sję. Zapa­dła decy­zja, by tym razem nie szu­kać człon­ków zarzą­du na zasa­dzie: „Kto się zgła­sza z sali?”. Przy­go­to­wa­li­śmy pro­jekt na kształt rekru­ta­cji biz­ne­so­wej.

Co to zna­czy w prak­ty­ce?

Wspól­nie z ustę­pu­ją­cym zarzą­dem usie­dli­śmy i zada­li­śmy sobie pyta­nie: jakich kom­pe­ten­cji potrze­bu­je dziś Unia Lite­rac­ka? Kogo szu­ka­my? Kto spo­śród naszych człon­kiń i człon­ków wno­si doświad­cze­nie, któ­re­go nam dziś bra­ku­je? Jeśli spoj­rzeć na nowy skład zarzą­du, to on bar­dzo jasno poka­zu­je kie­ru­nek, w jakim zmie­rza­my: jest z nami dr Piotr Sie­mion – pisarz, ale też praw­nik i mene­dżer z impo­nu­ją­cym doświad­cze­niem biz­ne­so­wym; jest Bar­ba­ra Sadur­ska – pisar­ka i praw­nicz­ka, spe­cja­li­zu­ją­ca się w pra­wie wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej i wydaw­ni­czym; jest Joan­na Kuciel-Fry­dry­szak, któ­rą czy­tel­ni­cy zna­ją mię­dzy inny­mi z Chło­pek, a my widzi­my w niej wiel­ką rzecz­nicz­kę god­no­ści w tym zawo­dzie; jest Anna Brze­ziń­ska – pisar­ka i była wydaw­czy­ni, któ­ra świet­nie rozu­mie realia pro­wa­dze­nia biz­ne­su i wno­si prak­tycz­ną wie­dzę eko­no­micz­ną; jest z nami tak­że Olga Git­kie­wicz – pisar­ka, socjo­loż­ka, człon­ki­ni Rady Spo­łecz­nej przy mini­strze spra­wie­dli­wo­ści, któ­rej doświad­cze­nie gwa­ran­tu­ją sze­ro­ką per­spek­ty­wę spo­łecz­ną. Jest rów­nież oczy­wi­ście Max Cegiel­ski, pisarz, kura­tor, któ­ry ma wiel­ki talent do łącze­nia ludzi oraz idei w twór­czej współ­pra­cy. A do tego jestem ja – z doświad­cze­niem biz­ne­so­wym i komu­ni­ka­cyj­nym. To połą­cze­nie kom­pe­ten­cji poka­zu­je, że sta­wia­my na pro­fe­sjo­na­li­za­cję, na obec­ność przy pro­ce­sach legi­sla­cyj­nych, na real­ny dia­log z wydaw­ca­mi i na bada­nie zja­wisk w naszym śro­do­wi­sku.

Uważamy, że leczyć można tylko to, co jest dobrze zdiagnozowane.

Mówisz: „Mam doświad­cze­nie biz­ne­so­we”. Z cze­go ono kon­kret­nie wyni­ka?

Z wykształ­ce­nia jestem dzien­ni­kar­ką – koń­czy­łam Wydział Dzien­ni­kar­stwa i Nauk Poli­tycz­nych UW, ze spe­cja­li­za­cją Public Rela­tions. Przez lata pra­co­wa­łam wła­śnie w PR, dora­dza­jąc komu­ni­ka­cyj­nie fir­mom dorad­czym, kan­ce­la­riom praw­ni­czym, think tan­kom. Zanim poja­wił się repor­taż książ­ko­wy, byłam dzien­ni­kar­ką tygo­dni­ka „Poli­ty­ka”, i to była pra­ca, któ­rą bar­dzo kocha­łam. Pozwa­la­ła mi wycho­dzić do ludzi, zamiast sie­dzieć w domu z mały­mi dzieć­mi, a jed­no­cze­śnie zacho­wać dys­cy­pli­nę tek­stu – limit zna­ków w tygo­dni­ku napraw­dę uczy pre­cy­zji. Póź­niej doszły też stu­dia pody­plo­mo­we z biz­ne­su – i w Pol­sce, i w Kana­dzie. To wszyst­ko razem spra­wia, że dobrze się czu­ję w obu tych świa­tach: lite­rac­kim i biz­ne­so­wym.

Masz wra­że­nie, że jed­no bez dru­gie­go było­by trud­niej­sze?

Zde­cy­do­wa­nie tak Do biz­ne­su wno­szę myśle­nie ide­ami i jed­no­cze­śnie prak­ty­kę sło­wa, mecha­ni­kę opo­wie­ści, któ­rą wynio­słam z dzien­ni­kar­stwa i lite­ra­tu­ry. W lite­ra­tu­rze nato­miast korzy­stam z narzę­dzi, któ­re pozna­łam w orga­ni­za­cjach nasta­wio­nych na cel, przej­rzy­stość i efek­tyw­ność. Kie­dy pra­co­wa­łam nad 27 śmier­cia­mi…, byłam mamą małych dzie­ci i dzien­ni­kar­ką „Poli­ty­ki”. Szyb­ko zro­zu­mia­łam, że ten temat nie zmie­ści się w żad­nym tygo­dni­ku opi­nii. Że żaden tekst, nawet naj­dłuż­szy, nie pomie­ści tej histo­rii, więc potrzeb­na jest książ­ka. Repor­ter­ska dys­cy­pli­na – przy­wią­za­nie do fak­tów, do kon­struk­cji, do ryt­mu – bar­dzo mi się przy­da­ła. Ta książ­ka jest pisa­na z per­spek­ty­wy dzien­ni­kar­skiej, a nie z ambi­cji do two­rze­nia „lite­ra­tu­ry pięk­nej”: tam mają być przede wszyst­kim fak­ty. Nie­mniej zaprzę­gnię­cie do tego skar­bów z repo­zy­to­rium lite­rac­kie­go spra­wi­ło, że repor­ter­ska nar­ra­cja weszła na inny poziom. Lite­ra­tu­ra słu­ży rze­czy­wi­sto­ści i na odwrót.

Wspo­mi­na­łaś o pie­nią­dzach w kon­tek­ście Unii. A jak to wyglą­da z two­jej oso­bi­stej per­spek­ty­wy?

Zarob­ki w bran­ży pisar­skiej – nie­za­leż­nie od tego, czy są duże czy małe – są przede wszyst­kim nie­re­gu­lar­ne. Nawet przy świet­nej sprze­da­ży i dobrych pro­cen­tach nie da się prze­wi­dzieć, ile wpły­nie na kon­to w danym roku. Prze­le­wy z wydaw­nictw przy­cho­dzą do auto­rów naj­czę­ściej raz albo dwa razy do roku. Dla­te­go nie wyobra­żam sobie opie­ra­nia się tyl­ko na tym fila­rze. Czu­ję się bez­piecz­niej, mając rów­no­le­głą pra­cę dla biz­ne­su, gdzie budże­ty są pla­no­wa­ne z wyprze­dze­niem, regu­ły są przej­rzy­ste, a rytm bar­dziej prze­wi­dy­wal­ny. Na szczę­ście mogę pla­no­wać swo­je dzia­ła­nia: wiem, że w jed­nym kwar­ta­le mam wię­cej pra­cy dla klien­tów, w innym – deadli­ne książ­ko­wy i wte­dy ogra­ni­czam jed­ną pra­cę na rzecz dru­giej. Taka zmia­na słu­ży wszyst­kim stro­nom.

Dla przyjemności piszę czasem teksty, na przykład do „Tygodnika Powszechnego” – to jest mój luksus, który mogę sobie zafundować.

Wra­ca­jąc do nazwy cyklu, co robisz, kie­dy nie piszesz?

Roz­ma­wiam. Bar­dzo lubię uma­wiać się z ludź­mi „na kawę”. Taką, z któ­rej wca­le nie musi wynik­nąć pro­jekt, zle­ce­nie ani nowa książ­ka. Lubię te prze­lot­ne roz­mo­wy, prze­cin­ki w życiu. Mam poczu­cie, że żad­na kawa nie jest cza­sem stra­co­nym. Cza­sem dopie­ro po latach oka­zu­je się, że tak czy inna roz­mo­wa była dla mnie klu­czo­wa. Oczy­wi­ście tak­że czy­tam: naj­chęt­niej w tra­sie, w pocią­gach. Każ­dy wyjazd na festi­wal, spo­tka­nie autor­skie czy tar­gi książ­ki jest dla mnie oka­zją, żeby prze­wie­trzyć gło­wę i poczy­tać coś inne­go niż książ­ki kole­gów i kole­ża­nek, ponie­waż to jest nasza mała śro­do­wi­sko­wa zmo­ra: wszy­scy czy­ta­my sie­bie nawza­jem.

Zosta­jesz wier­na repor­ta­żo­wi czy się­gasz też po inne gatun­ki?

Jestem wier­na repor­ta­żo­wi, chcę utrzy­mać ten zwią­zek, ponie­waż jest dla mnie natu­ral­ny. Nie umiem czy­tać poezji, nie znam się na sztu­ce współ­cze­snej, nie ope­ru­ję w tych reje­strach. Nie mam tak­że, któ­ry mają moje kole­żan­ki i kole­dzy powie­ścio­pi­sa­rze. Oso­bi­ście napraw­dę potrze­bu­ję fak­tów – może dla­te­go, że wcze­śniej byłam dzien­ni­kar­ką, pra­cu­ję dla praw­ni­ków, a mój mąż lata­mi pra­co­wał w agen­cji pra­so­wej – opar­cie w danych, w fak­tach i wery­fi­ko­wal­nych infor­ma­cjach jest mi nie­zbęd­ne.

A twoi klien­ci biz­ne­so­wi wie­dzą, że jesteś autor­ką zna­ne­go repor­ta­żu?

W dużej mie­rze wie­dzą. Wie­lu praw­ni­ków, z któ­ry­mi pra­cu­ję, to ludzie świet­nie oczy­ta­ni, o sze­ro­kich hory­zon­tach. Czy­ta­ją, oglą­da­ją fil­my, są zanu­rze­ni w kul­tu­rze – i to nie jest dla nich dopeł­nia­ją­ce ich wize­ru­nek akce­so­rium, ale inte­lek­tu­al­na potrze­ba. Żeby być dobrym praw­ni­kiem, trze­ba rozu­mieć kon­tekst: dru­gie­go czło­wie­ka, jego histo­rię, cza­sem jego ambi­cje, bywa, że tak­że lęki. Po pomoc praw­ną cza­sem zgła­sza­ją się ludzie w sytu­acjach gra­nicz­nych – życio­wych i zawo­do­wych. Lite­ra­tu­ra i film bywa­ją dla praw­ni­ków nie­oczy­wi­stym, ale nie­zmier­nie waż­nym zaso­bem. Myślę, że to, że piszę, cza­sem poma­ga nam się lepiej poro­zu­mieć.

W któ­rym momen­cie zro­zu­mia­łaś, że pisa­nia w życiu pisar­ki jest para­dok­sal­nie nie­wie­le?

Dopie­ro wte­dy, kie­dy napraw­dę weszłam w zawód. Szyb­ko się oka­za­ło, że naj­wię­cej cza­su zaj­mu­je dzia­łal­ność oko­ło­pi­sar­ska: orga­ni­za­cja pra­cy, spo­tka­nia, pro­mo­cja, mej­le, logi­sty­ka. Samo pisa­nie bywa cie­niut­kim pasem­kiem mię­dzy jed­nym ter­mi­nem a dru­gim. Kie­dy nie piszę, kie­dy nie czu­ję pre­sji deadline’u, czę­sto pro­kra­sty­nu­ję. Odsu­wam moment, w któ­rym trze­ba usiąść do tek­stu. To pro­wa­dzi do fru­stra­cji, poczu­cia, że mar­nu­je się czas. Pra­ca – ta dru­ga, biz­ne­so­wa – bywa wte­dy dla mnie ratun­kiem.

Wyobra­żasz sobie życie bez pisa­nia?

Już nie. Kie­dy się­gam pamię­cią wstecz, oka­zu­je się, że nawet doświad­cze­nie macie­rzyń­stwa w moim przy­pad­ku skoń­czy­ło się pisa­niem. Kie­dy po raz pierw­szy zosta­łam mat­ką, zało­ży­łam blog paren­tin­go­wy. Opi­sy­wa­łam tam codzien­ność – cza­sem zwy­czaj­ną, cza­sem zupeł­nie nad­zwy­czaj­ną – w spo­sób, któ­ry miał być for­mal­nie dopra­co­wa­ny, tro­chę para­li­te­rac­ki. To była moja pierw­sza wpraw­ka. Potem przy­szły tek­sty dzien­ni­kar­skie, coraz głęb­szy repor­taż, aż w koń­cu repor­taż książ­ko­wy. Myślę, że we mnie jest po pro­stu głę­bo­ka potrze­ba eks­pre­sji – ale też zro­zu­mie­nia. W tym widzę rolę lite­ra­tu­ry non-fic­tion: poma­ga zro­zu­mieć świat zewnętrz­ny i to, co się dzie­je w środ­ku nas samych. Lite­ra­tu­ra ma dar, żeby przy­no­sić i wie­dzę, i pocie­sze­nie. W świe­cie, w któ­rym mamy nad­miar infor­ma­cji i nie­do­bór wie­dzy, to dla mnie fun­da­men­tal­ne. Nie­za­leż­nie od tego, czy mówi­my o lite­ra­tu­rze dru­ko­wa­nej czy o roz­mo­wach o książ­kach – sama znaj­du­ję w tym ogrom­ne uko­je­nie.

To na koniec – jak odpo­wie­dzia­ła­byś w jed­nym zda­niu na tytu­ło­we pyta­nie cyklu: co robisz, kie­dy nie piszesz?

Pró­bu­ję zro­zu­mieć świat: w pra­cy, w roz­mo­wach, w podró­ży pocią­giem. A potem i tak wra­cam do tego, żeby to zapi­sać.

 

– pisarka, reportażystka, dziennikarka, prezeska stowarzyszenia pisarzy i pisarek Unia Literacka.

więcej →

– polonistka, dziennikarka i podkasterka.

więcej →

Powiązane teksty