Małgorzata Bugaj: Czy lubisz nazywać siebie pisarką?
Dominika Słowik: Dużo o tym myślałam w ostatnich miesiącach, bo pojawiło się u mnie drugie pole twórcze.
Jakie?
Rysunek. Rysuję postaci z mojej nowej książki, sceny, sytuacje… Robię sobie notatki obrazem. Zobaczyłam, że to jest identyczny schemat myślenia o historii, tylko inne narzędzie, więc chyba jestem po prostu opowiadaczką. Osobą, która potrzebuje opowiadać.
A skąd się wzięło to rysowanie? Bo mówisz o nim jak o czymś, co było zawsze, a jednocześnie jak o czymś nowym.
Kiedy byłam małym dzieckiem, rysowałam dużo. Większość dzieci to lubi. A potem poszłam do szkoły i rysowanie zrobiło się frustrujące. Dostałam też kiedyś książkę o nauce rysowania, która była dla mnie torturą – kółko, gruszka, kreski, a na końcu koń. Na wiele osób to działa. Dla mojej głowy był to koszmar. Dlatego w którymś momencie przestałam rysować, uznałam, że tego nie lubię i że mi to nie wychodzi.
A to „nie umiem” jest bardziej twoje czy ktoś ci to kiedyś wmówił?
Mam wrażenie, że chodzi o jedno i drugie. To „nie umiem” długo mnie trzymało. Jednak rysowanie i tak było ze mną cały czas. Każdy mój zeszyt w szkole był pełen bazgrołów. Każda rozmowa w czasach stacjonarnych telefonów kończyła się kartką pełną nieświadomych szkiców. Po prostu potrzebuję się dobodźcowywać. Gdy oglądam film, potrafię scrollować, grać w gierkę, bazgrolić. Ręka musi coś robić.
Czyli to nie jest nowe hobby, tylko raczej odzyskany odruch?
Tak. Kiedyś postanowiłam sobie jedną rzecz: żadnych tutoriali, żadnych poradników, żadnego „jak rysować”! Skupiam się na tym, co daje mi przyjemność, i nie robię z tego zadania. Uświadomiłam sobie, że dla mnie kluczowa jest sensoryka, czyli miękkość kredki, papier, który łapie pigmenty, to, czy coś się co chwilę nie łamie. Zrozumiałam to od strony frustracji, a potem dopiero od strony zachwytu.
Mówisz o ręce, o ciele. Rysunek jako miejsce, gdzie głowa i ciało się spotykają?
Tak, zwłaszcza w momentach stresu. Rysowanie to dla mnie czas, w którym ciało pracuje razem z głową. Żadne z nich nie jest wyłączone, ale też żadne nie dominuje. Podobnie jak w trakcie robienia notatek pisarskich: kiedy coś wymyślam, najczęściej notuję ręcznie. Dopiero później przenoszę to do komputera.
Czy rysowanie to część twojej przestrzeni pisania? Czy to osobna rzecz?
Znajdują się one blisko siebie, gdyż wiąże je opowiadanie. Rysując, notuję historię, tylko innym językiem. To jest też sposób na myślenie o scenach, o ich kolejności, o emocjach.
Czy w twojej nowej książce znajdą się też rysunki?
Tak. W Rybim oku są już moje bazgrołki, takie pierwsze. Kira Pietrek je pięknie opakowała. Razem z redaktorką książki były tak kochane, że wzięły te moje pierwsze potwory na serio i przyjęły moją koncepcję. Nie walczę o warsztat rysowniczy, walczę o przyjemność z rysowania. Mam gonitwę myśli, a jednocześnie łatwo się nudzę.
Rysowanie jest dla mnie czymś, co porządkuje i uspokaja, a zarazem daje zajęcie dłoniom.
Niektórym autorkom i autorom przytrafia się podczas pisania autosabotaż. Tobie też?
Mnie się to nie zdarza. Pomagają mi rzeczy z zewnątrz, na przykład Paszport „Polityki”. Przynoszą one ulgę – nie musisz w kółko udowadniać, że umiesz pisać. Ale ważniejsze jest coś innego. Piszę tak, żeby być z tego naprawdę zadowolona. Kiedy w toku prac nad Atlasem… czytałam jakąś literaturę, zaczynałam przejmować cudzy rytm. Więc na kilka miesięcy przestałam czytać beletrystykę, czytałam tylko prasę. Chciałam, żeby to było moje – żeby nie było odpowiedzią na czyjąś książkę albo próbą wstrzelenia się w nurt.
A zewnętrzna krytyka, na przykład redakcyjna?
Trzeba odróżniać krytykę, która jest wartościowa, od tej, która tylko robi hałas. Nie każdy redaktor jest „twoim” redaktorem. Nie każdy korektor jest „twoim” korektorem. Ale jeśli nie potrafisz znaleźć nikogo, z czyimi uwagami się zgadzasz, problem bywa po twojej stronie. Ważne jest znalezienie osoby, z którą da się prowadzić spór i jednocześnie czuć, że ufacie sobie nawzajem. Czasem ja mam rację, czasem ta osoba.
Czytujesz w sieci recenzje?
Internet jest trudny, bo daje nam wgląd w reakcje czytelników na skalę, jakiej wcześniej w historii literatury nie było. To bywa ostre i bezpośrednie. Pomaga mi radzić sobie z tym prosty trik. Klikam w recenzję i patrzę, co ta osoba czyta na co dzień. To nie unieważnia jej zdania, tylko dodaje kontekst. Jeśli widzę, że ktoś ma inną wrażliwość, łatwiej mi nie odbierać wszystkiego jako wyroku.
Pokazujesz komuś tekst w trakcie pracy czy dopiero na końcu?
Przez lata pokazywałam dopiero na końcu. Źle znoszę, kiedy ktoś widzi coś nieukończonego. Wtedy tracę pewność i zamiast słuchać siebie, zaczynam pracować pod cudze dyktando. Dopiero teraz, gdy współpracuję z redaktorką Eweliną Korostyńską, pokazuję rzeczy wcześniej, bo ona rozumie, że to jest proces, to są brudnopisy, dziury, przestawienia, rozgrzebane wątki. W przypadku Zimowli też miałam wielkie szczęście, ponieważ współpracowałam z Dorotą Gruszką. Ona zrobiła rzecz idealną. Zostawiała mnie na długi czas w spokoju. Bez dokładania presji. To było najlepsze, co można było wtedy dla mnie zrobić, i jestem jej za to ogromnie wdzięczna.
Zostawmy pisanie. Co robisz, kiedy nie piszesz?
Oglądam pierwszą ligę. Jestem fanatyczką polskiej piłki nożnej. Chodzę regularnie na stadion, mam karnet.
Jeśli w ogóle udzielam się w sieci, to omawiam okno transferowe albo dyskutuję o rozwiązaniach trenerskich.
Jako kociara muszę jeszcze zapytać o twoje kocury.
Tak! Są cudowne! Śmieję się, że jest coś takiego jak kołdra grawitacyjna – nigdy jej nie używałam, ale kiedy taki rudy Lucjan, który waży dużo, uwali się na ciebie… to naprawdę… Mam taką teorię, że koty, ewoluując przy nas, dopasowują się do pewnego typu ludzi. Wzajemnie dajemy sobie trochę bezpieczeństwa.
W przypadku opieki nad trzema kotami widzimy raczej różnice między nimi niż łączące je podobieństwa.
Rzeczywiście, one się od siebie bardzo różnią, każdy ma jakieś tam swoje „skille” i hobby. Ale przede wszystkim myślę, że koty mają ogromną, wypracowaną ewolucyjnie umiejętność rozumienia człowieka. I to nie rozumienia metaforycznego, tylko po prostu odczytywania wielu komunikatów. Świetnie rozumieją mnóstwo rzeczy. I to jest trudne do badania, bo koty nie funkcjonują dobrze w środowisku laboratoryjnym. Od niedawna naukowcy zajmują się badaniem własnych kotów w przestrzeni mieszkań. Dzięki temu dostajemy trochę więcej danych. Ale wydaje mi się, że koty to takie czarne skrzynki, o których bardzo mało wiemy. Za to one bardzo dużo wiedzą o nas.
To jeszcze, proszę, przedstaw je.
Wszystkie są z krakowskiej fundacji „Stawiamy na Łapy”. Lucjan był Lutkiem. Gucio to początkowo Leo, ale zmieniliśmy mu imię, bo nie chcieliśmy, żeby było podobne dźwiękowo do imienia Lutka. Baliśmy się, że te imiona będą dla nich samych trudne do rozróżnienia, więc Gustaw został Gustawem. Natomiast Romuald nazywał się Rocket. Strasznie mnie to do dzisiaj bawi. Chcieliśmy wziąć trzeciego kota, więc napisałam do Fundacji, że jakiegoś tam sobie znaleźliśmy na stronkach. Ale nie upieraliśmy się przy nim. W mailu dodałam, że jeśli mają innego kota, którego nam polecają, to niech dadzą znać. I wysłali nam zdjęcie Romcia.
To jest ten czarno-biały demon?
Mam pewną teorię (ale podkreślam, że to tylko moja teoria!): kolor futra jest sprzężony z charakterem jego właściciela. Jakby gen odpowiedzialny za ekspresję koloru kociego umaszczenia był powiązany z jakimiś innymi genami. Uważam, że cechy charakteru kocurów pokrywają się z ich kolorem futra. Czarno-białe koty są pojebane. Po prostu. I to jest niesamowite.
O kotach mogłybyśmy jeszcze długo… Powiedz jednak na koniec, czego najbardziej potrzebujesz od świata, żeby pisać?
Żeby świat chciał czytać to, co piszę. Wystarczy, że część świata będzie chciała. To mi naprawdę wystarczy.