Król Warmii i Saturna

Król War­mii i Satur­na to książ­ka o poszar­pa­nej pamię­ci War­mii, kra­iny widzia­nej przez pry­zmat histo­rii jed­nej rodzi­ny. Joan­na Wilen­gow­ska pisze „cało gam­bo”1, otwie­ra­jąc furt­kę do wła­sne­go pocho­dze­nia. A ono pro­wa­dzi ją przede wszyst­kim do ojca, Zyg­fry­da Wilen­gow­skie­go, War­mia­ka z krwi i kości, „gbu­ra”, czło­wie­ka twar­de­go, iro­nicz­ne­go, a jed­no­cze­śnie zra­nio­ne­go histo­rią tych ziem.

Wilen­gow­ska por­tre­tu­je swo­je­go ojca uczci­wie i z humo­rem. On – ze swo­im war­miń­skim słow­nic­twem, upo­rząd­ko­wa­nym świa­tem i wojen­ną bli­zną – i ona, cór­ka, pró­bu­ją­ca zro­zu­mieć, co wła­ści­wie odzie­dzi­czy­ła. Ich rela­cja sta­je się osią opo­wie­ści, a codzien­ne rytu­ały, roz­mo­wy i mil­cze­nie rzu­ca­ją świa­tło na toż­sa­mość pisar­ki. Autor­ka poka­zu­je krzyw­dę, upo­ko­rze­nie, ale też siłę i wytrwa­łość przod­ków. Rekon­stru­uje tę prze­strzeń frag­men­ta­rycz­nie, jak­by ukła­da­ła „puc­le”, w ten spo­sób odsła­nia­jąc przed czy­tel­ni­kiem ukry­te war­stwy histo­rii.

Zygfryd Wilengowski

„Mój ojciec nie jest ani Pola­kiem, ani Niem­cem. Jest War­mia­kiem”2 – pisze autor­ka i słu­cha ojca, jak ten „mózi” po war­miń­sku. Wilen­gow­ska zapi­su­je ponad sto sześć­dzie­siąt słów, któ­re oca­la­ły w jego mowie. Zyg­fryd jest „Kró­lem War­mii”, bo nosi pamięć o tej kra­inie sprzed wysie­dleń i zatar­cia języ­ka. Jego kró­le­stwem są war­miń­skie pola, lasy i jezio­ra, a póź­niej miesz­ka­nie w Olsz­ty­nie w blo­ku na jede­na­stym pię­trze, z któ­re­go męż­czy­zna patrzy na swo­je daw­ne kró­le­stwo. War­mia zapew­nia mu poczu­cie zako­rze­nie­nia, ale Saturn nada­je ton; War­mia to zie­mia, Saturn to czas. W chłod­nym świe­tle tej pla­ne­ty łatwiej mówić o ranach, o któ­rych nie da się opo­wie­dzieć wprost.

Przedmioty jako nośniki sensu

Joan­na Wilen­gow­ska por­tre­tu­je ojca tak­że poprzez przed­mio­ty, któ­rych sama nie potra­fił wyrzu­cić. „Ruska łyż­ka” sto­ją­ca na bacz­ność, biur­ko prze­chod­nie, pol­skie i nie­miec­kie książ­ki, talerz po Hele­nie (jedy­na pamiąt­ka po mat­ce Zyg­fry­da) two­rzą pry­wat­ne archi­wum rodzin­nych migra­cji. Ten spo­sób widze­nia przy­wo­dzi na myśl Prze­klę­te­go Mazu­ra Edwi­na Bana­szew­skie­go3, książ­kę, w któ­rej histo­ria rodzi­ny opo­wia­da­na jest z per­spek­ty­wy sza­fy, sto­łu czy eta­żer­ki. W tek­ście Wilen­gow­skiej przed­mio­ty nie przej­mu­ją jed­nak nar­ra­cji, choć pozo­sta­ją nośni­ka­mi pamię­ci.

Lek­tu­ra – wzmoc­nio­na inter­pre­ta­cją Mate­usza Gry­dli­ka w audio­bo­oku4 – uru­cha­mia współ­cze­sne sko­ja­rze­nia: sta­ry fotel wysta­wio­ny pod śmiet­nik, mebel po kimś, kto odszedł. Takie przed­mio­ty zni­ka­ją po cichu, bez świad­ków, a wraz z nimi – ślad czy­je­goś życia. Zosta­je pyta­nie, czy ktoś jesz­cze pamię­ta o ich daw­nych wła­ści­cie­lach.

Blizna i lament nad kobietami

„Pru­sy Wschod­nie były pierw­szym tery­to­rium nie­miec­kim, na któ­re wkro­czy­ła Armia Czer­wo­na. […] [T]o tutaj poprzez gwał­ty po raz pierw­szy mogli pohań­bić naród nie­miec­ki. Siła tego odwe­tu była więc potęż­na”5. Wilen­gow­ska kil­ka­krot­nie powra­ca do moty­wu bli­zny na cie­le ojca, jak­by przy­go­to­wy­wa­ła sie­bie i czy­tel­ni­ka na moment, w któ­rym będzie musia­ła opo­wie­dzieć o niej w peł­ni. To nie tyle powtó­rze­nie, ile pró­ba zna­le­zie­nia języ­ka dla trau­my. Sam opis powsta­nia bli­zny po ranie zada­nej bagne­tem przez rosyj­skie­go żoł­nie­rza, gdy ojciec był małym dziec­kiem, nale­ży do naj­bar­dziej poru­sza­ją­cych frag­men­tów książ­ki. Krót­kie, ryt­micz­ne zda­nia dzia­ła­ją jak cię­cia: są pozba­wio­ne ozdob­ni­ków, sku­pio­ne na geście, dźwię­ku, ruchu. Sce­na ma dra­ma­tur­gię aktu teatral­ne­go: napię­cie nara­sta, sły­szy­my gło­sy, lamen­ty, bła­ga­nia, czu­je­my lęk i nie­uchron­ność tego, co musi nastą­pić. To opis, któ­ry moż­na uwiecz­nić na kart­ce tyl­ko raz: gest odwa­gi, po któ­rym nie ma już potrze­by powro­tu do tego prze­ży­cia.

Jesz­cze inna sce­na z książ­ki, któ­ra sta­wia czy­tel­ni­ka na bacz­ność. To moment, kie­dy Wilen­gow­ska wzy­wa do odda­nia gło­su tym, któ­re gło­su nie mia­ły – kobie­tom skrzyw­dzo­nym przez „ruskich”, zabie­ra­nym przez nich do Rosji, pozba­wio­nym god­no­ści, gwał­co­nym, unie­waż­nio­nym w swo­jej pod­mio­to­wo­ści. Autor­ka nie doma­ga się sta­wia­nia im pomni­ków. Doma­ga się pamię­ci, tej naj­prost­szej, naj­trud­niej­szej, opar­tej na pła­czu, na lamen­to­wa­niu nad tymi, któ­re zosta­ły skrzyw­dzo­ne i pozba­wio­ne gło­su. To wezwa­nie do stwo­rze­nia prze­strze­ni żało­by, gdzie moż­na usły­szeć bole­sne woła­nie tych kobiet i apel o przy­wró­ce­nie god­no­ści tym, któ­re zosta­ły z niej odar­te: „War­miacz­kom nigdy pomni­ka nie zbu­do­wa­no. Co tam pomni­ka, pomni­ki są głu­pie, ale nie dano im choć­by pie­śni, choć­by lamen­tu”6.

Kim jestem, gdy pamięć niepełna, a historia pęknięta?

Woj­na, choć nie­prze­ży­ta, powra­ca jak echo zapi­sa­ne w rodzin­nych opo­wie­ściach. Toż­sa­mość skła­da się z tego, co zdo­ła­my oca­lić: z foto­gra­fii, urwa­nych wspo­mnień, z rela­cji tych, któ­rzy pamię­ta­ją wię­cej niż my. Para­doks pole­ga na tym, że pyta­my dopie­ro wte­dy, gdy dzie­ciń­stwo naszych rodzi­ców sty­ka się ze sta­ro­ścią. W tym kon­tek­ście przy­cho­dzi na myśl Wylin­ka Wita Szo­sta­ka7 – książ­ka o zrzu­ca­niu kolej­nych warstw toż­sa­mo­ści. Autor poka­zu­je, że nie mamy jed­ne­go „ja”, lecz wie­le; każ­da kolej­na wer­sja pró­bu­je upo­rząd­ko­wać poprzed­nią. Nawet jeśli dzie­ciń­stwo Zyg­fry­da przy­pa­dło na lata woj­ny i trud­ną rze­czy­wi­stość powo­jen­ną, to tam zaczy­na się pierw­sza „skó­ra” męż­czy­zny. „Odle­głość od chłop­ca do star­ca wyno­si dokład­nie jed­no wspo­mnie­nie. Ojciec tę odle­głość poko­nu­je kil­ka razy dzien­nie”8 – pisze Joan­na Wilen­gow­ska.

Okładka książki Joanny Wilengowskiej pod tytułem „Król Warmii i Saturna”.
Joanna Wilengowska, „Król Warmii i Saturna”, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2024.

Warmia to nie Mazury

„War­mia wtu­lo­na jest w Mazu­ry” 9, ale War­mia to nie Mazu­ry i war­to o tym pamię­tać, by nie ura­zić kogoś, kto w tej róż­ni­cy widzi wła­sną toż­sa­mość. Przez stu­le­cia róż­ni­ły je histo­ria, reli­gia i kra­jo­braz. War­mia była kato­lic­ka, z cegla­ną archi­tek­tu­rą i „pru­ski­mi bel­ka­mi”, Mazu­ry zaś ewan­ge­lic­kie, z pała­ca­mi i dwo­ra­mi pru­skiej szlach­ty. Te dwa świa­ty zosta­ły wrzu­co­ne po woj­nie do jed­ne­go admi­ni­stra­cyj­ne­go wor­ka.

Skom­pli­ko­wa­ne były dzie­je tych ziem – od Pru­sów po współ­cze­sność. Rok 1945 i ogrom­na wymia­na lud­no­ści roz­bi­ły daw­ną tkan­kę kul­tu­ro­wą. Na miej­sce więk­szo­ści War­mia­ków i Mazu­rów przy­je­cha­li osad­ni­cy z róż­nych stron Pol­ski – z Mazow­sza, z Kur­pi oraz oso­by prze­sie­dlo­ne z daw­nych wschod­nich tere­nów II Rze­czy­po­spo­li­tej, w tym z Wileńsz­czy­zny. Spór pol­sko-nie­miec­kich nar­ra­cji dodat­ko­wo zaciem­niał obra­zy prze­szło­ści.

„Sko­ro War­mia jest jak toma­hawk, to War­mia­cy jak Mohi­ka­nie. Nie jest ich wie­lu, ale nie daj­cie się zwieść – są”10 – pisze Wilen­gow­ska. Na tym tle moc­no wybrzmie­wa jej decy­zja, by w ostat­nim spi­sie powszech­nym zade­kla­ro­wać się jako War­miacz­ka. To gest sym­bo­licz­ny, ale też głę­bo­ko oso­bi­sty – powrót do korze­ni, któ­re przez deka­dy były spy­cha­ne na mar­gi­nes lub roz­my­wa­ne w powo­jen­nej nar­ra­cji. Tyl­ko sto czter­dzie­ści osiem osób dekla­ru­je, że War­mia ist­nie­je jako pamięć, gene­alo­gia, spo­sób bycia. Nasu­wa się pyta­nie: dla­cze­go tych osób jest tak mało?

„Łosiery”

Uświę­co­na War­mia z Gie­trz­wał­dem i Świę­tą Lip­ką od wie­ków przy­cią­ga piel­grzy­mów – kra­ina, w któ­rej sacrum spla­ta się z przy­ro­dą. „Łosie­ry” Wilen­gow­skiej wyglą­da­ją jed­nak ina­czej: nie pro­wa­dzą do sank­tu­ariów, lecz do jezior. Autor­ka piel­grzy­mu­je od jed­ne­go do dru­gie­go, a każ­de trak­tu­je jak osob­ny świat. To współ­cze­sna for­ma daw­ne­go rytu­ału – wędrów­ki w poszu­ki­wa­niu sen­su w prze­strze­ni.

Drzewo Warmii

Wilen­gow­ska odsła­nia, jak trud­ne były lata powo­jen­ne dla War­mia­ków. Kre­śli losy przod­ków, umiesz­cza­jąc ich na „drze­wie War­mii” – peł­nym imion, dat i strzę­pów wspo­mnień, ale też pamię­ci, któ­ra pod­trzy­mu­je tę opo­wieść w zie­mi, nawet jeśli część kona­rów daw­no obumar­ła: „Puste miej­sca po zagi­nio­nym zaraz chcą zaro­snąć”11.

Nie wszyst­kie frag­men­ty drze­wa da się wypeł­nić. Czę­sto bra­ku­je imion i histo­rii – zosta­ją domysł, wyobra­że­nie, intu­icja. A jed­nak pamięć prze­trwa­ła, przy­po­mi­na­jąc, że ktoś ist­niał i że histo­ria, choć nie­peł­na, ma sens. Siła książ­ki Joan­ny Wilen­gow­skiej tkwi w uchwy­ce­niu kru­cho­ści pamię­ci i wraż­li­wo­ści na to, co zwy­kle pomi­ja­ne. Może jej „drze­wo War­mii” nie jest kom­plet­ne, ale żyje, bo ma solid­ne fun­da­men­ty.

Choć Król War­mii i Satur­na wyra­sta z kon­kret­ne­go miej­sca, jest opo­wie­ścią o pró­bie zro­zu­mie­nia wła­snej toż­sa­mo­ści. To doświad­cze­nie uni­wer­sal­ne – z lokal­nej histo­rii wydo­by­wa to, co wspól­ne. Lek­tu­ra książ­ki Wilen­gow­skiej otwie­ra czy­tel­ni­ko­wi furt­kę do pytań o pocho­dze­nie i pamięć, nawet jeśli są one nie­peł­ne i pęk­nię­te. Otwo­rzy­ła też moją, choć nie jest to pro­ste, gdy żyło się jed­ną nogą na War­mii, a dru­gą na Mazu­rach, z jesz­cze innym dzie­dzic­twem w tle.

 

1 Nie­któ­re wyra­że­nia w tek­ście pocho­dzą z gwa­ry war­miń­skiej: „cało gam­bo” – całą gębą; „gbur” – gospo­darz; „puc­le” – puz­zle; „mózi” – mówi; „łosie­ry” – piel­grzym­ki.

2 J. Wilen­gow­ska, Król War­mii i Satur­na, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2024, s. 7.

3 E. Bana­szew­ski, Prze­klę­ty Mazur, Bisku­piec: Przed­się­bior­stwo Usłu­go­wo-Han­dlo­we „Jan­ter” s.c., 2022.

4 J. Wilen­gow­ska, Król War­mii i Satur­na, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2025 [audio­bo­ok: studiotakto.com, czy­ta: M. Gry­dlik].

5 B. Sza­dy, Wiecz­ny począ­tek. War­mia i Mazu­ry, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2020, s. 323.

6 J. Wilen­gow­ska, Król…, s. 109.

7 W. Szo­stak, Wylin­ka, il. A. Krza­now­ska, War­sza­wa: Power­graph, 2025.

8 J. Wilen­gow­ska, Król…, s. 123.

9 Tam­że, s. 21.

10 Tam­że, s. 30.

11 J. Wilen­gow­ska, Król…, s. 115.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

21.05.2026 Szkice
Magdalena Ujma

Magdalena
Ujma

Pisanie o sztuce

Pisanie o sztuce, choć na pierwszy rzut oka nieskomplikowane, wiąże się z rozległym polem znaczeń, tematów i problemów: z kwestiami wizualności i piśmienności, przedstawiania i reprezentacji, widzenia, przekładu czy komentarza do sztuki – pisze Magdalena Ujma.

20.05.2026
Szymon Kloska

Szymon
Kloska

Wstępniak / Roczniak

Dziś o 15:00 „Dziennik Literacki” kończy rok. Uruchomiliśmy stronę internetową, opublikowaliśmy kilkaset tekstów, kilkadziesiąt podkastów, niepoliczalną liczbę postów, zdecydowaliśmy się na blisko setkę wypadów na wydarzenia literackie i spędziliśmy niekończące się godziny na kolegiach, przy redakcji i korekcie.

18.05.2026 Recenzje
Agata Bisko

Agata
Bisko

O „Reporterkach” i innych reporterkach

Zaczęło się od spojrzenia w obiektyw. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska planowała stworzyć cykl fotografii polskich reporterek. Ale im dłużej trwał projekt, tym większej nabierała pewności, że twarze uchwycone w prostych, czarno-białych kadrach domagają się głosu – o Reporterkach pisze Agata Bisko.