Prasówka (22 maja 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Nowe Książki”

W majo­wym nume­rze „Nowych Ksią­żek” Michał Tru­se­wicz roz­ma­wia z Mar­tą Tom­czok na temat kra­jo­bra­zów poprze­my­sło­wych. Sama autor­ka nazy­wa je „zadrze­wio­ny­mi pust­ko­wia­mi bez histo­rii”. W repor­ta­żu Bli­zny przy­wra­ca pamięć o miej­scach, któ­re w rezul­ta­cie gwał­tow­ne­go roz­wo­ju prze­my­sło­we­go w cza­sach PRL były pod­da­wa­ne eks­plo­ata­cji i ucier­pia­ły wsku­tek zanie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska natu­ral­ne­go. Tom­czok docie­ra przede wszyst­kim do daw­nych miesz­kań­ców wysie­dla­nych wsi, to wła­śnie im odda­je głos. Poka­zu­je ich zło­żo­ne rela­cje z kra­jo­bra­zem i tęsk­no­tę ludzi za utra­co­ną zie­mią. Co inte­re­su­ją­ce: wła­śnie taką nostal­gię Tom­czok dostrze­ga rów­nież wśród młod­szych poko­leń prze­sie­dleń­ców, a więc ludzi uro­dzo­nych z dala od miejsc, z któ­rych ich rodzi­ce albo dziad­ko­wie musie­li się wypro­wa­dzić. Tom­czok przy­czy­nia się do powsta­wa­nia nie­zwy­kłe­go archi­wum. Jak sama mówi:

W przy­pad­ku wysie­dleń prze­my­sło­wych wspo­mnie­nia naj­czę­ściej mają jed­nak cha­rak­ter oca­la­ją­cy. Dają siłę do prze­trwa­nia i czy­nią to, co jest w tym całym trud­nym pro­ce­sie zmia­ny naj­bar­dziej kru­che, czy­li emo­cje, na powrót czymś waż­nym.

Zarów­no indy­wi­du­al­na, jak i w pew­nym sen­sie zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­na pamięć (czy­li roz­ma­ite regio­nal­ne dzia­ła­nia podej­mo­wa­ne z myślą o prze­sie­dleń­cach) peł­nią funk­cję oca­la­ją­cą. Dzię­ki nada­niu pry­wat­nym histo­riom wymia­ru sym­bo­licz­ne­go moż­na odzy­skać to, co minio­ne, a tak­że przy­go­to­wać pole do deba­ty o spo­so­bach, w jaki owe histo­rie mogły wpły­nąć na teraź­niej­szość. Jak pod­kre­śla Tom­czok:

Cho­dzi o soli­dar­ność z dzie­dzic­twem kul­tu­ro­wym i przod­ka­mi, a tak­że o poszu­ki­wa­nie w lite­ra­tu­rze wła­snych korze­ni oraz roz­po­zna­wa­nie śro­do­wi­ska jako tere­nu dosłow­nie żywe­go.

*

Tomasz Sie­wier­ski w naj­now­szym nume­rze „Nowych Ksią­żek” recen­zu­je publi­ka­cję Macie­ja Janow­skie­go Kar­pa­ty. Opo­wieść o pew­nych górach. To monu­men­tal­ne dzie­ło przed­sta­wia histo­rię Kar­pat od naj­daw­niej­szych cza­sów do współ­cze­sno­ści, zary­so­wa­ną z naj­roz­ma­it­szych per­spek­tyw, by wymie­nić geo­gra­ficz­ną, spo­łecz­ną, gospo­dar­czą czy kul­tu­ro­wą. Według Sie­wier­skie­go:

[Janow­ski stwo­rzył – red.] głę­bo­ką, inter­dy­scy­pli­nar­ną ana­li­zę Kar­pat jako prze­strze­ni, w któ­rej prze­ni­ka­ły się wpły­wy wie­lu kul­tur, języ­ków i sys­te­mów poli­tycz­nych, a ich „gór­skość” przez wie­ki kształ­to­wa­ła wyjąt­ko­wą toż­sa­mość, opor­ną na łatwe defi­ni­cje i jed­no­wy­mia­ro­we inter­pre­ta­cje.

Opi­sy­wa­ny przez nie­go region – sil­nie nazna­czo­ny przez zawi­ro­wa­nia histo­rycz­ne i pro­ce­sy moder­ni­za­cyj­ne – stał się rów­nież miej­scem wie­lu ludo­bójstw. Kar­pa­ty to tak­że histo­ria maso­wych wysie­dleń, to tra­gicz­ne losy Żydów i Romów, to sce­na pol­sko-ukra­iń­skich kon­flik­tów. Janow­ski w swo­jej pra­cy wie­le miej­sca poświę­ca współ­cze­sne­mu wąt­ko­wi ukra­iń­skie­mu: wyraź­nie zazna­cza, że Ukra­ina to pań­stwo nale­żą­ce do świa­ta Zacho­du. Według Sie­wier­skie­go autor Kar­pat… zasłu­gu­je na uzna­nie oczy­wi­ście z racji same­go mie­rze­nia się z tak skom­pli­ko­wa­nym zagad­nie­niem, ale tak­że ze wzglę­du na nader spraw­ny styl opo­wie­ści, okre­ślo­ny jako połą­cze­nie „nie­zwy­kłej swo­bo­dy i eru­dy­cji z nauko­wym rygo­rem i oso­bi­stym podej­ściem”. Choć­by dzię­ki temu dla wie­lu czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków książ­ka Janow­skie­go może oka­zać się nie­zmier­nie war­to­ścio­wą lek­tu­rą.

Okładka czasopisma „Nowe Książki” 2026, nr 5.
„Nowe Książki” 2026, nr 5.

„Akcent”

W naj­now­szym nume­rze „Akcen­tu” Jaro­sław Cymer­man przy­glą­da się miej­scu i zna­cze­niu posta­ci mat­ki w twór­czo­ści Józe­fa Cze­cho­wi­cza. W Pisa­niu bio­gra­fii – Józef Cze­cho­wicz, część 5: linia mat­ki kre­śli życio­rys Mał­go­rza­ty Cze­cho­wicz, zwra­ca­jąc szcze­gól­ną uwa­gę na tra­gicz­ne zda­rze­nia, z któ­ry­mi musia­ła się zmie­rzyć. Przed­wcze­sna śmierć męża oraz synów, Jana i Sta­ni­sła­wa, zmu­si­ła ją do pod­ję­cia pra­cy jako woź­na, pracz­ka i pomy­wacz­ka. Jest to o tyle istot­ne, że kobie­ta szo­ru­ją­ca pod­ło­gi w lubel­skim magi­stra­cie, wiecz­nie zapra­co­wa­na i nędz­nie wyna­gra­dza­na, potra­fi­ła snuć opo­wie­ści roz­bu­dza­ją­ce wraż­li­wość i wyobraź­nię przy­szłe­go poety. W naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach Józe­fa Cze­cho­wi­cza zapi­sa­ły się szcze­gól­nie histo­rie o św. Jerzym wal­czą­cym ze smo­kiem na Księ­ży­cu. Mat­ka dla Cze­cho­wi­cza sta­ła się tak­że pew­ne­go rodza­ju pośred­nicz­ką mię­dzy kształ­tu­ją­cą się dopie­ro oso­bo­wo­ścią arty­stycz­ną mło­de­go poety a wie­lo­wie­ko­wą kul­tu­rą pol­skiej wsi. Cymer­man zapi­su­je:

Cze­cho­wicz, bar­dzo czę­sto wyko­rzy­stu­ją­cy w swo­jej twór­czo­ści moty­wy zaczerp­nię­te z kul­tu­ry ludo­wej – zbie­rał, opi­sy­wał i pod­da­wał tra­we­sta­cji pie­śni ludo­we z oko­lic Mły­nek [stro­ny rodzin­ne mat­ki – red.].

Mał­go­rza­ta Cze­cho­wicz była więc zarów­no źró­dłem inspi­ra­cji, jak i peł­no­praw­ną boha­ter­ką jego utwo­rów, obec­ną w czu­łych fra­zach: „sło­wo jak sło­necz­nik – matu­siu” czy „rękach chro­pa­wych od pra­cy, krad­ną­cych dla mnie”. W figu­rze mat­ki Cymer­man dopa­tru­je się rów­no­cze­śnie źró­dła i celu twór­czo­ści Cze­cho­wi­cza, ten zaś okre­śla jako „poszu­ki­wa­nie (a może i odna­le­zie­nie) utra­co­ne­go ładu, ponow­ne zako­rze­nie­nie się w świe­cie, któ­ry wypadł z daw­nych kole­in”. Tekst Cymer­ma­na nie jest bynaj­mniej wyłącz­nie laur­ką – autor opi­su­je zróż­ni­co­wa­nie świa­tów, w któ­rych funk­cjo­no­wa­li Cze­cho­wicz i jego mat­ka, a tak­że wska­zu­je na prze­mil­cze­nie pew­nych kwe­stii zwią­za­nych z posta­cią Mał­go­rza­ty Cze­cho­wicz. W ten wła­śnie spo­sób kre­śli fra­pu­ją­cą opo­wieść o rela­cji mię­dzy uro­dzo­nym w Lubli­nie wybit­nym pol­skim poetą a jego mat­ką.

*

W „Akcen­cie” został przy­po­mnia­ny tak­że szkic Adol­fa Bocheń­skie­go O decen­tra­li­za­cję kul­tu­ral­ną, opu­bli­ko­wa­ny pier­wot­nie w 1931 roku w cza­so­pi­śmie „Dro­ga”. Arty­kuł ma cha­rak­ter publi­cy­stycz­no-ese­istycz­ny, przede wszyst­kim zaś sta­no­wi ana­li­zę sytu­acji kul­tu­ro­wej i poli­tycz­nej II Rze­czy­po­spo­li­tej, choć moż­na go czy­tać tak­że w znacz­nie szer­szej per­spek­ty­wie cza­so­wej. Bocheń­ski naj­wię­cej miej­sca poświę­cił na roz­wa­ża­nie zja­wisk zwią­za­nych z decen­tra­li­za­cją kul­tu­ry, z roz­wo­jem śro­do­wisk regio­nal­nych i wpły­wem kul­tur naro­do­wych na życie spo­łecz­ne i pań­stwo­we, co kore­spon­du­je ze współ­cze­sny­mi deba­ta­mi spo­łecz­ny­mi. Autor wska­zu­je więc na jego zda­niem nie­po­ko­ją­ce i szko­dli­we roz­my­wa­nie się regio­nal­nej róż­no­rod­no­ści inte­lek­tu­al­nej i arty­stycz­nej, osła­bie­nie pro­win­cjo­nal­nych ośrod­ków teatral­nych, śro­do­wisk aka­de­mic­kich i pra­sy. Siłę zaś widzi we współ­ist­nie­niu odręb­no­ści, zazna­cza jed­nak, że regio­na­lizm rozu­mia­ny jako duża licz­ba roz­pro­szo­nych cen­trów kul­tu­ral­nych nie zastą­pi samej decen­tra­li­za­cji kul­tu­ral­nej. Oby­dwie ten­den­cje siłą rze­czy zawsze będą funk­cjo­no­wać w ści­słej zależ­no­ści od sto­li­cy. Bocheń­ski zapi­su­je:

Przez decen­tra­li­za­cję rozu­miał­bym nato­miast zacho­wa­nie we współ­cze­snej umy­sło­wo­ści pol­skiej kil­ku odręb­nych typów pro­win­cjo­nal­nych, któ­rych ście­ra­nie chro­ni­ło­by Pol­skę od zbyt­niej stan­da­ry­za­cji kul­tu­ral­nej.

Mimo pew­nych uprosz­czeń – war­to dodać, że widocz­nych dopie­ro z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy – szkic Bocheń­skie­go nie­wąt­pli­wie zasłu­gu­je na uważ­ną lek­tu­rę.

Okładka czasopisma „Akcent” 2026, nr 2.
„Akcent” 2026, nr 2.

„Dialog”

Dobre cza­so­pi­sma mają to do sie­bie, że chce się do nich wra­cać. I tak jest w przy­pad­ku mar­co­we­go wyda­nia mie­sięcz­ni­ka „Dia­log”, któ­re­go zawar­tość czę­ścio­wo już opi­sa­ły­śmy. Chcia­ły­śmy jed­nak zwró­cić uwa­gę na nową sztu­kę Jaro­sła­wa Jaku­bow­skie­go, zaty­tu­ło­wa­ną Roko­wa­nia. Tym razem zain­te­re­so­wa­ła nas nie for­ma tek­stu, ale jego tema­ty­ka. Boha­te­ra­mi Roko­wań są dwaj nego­cja­to­rzy, nazy­wa­ni Panem Gru­bym i Panem Chu­dym. To przed­sta­wi­cie­le wal­czą­cych ze sobą kra­jów, któ­rzy spo­ty­ka­ją się na neu­tral­nym grun­cie, by usta­lić warun­ki zawie­sze­nia bro­ni. Odbior­cy pozna­ją ich w sytu­acji pry­wat­nej, kie­dy męż­czyź­ni wycho­dzą na papie­ro­sa i mogą w nie­co swo­bod­niej­szej atmos­fe­rze wymie­nić uwa­gi na temat nie­koń­czą­cych się roko­wań. W roz­mo­wie z Bar­ba­rą Klic­ką, zaty­tu­ło­wa­nej Wszyst­kie teatry nowo­cze­snych wojen, Jaku­bow­ski opo­wia­da o swo­im pomy­śle arty­stycz­nym:

Zawsze fra­po­wa­ło mnie, jak to jest moż­li­we, że przed­sta­wi­cie­le dwóch państw, któ­re pro­wa­dzą ze sobą woj­nę, na któ­rej giną ich ludzie, spo­ty­ka­ją się i spo­koj­nie sia­da­ją ze sobą do sto­łu. Nie strze­la­ją do sie­bie, nie obrzu­ca­ją się obe­lga­mi, tyl­ko roz­ma­wia­ją języ­kiem dyplo­ma­cji, zacho­wu­jąc pew­ne for­my i kon­wen­cje, mimo że ileś tam kilo­me­trów od nich trwa rzeź. To napię­cie mię­dzy trwa­ją­cą rze­zią a – choć­by pozor­nym – spo­ko­jem dyplo­ma­tów jest dla mnie fascy­nu­ją­ce.

Roko­wa­niach kon­flikt zaczy­na eska­lo­wać, choć dyplo­ma­ci są już na eta­pie prze­cho­dze­nia na „ty” i snu­cia opo­wie­ści o swo­ich snach, któ­re dziw­nym tra­fem są ze sobą zbież­ne. Mimo swo­bod­nej atmos­fe­ry męż­czy­znom pusz­cza­ją jed­nak ner­wy:

PAN GRUBY
Skończ­my to raz na zawsze. Mój kraj zaata­ku­je bro­nią nukle­ar­ną pań­ski kraj, pań­ski ade­kwat­nie odpo­wie, mój sto­sow­nie zare­agu­je… Muszę mówić dalej?

PAN CHUDY
Mrzon­ki sta­re jak broń jądro­wa. Nikt nie wej­dzie w ten sce­na­riusz.

PAN GRUBY
Mój przy­wód­ca jest psy­cho­pa­tą. Od dłuż­sze­go cza­su go ura­biam i jestem już bli­ski suk­ce­su. To były moje praw­dzi­we roko­wa­nia.

PAN CHUDY
Czy pan osza­lał? Woj­na ato­mo­wa? Wie pan, co to zna­czy?

PAN GRUBY
Wiem i dla tego celu tyl­ko żyję! Pan też powi­nien do mnie dołą­czyć. Wte­dy wszyst­ko pój­dzie szyb­ciej. Prze­cież obaj wie­my, że dla świa­ta nie ma nadziei.

PAN CHUDY
Prze­ce­nia pan moje moż­li­wo­ści. Nawet jeśli się uda panu prze­ko­nać same­go sze­fa, to są jesz­cze mini­stro­wie i woj­sko­wi.

PAN GRUBY
Mini­stro­wie to zgra­ja pija­ków i nie­udacz­ni­ków. A woj­sko­wi są zachwy­ce­ni moim pomy­słem. Przy­naj­mniej ci, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem.

PAN CHUDY
Pana powin­no się aresz­to­wać i osą­dzić za spi­sek prze­ciw­ko pań­stwu! Co ja mówię: pań­stwu! Prze­ciw­ko świa­tu!

PAN GRUBY
Spo­koj­nie, panie kole­go, spo­koj­nie. Lawi­na wła­śnie ruszy­ła i już jej pan nie zatrzy­ma. Nikt jej nie zatrzy­ma.

Doda­my tyl­ko, że Pan Gru­by to dyplo­ma­ta z kra­ju złe­go, a Pan Chu­dy – z kra­ju dobre­go, ich roz­mo­wa zaś kom­plet­nie do nicze­go nie pro­wa­dzi, co jest jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce niż cyto­wa­ny tu dia­log.

*

„Gdy­by nie ist­nie­li, trze­ba było­by ich wymy­ślić, a że zosta­li wymy­śle­ni, to teraz nie moż­na odmó­wić im ist­nie­nia” – pisze Zuzan­na Berendt w tek­ście Nazi­ści zom­bie powra­ca­ją. Autor­ka oma­wia w nim fil­my poświę­co­ne tytu­ło­wym posta­ciom rodem z hor­ro­rów, przy­bie­ra­ją­cym postać nie­miec­kich żoł­nie­rzy z cza­sów dru­giej woj­ny świa­to­wej. W swo­ich reflek­sjach podą­ża śla­dem Marii Piąt­kow­skiej, autor­ki arty­ku­łu Zom­bie-nazi­ści w hor­ro­rach, czy­li jak Zom­bie SS sta­ło się ele­men­tem popkul­tu­ry. Zuzan­nę Berendt cie­ka­wi też, skąd bie­rze się potrze­ba two­rze­nia tak nie­ra­cjo­nal­nych opo­wie­ści nawią­zu­ją­cych do cza­sów faszy­stow­skich Nie­miec. Oto jeden z wnio­sków zawar­tych w tek­ście:

[wspo­mnia­ne opo­wie­ści są – red.] ema­na­cją nie­po­ko­ju wyni­ka­ją­ce­go z tego, że śla­dy dru­giej woj­ny świa­to­wej są czę­ścią topo­gra­fii miast na całym świe­cie, a zie­mia, po któ­rej cho­dzi­my, jest w zasa­dzie cmen­ta­rzy­skiem szcząt­ków. Ich obec­ność napa­wa irra­cjo­nal­nym lękiem przed powro­tem tego, co mia­ło być na dobre pogrze­ba­ne. Jeśli zom­bie nazi­ści są ema­na­cją zła, to jest to zło nie­śmier­tel­ne, drze­mią­ce pod powierzch­nią oswo­jo­nych kra­jo­bra­zów. Kie­dy wycho­dzi na zewnątrz, przyj­mu­je postać gro­te­sko­wej figu­ry, któ­ra z zacie­trze­wie­niem rzu­ca się na ludzi, ale nie wyda­je się mieć przy tym jakie­goś celu poli­tycz­ne­go, nie jest moty­wo­wa­na ide­olo­gią.

Autor­ka arty­ku­łu wyróż­nia trzy sche­ma­ty fabu­lar­ne. Pierw­szy wystę­pu­je w takich fil­mach, jak Armia Fran­ken­ste­ina czy Eks­pe­ry­ment SS, i spro­wa­dza się do tego, że zom­bie się budzą, gdy kil­ka przy­pad­ko­wych osób tra­fia na ich tery­to­rium. W dru­gim sche­ma­cie boha­te­ro­wie fil­mu mają zba­dać tajem­ni­cze histo­rie zwią­za­ne z zom­bie nazi­sta­mi. Tak dzie­je się w Oazie zom­bich czy w Night of the Zom­bies. Z kolei trze­cia gru­pa obra­zów zakła­da obec­ność nazi­stów, któ­rzy pla­nu­ją rekon­struk­cję Trze­ciej Rze­szy na pod­sta­wie spre­pa­ro­wa­nych przez sie­bie i oży­wio­nych zwłok. Z tą kon­cep­cją mamy do czy­nie­nia w The Fro­zen Dead oraz They Saved Hitler’s Bra­in. W arty­ku­le czy­ta­my:

Wspo­mnia­ne fil­my są de fac­to pew­ny­mi waria­cja­mi na temat histo­rii dok­to­ra Fran­ken­ste­ina i jego mon­strum, a za puen­tę słu­ży zazwy­czaj kon­sta­ta­cja, że eks­pe­ry­men­to­wa­nie z życiem zawsze koń­czy się tra­gicz­nie. Dwa pierw­sze sche­ma­ty łączy cecha, któ­rą moż­na wska­zać jako naj­bar­dziej wyra­zi­sty wyznacz­nik oma­wia­ne­go gatun­ku. Zom­bie nazi­ści są sil­nie zwią­za­ni z miej­scem. Cza­sa­mi jest to miej­sce tra­gicz­nej śmier­ci żoł­nie­rzy […], cza­sem miej­sce eks­pe­ry­men­tów, w wyni­ku któ­rych powsta­ły zom­bie […], cza­sem miej­sce, gdzie sta­ra­ją się ukryć przed tymi, któ­rzy naj­chęt­niej posta­wi­li­by ich przed try­bu­na­łem […].

Okładka czasopisma „Dialog” 2026, nr 3.
„Dialog” 2026, nr 3.

„Tygodnik Powszechny”

W naj­now­szym wyda­niu „Tygo­dni­ka Powszech­ne­go” Mag­da­le­na Nowic­ka-Fran­czak ana­li­zu­je książ­ki poświę­co­ne tema­tom cho­ro­by, stra­ty i cier­pie­nia. Zain­spi­ro­wa­ły ją do tego wyzna­nia zna­nych osób dzie­lą­cych się w mediach swo­imi trud­ny­mi doświad­cze­nia­mi – histo­rie Marii Sewe­ryn i Hali­ny Mlyn­ko­vej oraz ich zma­gań z depre­sją, a tak­że opo­wieść aktor­ki Mar­ty Nie­rad­kie­wicz o jej wal­ce z nowo­two­rem pier­si.

Mag­da­le­na Nowic­ka-Fran­czak, zain­try­go­wa­na mno­go­ścią tych wyznań, się­ga po róż­ne książ­ki, by przyj­rzeć się, jak pisar­ki radzą sobie z przed­sta­wia­niem oso­bi­stych histo­rii. Ana­li­zu­je Dni pamię­ci Geral­di­ne Bro­oks, Spo­tkaj­my się tam, w kosmo­sie Ana­sta­zji Jaku­biak, Księ­gę umar­łych Joan­ny Mizie­liń­skiej, Endo. Sztu­kę akcep­ta­cji cho­ro­by Karo­li­ny Wigu­ry, Mię­śnie mam od miło­ści Pau­li­ny Mało­chleb czy Aż do rze­ki. Opo­wieść o miło­ści, stra­cie i wyzwo­le­niu Eli­za­beth Gil­bert. Oma­wia­jąc poszcze­gól­ne pozy­cje wydaw­ni­cze, autor­ka pod­kre­śla swój ambi­wa­lent­ny sto­su­nek do nie­któ­rych z wyznań:

I dwa wil­ki wal­czą we mnie. Jeden skom­le, że prze­szli­śmy dłu­gą dro­gę od cza­sów, o któ­rych pisał Foucault, kie­dy cho­ro­by duszy i cia­ła były bru­tal­nie wypy­cha­ne z wido­ku publicz­ne­go, ludzie byli izo­lo­wa­ni, a żało­ba pod­da­wa­na dys­cy­pli­nu­ją­ce­mu nad­zo­ro­wi. Świet­nie, że dziś nie wsty­dzi­my się cho­ro­by, cier­pie­nia i śmier­ci, poka­zu­je­my je, dzie­li­my się doświad­cze­niem i radą, by badać się i nie pod­da­wać. Ale dru­gi wilk wyje, że już ma tych wyznań po kokar­dę i że nie war­to z każ­de­go życia robić epo­pei. Poety­ka wyzna­nia sta­wia w cen­trum tego, kto mówi i pisze, choć­by był tyl­ko świad­kiem cudze­go cier­pie­nia. Indy­wi­du­al­ne świa­dec­two ma być uni­wer­sal­ną matry­cą, na któ­rej inni mogą odna­leźć swo­je losy. Zwy­cięz­cą jest ten, kto zamie­nia­jąc trud­ne, cza­sem gra­nicz­ne doświad­cze­nie w opo­wieść, przej­mu­je nad nim kon­tro­lę. Emo­cje wymie­nia na kapi­tał sym­bo­licz­ny i moral­ny, prze­cho­dzi auto­te­ra­pię, potwier­dza, że nadal ist­nie­je.

Kto w tej bitwie jest zwy­cięz­cą, a kto prze­gra­nym? Tego dowie­cie się, czy­ta­jąc arty­kuł Sło­wa zamiast łez.

*

„Macie cza­sa­mi wra­że­nie, że nie tyl­ko zwie­rzę­ta, lecz tak­że rośli­ny nas obser­wu­ją?” – tak posta­wio­ne pyta­nie na począt­ku recen­zji Ani­ty Pio­trow­skiej od razu zachę­ci­ło nas nie tyl­ko do prze­czy­ta­nia tek­stu Punkt widze­nia drze­wa, ale i do obej­rze­nia fil­mu węgier­skiej reży­ser­ki Ildi­kó Eny­edi Mil­czą­ca przy­ja­ciół­ka. Ową przy­ja­ciół­ką jest miło­rząb, któ­ry przez sto lat przy­glą­da się boha­te­rom obra­zu. Drze­wo to może poczy­nić cie­ka­we obser­wa­cje, ponie­waż rośnie nie­opo­dal uni­wer­sy­te­tu, gdzie poja­wia­ją się ludzie pro­wa­dzą­cy bada­nia nauko­we.

Tony Leung Chiu-Wai, zna­ny mię­dzy inny­mi ze Spra­gnio­nych miło­ści (2001) Wong Kar-Waia, we wspo­mnia­nym fil­mie gra pro­fe­so­ra, któ­ry w Hong­kon­gu bada mózgi nie­mow­ląt. Pan­de­micz­ny lock­down zatrzy­mu­je go jed­nak w nie­miec­kim kam­pu­sie. Wędru­jąc samot­nie po tam­tej­szym par­ku, męż­czy­zna czu­je na sobie uważ­ne spoj­rze­nie sta­re­go drze­wa. Sto lat wcze­śniej pod tym samym miło­rzę­bem zna­la­zła schro­nie­nie mło­dziut­ka Gre­te (Luna Wedler), któ­ra wbrew panu­ją­cym na uczel­ni sek­si­stow­skim oby­cza­jom pró­bo­wa­ła zostać stu­dent­ką bota­ni­ki. W cie­niu potęż­nej rośli­ny roz­gry­wa się rów­nież wątek z 1972 roku: stu­dent ger­ma­ni­sty­ki (odgry­wa­ny przez Enza Brum­ma), zako­cha­ny w mło­dej badacz­ce, anga­żu­je się w zupeł­nie nową inte­rak­cję. Trzy luź­no powią­za­ne histo­rie z cza­sem zaczy­na­ją two­rzyć coraz gęściej sple­cio­ną całość – melan­cho­lij­ną opo­wieść o troj­gu samot­nych ludzi, któ­rzy w kostiu­mach z róż­nych epok, uży­wa­jąc wła­ści­wych swo­im cza­som narzę­dzi badaw­czych, zacie­śnia­ją swo­je wię­zi z natu­rą. Nauko­wa pasja, uzbro­jo­na w coraz bar­dziej zaawan­so­wa­ne „szkieł­ko i oko”, zamie­nia się w orga­nicz­ną wręcz bli­skość.

Nagro­dzo­ny na festi­wa­lu w Wene­cji film może też być cie­ka­wy ze wzglę­du na for­mę, na prze­ni­ka­nie się róż­nych sty­li­styk i gatun­ków. Tak o tym pisze recen­zent­ka:

Od czar­no-bia­łej opo­wie­ści eman­cy­pa­cyj­nej, przez sło­necz­ną pocz­tów­kę z epo­ki hipi­sow­skiej, po ste­ryl­ną współ­cze­sność. Śre­dnio­wiecz­ny kam­pus uni­wer­sy­tec­ki z impo­nu­ją­cym ogro­dem bota­nicz­nym raz jest męską twier­dzą, któ­ra dopie­ro uchy­la swe podwo­je dla stu­diu­ją­cych kobiet, sześć­dzie­siąt lat póź­niej będzie już sie­dli­skiem wol­nej miło­ści i lewi­co­wej rewol­ty, a w obli­czu covid-19 zamie­nia się w wyizo­lo­wa­ny od resz­ty świa­ta luk­su­so­wy schron. A trzy oby­cza­jo­we histo­rie o roż­nie zago­spo­da­ro­wy­wa­nej samot­no­ści wizu­al­nie przy­po­mi­na­ją cza­sem kino przy­rod­ni­cze albo wręcz nauko­wy zapis. Z roślin­nym mikro­ko­smo­sem w roli głów­nej uka­za­nym w mak­sy­mal­nym zbli­że­niu.

Okładka czasopisma „Tygodnik Powszechny” 2026, nr 21.
„Tygodnik Powszechny” 2026, nr 21.

Czytaj także

29.05.2026 Prasówka

Prasówka (29 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

15.05.2026 Prasówka

Prasówka (15 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

08.05.2026 Prasówka

Prasówka (8 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

01.05.2026 Prasówka

Prasówka (1 maja 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.