W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Wyspa”
Filozofka ciała – tak nazywa Annę Świrszczyńską Agnieszka Stapkiewicz, autorka biografii poetki Świrszczyńska. Genialna i nieznana. W rozmowie z Tomaszem Zbigniewem Zapertem, zamieszczonej w najnowszym numerze kwartalnika „Wyspa”, Stapkiewicz opowiada o zagadnieniach, które zawarła we wspomnianej książce, tak aby tytułowa postać zyskała możliwie najpełniejsze ujęcie. Stapkiewicz opisała między innymi wczesne dzieciństwo Świrszczyńskiej i jego wpływ na dalsze życie poetki. Dorastanie w atmosferze pracy artystycznej (ojciec Anny był malarzem specjalizującym się we freskach historycznych) i dostęp do pracowni pełnej albumów ze sztuką rozbudzały w dorastającej dziewczynie tęsknotę za twórczym wyrażaniem myśli i obserwacji oraz niezwykłą wrażliwość. Z powodu skrajnej biedy (która nie tylko naznaczyła Świrszczyńską, lecz także uczuliła ją na cierpienie innych ludzi) przyszła poetka zrezygnowała z podjęcia nauki w Akademii Sztuk Pięknych i wybrała kierunek niewymagający zbytnich nakładów finansowych, czyli studia polonistyczne. „Można powiedzieć, że w osobie Świrszczyńskiej świat literatury zyskał to, co stracił świat malarstwa” – mówi Stapkiewicz, wskazując nowatorstwo i odwagę twórczyni. W jej wierszach do głosu dochodzą kobiety „urodzone pod czarną gwiazdą”: żebraczki z krakowskich Plant, zmęczone matki. Oczywiście to niejedyny temat twórczości Świrszczyńskiej. Jak mówi Stapkiewicz:
[Anna Świrszczyńska – red.] bywa nazywana autorką najśmielszych erotyków – i słusznie. […] [O]balała jedno tabu za drugim: pisała o orgazmie, o seksie z różnymi partnerami (także młodszymi), o miłości starszych osób i o uprawianiu sportu w późniejszym wieku. Nie przeszkadzało jej to zadawać jednocześnie pytań o sens życia. Była prawdziwą filozofką, mówiącą prosto i na temat.
Wprawdzie pamięć o Świrszczyńskiej raczej nie jest zagrożona, ponieważ jej twórczość poniekąd broni się sama, niemniej opublikowana biografia z pewnością stanowi trafny komentarz do literackiej spuścizny poetki i umożliwia głębsze zrozumienie jej wierszy.
*
Adam Tomczyk w eseju Żeby na nasze pszenne chleby… O twórczości Tadeusza Nowaka skupia się przede wszystkim na wierszach tego twórcy. Nawet tam, gdzie wspomina o dziełach prozatorskich Nowaka (był on przecież jednym z najważniejszych przedstawicieli nurtu prozy chłopskiej), zaznacza, że „w prozie Tadeusz Nowak poetą być nie przestał”. Esej opublikowany w „Wyspie” kilkadziesiąt lat po śmierci pisarza przypomina o charakterystycznej poetyce autora Psalmów, a także ukazuje szerszy horyzont jego dokonań literackich. Jak pisze Tomczyk:
chociaż poezja Nowaka wypływa z samego jądra wiejskiego krajobrazu, ze zdarzeń, ze zwyczajów i z symboli, wychodzi poza ten pejzaż, staje się uniwersalna. Tadeusz Nowak nie jest przypisany do ziemi jak chłop pańszczyźniany. To duch wolny.
Wolny i – warto dodać – na tej wolności budujący własny, niepodrabialny głos. Świat poezji Nowaka to przede wszystkim obrazy archaicznej już wsi, to także wyczuwalne napięcie między dwoma światami: miejscem pochodzenia twórcy a uniwersum, w którym osiadł. Nowak w niezmiernie umiejętny sposób splatał sielską ludyczność z niesamowitością, magię z krwawymi historiami. Dzięki temu zdaniem Tomczyka jego twórczość ociera się o realizm magiczny. Jak zapisuje sam krytyk: „Wieś, chłopski żywot – zmitologizowany i przetworzony przez wyobraźnię poety do zatracenia rzeczywistości”. Oczywiście mogą pojawić się poważne i podniosłe pytania w rodzaju: czy ta poezja przetrwa? Czy pozostanie raczej świadectwem pewnej epoki? Tomczyk twierdzi, że spuścizna Nowaka ocaleje „jako poetycki zapis tamtego czasu”. Autor eseju dodaje:
nie tyle treść będzie ważna, ile zachwycać będą: słowo, metafora, baśniowość i przebrzmiałe mity. Przyszły czytelnik sięgnie po […] [tę twórczość – red.], jak sięga teraz po wiersze Leśmiana czy prozę Schulza.
„Autoportret”
Aleksandra Czupkiewicz i Marta Wolak w tekście O przyjemnościach z bezcelowych rzeczy, opublikowanym na łamach kwartalnika „Autoportret”, zajmują się kwestią niezwykle istotną, a dziś często pomijaną. Piszą o architekturze jako o sferze interakcji międzyludzkich, czyli o wynikających z niej spotkaniach i emocjach. Podkreślają społeczną rolę projektanta, przyglądają się przestrzeniom i obiektom, których cel nie ogranicza się do funkcji użytkowej, lecz dzięki swego rodzaju naddatkowi wiąże również z przyjemnością, zabawą czy właśnie tytułową bezcelowością. W ten sposób – być może paradoksalnie – nasza potrzeba beztroski zostaje zrealizowana. Rozważania Czupkiewicz i Wolak można zilustrować za pomocą pewnego obrazu, dobrze znanego choćby z filmów, których akcja rozgrywa się w Nowym Jorku: to schody przed wejściem do kamienic i przesiadujący na nich grupkami młodzi ludzie. Autorki zapisują:
Schodów w tym miejscu nie zaprojektowano z intencją spotkań towarzyskich, wyniesienie parterów mieszkalnych ponad poziom ulicy miało funkcję czysto sanitarną. W epoce transportu konnego na ulicach zalegały siedliska zarazków – końskie odchody. Jak to możliwe, że element architektury z tak racjonalną funkcją podstawową przynosi ludziom radość?
Odpowiedź na wspomniane pytanie jest dość oczywista – potrzebujemy miejsc wspólnych, punktów na mapie miasta, gdzie dochodzi do interakcji społecznych. Ta oczywistość nie wyklucza jednak potrzeby głębszego namysłu nad tytułowym zagadnieniem. Przykład schodów staje się punktem wyjścia do dalszych rozważań, a omawiane kwestie socjologiczne i historyczno-społeczne (między innymi ruchy kontrkulturowe z lat 60. XX wieku czy współczesne napięcia społeczne) pozwalają doprecyzować stawianą przez autorki tezę.
[…] przyjemność zbyt rzadko jest elementarnym celem projektowania przedmiotów codziennego użytku i składowych architektury, a częściej przypadkiem, efektem ubocznym. Mało kto projektuje przedmioty z myślą: niech przyniosą frajdę!
Następna oczywistość? Być może, ale jak wynika z tekstu: bez jej obecności w naszym życiu tracimy coś, co zapewnia nam wszystkim podstawę do rozważania spraw większej wagi, nie tylko tych materialnych.
*
Zaczyna się od pytania – rozmowa Anety Lehmann z architektem i filozofem architektury Jackiem Dominiczakiem – w znacznej mierze koresponduje ze wspomnianym wyżej tekstem. W rozmowie padają pytania o psychologię przestrzeni, dialogiczność miasta i odpowiedzialność związaną z projektowaniem przestrzeni miejskich. Tekst wykracza jednak poza typową refleksję o urbanistyce i staje się przede wszystkim namysłem na temat relacji między ludźmi, budynkami a wspólną przestrzenią. Punkt wyjścia rozmowy stanowi stwierdzenie, że przestrzeń nie jest jedynie neutralnym tłem życia człowieka. Architektura wpływa na emocje, sposób myślenia i budowania więzi społecznych. Dominiczak wyraża sprzeciw wobec wyłącznie funkcjonalnego podejścia do miasta, argumentując, że taka perspektywa zakrzywia i deformuje naszą percepcję i wrażliwość. Nie zwracamy uwagi na przestrzeń do momentu, aż zacznie nam ona w jakiś sposób wadzić. Architekt powołuje się na myśl Romana Ingardena dotyczącą percepcji i podkreśla, że doświadczenie architektury zaczyna się od pytania, od próby definicji, od pewnego rodzaju skomunikowania się z własnym doświadczeniem percepcyjnym. Możemy zobaczyć tylko to, czego chcemy szukać. Jeśli nie nauczymy się uważności i zadawania pytań o przestrzeń, pozostanie ona dla nas niewidoczna i niebezpiecznie przezroczysta. Dominiczak mówi:
Architektura może stworzyć niezwykłe klimaty, ale jeśli człowiek, który w niej się znajdzie, nie będzie miał intencji ich rozpoznania, nie zapyta o nie, pozostaną dla niego transparentne.
Dlatego tak istotne jest rozwijanie umiejętności krytycznego myślenia już od wczesnego poziomu edukacji. To najłatwiejsza i najskuteczniejsza droga, żebyśmy do zbioru zagadnień związanych z architekturą i urbanistyką włączyli także dialog; ten zaś jest niemożliwy bez zdolności zadawania pytań. Dialog ów sprzyja również dobrej architekturze, w której budynki „rozmawiają ze sobą”, a miasto staje się systemem relacji. Dominacja indywidualnej wizji projektanta jest tu ograniczana, wzrasta zaś jego odpowiedzialność za otoczenie. Tak przyjęta perspektywa pozwala na postrzeganie architektury także w kategoriach etycznych.
„Literatura na Świecie”
Najnowszy numer „Literatury na Świecie” poświęcony jest Jeanowi Améry’emu, pisarzowi żydowskiego pochodzenia i wybitnemu europejskiemu intelektualiście. Na jego twórczość eseistyczną bez wątpienia wywarł wpływ fakt, że Améry był więźniem obozów koncentracyjnych i całe życie zmagał się z tą traumą. Dwumiesięcznik przypomina kilkanaście tekstów tego autora, między innymi fragment wydanych już po jego samobójczej śmierci Miejsc w tłumaczeniu Łukasza Żebrowskiego.
To nawiązująca do biografii pisarza opowieść o ważnych dla niego miejscach, na które patrzy on w specyficzny sposób, z ironią i krytycyzmem. Tak jest w przypadku Bad Ischl, alpejskiego kurortu, w którym spędził młodość. Kiedyś ściągało tam wyborne towarzystwo, z upływem czasu kuracjusze zaczęli się jednak zmieniać. Améry zanotował:
[…] dziś miarowym krokiem ludzi wykonujących porządną pracę spacerują kuracjusze obecnej doby. Mają nadąsane miny małomiasteczkowo-proletariackiej solidności. Czasem mówią o grzybach albo leśnych poziomkach, których szukają dla rozrywki w lasach porastających okoliczne góry, najczęściej jednak rozmowa toczy się wokół jakości kuchni serwowanej w domu, w którym akurat zostali ulokowani. Minionego splendoru nie znają, a gdyby nawet, zaraz by go przejrzeli i trafnie rozpoznali w nim imitację.
Niegdyś w znajdującej się w Bad Ischl Willi Cesarskiej odpoczywał Rudolf Habsburg-Lotaryński, zmarły później w dramatycznych okolicznościach następca austro-węgierskiego tronu. Razem z Amérym przenosimy się do przedwojennego Wiednia, gdzie przy kawiarnianych stolikach wprawdzie gromadzą się jeszcze intelektualiści, ale już czują oni na sobie oddech podnoszących coraz wyżej głowy nazistów. Zagrożenie ze strony narodowego socjalizmu coraz mocniej odczuwa także chłopak, który jest alter ego pisarza – już niebawem będzie musiał opuścić swój kraj i wyjechać najpierw do Kolonii, a stamtąd do Antwerpii. Améry zapisuje:
Jako niepożądany – każdego dnia czyta słowo „ongewenst”, kiedy w gazecie mowa jest o jemu podobnych – musi znaleźć mieszkanie na dłużej. Zaopatrzony w parę franków i tyleż centów, które uciekinierom oddaje do dyspozycji niestrudzenie troskliwa antwerpska gmina żydowska, przemierza miasto wzdłuż i wszerz w coraz bardziej sfatygowanych butach, poszukując pokoju, który byłby „te huur”, a jednocześnie niedrogi. Spotyka w Antwerpii towarzyszy niedoli, którzy chętni są do udzielenia mu rad. Wszyscy kierują go nieustannie do dzielnicy żydowskiej, „de joodse wijk”. Ale tam akurat go nie ciągnie. Wie już to i owo o antwerpskich stosunkach, słyszał, że jest tu bardzo wielu bardzo bogatych handlarzy diamentami, którzy mieszkają w okazałych nowych „buildings” na przedmieściach. Oni sami uciekli z „joodse wijk”, wydaje się bowiem, że awans społeczny idzie w parze z przeważnie pozornym odcięciem się od fatalnego pochodzenia.
Młodemu mężczyźnie nie pomogą żydowscy bogacze, ponieważ właśnie szykują się do wyjazdu. Oni już wiedzą, co wydarzy się za chwilę. W tej sytuacji bohater szuka ratunku w bibliotekach, w których może skryć się wśród książek, a także w kinie, gdzie wyświetlają właśnie film z piękną Viviane Romance.
*
O Miejscach w „Literaturze na Świecie” pisze Manfred Franke w eseju Vorarlberg i coś więcej, także przełożonym przez Łukasza Żebrowskiego. To Franke – pisarz, publicysta i redaktor radiowy – w pewnym sensie stał się „akuszerem” Miejsc. W 1968 roku zaprosił on Jeana Améry’ego do rozgłośni niemieckiego radia, by ten wziął udział w cyklu audycji poświęconych emigracji. Przez kolejne lata pisarz przysyłał do radiowej redakcji kolejne teksty, aż kiedyś podczas jednego z jego pobytów w Kolonii redaktor zapytał go, czy może napisałby większy utwór o miejscach, które wpłynęły na jego życie. Franke relacjonuje:
Améry przystał na moją propozycję spontanicznie, równocześnie gruntownie ją rozważając i czyniąc przygotowania. Po pobycie w szpitalu i rekonwalescencji potwierdzał 30 maja 1974 roku, że myśli o projekcie, „jego strukturze, miejscach i przestrzeniach”. Czwartego sierpnia przyszedł liczący 10 stron zarys książki. W towarzyszącym mu liście można było przeczytać: „Myślę, że w rozwinięciu […] jakoś zdołam się powstrzymać od nadmiernego autobiografizmu. Na pierwszym planie umieściłem miejsca i ich atmosferę, a także współczesne wydarzenia historyczne, a tego, co subiektywne, nie eksponowałem – na ile to możliwe.
Rzeczywiście: Jean Améry w swoich esejach, nawet kiedy opowiadał własną historię, starał się ukrywać to, co osobiste i prywatne. Można się o tym przekonać, sięgając po inne teksty zamieszczone w najnowszym numerze „Literatury na Świecie”.
„Książki. Magazyn do czytania”
W „Książkach. Magazynie do czytania” „Gazety Wyborczej” jak zwykle pojawia się wiele omówień nowości wydawniczych. Opublikowana właśnie po polsku powieść Pokój Vilhelma Tove Ditlevsen stała się dla Agaty Pyzik pretekstem do napisania tekstu Tragiczna i bezwzględna, traktującego o życiu i twórczości tej autorki. Duńska pisarka jest porównywa do Annie Ernaux, choć była od niej o kilkadziesiąt lat starsza. Ale podobnie jak noblistka uczyniła ze swojego życia autofikcyjną opowieść, przenosząc na karty książek historie związane ze swoim pochodzeniem, traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa i młodości, z nieudanymi małżeństwami i staczaniem się w przepaść nałogów. Pyzik zapisuje:
Życie Ditlevsen pełne było wewnętrznego napięcia. W klasie robotniczej, z której pochodziła, zawsze traktowana była jako odmieniec. Skrajnie romantyczna i wrażliwa, tęskniąca za dramatycznymi porywami serca, musiała wtłoczyć swoje życie w jedyne dostępne kobiecie ramy: żony i matki. W czasie, kiedy krytyka literacka i opinia publiczna odmawiały kobietom zdolności artystycznych, Ditlevsen traktowała swoją pisarską pracę niezwykle poważnie. Wszystkie jej wysiłki podmywało jednak to, że na partnerów wybierała alkoholików albo przerażających manipulantów. Stąd nieustanne tarcia i chaos w życiu pisarki, która regularnie lądowała w szpitalu psychiatrycznym.
Wszystko to znalazło wyraz w książkach, po które – jak ostrzega recenzentka – czytelnik sięga na własną odpowiedzialność. Dzieje się tak dlatego, że przebywanie w świecie Ditlevsen jest trudnym doświadczeniem. Ze względu na mistrzostwo językowe autorki z pewnością jest jednak warte zachodu, ponieważ w ten sposób możemy jeszcze lepiej zrozumieć jej życie. Życie, które przerwała samobójcza śmierć, zapowiedziana w Pokoju Vilhelma:
Narratorka obserwuje tu całą sytuację z perspektywy pośmiertnej, pełna spokoju i łagodnego humoru, których brakowało jej za życia. W tej kronice zapowiedzianej śmierci niczego już nie można zmienić, a odkrywając tragicznie skomplikowane życie bohaterów, miewa się wrażenie, że nic prócz decyzji o odejściu nie mogło Lise z tej nieznośnej gmatwaniny wyciągnąć.
*
Niedawno ukazała się książka kulturoznawczyni Moniki Borys Bezwstydne obrazy. Klasy ludowe w polskiej kulturze popularnej po 1989 roku. To esej, w którym autorka rozważa cztery zjawiska: fenomen disco polo, ogromną popularność serialu Świat według Kiepskich, a także filmy Patryka Vegi i tak zwane patostreamy. Na łamach „Książek…” opowiada o nich Emilii Dłużewskiej. W rozmowie zatytułowanej Ferdek ma w sobie coś z Sarmaty Borys mówi między innymi tak:
To serial, który był fenomenem: pierwszą i wciąż unikalną w Polsce tak otwartą krytyką neoliberalizmu na masową skalę. To opowieść o skrajnie ubogiej rodzinie i ich sąsiadach, którzy żyją we wrocławskiej rozpadającej się kamienicy. Pokazywał „przegranych” liberalnego kapitalizmu, a jednocześnie ten kapitalizm wyśmiewał, sprowadzając do absurdu. Rzeczywistość Kiepskich nieustannie się rozpada, a mimo to oni wciąż podejmują próby poprawy swojej sytuacji. Główny bohater serialu, Ferdynand Kiepski, w każdym odcinku próbuje wcielić w życie ideę przedsiębiorczości i w każdym odcinku kończy się to porażką.
Ten popularny serial pokazywał ludzi żyjących na granicy ubóstwa, tak jak niewiele wcześniej głośny dokument Ewy Borzęckiej Arizona (1997), opowiadający o biedzie panującej na terenie byłego PGR. Szczególnie w odniesieniu do tej ostatniej produkcji Monika Borys podkreśla specyficzne spojrzenie twórców na klasę ludową, zazwyczaj postrzeganą jako przeciwieństwo klasy średniej. Odpowiednikiem tego zjawiska jest dzisiejszy patostreaming. Borys mówi:
Patostreaming jest dystopijnym spełnieniem obietnicy, którą składała sieć Web 2.0. To treści generowane w większości przez mężczyzn, głównie z klas niższych. Patostreamerzy – jak określają się sami twórcy tych treści – transmitują swoje życie, niekiedy 24 godziny na dobę, robiąc to, czego oczekuje od nich publiczność wpłacająca im w zamian pieniądze, z reguły drobne kwoty. To często rzeczy drastyczne: upijanie się, demolowanie mieszkania, bójki, znęcanie się nad domownikami.
Patostreaming jest fenomenem istniejącym jedynie w niektórych krajach. Borys twierdzi, że poza Polską występuje w Rosji i w Chinach. Dodaje, że zamieszczane w Internecie filmy pozwalają obserwować innych ludzi w intymnych sytuacjach bez nawiązywania z nimi jakichkolwiek relacji. Niewątpliwie jest to znaczące zjawisko dla kondycji naszego społeczeństwa.