W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.
„Pismo. Magazyn opinii”
W lipcowym numerze miesięcznika „Pismo” Katia Mierzejewska, dziennikarka zajmująca się polityką międzynarodową i sprawami społecznymi, pisze o reggaetonie. Szczególny nacisk kładzie na jego ewolucję: z marginalizowanego gatunku reggaeton stał się, jak sama zapisuje: „jednym z najważniejszych języków współczesnej popkultury”. Esej otwiera scena, w której Bad Bunny, gwiazda latynoskiego trapu, a równocześnie główny bohater tekstu Mierzejewskiej, występuje w przerwie finałowego meczu ligi amerykańskiego futbolu Super Bowl LX. Koncert okazał się wielkim widowiskiem ze względu na jego teatralny rozmach i znaczenie symboliczne: „w miejscu ikonicznym dla amerykańskiego sportu […] nie odbył się po angielsku”. Występ Bad Bunny’ego – szeroko komentowany, a przez oburzoną część prawicy amerykańskiej potępiany („Donald Trump nazwał ten występ «absolutnie okropnym». Kongresmen Andy Ogles z Tennessee – «wulgarnym i nieprzyzwoitym»”) – pokazał, że możliwe jest odwrócenie ustalonego porządku społecznego. Dzieje się tak, ponieważ nawet jeśli nie mamy do czynienia z politycznymi decyzjami poprawiającymi losy grup społecznych systematycznie marginalizowanych, pomijanych i wykorzystywanych, głos Bunny’ego staje się narzędziem służącym do zmian na lepsze. Mierzejewska podkreśla olbrzymią popularność muzyka i wskazuje, jak wielką siłę oddziaływania mogą mieć jego wypowiedzi. Podczas gali rozdania nagród Grammy Bunny nawiązał do kontrowersji wokół federalnej agencji zajmującej się nielegalną imigracją w Stanach Zjednoczonych. Powiedział wprost: „ICE wypad. Nie jesteśmy dzikusami, nie jesteśmy zwierzętami ani kosmitami. Jesteśmy ludźmi. Jesteśmy Amerykanami”. Swoje zwycięstwo Bunny zadedykował wszystkim, dla których spełnianie marzeń wiązało się z koniecznością opuszczenia ojczyzny. Artysta, eksperymentując muzycznie z rytmem, ekspresją i erotyzmem, przemyca w swojej twórczości również komentarz społeczny. Jego muzyka o globalnym zasięgu jest także, jak pokazuje w eseju Mierzejewska, formą oddania głosu niedostrzeganym kiedyś muzycznym poprzednikom – mieszkańcom Jamajki, Barbadosu, Panamy, Trynidadu i Tobago, dla których muzyka była „narzędziem pozwalającym znaleźć wytchnienie w kreatywnej ekspresji, by móc znieść rzeczywistość biedy i niesprawiedliwości”.
*
Tekst Karola Cichockiego M. Gessen o tym, jak żyć w czasach państwowego terroru można czytać jako wielowymiarowe studium współczesnego autokratyzmu i równocześnie próbę znalezienia sposobu na przetrwanie tego czasu. Główny wątek tekstu stanowią życie i publicystyka Mashy Gessen – niezależnej dziennikarki. Twórczość Gessen, pisana z perspektywy niebinarnej żydowskiej imigrantki z Rosji, skupia się na analizie systemów opresyjnych – od putinowskiej Rosji po współczesną Amerykę Donalda Trumpa. „Gessen jest osobą trans, niebinarną i używa zaimków they/them [co po polsku postanowiliśmy oddać za pomocą zaimka ono/jego i czasowników w rodzaju neutralnym – przyp. red.]” – pisze Cichocki i dlatego w ślad za autorem zamierzamy stosować podobny zapis. Gessen emigrowało z Rosji trzykrotnie, po raz ostatni w marcu 2022 roku, a „w lipcu 2024 roku zostało skazane zaocznie przez rosyjski rząd na osiem lat kolonii karnej […] za rozpowszechnianie fałszywych informacji o rosyjskiej armii”. Rzekome kłamstwa dotyczyły między innymi zbrodni w Buczy. Gessen obecnie mieszka w USA, gdzie nadal skupia się na obserwowaniu, analizowaniu i krytykowaniu mechanizmów opresyjnych systemów społeczno-politycznych. Wychodzi jednak poza samą krytykę. Tekst Autocracy. Rules for Survival (Autokracja. Zasady przetrwania), opublikowany w „The New York Review of Books”, jest swego rodzaju manifestem, w którym Gessen punktuje główne przejawy autorytarnych schematów, przede wszystkim zaś dobitnie zaznacza, że kluczem do obrony jest brak zgody na kompromisy z dyktaturą – utrwalanie w sobie zdolności do oburzenia na jawne łamanie zasad demokratycznych. Gessen obecnie pracuje również nad książką o „projektach politycznych, które w jakiś sposób ucieleśniają nadzieję oraz są zakorzenione w historii polskich i czeskich dysydentów”. Ważny w tym kontekście staje się esej czeskiego myśliciela i dysydenta Václava Bendy Równoległa polis, z którego Gessen czerpie myśl o tworzeniu oddolnych, niezależnych struktur społecznych. Nadzieję widzi także w polityce lokalnej i solidarności sąsiedzkiej. Niemniej najpotężniejszą bronią okazuje się ludzka wyobraźnia – zdolność do dostrzeżenia odmiennych sposobów życia pod opresyjnymi rządami. Zapisuje:
Myślę, że dokonywanie wyborów – i, przede wszystkim, zdolność do wyobrażenia sobie tych innych, właściwszych ścieżek – daje nam największe szanse na wyjście z ciemności lepszymi niż byliśmy, gdy w nią wkraczaliśmy. Jest w tym coś z emigracji: decyzja o wyjeździe rzadko wydaje się naprawdę autonomiczna, ale wybory dotyczące tego, jak zamieszkujemy nowe krajobrazy (albo odmienne ciała) – to wymaga wyobraźni.
„Radar”
W najnowszym „Radarze” znajdziemy rozmowę Joanny Majewskiej-Grabowskiej z Anastasiją Lewkową, ukraińską pisarką i dziennikarką, autorką powieści Imiona Krymu. We wspomnianej rozmowie, otwierającej numer poświęcony zagadnieniom utopii oraz dystopii, obydwie kwestie stają się głównym przedmiotem rozważań Lewkowej. Czy obserwujemy renesans przywołanych gatunków w literaturze? Jakie wyzwania stawiają one przed pisarkami i pisarzami? Także: jakie możliwości zapewniają piszącym? Znaczenia symboliczne, społeczne, psychologiczne – to jedynie kilka z wielu warstw, które składają się na omawiane gatunki. Jak zaznacza Majewska-Grabowska:
utopijno-dystopijna antynomia umożliwia przyjrzenie się światowemu polikryzysowi. To permanentny stan, z jakim zmagają się społeczeństwa i jednostki. W tym kontekście szczególnie istotna wydaje się rola literatury, która na różne sposoby może nie tylko przedstawiać, ale i projektować rozwiązania potencjalne.
Lewkowa w Imionach Krymu posługuje się szczególnego rodzaju utopią – rozpowszechnioną ideą wielokulturowości (skażoną jednak stemplem radzieckiego internacjonalizmu). Za pomocą tego pojęcia ukazuje niesprawiedliwość i dyskryminację, której ofiarą padali Tatarzy krymscy. Autorka zmienia geograficzny półwysep w dryfującą wyspę i pokazuje okrucieństwo rosyjskiej okupacji. Dążenia Tatarów do zachowania swojej tożsamości, opór przed ujednoliceniem – właśnie takie działanie społeczeństwa obywatelskiego stanowi największe zagrożenie dla rosyjskiego agresora, dlatego budzi w nim strach. Ten zaś, przeobrażając półwysep w samotną wyspę, wywiera również wpływ na samych jego mieszkańców. To w pewnym sensie wypadkowa tragicznej sytuacji Tatarów krymskich, czyli wyboru między życiem pod okupacją a emigracją, która może oznaczać całkowity zanik wspólnoty. Jak zaznacza Lewkowa:
Rozumieją, że jest ich niewielu i jeśli teraz porzucą Krym, to na pewno zostanie on oddany na poniewierkę Rosjanom i nigdy już nie będzie ponownie ich ojczyzną. Nie będzie ziemią Tatarów Krymskich, bo i oni znikną, ponieważ się rozproszą. Nie są jak Żydzi, których diaspora jest liczna. Tatarzy zagubią się, rozpłyną i dlatego nie wyjeżdżają.
Boleśnie sprawdzają się słowa Lewkowej o tym, że wszelkie utopie i dystopie tworzono w okresie „sprzyjających warunków”, że były próbą poradzenia sobie z koszmarną rzeczywistością. Od pewnego czasu żyjemy w świecie, w którym ta zależność potwierdza się na nowo.
*
Innym sposobem opowiadania o kwestiach poruszanych w przywołanym tu numerze „Radaru” jest tekst Hanny Osadko – Świat jutra: utopia czy antyutopia. Ten niewielki objętościowo esej (w przekładzie Iwony Boruszkowskiej) przedstawia obraz rzeczywistości jak najbardziej realnej, choć instynktownie, gdyby stanąć w obronie świata sensu i zdrowego rozsądku, chciałoby się uznać go raczej za koszmarne złudzenie. Zapisy Osadko tym mocniej oddziałują na wyobraźnię, tym wyraźniej odciskają na niej swój upiorny ślad, im dalej – wraz z każdym kolejnym akapitem – wchodzimy w opisywany przez nią świat – wojenną Ukrainę. Nie są to relacje z frontowych walk ani świadectwa strachu wywołanego przez alarmy przeciwlotnicze. Świat jutra: utopia czy antyutopia zanurza się w codziennym doświadczeniu – to opisy rozmów przy kawie, ogrodowych rabatek, marzeń nastolatki, wreszcie – opis Tarnopola, położonego na stosunkowo bezpiecznym dalekim zachodzie Ukrainy. Osadko pisze prosto, zwyczajnie – tak jak zwyczajne mogą być słowa użyte w celu zarejestrowania przejawów normalności. Niemniej tracą one swoją pozorną powszedniość, gdy okazuje się, że tematem rozmowy przy kawie jest śmierć męża w bitwie pancernej, że marzeniem nastolatki jest pochowanie ojca („Największe marzenie nastoletniej dziewczynki! […] [M]ieć możliwość po ludzku pochować swojego tatę, żeby jego ciała nie obgryzały bezdomne psy…”), że wypielęgnowane klomby sąsiadują z zaminowanymi polami i szkieletami wsi na Chersońszczyźnie albo że blok, kiedyś dziewięciopiętrowy, teraz przypomina rybi szkielet. Wówczas nie trzeba wspominać o egzekucjach, gwałtach i o pociskach Kindżał – drastyczne obrazy i tak przyjdą, i zaczną wwiercać się głębiej: w wyobraźnię i skórę. Osadko nie oszczędza czytelników i czytelniczek: nawet miejsca, które mogłyby być szansą na wzięcie oddechu, czyli dzielące tekst tytuły poszczególnych akapitów, tworzą swoisty makabryczny refren. Tego rodzaju napięcie w tekście funkcjonuje na dwóch poziomach: na pierwszy, o charakterze osobistym, nakłada się poziom drugi, składający się z przytaczanych wypowiedzi osób spotkanych przez Osadko na Chersońszczyźnie i Charkowszczyźnie. To na przykład historia o osiemdziesięciodziewięcioletniej kobiecie, przed którą ukrywany jest fakt, że toczy się wojna, to wspomnienia o ucieczce nocą przez pola, to opowieści o ciałach zmarłych wywożonych na wózkach przypiętych do rowerów. Być może wszystkie wspomniane historie w pewnym sensie spaja ten jeden obraz:
Widziałam dziś, jak nad moim domem do ciepłych krajów leciały żurawie. Co roku właśnie tędy lecą, taki mają szlak. Zawsze je żegnaliśmy. Mówiliśmy: „Wróćcie na wiosnę!”. I wracały. Ale dziś leciały… wiecie… jakoś tak roztrzęsione… Miotały się po niebie przestraszone… szarpały się, drżały… Jakby to nie był klucz żurawi, tylko jakbyśmy to byli my sami…
„Książki. Magazyn do czytania”
Już niedługo usłyszycie nasz redakcyjny podcast poświęcony rodzinie Muminków. Nie dziwcie się więc, że nie mogłyśmy się oprzeć lekturze zamieszczonego w „Książkach…” tekstu Lato koniecznie w Finlandii z Tove Jansson autorstwa Justyny Czechowskiej. Autorka niczym wytrawna przewodniczka prowadzi czytelników przez miejsca związane z fińską pisarką. W ten sposób trafiamy na niezwykłą wyspę Klovharun, gdzie Jansson miała dom i gdzie razem ze swoją życiową partnerką Tuulikki przez dwadzieścia osiem lat spędzała letnie miesiące. Czechowska zapisuje:
A dlaczego wyspa? Czy nie wystarczyło jej malownicze fińskie wybrzeże? Tove nie do końca znała odpowiedź, ale gdzieś słyszała, że duszki (tak nazywała osoby homoseksualne) miewają kompleks wyspiarski, ponieważ rozpoznają się w poczuciu izolacji. Poza tym wyspa jest oddalona od reszty świata, wyraźnie ograniczona, stanowi niepodważalnie prywatną przestrzeń, a tej prywatności i wolności artystka potrzebowała najbardziej. Szczególnie po światowym sukcesie muminkowej serii, który nastąpił w połowie lat pięćdziesiątych po opublikowaniu pierwszych pasków komiksowych. Z jednej strony Tove na wyspie znalazła schronienie od rzeszy fanów, z drugiej – mogła tu w spokoju tworzyć kolejne dzieła.
Żeby odnaleźć miejsca bliskie Tove Jansson, trzeba też udać się do Helsinek, na przykład na ulicę Loutsikatu, gdzie pisarka mieszkała w dzieciństwie, a także na Ullanlinnankatu 1, gdzie mieściło się jej atelier z widokiem na dachy miasta i jego port. Jak dalej pisze Justyna Czechowska:
Na dłużej warto zatrzymać się też w parku Kaivopuisto, ulubionym parku dorosłej Tove, skąd rozciąga się widok na pobliskie wysepki oraz gdzie mieści się obserwatorium astronomiczne Ursa, inspiracja do „Komety nad Doliną Muminków”. Nieopodal parku jest największa fińska przystań. To stąd Tove i Tuulikki wypływały załadowaną przyborami do pracy i prowiantem na kilka miesięcy łodzią „Wiktorią” (nazwaną tak od imion ojców obu artystek) do letniego raju na Klovharun.
Kto zechce, ten może odwiedzić jeszcze Narodową Galerię Sztuki, gdzie mieściła się Wyższa Szkoła Artystyczna, do której chodziła Tove, albo Park przy Esplanadzie, gdzie stoi wyrzeźbiony przez jej ojca pomnik dwóch syren – do jednej z nich pozowała właśnie przyszła pisarka. Choć to i tak nie wszystkie miejsca czekające na czytelników słynnej serii Tove Jansson, które z przyjemnością odwiedziłybyśmy osobiście.
*
Już niebawem czeka nas premiera kinowa najnowszej adaptacji Lalki z Marcinem Dorocińskim jako Wokulskim i Kamilą Urzędowską w roli Izabeli Łęckiej. Z kolei Netflix zapowiada oparty na powieści Bolesława Prusa serial: zagrają w nim Tomasz Schuchardt i Sandra Drzymalska. Równocześnie pojawiają się wznowienia Lalki, które stały się dla Alicji Urbanik-Kopeć powodem do napisania tekstu Kto wynosił nocnik Łęckiej?, opublikowanego właśnie w trzecim tegorocznym numerze „Książek…”. Autorka zastanawia się, kim była służąca Izabeli, Anusia, i jak wyglądało jej życie w domu państwa. Na podstawie poradnika z 1908 roku Elżbiety Bederskiej Dobra służąca, czyli co powinnam wiedzieć o służbie i na służbie Urbanik-Kopeć rekonstruuje codzienny plan zajęć bohaterki. Zapisuje:
Anusia wstawała zapewne około piątej rano. Czesała włosy, ubierała się, ścieliła łóżko, odmawiała krótką modlitwę i była gotowa do rozpoczęcia dnia. Rozpalała pod kuchnią, a następnie po kolei wzniecała ogień w kominkach – w salonie, w jadani, dwóch gabinetach. Rozpałkę i drewno odpowiednio porąbane powinna przynieść na górę poprzedniego dnia. Teraz pozostawało tylko zamieść popiół, wywietrzyć swąd i dym, a następnie wstawić na kuchni wodę na kawę i herbatę albo rozgrzać samowar. Zależy co woleli państwo.
W samej książce postać Anusi jest tak samo marginalna, jak postać służącego Mikołaja czy służącej Marysi. Ludzie ich pokroju traktowani są przez klasę wyższą przedmiotowo, jak choćby w scenie, w której Tomasz Łęcki „podał rękę córce” i oboje przeszli „do jadalnego pokoju, gdzie już znajdowała się waza tudzież Mikołaj”. Słowa Prusa, zwolennika oświeconego pozytywizmu, nie tylko w tym miejscu zostają nacechowane złośliwością, co zauważa Alicja Urbanik-Kopeć:
Panna Łęcka jest poprzez swoje wychowanie tak daleko odsunięta od rzeczywistości, że ma na temat klasy robotniczej i całej sfery realnych warunków życia jedynie mgliste pojęcie. Wyobraża sobie, że Anusia, Mikołaj, a także jej ubrania, pierzyny i kryształowe kieliszki pochodzą z magicznego rogu obfitości – po prostu pojawiają się, gdy tego potrzebuje i zapewne znikają, gdy potrzeba zostaje zaspokojona.
Oglądając nowe ekranizacje Lalki, na pewno zwrócimy na to uwagę.
„Odra”
Esej Anny Wojciechowskiej-Ruppert Austromelancholia. Bruno Schulz i koniec genialnej epoki, zamieszczony w najnowszym numerze „Odry”, zaczyna się od słów:
Oddalona od historii, ocieniona dekadencją stara Austria była splotem przeciwieństw: postępujących nacjonalizmów i dążeń do uniwersalizmu, solidności urzędów i kolei, elegancji kawiarń oraz rażącej anachroniczności form społecznych. A jednak to tam Żydzi mogli czuć się względnie bezpiecznie, a ich świat, przy wszystkich swoich wadach i śmiesznościach, miał tę zaletę, że po prostu był. I być może to jest właśnie podstawowe źródło austromelancholii obecnej w twórczości nie tylko Brunona Schulza, ale także Josepha Rotha, Eliasa Canettiego, Roberta Musila, Karla Krausa czy Paula Celana.
Następnie autorka przywołuje między innymi książkę zmarłego w ubiegłym roku Martina Pollacka Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma. Austriacki pisarz nawiązuje w niej do wciąż powracającego mitu monarchii austro-węgierskiej, w którym tkwią źródła tęsknoty za epoką Habsburgów. Mit ów funkcjonuje także dzisiaj, o czym świadczy choćby popularność wiedeńskich koncertów noworocznych, podczas których wykonuje się Marsza Radetzky’ego Johanna Straussa (ojca). Odniesienia do tego mitu i związanej z nim melancholijnej tęsknoty znajdziemy także w twórczości autora Sklepów cynamonowych. Anna Wojciechowska-Ruppert, której tekst stanowi fragment większej całości – Ciemny fluid. Problem melancholii w twórczości Brunona Schulza – zapisuje:
Pisarze, dla których I wojna światowa była traumą całkowitej i nagłej destrukcji świata i kultury, dzielą swoje życiorysy na przed nią i po niej. W swojej twórczości wracają do c.k. monarchii nie takiej, jaką rzeczywiście była, lecz takiej, jaką zapamiętali, opisując ją przez pryzmat nostalgii (pisarze drugorzędni, tęskniący za walcami Straussa, malarstwem Klimta i dobrą kawą) oraz austromelancholii, przepuszczając ją przez filtr zwątpienia, że życie może kiedyś jeszcze być lepsze, satyry, czarnego humoru, mistycyzmu czy nieoczywistej erotyki. O takiej melancholii można mówić także w odniesieniu do Schulza.
*
W najnowszej „Odrze” nie zabrakło także tekstu poświęconego sztukom wizualnym. Agnieszka Sabor wybrała się do krakowskiego Bunkra Sztuki, żeby opisać wystawę koreańskiej artystki Si On. W rezultacie powstał tekst Dystans i ekstaza. Rozkwit i gnicie. Miałyśmy okazję obejrzeć wspomnianą ekspozycję i jesteśmy jej zagorzałymi entuzjastkami, dlatego zgadzamy się z każdym słowem autorki, gdy pisze:
patrzymy na sztukę pełną rozmachu, a zarazem precyzyjną, pozwalającą natychmiast ogarnąć całość, ale już po chwili każącą skupić wzrok i sumować szczegóły, emocjonalną i inteligentną, wydobywającą mrok z radosnych kolorów i ciepły humor z pokracznych kształtów. Odwołującą się w sposób równie głośny co naturalny do doświadczenia kobiecości, a jednocześnie unikającą prostej publicystyki. Estetyczną dzięki agresywności i rozedrganiu. Osobną – i głęboką w swojej spontaniczności. A przy tym oryginalną warsztatowo.
W recenzji znajdziemy szczegółową analizę kilku prac Si On, w tym Patrząc, która przypomina nieco malarstwo Giuseppe Arcimbolda czy obraz Jestem wolna Ariany Karimy, przedstawiający kobiecą głowę z włosami układającymi się niczym pióropusz, która wyrasta z końskiego grzbietu. Agnieszka Sabor zadaje pytanie, czy sztuka ta ma charakter feministyczny, i bez większych wahań odpowiada na nie twierdząco:
Wystarczy spojrzeć na rzeźby-idole składające się na cykl „Urodzona z pustką”, do którego kluczem jest wiersz artystki, rozpoczynający się od słów: „Ubierz mnie w szkolny mundurek. / Zapnij kołnierzyk, wygładź plisy. / I tak będę chodzić po korytarzach, / przez szepty, przez cichy ból”. Uproszczone, pozbawione rąk torsy przypominają piony szachowe, pierwsze do zbicia. Mają to samo pozbawione energii spojrzenie, nijakie fryzury. Przypisane są im role. Niekoniecznie konserwatywne. Obok biało-granatowej uczennicy i pielęgniarki spętanej fartuchem pojawiają się bokserka z logo firm sportowych i biegaczka w żółtej bluzie z kapturem. Wyzwolone, aktywne, walczące. Ale to nadal role – choćby i emancypacyjne, ale i tak podyktowane przez innych.
Jeśli zamierzacie odwiedzić Kraków, koniecznie zobaczcie omawianą tu wystawę. Można ją oglądać do końca sierpnia tego roku. Przeczytajcie także zamieszczony w katalogu świetny tekst Doroty Masłowskiej, która jest kuratorką tej wyjątkowej ekspozycji.