Powiedzieć, że Kurt Vonnegut był człowiekiem pełnym sprzeczności, to powiedzieć niewiele. Polscy czytelnicy niedawno otrzymali dowód wewnętrznych rozdarć wielkiego pisarza w postaci zbioru listów przez niego napisanych. Wyłania się z tej korespondencji portret człowieka rodzinnego, który jednak rozstał się z żoną, kiedy już wychowali wszystkie dzieci (a mieli ich mnóstwo – również tych adoptowanych). Humanisty walczącego o prawa człowieka (przez kilkadziesiąt lat podejmował starania, by wydostać ze Związku Radzieckiego swoją tłumaczkę na język rosyjski – w końcu dopiął swego), który był zarazem pozbawionym złudzeń mizantropem: kochał ludzi, ale nienawidził gatunku Homo sapiens. Człowieka ciepłego, dbającego o swych przyjaciół, lecz zarazem niezwykle sarkastycznego i okrutnego w przenikliwych ocenach naszej cywilizacji i kultury.
Owe sprzeczności i niejednoznaczności osobowości Vonneguta przeniknęły, rzecz jasna, do jego twórczości. Uprawianą przez niego literaturę określano na różne sposoby i łączono z różnymi kategoriami, takimi jak science fiction, groteska, postmodernizm czy powiastka filozoficzna. Każda z nich w zasadzie oddaje pewne aspekty jego pisarstwa. Sam Vonnegut unikał jednoznacznych autodefinicji; był chyba pisarzem instynktownym. Znakomicie ukazywał ducha czasów, zmienną i płynną rzeczywistość, w której akurat przyszło mu żyć; używał przy tym narzędzi, które miał pod ręką. Już pierwsze powieści Vonneguta, czyli antyutopijna Pianola (1952) i groteskowe Syreny z Tytana (1959), sprawiały trudności z ich jednoznacznym zaklasyfikowaniem – ówcześni czytelnicy i krytycy dostrzegali oczywiście zawarte w nich elementy gatunku science fiction, była to jednak fantastyka bardzo niestereotypowa, wykazująca przedziwne mutacje formalne oraz niestandardowe fluktuacje treści.
Sam autor różnie odnosił się do literatury science fiction, od której przecież zaczynał. W liście z listopada 1950 roku skierowanym do jego przyjaciela Millera Harrisa pisał: „Liczę na to, że wyrobię sobie renomę pisarza fantastycznonaukowego. Taka jest koncepcja. Zobaczymy”1. Jednak później pojawił się w jego wypowiedziach coraz wyraźniejszy stosunek ambiwalentny do fantastyki naukowej, która zaczęła być dość powszechnie postrzegana jako rodzaj artystycznego więzienia. Więzienia, dodajmy, które zamykane jest od zewnątrz (krytyka głównego nurtu), ale także barykadowane od wewnątrz (środowisko pisarzy i fanów science fiction, strzegące niczym relikwii „czystości gatunkowej” tej literatury). Świetny tłumacz Vonneguta na język polski, Lech Jęczmyk, pisał, że stosunek pisarza do fantastyki naukowej był „bardziej kuzynowski niż braterski”2.
Mimo wszystko trudno jest sobie wyobrazić twórczość autora Kociej kołyski bez instrumentarium science fiction; zdecydowana większość jego tekstów opiera się przecież na pomysłach zaczerpniętych z fantastyki naukowej. Są one jednak w intrygujący sposób przeobrażane; najlepiej widać to chyba na przykładzie powieści Śniadanie mistrzów (1973), początkowo bardzo surowo przyjętej przez krytykę, z czasem jednak uznanej za kanoniczny utwór Vonneguta. Otóż jednym z bohaterów tej powieści, będącej groteskowym przedstawieniem upadku kultury i cywilizacji amerykańskiej, jest Kilgore Trout (występujący także we wcześniejszej książce pisarza zatytułowanej Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater), groszowy pisarz science fiction. Jego pozornie absurdalne pulpowe utwory fantastyczne, których fabuła jest streszczana przez narratora powieści, okazują się najlepszym i najbardziej aktualnym komentarzem do przedstawionego w fabule świata współczesnych katastrof ekologicznych. Przypomina to metodę twórczą Stanisława Lema z późnego okresu jego twórczości – metaliterackie apokryficzne recenzje z książek nigdy nienapisanych bądź niemożliwych do napisania, stanowiące znakomity, nieustannie się aktualizujący komentarz dotyczący pogrążającej się w katastrofie cywilizacji.
Poetyka science fiction wydaje się zatem idealnie pasować do ostrzegawczych treści podlanych ironicznym sosem, które serwuje Vonnegut w swoich powieściach. Mimo to w eseju o fantastyce naukowej autor pisał gorzko:
[…] z recenzji dowiedziałem się, że jestem pisarzem science fiction. Nic o tym nie wiedziałem. Uważałem, że piszę powieści o życiu, o rzeczach, które musiałem widzieć i słyszeć […]. Od tego czasu jestem niechętnym lokatorem szuflady oznaczonej nalepką „science fiction”, chciałbym się z niej wyrwać, zwłaszcza że tak wielu poważnych krytyków stale myli ją z urynałem. Najwidoczniej, by dostać się do tej szuflady, pisarz winien zainteresować się techniką. Panuje powszechne przekonanie, że nie można być szanowanym pisarzem, jeśli się pojmuje zasadę działania lodówki3.
Chyba najlepiej podsumowuje rolę instrumentarium science fiction w twórczości autora Śniadania mistrzów Dominika Oramus: „SF […] pozwala przyjrzeć się zjawiskom i zależnościom niedostępnym dla prozy realistycznej. Dzięki konstruowaniu nierealnych fabuł może przekazać wrażenie absurdu czy przerażenia, jakie trudno jest wzbudzić tej drugiej”4.
Literatura Vonneguta, mimo tonu buffo i proweniencji fantastycznych, naznaczona jest nutą osobistych tragedii autora, jego przeżyć z czasów wojny, co znów łączyłoby wymowę tych tekstów z twórczością Lema. Obaj wywodzą się z tego samego wojennego pokolenia, w Polsce nazywanego pokoleniem Kolumbów. Agnieszka Gajewska poświęciła niezwykle interesującą monografię (Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema) zagadnieniu pseudonimowania przeżyć okupacyjnych Lema w jego prozie science fiction.
Wydarzeniem, które naznaczyło życie Vonneguta, a zarazem uformowało go twórczo5, był nalot dywanowy aliantów na Drezno, który praktycznie zrównał miasto z ziemią. Pisarz przebywał wówczas w obozie w mieście jako jeniec wojenny, bombardowanie oczywiście przetrwał, reminiscencje z tego okresu nieustannie pojawiały się w jego twórczości (przede wszystkim w powieści Rzeźnia numer pięć z 1969 roku). W liście do ojca datowanym na 29 maja 1945 roku Vonnegut pisał:
Odmawiano nam [w obozie jenieckim w Dreźnie – J.S.] pomocy medycznej i odzieży i zmuszano do wielogodzinnej harówki. Nasze racje żywnościowe wynosiły dwieście pięćdziesiąt gramów czarnego chleba i talerz nieprzyprawionej zupy ziemniaczanej dziennie. Po dwóch miesiącach desperackich prób poprawienia naszej sytuacji, które spotykały się z obojętnymi uśmiechami, powiedziałem strażnikom, co zamierzam im zrobić, kiedy przyjdą Rosjanie. Trochę mnie poturbowali, a potem zdjęli z funkcji przedstawiciela grupy. Pobicie to drobiazg – jeden chłopak umarł z głodu, a dwóch esesmani zastrzelili za kradzież jedzenia. Około 14 lutego przylecieli Amerykanie, a po nich RAF. Wspólnymi siłami w ciągu dwudziestu czterech godzin zabili dwieście pięćdziesiąt tysięcy ludzi i doszczętnie zniszczyli Drezno, chyba najpiękniejsze miasto świata. Ale nie mnie6.
W listach wielokrotnie wracał do tego zdarzenia, które łączy w sobie tragizm z groteską – bombardowanie było bowiem z punktu widzenia alianckich celów strategicznych zupełnie zbędne, a zarazem śmiercionośne w najbardziej spektakularny sposób; zdumiewał Vonneguta rozmiar i zarazem absurd tej tragedii; i ten przedziwny konglomerat sprzecznych doznań naznaczył jego późniejszą twórczość. Od tej pory Billy Pilgrim – jego literackie alter ego – nieustannie dziwił się światu i tragikomicznym kolejom losu, nonsensownym koincydencjom. Z tego punktu widzenia ów Hiob XX wieku przypomina wolterowskiego Kandyda, który przygląda się tragediom rozgrywającym się przed jego oczyma i stale powtarza ironicznie wybrzmiewającą, znaną formułę Leibniza: „przecież żyjemy na najdoskonalszym z możliwych światów”. Vonnegut skraca tę frazę do lapidarnego „zdarza się”, którym kwituje wszelkie straszne i zadziwiające wypadki opisywane w jego utworach. Lapidarność owa jest widoczna w jego listach, również w tym poświęconym tragedii w Dreźnie („Ale nie mnie”). Jeden z pierwszych poważnych krytyków literackich, który zwrócił uwagę na odrębność stylistyczną autora Syren z Tytana, Robert Scholes, pisał w swym opracowaniu The Fabulators (1967):
Vonnegut lepiej od wszystkich dzisiejszych pisarzy wykorzystuje retoryczny potencjał krótkiego zdania i krótkiego akapitu, często uzyskując silny efekt komiczny lub dramatyczny poprzez wyodrębnienie pojedynczego zdania w osobnym akapicie lub wyrwanie frazy z kontekstu w przykuwającym uwagę nagłówku rozdziału7.
Stosunek Vonneguta do własnego dorobku literackiego fluktuował8. W liście z 1960 roku adresowanym do Normana Mailera pisarz wyznawał: „Mam sarkastyczny stosunek do własnej twórczości”9. Jednak w wywiadzie wydrukowanym w latach 70. w czasopiśmie „Playboy” mówił:
Pisarze są wyspecjalizowanymi komórkami w organizmie społecznym. Są komórkami ewolucyjnymi. Ludzkość usiłuje stać się czymś innym, stale eksperymentuje z nowymi pomysłami. Pisarze zaś są środkiem wprowadzania nowych pomysłów do społeczeństwa, a także środkiem symbolicznego reagowania na życie. Nie sądzę, żebyśmy panowali nad tym, co robimy. Robimy to, co robimy, i wyrażamy całe społeczeństwo – tak jak komórki czuciowe na powierzchni całego ciała działają w służbie ciała jako całości. I kiedy społeczeństwo znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie, zwykle trąbimy na trwogę. Moja teoria sztuki opiera się na zasadzie kanarka w kopalni. Jak wiadomo, górnicy zabierali do kopalń ptaki w klatkach, żeby wykrywały gaz, zanim ludzie się zatrują. Myślę, że artyści – wszyscy artyści – powinni być cenieni, bowiem są czymś w rodzaju systemów ostrzegawczych10.
W tym samym wywiadzie na pytanie o możliwe konsekwencje zaniku słowa pisanego Vonnegut odpowiedział: „Myślę, że ludzie zdychaliby jak wściekłe psy, warcząc, skacząc sobie do gardeł i kąsając własne ogony”11. Trudno nazwać to optymistyczną wizją. Przedziwne połączenie pesymizmu pisarza z wyjątkowym wewnętrznym ciepłem (cecha ta bywa podkreślana przez niemal wszystkich ludzi, którzy go poznali), a także z obywatelskim zaangażowaniem w sprawy publiczne, tworzy niepodrabialną osobowościową całość. W latach 80. Vonnegut odwiedził Polskę jako delegat PEN Clubu, żeby ocenić sytuację polskich pisarzy pod rządami generała Jaruzelskiego po rozwiązaniu Związku Literatów Polskich. Spotkał się z Lechem Wałęsą i wyraził zgodę na bezpłatną publikację powieści Matka noc w obiegu podziemnym.
Źródła swego pesymizmu chyba najtrafniej określił natomiast w przemówieniu wygłoszonym do absolwentów Bennington College w 1970 roku:
Prawda naukowa miała nas uczynić absolutnie szczęśliwymi, a życie wygodnym. Kiedy miałem dwadzieścia jeden lat, zrzuciliśmy prawdę naukową na Hiroszimę. Wszyscy zostali zabici. Właśnie wróciłem z Drezna, gdzie byłem więźniem wojennym i patrzyłem, jak miasto spłonęło do fundamentów. A świat właśnie dowiedział się, jak potworne były niemieckie obozy koncentracyjne. Więc pogadałem od serca ze sobą.
– Hej, kapralu Vonnegut – powiedziałem do siebie. – Może się myliłeś, będąc optymistą. Może pesymizm jest właściwszą postawą12.
Cóż. Zdarza się.
1 K. Vonnegut, Listy, oprac. i wstęp D. Wakefield, tłum. T. Bieroń, Poznań: Zysk i S‑ka, 2026, s. 63.
2 L. Jęczmyk, Życie jako okręt oglądany od spodu, Olsztyn: Stalker Books, 2020, s. 95.
3 K. Vonnegut, Science fiction [w:] tegoż, Wampetery, foma i granfalony, tłum. D. Dowjat, Warszawa: Da Capo, 1997, s. 21.
4 D. Oramus, O pomieszaniu gatunków. Science fiction a postmodernizm, Warszawa: Wydawnictwo Trio, 2010, s. 133.
5 Fascynujące jest również – analogiczne na bardzo wielu poziomach interpretacji – podejście Lema i Vonneguta do fundamentalnej roli przypadku w życiu człowieka, a także w absurdalnych przejawach funkcjonowania całej ludzkości.
6 K. Vonnegut, Listy, s. 34–35.
7 Cyt. za: tamże, s. 104.
8 Zapewne istotnym czynnikiem były tu zmiany w zakresie popularności jego książek; w latach 50. i 60. jego utwory sprzedawały się w umiarkowanych nakładach, sukces nastąpił pod koniec lat 60. i miał wiele wspólnego z rozwijającym się wówczas burzliwie ruchem kontrkultury, z atmosferą antywojenną wywołaną konfliktem w Wietnamie.
9 Tamże, s. 110.
10 W.R. Allen, Conversations with Kurt Vonnegut, Mississippi: University Press of Mississippi, 1988.
11 Cyt. za: L. Jęczmyk, Życie…, s. 96–97.
12 K. Vonnegut, Wampetery…, s. 154.
