Muzyczny dinozaur rocka i gaduła o cechach narcystycznych, któremu buzia się nie zamyka – tak bardzo nieżyczliwie moglibyśmy określić głównego bohatera Rubi, gdybyśmy podobnie jak w powieści musieli wieźć takiego pasażera BlablaCarem. Mnie osobiście jako kierowcy trudno byłoby z nim wytrzymać. Literatura na szczęście potrafi tak zarządzać światem i ludźmi, że słuchamy z uwagą także tych, którym w życiu poświęcilibyśmy zaledwie kilka minut. W ich opowieściach odnajdujemy sens własnych doświadczeń i ciężar spraw, które nosimy w sobie.
Co sprawia, że nasza uwaga zatrzymuje się przy czyimś życiu rozpisanym w literaturze? W dodatku takiej, która nie wprowadza brawurowych rozwiązań artystycznych, tylko raczej odwołuje się do konwencji tradycyjnych opowieści rodzinnych? Gdyby krytyka literacka umiała wyczerpująco odpowiedzieć na to pytanie, to byłaby pierwszą potrzebą intelektualną wśród rzesz czytelników i czytelniczek. Niemniej trzeba próbować. Rubi (tytuł został zaczerpnięty z piosenki The Rolling Stones) jest bowiem niepretensjonalną powieścią, w której można osiąść i odnaleźć siebie, a nawet nie zgodzić się w kilku kwestiach z jej bohaterem. Jak Damianowi Jankowskiemu udało się wprowadzić mnie w ten czytelniczy stan? W dużej mierze decyduje o tym sytuacja narracyjna, znana z dwudziestowiecznych powieści, między innymi Upadku Alberta Camusa.
Wbrew notce wydawnictwa na skrzydełku, tryb opowiadania w Rubi Damiana Jankowskiego bliższy jest monologowi niż gawędzie. Dowodzi tego forma spowiedzi głównego bohatera, który przez całą drogę mówi do kogoś. Dość szybko orientujemy się, że towarzyszy mu słuchaczka siedząca za kółkiem i tylko czasami przerywająca drobnymi uwagami i pytaniami, wchłoniętymi przez narrację. To przed tą obcą, a przy tym uważną starszą kobietą, jak również przed czytelnikami otwiera się jego świat wspomnień i rodzinnych historii. Chce poznać „rację przypisaną sobie”, opowiadać dalej, oczyszczając się.
To sytuacja idealna dla barwnego anegdociarza, zdolnego do snucia refleksji, także krytycznych wobec samego siebie. Bohater jest sprawnym opowiadaczem, umie poprowadzić i związać wątki w opowieść o ludzkim życiu, które zawsze pozostaje niepełne, niedopowiedziane, urwane przez śmierć. Słuchaczka mu nie przerywa, nie próbuje niczego na nim wymusić. A on, obdarzony talentem snucia opowieści, dziś powiedzielibyśmy: storytellingu, mówiąc o swojej rodzinie, coraz bardziej zagłębia się w siebie.
Bohaterem książki jest około czterdziestoletni nauczyciel historii, pochodzący z małej miejscowości Wiagry (okolice Olsztyna), po tacie meloman i kibic włoskiej piłki nożnej, który przeprowadził się na studia do Warszawy. Próbując zmierzyć się ze swoją przeszłością, dochodzi do wniosku, że człowiek nie jest w stanie zrelacjonować tego co przeżył, od początku do końca. Taka jest natura opowieści. Te samoograniczenia go nie zrażają. Z kilometra na kilometr tej nocnej podróży coraz bardziej odsłania się cel snutej historii. Zamierzeniem bohatera nie jest wyeksponowanie własnego ja. Chce dokonać emocjonalnego wyzwolenia poprzez wyznanie tego, wobec czego tak wiele razy był bezwolny, bezbronny. Próbuje oswoić „śmierć” osób bliskich, które go ukształtowały.
Opowiadając, przywraca niejako życie członkom rodziny, którzy odeszli z tego świata i wypełniają jego wspomnienia. Dzięki pracy pamięci udaje mu się (auto)terapeutyzować doświadczenia, spojrzeć na „odchodzenie” nie tylko jako na ciężar, ale też istotny element układanki życia, które docenia się, gdy wniknie się głębiej w przeszłość i z nią zjednoczy. Czy to mu się udaje? Czytając tę skokową narrację o różnych członkach rodziny, zmarłej mamie, babci i cioci, można odpowiedzieć twierdząco. Losy tych kobiet, pełnych siły, woli przetrwania, pasji życia i radości, opisywane są wręcz z almodowarowską wrażliwością. Bohater wykorzystuje moc swojej narracji do przepracowania żałoby, żalu, straty. Relacjonuje barwne biografie, chłonąc życie z każdej gałęzi swojego drzewa genealogicznego. Jak zresztą podkreśla: „A pamięć… pamięć, powiem pani, to potężna moc. Ale i tajemnicza. Czasem myślę, że nie ma w niej porządku”1. Opowiadając, próbuje ten porządek w niej przywrócić. Zasadnicze pytanie w przypadku Rubi brzmi: co właściwie zaburzyło jego spokój i ład?
W powieści najwyraźniej zarysowują się dwa zdarzenia z życia bohatera wywołujące w nim poczucie kroczenia ku ciemności. Pierwszym jest nagła śmierć kuzyna Kamila, przyjaciela towarzyszącego mu przez całe życie. Kamil jest jego całkowitym przeciwieństwem, jeśli chodzi o wyznawane wartości i dążenia. Zarazem stanowi pewien niedościgniony wzór, wyznaje kod moralny, którego bohater długo nie potrafi rozszyfrować, a przez to obłaskawić własnych życiowych rozczarowań i strat. Drugim jest równie nagła „śmierć” miłości do dziewczyny – Marty o pseudonimie Rubi. Poznali się w warszawskim kinie na filmie Somewhere w reżyserii Sofii Coppoli. I to była właśnie ta miłość. Co łączy obie te relacje bezimiennego bohatera, co jest ich wspólnym mianownikiem?
W przypadku Kamila, jego rówieśnika, który nigdy nie wyjechał z Wiagr, założył rodzinę i – jak to bywa z absolwentami filologii polskiej – wykonywał wiele różnych zawodów, można mówić o akceptacji wszystkiego, co go spotkało, i o pogodzeniu się z tym, że człowiek przemija, a życie jest kruche i nieprzewidywalne. Kamil bowiem najpierw dowiaduje się o nieuleczalnej chorobie, która powoli paraliżuje jego ciało. Zaś kiedy wydaje się, że nie może być gorzej, spotyka go śmiertelny cios, który drastycznie skraca jego życie. Natomiast w przypadku prawie piętnastoletniej relacji z Rubi, tej efemerycznej miłości, która nigdy nie przeistoczyła się w stały związek, dochodzi do rozwiązania relacji i przewartościowania nagromadzonych emocji, zwieńczonych poczuciem braku realizacji.
O obu tych postaciach główny bohater mówi w trybie nie(do)obecności, jakby relacje z nimi były niezagojoną raną. W toku narracji, pełnej autorefleksji, dokonuje się w nim oczyszczająca, wewnętrzna przemiana. Lub przynajmniej jej zalążki, pozwalające spojrzeć na przeszłość bardziej wyrozumiale. Ta przemiana pozwala mu zrozumieć, jak ważne jest oswojenie tego, na co nie ma się wpływu. I odkryć, że „samotność jest jak kolega, którego niby nie lubisz, ale z którym znacie się od dawna, trafiacie na siebie przy różnych okazjach. I macie ze sobą coraz więcej wspólnych tematów”. Tylko tyle, a może aż tyle, ma on do zaproponowania sobie samemu i czytelnikom oraz czytelniczkom, którzy będą chcieli odkryć w postaci głównego bohatera i narratora cząstkę siebie. Z jednej strony człowieka zakorzenionego w przeszłości, przez którą trudno mu coś zbudować i spojrzeć jasno naprzód. Z drugiej kogoś, kto uczynił ze wspomnień warstwę ochronną, która pozwoliła mu iść przez życie silniejszym, z nadzieją, że może być lepiej.
Tym, co ujmuje w Rubi, jest prostota narracji; pewne sceny niczym filmowe obrazy zostają w wyobraźni, co świadczy o dużej sprawności literackiej autora. Czytając tę książkę, w ogóle nie czułem, że to tekst debiutującego powieściopisarza. A przecież jest to pierwsza proza w dorobku Damiana Jankowskiego. Czasem chciałoby się jednak przyśpieszyć tok opowiadania, zjechać z wyznaczonej trasy, skręcić bez zapowiedzi w inną uliczkę, odchodząc od konwencji nostalgicznej powieści rodzinnej z głównym bohaterem dręczonym melancholią. Ta statyczność i przewidywalność są w pewnym sensie zaletą opowieści, która wyróżnia się rzadką w najnowszej młodej polskiej prozie skłonnością do refleksji metafizyczno-eschatologicznej i poszukiwania egzystencjalnej głębi. Literacko piękna jest scena, w której główny bohater oczami wyobraźni widzi w domu w jednym pokoju zmarłych i żywych: mamę, babcię, swoją starszą siostrę, Kamila, tatę, wujka. Rodzinę zjednoczoną poza granicami czasu i przestrzeni.
Jedynym, co mogę zarzucić autorowi, jest pewna schematyczność i powolne tempo narracji. Choć z drugiej strony mogą one być jej atutem, gdyż dzięki tym cechom próg wejścia do lektury Rubi nie jest wysoki. Wątpliwości może budzić też obudowanie psychologiczne głównego bohatera, bardzo zakorzenionego w sobie, poważnego, uduchowionego, pozbawionego pewnej autoironii. A szkoda. Bo autoironia pozwala lepiej znosić świat. Czasem trudno jest też przebić się przez przepastność wyartykułowanych myśli i spostrzeżeń, które czynią z bohatera niejako więźnia własnej filozofii „ciemności”, teleologii zła, „bezwzględności wyroku losu”, fatalizmu. Przykładem tego są chociażby takie stwierdzenia: „Wybieramy dwa, trzy razy w życiu, nic więcej. Reszta to konsekwencja. Potem ewentualnie plujemy sobie w brodę. Mogłem postąpić inaczej. Użyć innych słów. Mogłem to czy tamto”2. Trudno znaleźć uzasadnienie tej prawdy w fabule, podobnie jak tej: „Trzeba dźwigać na grzbiecie swoje błędy, pomyłki, złe decyzje. Z czasem ciężar robi się coraz większy. Ciężko iść przez życie wyłącznie słoneczną stroną ulicy, naprawdę ciężko…”3. Niemniej są to prawdy wewnętrzne, które mogą być o tyle ciekawe, że dają się zweryfikować. To wszystko są jednak „minusy dodatnie”, które nie powinny zaciemnić dobrego wejścia Damiana Jankowskiego w świat prozy literackiej.
W chaosie wartości, w jakim żyjemy, powieść Rubi jest jak narracyjna podróż, podczas której możemy odpocząć, wyciszyć się, uciec od polityczności i zaangażowania literatury. Bo jeśli wciąż wierzyć, że literatura dla niektórych ma wartość terapeutyczną, to Rubi może być jednym z argumentów na rzecz tej tezy. Widać w niej potencjał do oswojenia tego, co budzi lęk, strach, odwraca od jasnej strony życia – tej, której poszukiwał główny bohater. Oswojenie tej powieści nie daje gwarancji, że ją znajdziemy, ale może potwierdzić, że przynajmniej nasze poszukiwania literackie w polskiej prozie zmierzają w dobrym kierunku.
1 D. Jankowski, Rubi, Pruszków: Wydawnictwo JanKa, s. 57.
2 Tamże, s. 87–88.
3 Tamże, s. 83.
