Wyobrażam sobie, że książkę Pauliny Małochleb można przeczytać dość powierzchownie – jako kolejną opowieść o macierzyństwie w warunkach neoliberalnego kapitalizmu: o presji ciągłej optymalizacji „projektu dziecko”, o macierzyńskim wstydzie, dyscyplinowaniu kobiet i poczuciu winy wpisanym w samą strukturę współczesnego rodzicielstwa. Można widzieć w niej przede wszystkim krytykę macierzyństwa jako instytucji, z jego hierarchiami, normatywnością, przemocą symboliczną i niewidzialną pracą opiekuńczą, albo analizę eksploatacji tego, co Kathi Weeks czy Silvia Federici nazwałyby pracą miłości.
Taka lektura sprowadzałaby książkę do kolejnej krytyki współczesnych oczekiwań wobec macierzyństwa – obok tekstów Agnieszki Graff, Natalii Fiedorczuk, Sylwii Chutnik, Ingi Iwasiów czy Elżbiety Korolczuk, a w szerszym kontekście oczywiście między innymi Adrienne Rich, Sary Ruddick, Orny Donath, Sophie Lewis, Rachel Cusk, bell hooks, Élisabeth Badinter i wielu innych. Po prostu kolejna historia o kobietach rozpiętych między pracą zarobkową, opiekuńczą i emocjonalnym zarządzaniem rodziną, które nieustannie słyszą, że powinny być bardziej obecne, bardziej uważne i bardziej zaangażowane. Byłaby to opowieść o kulturze produkującej coraz to nowsze standardy „dobrego macierzyństwa”, a następnie obarczającej kobiety odpowiedzialnością za ich niespełnienie. O świecie, który wymaga od matek jednoczesnej produktywności i całkowitej dyspozycyjności, a potem sprzedaje im poradniki, kursy i terapie mające pomóc poradzić sobie z konsekwencjami tych sprzecznych oczekiwań. Innymi słowy: jeszcze jedna (słuszna, lecz nieodkrywcza) krytyka zawłaszczenia macierzyństwa przez logikę akumulacji kapitału, gdzie troska zostaje sprywatyzowana, odpowiedzialność zrzucona na jednostkę, a strukturalne problemy przedstawione jako osobiste niepowodzenia.
Tyle że taka interpretacja, choć nie byłaby całkowicie błędna, przeoczyłaby to, co w tej książce najciekawsze. Bo choć można ją (złośliwie) czytać jako katalog macierzyńskich uwikłań i krzywd, warto zwrócić uwagę na trzy rzeczy, które Małochleb robi w sposób wyjątkowo ciekawy w polskim kontekście. Po pierwsze, diagnozuje pewną pokoleniowo-klasową pułapkę, w którą wpadli rodzice z określonej – i wcale nie małej – bańki społecznej. Po drugie, pokazuje, jak z tego uwikłania wyłania się propozycja innego sposobu uprawiania twórczości, podważającego figurę samotnego geniusza i mit własnego pokoju. Po trzecie zaś, ucieleśnia doświadczenie opieki w taki sposób, że zaczyna ono działać wspólnototwórczo, niemal jak rodzaj związku zawodowego opartego na wspólnocie afektów, mięśni i codziennej pracy.
Naczytali się
Można oczywiście powiedzieć, że Małochleb pisze z pozycji względnego przywileju: osoby z doktoratem, stałym zatrudnieniem, mieszkającej w dużym mieście i wychowującej dzieci ze wspierającym partnerem. Łatwo więc uznać jej problemy za wydumane kłopoty klasy średniej. I właśnie tutaj ujawnia się diagnostyczna siła tej książki. W osobistej narracji, która nie rości sobie prawa do socjologicznej diagnozy, Małochleb uchwyciła doświadczenie słabo dotąd opisane w Polsce – doświadczenie pokolenia kultury terapii i ekonomicznej prekarności. Młodych rodziców i tych w średnim wieku, pracujących w kulturze, edukacji czy sektorze kreatywnym, często pochodzących z rodzin robotniczych, ludowych lub prowincjonalnych, którzy dzięki edukacji zdobyli kapitał kulturowy, ale niekoniecznie ekonomiczny. Ponieważ wierzymy książkom, to ufamy Donaldowi Winnicottowi, Jasperowi Juulowi, Marii Montessori i rodzicielstwu bliskości. Wiemy, że dzieci nie powinno się wychowywać strachem, zawstydzaniem ani przemocą. Chcemy tłumaczyć, koregulować, wspierać autonomię i budować bezpieczne relacje. Problem polega na tym, że próbujemy realizować ten model bez zasobów ekonomicznych klasy średniej, dla której został on w dużej mierze zaprojektowany. Nie stać nas na prywatne placówki, dodatkową opiekę czy outsourcing codziennych obowiązków. Jednocześnie mamy świadomość konsekwencji zaniedbań i przemocy, więc próbujemy „nadrobić” własną obecnością. To przedsięwzięcie z góry skazane jest na częściową porażkę.
Do tego często dochodzi oddalenie od rodzin pochodzenia. Wiele osób z tej grupy nie korzysta z pomocy babć, cioć lub dalszej rodziny – nie tylko z powodów geograficznych, ale także kulturowych. Rodzicielstwo bliskości, rezygnacja z kar fizycznych i inne praktyki inspirowane współczesną psychologią bywają odbierane przez rodziny pochodzenia jako fanaberie i podsumowywane wzruszeniem ramion: „Naczytali się”.
Ten rodzaj izolacji stawia przed rodzicami „naczytanymi” inne wyzwania niż te, których doświadczają na przykład rodzice tradycyjnie wychowujący dzieci w wielopokoleniowych rodzinach. Nie chodzi o wyliczankę, kto ma gorzej i komu bardziej należy się współczucie, lecz wskazanie że to, co z zewnątrz wygląda jak uprzywilejowanie, bywa również szczególnym rodzajem uwikłania w neoliberalną kulturę hiperindywidualnej odpowiedzialności.
Własny pokój, my ass
Można oczywiście wzruszyć ramionami, że to wszystko wydumane fanaberie i problemy Pierwszego Świata. Że kiedyś ludzie po prostu mieli dzieci, chodzili do pracy, dziecko wracało ze szkoły z kluczem na szyi, odgrzewało sobie zupę albo przejmowała je babcia. A jeśli miało ojca pisarza czy artystę, wiedziało, że do gabinetu się nie wchodzi i nie przeszkadza w pracy. A jeśli przeszkadzało, dostawało klapsa albo było dyscyplinowane krzykiem.
I właśnie tutaj spotykają się dwa ważne dla mnie wątki tej książki. Małochleb trafnie opisuje zjawisko, które w Polsce wciąż pozostaje słabo nazwane: nałożenie się materialnych warunków pracy twórczej na określony model wychowywania dzieci, często praktykowany właśnie przez rodziców pracujących twórczo – ta zaczerpnięta z lektur i wyniesiona z terapii niechęć do powtarzania przemocy, której sami często doświadczyliśmy, głęboko uwewnętrznione przekonanie, że dzieci należy wychowywać poprzez bliskość, obecność, koregulację i rozmowę, a nie za pomocą strachu, wymuszania posłuszeństwa czy zawstydzania. Psychologia rozwojowa przybija nam za to piątkę, ale ma to swoje konsekwencje. Nie będziemy przecież uczyć dziecka klapsem, że nie wolno mu wejść do gabinetu, gdy piszemy. Cholera, przecież my nie mamy nawet gabinetu. Mamy kawałek stołu w kuchni.
Gdy taki model rodzicielstwa nakłada się na warunki pracy artystycznej – prekarność, brak zabezpieczeń społecznych, brak zaplecza opiekuńczego, a nierzadko ekonomiczny przymus rezygnacji z twórczości (świetnie opisują to Sonia Jaszczyńska, Agata Klepka i Agnieszka Strzeżek w książce Ręka, która porusza kołyskę, trzyma pędzel) – to nieuchronnie zaczynamy pisać, malować i tworzyć inaczej.
Ideałem twórczości pozostaje wciąż figura geniusza, który może całkowicie zatracić się w pracy, oderwany od rzeczywistości i niepomny jedzenia donoszonego mu przez niewidzialną rękę (vide narracja Josepha Conrada opisana przez Ursulę K. Le Guin w Ręce, która kołysze kołyskę, pisze książkę), tygodniami cyzelować zdania i rozwijać swoje idee w odosobnieniu, podczas gdy ktoś inny wykonuje niewidzialną pracę krzątacką i opiekuńczą, podtrzymując jego świat przy życiu. Tymczasem Małochleb wykonuje ciekawą woltę. Zamiast postulować zapewnienie twórczyni własnego pokoju, pyta, czy własny pokój rzeczywiście powinien pozostać warunkiem tworzenia. Co, jeśli wartość ma także pisanie powstające przy kuchennym stole – rwane, nieciągłe, przerywane z powodu cudzych potrzeb, ale jednocześnie głęboko osadzone w relacjach? Co, jeśli doświadczenie opieki nie jest przeszkodą dla twórczości, lecz źródłem odmiennego rodzaju wiedzy i wrażliwości?
W tym sensie woolfowski własny pokój okazuje się nie tyle emancypacyjnym ideałem, ile figurą twórczości opartej na separacji. Małochleb nie jest pierwszą osobą, która ten model kwestionuje, ale robi to wyjątkowo celnie. Pokazuje, że zmiana już się dokonuje: coraz częściej uznajemy twórczość powstającą pośród relacji, zależności i opieki nie tylko za pełnoprawną, ale także za wnoszącą do kultury coś, czego nie da się wypracować z wnętrza wieży z kości słoniowej. Myślałam o tym, oglądając prace Joanny Fluder w warszawskiej Zachęcie. Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, by w tekście kuratorskim towarzyszącym wystawie tej rangi znalazł się następujący opis:
Joanna Fluder przez wiele lat pracowała w domowych warunkach, tworzyła na kuchennym stole, łącząc sztukę z wychowaniem dzieci, co wpłynęło na szkicowy, ekspresyjny charakter jej sztuki – opartej na szybkim zapisie snów, wspomnień i codziennych sytuacji. Dla artystki malowanie stało się formą terapii i oporu wobec norm społecznych. Ważną częścią jej praktyki jest także współpraca z dziećmi, które inspirują ją swoją fantazją, przywołują wspomnienia z jej własnego dzieciństwa na wsi, oduczają też sztywnych nawyków myślowych1.
To pokazuje skalę zmiany. Dlatego za najważniejszy fragment książki uznaję moment, w którym Małochleb pisze:
Nie chcę grać w gry poznawcze jak mężczyźni – w zamknięciu, samotności przy biurku, spychając na innych swoje zadania życiowe i wychowawcze […]. Nie interesują mnie ani wnioski pozyskane w ten sposób, ani piękno zdania cyzelowanego kosztem cudzej pracy i utraty więzi. Jeśli tylko taka literatura jest możliwa, nie chcę jej2.
Labour union, związek porodowo-zawodowy
Można by się przyczepić, że choć Małochleb trafnie wskazuje kapitalizm jako źródło przeciążenia i opresji osób wykonujących pracę opiekuńczą, nie proponuje gotowej strategii oporu. Nie pokazuje, jak budować alternatywne instytucje, organizować opiekę czy tworzyć wspólnoty wsparcia, tylko okopuje się w oblężonej twierdzy rodziny nuklearnej.
Łatwo byłoby w tym miejscu przywołać modną receptę: „stwórz sobie wioskę”. Znajdź innych rodziców, organizuj sąsiedzkie pikniki, wspólne wycieczki, wymianę opieki. Przyznam jednak, że ten rodzaj narracji zawsze budzi mój opór. Zbyt często sprowadza się do delegowania na kobiety kolejnego zadania: naprawienia własnym wysiłkiem szkód wyrządzonych przez rozpad więzi społecznych i demontaż usług publicznych. Kto ma czas, energię, zasoby ekonomiczne i społeczne, żeby taką „wioskę” budować? Kto mieszka w miejscu sprzyjającym tworzeniu relacji, a kto doświadcza wykluczenia komunikacyjnego, ekonomicznego czy zwyczajnie egzystencjalnego wyczerpania?
A jednak wydaje mi się, że Małochleb wskazuje inny punkt zborny wspólnoty. Oparty nie na sąsiedztwie czy tożsamości, lecz na doświadczeniu ciała. Widziałam to podczas spotkania autorskiego z autorką w ramach cyklu „Wolno Czytać”. Wokół opowieści o mięśniach, napięciu, zmęczeniu i pamięci ciała zaczęła tworzyć się wspólnota rozpoznania – nawet nie poglądów ani nawet nie do końca doświadczenia, a właśnie cielesnego i afektywnego rozpoznania. Afekt rozumiem tu w jego najbardziej podstawowym znaczeniu: jako wpływ świata na ciało i jako to, co dzieje się, jeszcze zanim zostanie nazwane i zanim przekształci się w znaczenie.
Bo ciało nie pozwala zapomnieć, że świat został zaprojektowany dla jednych ciał bardziej niż dla innych. Przestrzeń publiczna, miejsca pracy, instytucje kultury czy edukacji wydają się neutralne tylko tym, którzy nie muszą stale negocjować prawa do swojej obecności. Tak jak podczas spaceru po Wiedniu można przez dłuższą chwilę nie zauważać, że komfort poruszania się wynika z wielu konkretnych drobnych udogodnień wpisanych w przestrzeń miasta. Przezroczystość świata jest przywilejem tych, którzy nie potykają się o własne ciało. Gdy jednak poruszasz się z dzieckiem trzymanym za rękę, pchasz wózek, jesteś w ciąży, doświadczasz niepełnosprawności albo po prostu się starzejesz, przestrzeń przestaje być przezroczysta. Zaczyna stawiać opór, miasto nie układa się już miękko wokół ciała.
Niedawno rozmawiałam z Małgorzatą Markiewicz o czasie, gdy studiowała na ASP już jako matka. Przywołała obraz, a właściwie wspomnienie cielesne: wózek wnoszony po schodach, ciężkie drzwi, kolejne schody, następne drzwi. Ta opowieść natychmiast uruchomiła we mnie pamięć mojego ciała. Jak zablokować drzwi stopą. Jak przytrzymać skrzydło plecami, żeby nie uderzyło w wózek. Jak zgiąć kolana przed podniesieniem ciężaru. Kiedy nabrać powietrza, a kiedy je wypuścić. Do tej pory podobne doświadczenie wspólnoty cielesnej wzbudziła we mnie chyba tylko Matka Polka sika w krzakach Moniki Pastuszko.
Podobnie działa opisywane przez Małochleb napięcie mięśnia ramienno-promieniowego na Autoportrecie z synem Ałły Horskiej czy fantomowe biodro pamiętające ciężar dziecka opartego o nie przez lata. To niezwykle precyzyjne obrazy pracy opiekuńczej zapisanej w ciele. Dzięki tej precyzji możliwa staje się swoista mikrowspólnota mięśniowa, porozumienie ścięgien, powięzi, stawów i kości. To jest właśnie ten wymykający się narracji afekt: „Nie ma porządku pozwalającego opisać spoconą dłoń, którą trzymam latem w swojej dłoni”3. A jednak właśnie z tego rezonowania ciał rodzi się wspólnota. W szczegółowych opisach cielesności pracy opiekuńczej powstaje coś na kształt labour union – związku zawodowego ciał realizujących opiekę. Wspólnoty porodowej. Wspólnoty mięśni.
Małochleb pisze o „społecznej furii” intelektualistki „z gołą dupą, która nie wie, co to wstyd” (to o malarstwie Kataríny Janečkovej Walshe), a gdzie indziej o „nieuprawnionych emocjach”, które wypowiedziane na głos mogą uruchamiać proces zmiany społecznej. Jestem skłonna jej uwierzyć. Jaki jest polityczny potencjał wspólnoty powstałej w procesie tej zmiany? Jeszcze nie wiem. Wiem natomiast, że aby mógł stać się sprawczy, musi stać się częścią współdzielonej opowieści mięśni, napięć i pamięci ciała.
1 M. Sablik, Joanna Fluder. Śluz, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, online: https://zacheta.art.pl/pl/wystawy/joanna-fluder-sluz [dostęp: 10.08.2026].
2 P. Małochleb, Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie, Kraków: Karakter, 2026, s. 131.
3 Tamże, s. 72.
