Martwa natura z kotem

Rytm Bar­dzo Woj­cie­cha Bono­wi­cza jest nie­spiesz­ny, nie potrze­ba też wie­lu słów, by zamar­ko­wać obraz, ponie­waż dużo mówi sam kon­tekst zna­jo­mych oko­lic. To tomik spa­cer po prze­strze­ni naj­bliż­szej, głów­nie miesz­kal­nej, w któ­re­go trak­cie oglą­da się po raz kolej­ny wszyst­ko, co już zna­ne. Tutaj rze­czy są widzia­ne nie tyle taki­mi, jaki­mi są, ile taki­mi, jaki­mi się sta­ły – a to olbrzy­mia róż­ni­ca.

Mam prze­czu­cie, że tytuł tomi­ku dzia­ła na podob­nych zasa­dach. Bar­dzo jest z jed­nej stro­ny zapi­sem skró­to­wym, a z dru­giej nio­są­cym skon­cen­tro­wa­ny ładu­nek. Wier­sze, któ­re wypeł­nia­ją tę książ­kę, opo­wia­da­ją o byciu głę­bo­ko w chwi­li. Czas pły­nie tu powo­li, choć nie­ubła­ga­nie, jest nie­za­kłó­co­ny nawet prze­cin­ka­mi (poza jed­nym, któ­ry raczej wyglą­da na wypa­dek przy pra­cy). Oto­cze­nie cier­pli­wie trwa w klat­kach spo­wol­nio­ne­go fil­mu – trud­no oprzeć się wra­że­niu, że dzie­je się tu jakaś dys­kret­na, ale kon­se­kwent­na magia prze­dłu­ża­nia. Nie wyni­ka ona jed­nak z mło­dzień­czej bez­tro­ski nie­koń­czą­cej się zaba­wy, a raczej z chę­ci opóź­nie­nia koń­ca. W tym sen­sie myślę o książ­ce Bono­wi­cza tro­chę jak o zapi­sie zda­rzeń, któ­re mogły­by zakoń­czyć się niczym w słyn­nym wier­szy Wisła­wy Szym­bor­skiej, bo i tutaj miesz­ka kot, choć nie sam.

Pró­by zatrzy­my­wa­nia w miej­scu bie­gu wyda­rzeń sprzy­ja­ją reflek­sji nad zwy­kły­mi ele­men­ta­mi codzien­no­ści. Może w pierw­szej chwi­li brzmi to jak banał, ale przy nie­spiesz­nej lek­tu­rze wca­le takim się nie oka­zu­je. Zresz­tą wyda­je się, że mówie­nie przy­ci­szo­nym gło­sem o rze­czach zwy­czaj­nych jest pry­mar­nym zało­że­niem upra­wia­nia sztu­ki sło­wa, o czym pod­miot lirycz­ny opo­wia­da wprost:

Kie­dy moja mama dowie­dzia­ła się
że wybra­łem lite­ra­tu­rę była nie­szczę­śli­wa:
chcia­ła, żebym był geo­gra­fem.
[…]
mia­ła na myśli co inne­go: żebym trzy­mał się
z dala od fik­cji i wiel­kich słów. […]1

Rela­cja z lite­ra­tu­rą to jeden z głów­nych tema­tów tomi­ku Bono­wi­cza, co zapew­ne nie jest nowo­ścią dla czy­tel­ni­ków zazna­jo­mio­nych z twór­czo­ścią poety. Wska­zu­ję na to jed­nak z innych powo­dów niż rewe­la­tor­ski; w oma­wia­nym zbio­rze wier­szy jest ona trak­to­wa­na tro­chę jak miesz­ka­ją­cy obok sąsiad, od zawsze obec­ny. Ten ktoś naj­czę­ściej wie, co u nas sły­chać (bo przez ścia­nę lepiej się sły­szy niż widzi), ale cza­sem po pro­stu mu z nami nie po dro­dze – ma swo­je spra­wy, nie jest kimś nie­skoń­cze­nie goto­wym do uży­cza­nia cukru. Może dla­te­go od cza­su do cza­su wyczu­wal­ny jest w tej książ­ce posmak gory­czy.

W trud­nych chwi­lach
pró­bo­wa­łem coś napi­sać. Potem zasy­pia­łem
budzi­łem się zmę­czo­ny cza­sem spła­ka­ny
pró­bo­wa­łem coś napi­sać. Lecz nic nie wycho­dzi­ło

i zasy­pia­łem z poczu­ciem klę­ski i ulgi2.

Jest coś uwal­nia­ją­ce­go w spo­strze­że­niu, że z lite­ra­tu­rą się nie wygry­wa – to nie w tego rodza­ju wyści­gu bie­rze­my udział. Nar­ra­cja tomi­ku snu­je się rów­no­le­gle z wędru­ją­cym pod­mio­tem, któ­ry pożyt­ku­je czas na obser­wa­cję sąsied­nich sto­li­ków, cho­dze­nie pie­szo do skle­pu i zauwa­ża­nie swo­ich zmniej­sza­ją­cych się potrzeb. Tutaj oglą­da się drze­wa zamiast tele­wi­zji, podej­mu­je nie­skoń­czo­ne pró­by porząd­ko­wa­nia cho­ciaż­by biur­ka – pró­by, bo jed­nak tak trud­no coś wyrzu­cić, nawet (a może głów­nie wte­dy) gdy się tego nie uży­wa. Wier­sze Bono­wi­cza poru­sza­ją mnie w podob­ny spo­sób jak póź­na poezja Leopol­da Staf­fa, co spra­wia, że w wykre­owa­nym przez auto­ra świe­cie czu­ję się jak u sie­bie. Miesz­ka tu taki rodzaj spo­wol­nie­nia, któ­ry trud­no pomy­lić z apa­tią czy mara­zmem, a powra­ca­ją­ce w tomi­ku sło­wo „bez­sil­ność” zmie­nia swo­je zna­cze­nie z nie­moż­no­ści na moż­li­wość, by dać się ponieść.

Nie utrwa­li­łem
tej chwi­li.

Zapi­sa­łem ją sobie3.

W Bar­dzo znaj­dzie­my wie­le takich krót­kich utwo­rów. Z jed­nej stro­ny odpo­wia­da­ją one wstrze­mięź­li­wo­ści w opi­sy­wa­niu prze­żyć w okre­ślo­nym kon­tek­ście, a z dru­giej mogą być odczy­ty­wa­ne jako ozna­ka bra­ku hor­ror vacui i na swój spo­sób odda­wać per­spek­ty­wę zapi­sa­ną w wier­szach: sku­pio­ny pod­miot widzi tyl­ko kon­kret­ny frag­ment rze­czy­wi­sto­ści, na inne pozo­sta­je śle­py. Tak dzie­je się choć­by w utwo­rze Sobo­ta po pra­cy: „zejść po dłu­giej pochyl­ni wie­czo­ru do auto­bu­su”. Przy­zna­ję, że przy tym frag­men­cie w tomi­ku ołów­kiem zazna­czy­łam wes­tchnie­nie zachwy­tu.

Okładka tomu wierszy Wojciecha Bonowicza pod tytułem „Bardzo”.
Wojciech Bonowicz, „Bardzo”, Kraków: Wydawnictwo a5, 2026.

Co jesz­cze przy­cią­ga uwa­gę odbior­cy w toku lek­tu­ry Bar­dzo? Do przed­sta­wio­ne­go już zbio­ru rze­czy i sta­nów chcę dodać przej­mu­ją­cą samo­świa­do­mość pod­mio­tu. Moż­na to nazwać rysem egzy­sten­cjal­nym, ale uni­wer­sal­ność w wier­szach Bono­wi­cza mie­rzy się spe­cy­ficz­ną ska­lą. Swo­isty spo­sób, w jaki w tomi­ku mówi się o upły­wa­ją­cym cza­sie i nie­od­wra­cal­no­ści wyda­rzeń, prze­ja­wia się w szcze­gól­nej per­spek­ty­wie. Żeby lepiej to zobra­zo­wać, posłu­żę się przy­kła­dem sty­gną­cej her­ba­ty (ten motyw nie wystę­pu­je w żad­nym wier­szu, ale koja­rzy się z miesz­ka­niem). Dla odbior­cy będzie jasne, że her­ba­ta wysty­gnie nie­za­leż­nie od tego, czy zwró­ci­my na to uwa­gę czy nie. Dla pod­mio­tu oka­że się jed­nak zna­czą­ce to, czy sku­pia­jąc się na ochła­dza­niu pły­nu, będzie­my pamię­tać, że zaofe­ro­wa­ny on został prze­by­wa­ją­cym u nas gościom.

Dzie­le­nie z kimś prze­strze­ni (w restau­ra­cji) czy posił­ku (kar­mie­nie zwie­rzę­cia, pole­ga­ją­ce na codzien­nym dzie­le­niu się ser­cem) jest waż­ne; świad­czy o tym, że spa­cer po miesz­ka­niu, do któ­re­go zosta­li­śmy jako czy­tel­ni­cy zapro­sze­ni, nie sta­no­wi opo­wie­ści o samot­no­ści, a o byciu sobą w kon­tek­ście więk­szej cało­ści. „Nie chcę się wię­cej / prze­miesz­czać / przy­wią­zy­wać bar­dziej”, wyzna­je pod­miot w utwo­rze Nauka4, ale zaraz potem wyja­śnia, że nie chce być widocz­ny, bo to mogło­by ode­rwać czy­jąś uwa­gę od piwo­nii, któ­re tak pięk­nie pach­ną. Co istot­ne, moż­na ustą­pić, by zro­bić miej­sce dla kogoś lub cze­goś, ale jed­no­cze­śnie nie unie­waż­nić sie­bie zupeł­nie. Ta myśl wyda­je się kon­se­kwent­na w sto­sun­ku do wska­za­ne­go wcze­śniej pra­gnie­nia kon­cen­tra­cji na chwi­li.

Bar­dzo nie jest wyłącz­nie zapi­sem momen­tów współ­dzie­lo­nych, zna­leźć tutaj moż­na tak­że dowo­dy koniecz­no­ści prze­by­wa­nia z samym sobą, do któ­re­go nawet kot nie ma dostę­pu.

Oczy­wi­ście jestem jak naj­bar­dziej
zbęd­ny w tym oto­cze­niu. Nie myślę
za wie­le hała­su robię mniej
niż drze­wo obej­mu­ją­ce kona­ra­mi
spróch­nia­ły bal­kon. W ogó­le nicze­go
tu nie robię. Pogrą­ży­łem się
we wspo­mnie­niach a to takie
łatwe i nie wyma­ga niko­go5.

Nie­wąt­pli­wie boha­te­rem książ­ki Bono­wi­cza jest ktoś, kto nie­sie w sobie czas i pamięć; może tro­chę mu z tym cięż­ko, a może to po pro­stu wiek robi swo­je? Jako czy­tel­nicz­ka mam poczu­cie, że pędzą­cy świat gdzieś się pod­mio­to­wi oma­wia­nych wier­szy wymknął; boha­ter nie pró­bu­je go jed­nak gonić, bo i co miał­by dzię­ki temu zyskać? Taka per­spek­ty­wa wyda­je mi się waż­na i odważ­na, ponie­waż nie wią­że się z żad­ną skraj­no­ścią, a o sta­nie zawie­sze­nia czę­sto trud­no coś jasno powie­dzieć. Tym­cza­sem pod­miot opo­wia­da się za życiem – o, takim wła­śnie: zwy­czaj­nym i codzien­nym. Raz po raz daje tu rów­nież o sobie znać świa­do­mość pew­nych nie­uchron­no­ści: zosta­nie po nas lite­ra­tu­ra, jeśli się nam poszczę­ści.

Wczo­raj odda­łem ci ostat­nią koszu­lę
wier­szu. Wie­dząc że to wszyst­ko i tak

będzie kie­dyś two­je6.

Tomik otwie­ra wiersz zaty­tu­ło­wa­ny Cały Sta­szek, skła­da­ją­cy się tyl­ko z dwóch cyta­tów. Pierw­szy jest zapo­wie­dzią mil­cze­nia („Ja nie będę nic mówił”), w dru­gim pada pyta­nie sprzecz­ne z pier­wot­ną dekla­ra­cją („A czy mogę coś dodać?”)7. Przy­wo­ła­ne dopo­wia­da­nie do nicze­go z począt­ku zda­je się po pro­stu humo­ry­stycz­nym zapi­sem. Tym­cza­sem wiersz Kro­piw­ki, zamy­ka­ją­cy książ­kę, koń­czy się klam­ro­wą w sto­sun­ku do pierw­sze­go utwo­ru stro­fą: „Nie mówię wie­le / bo co tu mówić?”8. Jeśli się nad tym zasta­no­wić, moż­na dojść do wnio­sku, że w trak­cie spa­ce­ru po miesz­ka­niu prze­czy­ta­li­śmy wie­le takich dopo­wie­dzeń i dopi­sków. Może wszyst­kie oglą­da­ne dotąd sytu­acje i przed­mio­ty zyska­ły kolej­ną – ochron­ną – war­stwę słów, któ­ra nie pozwo­li im osu­nąć się w nie­byt?

Mam prze­czu­cie, że miesz­ka­nie w utwo­rach Bono­wi­cza nie jest po pro­stu rze­czow­ni­kiem – jest rze­czow­ni­kiem odcza­sow­ni­ko­wym, a to ma okre­ślo­ne kon­se­kwen­cje. Sło­wo to bowiem odpo­wia­da sta­no­wi zwią­za­ne­mu z cza­sem i uprzed­nio wyko­na­ną pra­cą. Opo­wieść o tym, co prze­ży­te, a prze­cież wciąż uży­wa­ne (w życiu i do życia), poru­sza stru­ny, o któ­rych ist­nie­niu być może do tej pory nie wie­dzie­li­śmy. W trak­cie lek­tu­ry trud­no też zlek­ce­wa­żyć koła­czą­ce w myślach pyta­nie: jeśli w miesz­ka­niu jest kot, to czy rze­czy­wi­ście nic tam nie ma?

 

1 W. Bono­wicz, Geo­gra­fia [w:] tegoż, Bar­dzo, Kra­ków: Wydaw­nic­two a5, 2026, s. 7.

2 Ten­że, W trud­nych chwi­lach [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 12.

3 Ten­że, Bez­sil­ność [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 19.

4 Ten­że, Nauka [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 32.

5 Ten­że, Dobrze [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 43.

6 Ten­że, Dzie­dzic­two [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 45.

7 Ten­że, Cały Sta­szek [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 5.

8 Ten­że, Kro­piw­ki [w:] tegoż, Bar­dzo, s. 48.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej Elementarzowi antyfaszystowskiemu pisze Maria Strzelecka.

08.09.2026 Laba

Tu nie ma żadnego Sikornika

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Jakuba Korhnausera.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Binczycka-Gacek.