W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego zapraszamy do lektury piątkowego przeglądu prasy kulturalnej.
„Znak”
Sierpniowy numer „Znaku” został poświęcony podróżom, a także próbom znalezienia odpowiedzi na pytanie, czego szukamy na krańcach świata, choćby w Indiach czy Japonii. Sama z miesięcznikiem wybrałam się nieco bliżej, do Anglii, ale za to Anglii czasów Williama Shakespeare’a i Christophera Marlowe’a. Stało się tak za sprawą niezwykle interesującej rozmowy Dziura w murze, którą przeprowadził Paweł Goźliński ze Stephenem Greenblattem, szekspirologiem, autorem książki Zwrot. Jak zaczął się renesans i tomu Will in the World – ostatnio wydanego po polsku pod tytułem Shakespeare. Stwarzanie świata w tłumaczeniu Barbary Kopeć-Umiastowskiej. Jak twierdzi Stephen Greenblatt:
Pisząc „Will in the World”, zacząłem od pytania, które mnie prześladowało od lat: dlaczego po lekturze nawet najlepszych biografii Shakespeare’a czujemy się trochę przygnębieni albo znużeni? Doszedłem do wniosku, że biografie te traktują „ciemne” fakty: ubóstwo, niepewność jutra, epidemie, konflikty religijne, jako tło, na którym rozgrywa się jasna, trochę nawet nudna historia geniusza. A przecież Shakespeare nie żył wbrew swojej epoce: żył w niej z całą jej zgrozą i witalnością. „Morality plays”, które oglądał jako dziecko, były zarówno dewocyjne, jak i tryskające obscenicznością. Ludowe święta, w których uczestniczył, były zarówno radosne, jak i przesiąknięte przemocą. Teatr elżbietański powstawał tuż obok areny, na której walczyły niedźwiedzie, a jego publiczność oglądała również widowiska, podczas których konie były rozszarpywane przez psy. Jasność i ciemność były osobnymi przestrzeniami.
Pisarz, profesor Harvardu, od lat głosi tezę, że znacznie ciekawszym od Shakespeare’a człowiekiem był Christopher Marlowe. Zdaniem Greenblatta autor Hamleta mógłby pozazdrościć Marlowe’owi kilku rzeczy.
Przede wszystkim to Marlowe w zasadzie (mówię „w zasadzie”, bo zawsze można znaleźć jakichś hipotetycznych poprzedników) wynalazł teatralny wiersz biały. […] Shakespeare „tylko” przejął ten środek wyrazu. Zrobił z nim jednak niesamowite rzeczy.
Greenblatt twierdzi, że Marlowe był również odważniejszy od wielkiego Stratfordczyka. Mówi:
Na pewno ogromnie skorzystał na tym, że Marlowe ryzykował, testując granice, jakie artystom stawiała władza. Oczywiście tylko najbliższym znajomym mówił – choć, jak się okazało, i wśród nich byli donosiciele – że Jezus i Jan byli kochankami, Maryja dziwką, Mojżesz oszustem, a on sam napisałby ewangelię znacznie lepiej. Tak czy inaczej Marlowe widział wokół siebie ścianę represji i ortodoksji. Właśnie w starciu z tymi siłami rodziła się sztuka, w której był wolny. Mówiąc obrazowo, chciał nią przejść przez mur, a ponieważ nie było drzwi, brał młot i wybił w nim dziurę. Potem Shakespeare przeszedł przez tę dziurę po jego martwym ciele. Nie musiał już ryzykować tak wiele.
„Nowe Książki”
Podwójny numer „Nowych Książek” przynosi wiele recenzji. Szczególną uwagę zwróciłam na tekst Jana Bińczyckiego W Trieście jak nigdzie, poświęcony esejowi walijskiej pisarki Jan Morris Triest, czyli nigdzie. Zaintrygowały mnie już pierwsze zdania autora, który przestrzega przed poddaniem się urokowi wspomnianej publikacji, zalecając zachowywanie wobec niej pewnego dystansu. Wątpliwości Bińczyckiego wiążą się z tym, że na esej Morris, dotyczący miasta wielokulturowego, znajdującego się w granicach różnych państw, patrzy on z perspektywy mieszkańca terenów niegdysiejszej CK Austrii. Zapisuje:
To, co dla autorki jest urokliwą prowincją zapatrzoną w dawne lata świetności, dla potomków dawnych „cekańczyków”, mieszkańców ziem wchodzących kiedyś w skład CK Austrii, będzie ważnym punktem odniesienia, jednym ze zworników porządku świata. Choć upadek wielonarodowego państwa przyczynił się do odrodzenia Polski, do dziś w Krakowie oraz w Galicji na austriacki reżim patrzy się z pobłażliwością, a niekiedy wręcz z nostalgią. Morris, choć rodem z walijskiej prowincji, była obywatelką znacznie silniejszego, trwalszego imperium o wpływach sięgających daleko poza Europę. Stąd ironia i dystans zupełnie niezrozumiałe na południe od Kielc, gdzie pamięć wymuszonej i niewolnej od napięć, a jednak mocno zakorzenionej wspólnoty do dziś budzi nostalgię.
Równocześnie przypomina, że pierwsza fala tej nostalgii wybuchła w latach 90., a z biegiem czasu przybrała na sile, stając się jednym z elementów budowania wspólnoty Europy Środkowej. Dodaje, że Triestowi poświęcono jeden z numerów „Zeszytów Literackich”, w którym znalazły się teksty Itala Sveva, Maura Covacicha, Adama Michnika. Następnie zaś zaznacza:
czyta się [je – red.] jak teksty pochwalne dla pozbawionej szowinistów wspólnoty narodów. W takim ujęciu włosko-(post)habsburskie miasto nie może leżeć „czyli nigdzie”, skoro stanowi historyczne zaplecze wielkiego intelektualno-politycznego projektu.
Niezależnie od tego, czy zgodzicie się z recenzentem czy nie, zachęcam zarówno do czytania samego tekstu, jak i do lektury urokliwego eseju Jan Morris.
„Twórczość”
To pewnie melancholia z powodu odchodzącego lata sprawiła, że z tekstów publikowanych w najnowszej „Twórczości” wybrałam esej Tomasza Szerszenia W końcu płynę po to, by odzyskać czas. Jak pisze autor, pokład statku płynącego przez ocean jest miejscem, w którym czas wymyka się tradycyjnemu pojmowaniu:
Nie tylko dlatego, że ulegamy złudzeniu, że dryfujemy gdzieś poza czasem, poza historią, że jesteśmy w miejscu niemożliwym, na bezgranicznej wodnej pustyni, gdzie nie dosięgają nas lub dosięgają z rzadka wiadomości, którymi żyje reszta świata. Sami z sobą i z czasem, który jednocześnie – trudny do uchwycenia paradoks – nieubłaganie płynie i się dla nas zatrzymał. Stopniowo zmieniamy strefy czasowe: płynąc na wschód, cały czas jesteśmy do tyłu, prawie codziennie tracę godzinę patrzenia na ocean. Godzinę życia, której nie odzyskam. To zamieszanie ma poważne konsekwencje: pory posiłków migrują, trudno dogonić własny apetyt, trzeba skracać czas snu, by zdążyć zjeść śniadanie wystarczająco wcześnie, by mieć wystarczająco dużo czasu do obiadu… Powoduje to ważną konfuzję: w końcu płynę po to, by odzyskać czas.
Tak postawiony problem skłania autora do sięgnięcia po dwa dzieła poświęcone podróżom. Pierwszym jest Smutek tropików francuskiego antropologa Claude’a Lévi-Straussa. Tomasza Szerszenia intrygują zwłaszcza opisy prawdziwej przestrzeni podróży:
Jest ona wędrówką nie tylko przez kontynenty i ludzkie obyczaje, ale również, może przede wszystkim, poprzez czas i oceany własnej pamięci. Żałoba po podróży zaczyna się w momencie rozpoczęcia procesu spisywania jej historii. I odkrycia smutnej, proustowskiej prawdy: kończymy, będąc już kimś innym, niż gdy ją rozpoczynaliśmy.
Drugim jest opowiadanie Amok Stefana Zweiga, autora Noweli szachowej i biografii Ferdynanda Magellana. W opowiadaniu jeden z pasażerów statku prosi narratora o wysłuchanie jego historii:
Od dziesięciu dni nie zamieniłem z nikim słowa… właściwie już od lat… i może dlatego mi to tak ciężko przychodzi… […] doszedłem już do kresu… muszę koniecznie z kimś mówić… inaczej wykończę się, zginę… […] muszę opowiedzieć to, co się mnie konkretnie wydarzyło…
Po przytoczeniu fragmentu opowiadania Zweiga autor eseju dodaje:
To słowa nadają sens płynięciu: dopóki historia jest opowiadana, dopóty jesteśmy częścią literatury. Wraz z jej końcem, zamilknięciem, wszystko się kończy.
„Tygodnik Powszechny”
W najnowszym „Tygodniku Powszechnym” jak zwykle znajdziemy sporo artykułów poświęconych książkom. Możemy przeczytać między innymi rozmowę z Katarzyną Surmiak-Domańską na temat jej najnowszej publikacji Świat przed nami nie istniał – reporterskiej opowieści o traumie wojennej i jej wpływie na kolejne pokolenia. Magdalena Nowicka-Franczak żegna zmarłego niedawno Ignacego Karpowicza, Olivier Sobota-Szamocki wraca zaś do twórczości Leopolda Buczkowskiego, którego Wertepy w serii „Polskie Prozy” przypomniał w tym roku Państwowy Instytut Wydawniczy. Z kolei Maciej Jarkowiec w tekście Szekspir z Wirginii zastanawia się nad fenomenem S.A. Cosby’ego, pisarza, którego nie tylko on sam uważa za najnowocześniejszego autora Ameryki. W Polsce ukazały się jego cztery powieści: Asfaltowa pustynia, Kolczaste łzy, Wszyscy grzesznicy krwawią i Król popiołów. Jarkowiec zapisuje:
Ich oryginalne tytuły – „Blacktop Wasteland”, „Razorblade Tears”, „All the Sinners Bleed”, „King of Ashes” – jeszcze bardziej przypominają nazwy albumów jakiejś kultowej deathmetalowej kapeli. Skrywają się za nimi świetnie skonstruowane i dynamiczne fabuły z podgatunków, takich jak heist novel, czyli powieść o napadzie rabunkowym, thriller o zemście, kryminał detektywistyczny albo noir. Cosby ma dar tworzenia tak zwanej trudnej postaci, przy czym przymiotnik ten dobrze oddaje zarówno jej relacje ze światem, samą sobą, jak i czytelnika z nią. Bohaterów Cosby’ego trudno pokochać, ale nie sposób ich porzucić. Ich grzechy i słabości są równie godne pożałowania, co niebanalne. To nie kryminalna zagadka ani też pościg, ucieczka czy suspens wynikający z przerażenia napędzają narracje Cosby’ego, lecz syzyfowy wysiłek okiełznania żywiołów rozsadzających duszę, jaki podejmują jego bohaterowie.
Nieprawdopodobnie popularny dziś pisarz wychował się w przyczepie kempingowej. Jego ojciec był poławiaczem przegrzebków w Zatoce Chesapeake, a matka nie pracowała, więc nietrudno się domyślić, że żyli w ubóstwie. Rodzina różniła się jednak od innych zamieszkujących pobliskie domy kempingowe – wszyscy Cosby uwielbiali czytać. To udzieliło się chłopcu, który szybko chwycił za pióro. Niemniej dopiero w wieku czterdziestu pięciu lat udało mu się opublikować pierwszą powieść. Maciej Jarkowiec tak analizuje, w czym tkwi tajemnica talentu autora, a w rezultacie jego sukces pisarski:
Dziś Cosby nazywany jest królem southern noir, gatunku, którego początków można szukać w klasyku „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy” z 1934 roku. […] Cosby za filary uprawianego przez siebie gatunku uważa klasę, religię, seks i rasę. Budują one tkankę wszystkich jego powieści, brawurowo łączących faulknerowską tradycję z warsztatem literatury popularnej. I, co najistotniejsze: z afroamerykańską perspektywą.
Dokonania pisarskie S.A. Cosby’ego są naprawdę znaczące:
Sukces ostatniej powieści, „Króla popiołów”, zapewnił mu następny, wielomilionowy kontrakt na sagę zapowiadaną jako „Ojciec chrzestny” Południa. Cosby wchodzi też we współpracę z Marvelem, tworząc książkę o kultowym komiksowym superbohaterze Luke’u Cage’u. Wspólnie z muzykiem Questlove pisze serię science fiction dla młodzieży. W Netfliksie powstaje serial na podstawie „Wszystkich grzeszników…”, produkowany przez firmy Higher Ground – należącą do Michelle i Baracka Obamów – i Amblin Entertainment Stevena Spielberga. Paramount Pictures szykuje się do ekranizacji „Asfaltowej pustyni” i „Kolczastych łez”.
Prawdopodobnie jeszcze wiele razy usłyszymy o tym pisarzu, zwłaszcza że w Polsce już dzisiaj po jego książki sięga całkiem spore grono czytelników.