Dunham vs „Dunham”

W czerw­cu w jed­nej z lon­dyń­skich księ­gar­ni nowa książ­ka Leny Dun­ham Fame­sick była wysta­wio­na wśród best­sel­le­rów, i to tych z wyż­szej pół­ki. Nie jest to zaska­ku­ją­ce, sko­ro jakiś czas temu autor­ka zro­bi­ła rajd po tele­wi­zjach i pod­ca­stach i w cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie spo­sób opo­wie­dzia­ła o tym, dla­cze­go dopie­ro dziś mogła napi­sać taką książ­kę.

I

Fame­sick, czy­li (w wol­nym tłu­ma­cze­niu, bo książ­ka nie uka­za­ła się jesz­cze po pol­sku) „Cho­ra na sła­wę”, jest auto­bio­gra­ficz­ną opo­wie­ścią o odzy­ski­wa­niu wła­snej histo­rii.

Dun­ham zaczy­na od pro­ste­go wyzna­nia. Ostat­nia deka­da była dla niej cza­sem, któ­ry trud­no nazwać ina­czej niż epo­ką prze­trwa­nia. Przy­czy­ny wyda­ją się dobrze zna­ne. Bły­ska­wicz­nie zdo­by­ta sła­wa za spra­wą seria­lu Dziew­czy­ny (Girls, 2012–2017), prze­wle­kła cho­ro­ba, uza­leż­nie­nie od leków, roz­pa­da­ją­ce się rela­cje, pre­sja suk­ce­su i ambi­cji. O tym wszyst­kim media pisa­ły prze­cież od lat.

Róż­ni­ca pole­ga na tym, że media opo­wia­da­ły histo­rię „Dun­ham”, Fame­sick jest nato­miast pierw­szą pró­bą przed­sta­wie­nia histo­rii Leny Dun­ham. Książ­ka nie tyle ujaw­nia nowe fak­ty, ile odzy­sku­je ich zna­cze­nie, poka­zu­jąc związ­ki i zależ­no­ści – hory­zont, któ­ry nagłów­ki dotych­czas prze­sła­nia­ły.

Być może dla­te­go jed­nym z naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cych moty­wów tej opo­wie­ści są pseu­do­ni­my. Dun­ham uży­wa­ła ich w hote­lach, na odwy­ku, gdy pod­pi­sy­wa­ła rachun­ki za tele­wi­zję kablo­wą czy poja­wia­ła się w szpi­ta­lu. Była więc kolej­no Lau­rie Rey­nolds, Rose O’Neill, Rena­tą Hal­pern albo Ruth Ste­in. Same nazwi­ska są inte­re­su­ją­ce, ale jesz­cze cie­kaw­sze oka­zu­ją się histo­rie, któ­re za nimi sto­ją.

Naj­bar­dziej intry­gu­ją­cy wyda­je się wybór Rose O’Neill – rze­czy­wi­stej artyst­ki, sufra­żyst­ki i twór­czy­ni słyn­nych lalek Kew­pie. Łatwo spraw­dzić w inter­ne­cie, jak wyglą­da­ły1. Suk­ces O’Neill był jed­no­ra­zo­wy; rysow­nicz­ka nigdy nie zdo­ła­ła powtó­rzyć tak spek­ta­ku­lar­ne­go osią­gnię­cia. Trud­no oprzeć się wra­że­niu, że wła­śnie ten frag­ment jej bio­gra­fii był dla Dun­ham naj­waż­niej­szy. Nie tyle same lal­ki, ile doświad­cze­nie życia po pierw­szym wiel­kim trium­fie.

W pew­nym sen­sie wszyst­kie wymie­nio­ne pseu­do­ni­my peł­nią podob­ną funk­cję. Nie słu­żą ukry­wa­niu Leny Dun­ham przed świa­tem, lecz chro­nią ją przed „Dun­ham”. Z każ­dym kolej­nym suk­ce­sem autor­ka coraz moc­niej odczu­wa, że jej wła­sne nazwi­sko prze­sta­je do niej nale­żeć. Zosta­je prze­ję­te przez media, inter­net i opi­nię publicz­ną; nabie­ra zna­czeń, któ­rych nie spo­sób już kon­tro­lo­wać. Pseu­do­ni­my sta­ją się więc czymś wię­cej niż tyl­ko zasło­ną dym­ną. Są pró­bą odzy­ska­nia choć­by nie­wiel­kiej prze­strze­ni pry­wat­no­ści. A zara­zem czymś w rodza­ju kata­lo­gu ran, bo każ­da z przy­bra­nych masek pro­wa­dzi do inne­go eta­pu roz­pa­du.

II

Wątek sła­wy i stra­ty to, jak się zda­je, jeden z naj­waż­niej­szych tema­tów Fame­sick. Książ­ka skła­nia do reflek­sji nad tym, gdzie w rela­cji mię­dzy popu­lar­no­ścią a wła­snym „ja” loku­je się dziś Lena Dun­ham. Odpo­wiedź na to pyta­nie jest zło­żo­na, ale jed­no wyda­je się pew­ne: ukła­da się ona przede wszyst­kim w nar­ra­cję o stop­nio­wej utra­cie pod­mio­to­wo­ści. Mimo cha­rak­te­ry­stycz­ne­go humo­ru i auto­iro­nii twór­czy­ni jest to książ­ka ponu­ra. Jej boha­ter­ka bole­śnie odczu­wa skut­ki napię­cia mię­dzy byciem sobą a odgry­wa­niem roli, któ­rą wyzna­cza jej opi­nia publicz­na. Coraz czę­ściej jest nie Leną Dun­ham, lecz „Dun­ham”, a może wręcz „Dun­ham®”.

Zmia­na ta nie zacho­dzi nagle. To pro­ces – i wła­śnie dla­te­go tak trud­no go uchwy­cić. Dun­ham nie opi­su­je jed­ne­go prze­ło­mo­we­go momen­tu, lecz symp­to­my. Na przy­kład gdy men­tor­ka zaczy­na przy­po­mi­nać jej o koniecz­no­ści kon­tro­lo­wa­nia wagi, bo cia­ło sta­je się ele­men­tem pro­duk­tu. Albo gdy inter­net zale­wa­ją kolej­ne fale hej­tu, któ­re coraz rza­dziej doty­czą pra­cy, a coraz czę­ściej ude­rza­ją w rze­czy­wi­stą postać. Publicz­ny wize­ru­nek zaczy­na żyć auto­no­micz­nie i stop­nio­wo wypie­ra czło­wie­ka, od któ­re­go wszyst­ko się zaczę­ło.

Żeby prze­trwać, trze­ba nauczyć się funk­cjo­no­wać obok wła­sne­go nazwi­ska. W tym sen­sie sła­wa przy­po­mi­na paso­ży­ta. Żywi się oso­bą, ale pozo­sta­wia po sobie jedy­nie publicz­ny awa­tar. Chcia­ło­by się powie­dzieć: umar­ła Dun­ham, niech żyje „Dun­ham”.

Być może naj­bliż­sze temu pro­ce­so­wi jest to, co socjo­lo­gia nazy­wa lami­na­cją spo­łecz­ną. Dun­ham sama nawią­zu­je do wspo­mnia­ne­go zja­wi­ska w jed­nym z roz­dzia­łów książ­ki. W socjo­lo­gii lami­na­cja na ogół ozna­cza pro­ces utra­ty pod­mio­to­wo­ści. Cho­dzi o stop­nio­we nakła­da­nie na sie­bie kolej­nych warstw ról, ocze­ki­wań i wize­run­ków, aż toż­sa­mość zaczy­na być defi­nio­wa­na przede wszyst­kim przez mar­kę, styl życia czy publicz­ny obraz. W świe­cie póź­nej nowo­cze­sno­ści, opi­sy­wa­nym choć­by przez Zyg­mun­ta Bau­ma­na, ela­stycz­ność i nie­ustan­ne pro­jek­to­wa­nie sie­bie sta­ją się nie­mal obo­wiąz­kiem. Zmie­nia­my fry­zu­ry, tatu­aże, ubra­nia, pod­da­je­my się zabie­gom medy­cy­ny este­tycz­nej; wła­sne cia­ła rów­nież trak­tu­je­my jako pro­jekt pod­le­ga­ją­cy sta­łej aktu­ali­za­cji. Jak nowa wer­sja opro­gra­mo­wa­nia w kom­pu­te­rze lub tele­fo­nie komór­ko­wym.

W przy­pad­ku Dun­ham pro­ces ten przy­bie­ra postać skraj­ną. Lami­na­cja nie ozna­cza już jedy­nie dokła­da­nia kolej­nych warstw do wła­snej toż­sa­mo­ści, lecz jej cał­ko­wi­te spłasz­cze­nie. Żywa oso­ba zosta­je zre­du­ko­wa­na do publicz­ne­go zna­ku, na któ­ry inni rzu­tu­ją wła­sne lęki, ocze­ki­wa­nia i nie­na­wiść. Sama Dun­ham zauwa­ża, że jej nazwi­sko weszło do maso­we­go obie­gu i sta­ło się „puen­tą, któ­ra brzmia­ła bar­dziej jak obe­lga”. W tym sen­sie sła­wa nie jest dla autor­ki tro­feum ani nagro­dą za suk­ces. Jest raczej sta­nem przy­po­mi­na­ją­cym prze­wle­kłą cho­ro­bę; takim, któ­ry postę­pu­je rów­no­le­gle z roz­kła­dem cia­ła i stop­nio­wym roz­pa­dem wła­sne­go „ja”.

III

Rzecz jed­nak w tym, że ani Lena Dun­ham nie umar­ła, ani w peł­ni nie ist­nie­je „Dun­ham”. Ta dru­ga jest prze­cież tyl­ko zbio­rem bio­gra­ficz­nych ścin­ków – kil­ku fak­tów, kil­ku skan­da­li, kil­ku nagłów­ków. Wystar­czy ich na not­kę w Wiki­pe­dii albo dwa zda­nia obok opi­su Dziew­czyn. Nie wystar­czy, żeby opo­wie­dzieć życie. Moż­na też ów zbiór edy­to­wać.

Dziew­czy­ny sta­ły się jed­no­cze­śnie źró­dłem naro­dzin i roz­pa­du „Dun­ham”. Serial stwo­rzył publicz­ną per­so­nę Leny Dun­ham, ale rów­no­cze­śnie zaczął oddzie­lać ją od oso­by, któ­ra tę per­so­nę wymy­śli­ła. „Dun­ham” szyb­ko prze­sta­ła być nazwi­skiem, a zaczę­ła funk­cjo­no­wać jako znak: sym­bol mile­nial­skie­go poko­le­nia, obiekt inter­ne­to­wych spo­rów, skrót myślo­wy, w któ­rym coraz trud­niej było dostrzec kon­kret­ne­go czło­wie­ka. Dodat­ko­wo wie­lu odbior­ców (sam dłu­go do nich nale­ża­łem) zbyt łatwo utoż­sa­mia­ło Lenę Dun­ham z Han­nah Horvath. Boha­ter­ka i autor­ka zaczę­ły zle­wać się w jed­ną opo­wieść.

Fame­sick poka­zu­je cenę tego utoż­sa­mie­nia. Dun­ham opi­su­je moment, w któ­rym wszy­scy zaczy­na­ją wyko­ny­wać za nią naj­prost­sze czyn­no­ści, jako stan „wyuczo­nej bez­rad­no­ści”. Ktoś wpi­su­je za nią hasła do kom­pu­te­ra. Ktoś inny pie­rze jej bie­li­znę. Brzmi to momen­ta­mi absur­dal­nie, ale wła­śnie w takich dro­bia­zgach naj­le­piej widać, że sła­wa może ode­brać czło­wie­ko­wi nie tyl­ko pry­wat­ność, lecz tak­że ele­men­tar­ne poczu­cie spraw­czo­ści.

Okładka książki Leny Dunham pod tytułem „Famesick: A Memoir”.
Lena Dunham, „Famesick. A Memoir”, New York City: Random House, 2026.

A jed­nak Dun­ham opo­wia­da o tym wszyst­kim w cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie spo­sób. Uży­wa tak­że popkul­tu­ro­wych gadże­tów. War­to na przy­kład przyj­rzeć się tytu­łom poszcze­gól­nych czę­ści książ­ki przez pry­zmat utwo­rów Brit­ney Spe­ars.

Trau­ma nie wyklu­cza iro­nii, lecz z nią współ­ist­nie­je. Humor nie unie­waż­nia cier­pie­nia, lecz pozwa­la je wypo­wie­dzieć. Ciem­ność i dow­cip sie­dzą przy jed­nym sto­le. I być może wła­śnie dla­te­go Fame­sick nie jest książ­ką o kata­stro­fie, lecz o moż­li­wo­ści opo­wie­dze­nia kata­stro­fy po latach, na wła­snych warun­kach. Dopie­ro wte­dy, gdy dystans wobec „Dun­ham” stał się moż­li­wy i gdy Lena Dun­ham odzy­ska­ła głos.

IV

Jak wie­my, per­spek­ty­wa ma zna­cze­nie, więc na chwi­lę wró­cę do momen­tu, w któ­rym Dziew­czy­ny poja­wi­ły się na ekra­nie. Oglą­da­łem wte­dy ten serial jak milio­ny innych widzów. Zresz­tą – zgod­nie z zało­że­niem twór­czy­ni – był on dla mnie nie tyle opo­wie­ścią o życiu w Nowym Jor­ku, ile o dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­kach, któ­re po omac­ku, bez goto­we­go sce­na­riu­sza, pró­bu­ją odna­leźć się w doro­słym świe­cie. W boha­te­rach łatwo było odnaj­dy­wać wła­sne lęki, nie­do­sko­na­ło­ści i nie­pew­no­ści.

Suk­ces Dziew­czyn bar­dzo szyb­ko wypro­wa­dził jed­nak Dun­ham poza ramy seria­lu. Inter­net, któ­ry wła­śnie wte­dy nabie­rał swo­jej dzi­siej­szej bez­względ­no­ści, bły­ska­wicz­nie zamie­nił aktor­kę w znak, mar­kę i przed­miot nie­ustan­ne­go spo­ru. To wła­śnie wów­czas roz­po­czął się pro­ces oddzie­la­nia Leny Dun­ham od „Leny Dun­ham”, któ­ry Fame­sick ma dziś odwró­cić.

Bo dopie­ro z odpo­wied­nie­go dystan­su moż­na było opo­wie­dzieć histo­rię nie o feno­me­nie Dziew­czyn, lecz o cenie, jaką za ów suk­ces zapła­ci­ła odpo­wie­dzial­na za nie­go oso­ba.

V

Powtó­rzę więc, bo to bar­dzo waż­ne: Fame­sick jest w dużej mie­rze oso­bi­stą pró­bą upo­rząd­ko­wa­nia tego wszyst­kie­go, co wyda­rzy­ło się w życiu Leny Dun­ham w cią­gu ostat­nich kil­ku­na­stu lat. Więk­szość tych wyda­rzeń zna­li­śmy prze­cież z mediów. Śle­dzi­li­śmy pre­mie­ry, kolej­ne suk­ce­sy, roz­sta­nia, cho­ro­by i inter­ne­to­we afe­ry. Książ­ka tego nie cofa, nie ma takiej mocy. Poka­zu­je jed­nak histo­rię Dun­ham w szer­szym kon­tek­ście, któ­re­go nam ewi­dent­nie bra­ko­wa­ło. Uświa­da­mia odbior­ców, że kolej­ne doświad­cze­nia nie tyl­ko nastę­po­wa­ły po sobie, ale rów­nież stop­nio­wo zmie­nia­ły samą autor­kę. Jest gło­sem nie inter­ne­to­we­go komen­ta­ria­tu, media­wor­ke­rów, ano­ni­mo­wych użyt­kow­ni­ków mediów spo­łecz­no­ścio­wych – ale samej Dun­ham. Na tym pole­ga­ją moc i zna­cze­nie tej opo­wie­ści.

Począ­tek tej histo­rii przy­po­mi­na kla­sycz­ną opo­wieść o bły­ska­wicz­nej karie­rze. Wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, pierw­sze pró­by arty­stycz­ne, suk­ces Mebel­ków (Tiny Fur­ni­tu­re, 2010) i wej­ście Dun­ham do nowo­jor­skie­go świa­ta fil­mo­we­go ukła­da­ją się w nar­ra­cję o speł­nia­ją­cym się marze­niu. Odna­le­zio­ne dzien­ni­ki mat­ki są impul­sem twór­czym, któ­ry otwie­ra dro­gę do fil­mu, a w kon­se­kwen­cji tak­że do kon­trak­tu z HBO i powsta­nia Dziew­czyn. Tyle że z per­spek­ty­wy cza­su pod­pi­sa­nie tej umo­wy nie wyglą­da już jak począ­tek baśni. W książ­ce coraz bar­dziej przy­po­mi­na zawar­cie pak­tu, któ­re­go praw­dzi­we kon­se­kwen­cje wycho­dzą na jaw dopie­ro po latach. Dun­ham opi­su­je tam­ten okres jako czas trium­fu zawo­do­we­go i pry­wat­nej kru­cho­ści: tkwi w upo­ka­rza­ją­cej rela­cji z męż­czy­zną ukry­wa­ją­cym się pod pseu­do­ni­mem „Lip”, a jed­no­cze­śnie obser­wu­je, jak wokół seria­lu nara­sta machi­na, nad któ­rą szyb­ko prze­sta­je pano­wać.

Para­doks pole­ga na tym, że każ­dy kolej­ny suk­ces odbie­ra Dun­ham kawa­łek jej spraw­czo­ści. Pierw­sze wła­sne miesz­ka­nie, roz­po­zna­wal­ność i pozy­cja jed­nej z naj­waż­niej­szych twór­czyń swo­je­go poko­le­nia idą w parze z nasi­la­ją­cy­mi się lęka­mi, przyj­mo­wa­niem leków i opar­tą na coraz więk­szej kon­tro­li rela­cją z Jen­ni Kon­ner. Daw­na men­tor­ka stop­nio­wo prze­obra­ża się w oso­bę dys­cy­pli­nu­ją­cą, któ­ra przy­po­mi­na Dun­ham choć­by o koniecz­no­ści utrzy­my­wa­nia odpo­wied­niej wagi. W tym samym cza­sie autor­ka Fame­sick doświad­cza pierw­szych epi­zo­dów dyso­cja­cji, jak­by jej cia­ło i psy­chi­ka zaczy­na­ły odpo­wia­dać na pre­sję, któ­rej sama jesz­cze dłu­go nie będzie umia­ła nazwać.

Podob­ny mecha­nizm doty­czy życia pry­wat­ne­go Dun­ham. Jej zwią­zek z Jac­kiem Anto­nof­fem począt­ko­wo wyda­je się obiet­ni­cą sta­bi­li­za­cji po wcze­śniej­szych upo­ko­rze­niach, ale osta­tecz­nie nie jest w sta­nie zatrzy­mać roz­pę­dzo­ne­go pro­ce­su roz­pa­du. Rów­no­cze­śnie aktor­ka i reży­ser­ka sta­je się gło­sem swo­je­go poko­le­nia, a wraz z tą rolą przy­cho­dzą inter­ne­to­wy hejt, oskar­że­nia o uprzy­wi­le­jo­wa­nie, coraz więk­sze poczu­cie, że publicz­na „Dun­ham” żyje wła­snym życiem i nie­wie­le ma wspól­ne­go z oso­bą, któ­ra nosi to nazwi­sko.

Momen­tem szcze­gól­nie bole­snym oka­zu­je się publi­ka­cja Not That Kind of Girl2. Książ­ka powsta­je nie­mal przy­pad­kiem, ale skut­ki jej wyda­nia są dale­ko­sięż­ne. Rela­cje Dun­ham z bra­tem Cyru­sem zosta­ją wów­czas zerwa­ne, co tyl­ko pogłę­bia jej poczu­cie osa­mot­nie­nia.

W kolej­nych roz­dzia­łach roz­pad przy­spie­sza. Dun­ham opi­su­je uciecz­kę z tra­sy pro­mo­cyj­nej w Holan­dii w sta­nie fizycz­ne­go i psy­chicz­ne­go wyczer­pa­nia, kolej­ne ope­ra­cje zwią­za­ne z endo­me­trio­zą, wynisz­cza­ją­cą tera­pię hor­mo­nal­ną czy łokieć zła­ma­ny pod­czas pra­cy nad fina­ło­wym sezo­nem Dziew­czyn. Wszyst­kie te doświad­cze­nia spra­wia­ją, że coraz trud­niej oddzie­lić jej cho­ro­bę od sła­wy – obie zaczy­na­ją funk­cjo­no­wać jak rów­no­le­głe pro­ce­sy, wza­jem­nie się wzmac­nia­ją­ce.

Po zakoń­cze­niu seria­lu Dun­ham nazy­wa sie­bie emo­cjo­nal­nym roz­bit­kiem. Tra­ci zwią­zek z Anto­nof­fem, defi­ni­tyw­nie roz­pa­da się jej rela­cja z Jen­ni Kon­ner, a pró­ba zbu­do­wa­nia bli­sko­ści ze sta­rym zna­jo­mym Nic­kiem rów­nież koń­czy się nie­po­wo­dze­niem. W pew­nym momen­cie czy­tel­nik odno­si wra­że­nie, że książ­ka prze­sta­je być opo­wie­ścią o licz­nych kry­zy­sach, a przy­bie­ra for­mę zapi­su mozol­ne­go demon­ta­żu oso­by, któ­ra przez lata pró­bo­wa­ła spro­stać wyzwa­niom zwią­za­nym z wła­snym wize­run­kiem publicz­nym.

Dal­sze roz­dzia­ły przy­no­szą kolej­ne dra­ma­tycz­ne doświad­cze­nia – histe­rek­to­mię, uza­leż­nie­nie, pobyt na odwy­ku czy pozor­nie absur­dal­ne epi­zo­dy, takie jak pożar koszu­li noc­nej. Nie war­to ich wszyst­kich wyli­czać. Znacz­nie waż­niej­sze jest to, że w Posło­wiu Dun­ham prze­sta­je trak­to­wać wła­sną prze­szłość jak akt oskar­że­nia. Kon­fron­ta­cja z nią nie pro­wa­dzi do trium­fal­ne­go zwy­cię­stwa ani spek­ta­ku­lar­ne­go odro­dze­nia, lecz do cze­goś znacz­nie skrom­niej­sze­go: do pogo­dze­nia się z wła­sny­mi ogra­ni­cze­nia­mi, do odzy­ska­nia cier­pli­wo­ści wobec sie­bie i do zgo­dy na życie, któ­re nie musi już przy­po­mi­nać nie­ustan­nej wal­ki o prze­trwa­nie.

Serial życia Leny Dun­ham nie koń­czy się więc kla­sycz­nym hap­py endem. Koń­czy się raczej odzy­ska­niem przez nią wewnętrz­ne­go spo­ko­ju. Po lek­tu­rze tej książ­ki trud­no jed­nak oprzeć się wra­że­niu, że wła­śnie osią­gnię­cie pew­nej har­mo­nii sta­no­wi naj­więk­szy suk­ces autor­ki Fame­sick.

VI

Zanim prze­czy­ta­łem Fame­sick, poświę­ci­łem jeden week­end na obej­rze­nie nie­mal wszyst­kich wywia­dów z Leną Dun­ham w związ­ku z pre­mie­rą książ­ki. Przy­pa­try­wa­łem się jej twa­rzy, gestom, spo­so­bo­wi mówie­nia. Patrzy­łem z podzi­wem, jak opo­wia­da o wszyst­kim, co prze­szła, bez teatral­no­ści i bez potrze­by budo­wa­nia wokół sie­bie mitu cier­pie­nia. Mówi­ła o cho­ro­bie, uza­leż­nie­niu, roz­pa­dzie rela­cji i publicz­nym upo­ko­rze­niu, a jed­no­cze­śnie uśmie­cha­ła się, żar­to­wa­ła. Oddy­cha­ła. Żyła.

Było w tym coś głę­bo­ko pokrze­pia­ją­ce­go. Nie dla­te­go, że nasze doświad­cze­nia są podob­ne. Nie są. Raczej dla­te­go, że opi­sy­wa­ne przez nią emo­cje od daw­na wyda­wa­ły mi się zna­jo­me. Nie­po­kój przed prze­kro­cze­niem gra­ni­cy mię­dzy zdro­wą pew­no­ścią sie­bie a ego­cen­try­zmem. Wra­że­nie nie­do­pa­so­wa­nia, któ­re nie zni­ka nawet wte­dy, gdy czło­wiek znaj­du­je swo­je miej­sce. Poczu­cie przy­na­leż­no­ści, któ­ra wciąż się prze­su­wa i nigdy nie jest dana raz na zawsze. To wła­śnie te doświad­cze­nia, któ­re wcze­śniej odnaj­dy­wa­łem w Dziew­czy­nach, wra­ca­ły do mnie pod­czas lek­tu­ry Fame­sick.

Czy­ta­łem tę książ­kę z podob­nym uczu­ciem, z jakim oglą­da­łem roz­mo­wy Dun­ham. Dowia­dy­wa­łem się o kolej­nych kata­stro­fach, a jed­no­cze­śnie cza­sem śmia­łem się na głos. Oddy­cha­łem. Żyłem. Nawet wte­dy, gdy się z autor­ką nie zga­dza­łem. A może wła­śnie wte­dy naj­bar­dziej. Prze­cież pole­mi­ka rów­nież może być for­mą bli­sko­ści, jeśli wyra­sta z uważ­ne­go słu­cha­nia.

Mam zresz­tą wra­że­nie, że wła­śnie na tym pole­ga jed­no z waż­niej­szych osią­gnięć twór­czo­ści mile­nial­sów. Nie tyle na udzie­la­niu odpo­wie­dzi, ile na two­rze­niu prze­strze­ni, w któ­rej moż­na wspól­nie sta­wiać opór rze­czy­wi­sto­ści, nawet jeśli każ­dy robi to po swo­je­mu.

 

1 Kew­pie – sym­bol wal­ki i zwy­cię­stwa, onli­ne: https://lalandia.pl/kewpie-symbol-walki-i-zwyciestwa/ [dostęp: 7.09.2026].

2 Pol­skie wyda­nie: Nie taka dziew­czy­na. Mło­da kobie­ta o tym, cze­go „nauczy­ło” ją życie, tłum. D. Jan­kow­ska, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2015.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

04.09.2025 Przez gender

Chłop żywemu nie przepuści (albo: Już nie dziecko, jeszcze nie mężczyzna)

Książka Gabriela Krauzego Tu byli, tak stali w znakomitym przekładzie Tomasza Gałązki przez krytykę literacką, w tym jury prestiżowego Bookera, uznana została za dzieło wysokiej próby. Powieść ta nie tylko ma wysoką wartość artystyczną, lecz także skłania do refleksji nad tym, czym jest i czym dzisiaj może być chłopackość – pisze Marcin Wilk.

12.08.2025 Przez gender

#pozaGender. Nowe interwencje

Było w tym coś głęboko radosnego, działaliśmy jeszcze przed erą projektyzacji i monetyzacji, przed inwazją poczucia niszowości. Można mówić nawet o pewnego rodzaju szaleństwie, bo w zasadzie nikt z nas nie miał środków finansowych – o piśmie „UniGENDER” (2006–2007) i związanych z nim inicjatywach pisze Marcin Wilk.

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej Elementarzowi antyfaszystowskiemu pisze Maria Strzelecka.