Marzanna Bogumiła Kielar poprzedza swoje Wilki mottem ze Snów znad Morza Śródziemnego, drugiej z trzech części wydanych w 1962 roku Wierszy śródziemnomorskich. Podstawiam zatem lustro cytatu z Pieśni wędrowca, części pierwszej tego samego tomu: „Próchnieć, łuszczyć się, rozpadać: tak założono w prawie / minerałów. W prawie mięczaków. W prawie człowieka”1.
I
Aleksander Wat – coraz bardziej sponiewierany bólem nieuleczalnej choroby, coraz mocniej owładnięty obsesją interpretowania komunizmu (jako naczelnego doświadczenia wschodnioeuropejskiej współczesności) w kategoriach demonicznych i satanicznych, a jednocześnie coraz rozpaczliwiej poszukujący swego duchowego miejsca między judaizmem a katolicyzmem (jednakowo upragnionymi i jednakowo obcymi) – snuje w Prowansji wielką medytację nad tym, co stanie się jednym z głównych wątków jego późnej refleksji, czyli nad anachronicznością. Bowiem starzejący się Wat (starzejący – dodaję na marginesie – wyłącznie w sensie zewnętrznym i metrykalnym, subiektywnie bowiem poeta samego siebie postrzegał jako starego już od dzieciństwa) uporczywie powraca do myśli, że wszystko (komunizm, antykomunizm, judaizm, katolicyzm) przychodziło do niego raz za wcześnie, innym razem za późno – zawsze jednakowoż w nieodpowiednim czasie.
II
W Wierszach śródziemnomorskich gargantuicznie rozrośniętą metaforą owego doświadczenia niewczesności staje się dialektyka doskonałości kamienia (doskonałości kontemplowanej, pożądanej, ale ostatecznie niedostępnej) i erodującej go egzemy wszelkiego życia – również, a raczej nade wszystko, życia miotanego konwulsjami ideologicznych i historycznych aberracji diabolicznego dwudziestego stulecia.
III
Takie jest bowiem złowieszczo niezbywalne „prawo minerałów, prawo mięczaków, prawo człowieka”2 – zrównanie tego, co kamienne („minerał”), zwierzęce („mięczak”) i ludzkie („człowiek”) w nieuchronnej ekonomii „próchnienia, łuszczenia się, rozpadania”. I nawet jeśli słowa Wata przytaczane w motcie do Wilków przez Kielar zdają się kreślić jakąś obietnicę przetrwania – wszak poeta mówi tu, że „pamięć głosów” nie umilknie, „nawet jeśli zniknie poronny ród ludzki”, i że znajdzie dla siebie pomieszkanie w zwierzętach („jaskółkach”, „owadach”), w roślinach („mchach”), w (jakżeby inaczej!) „kamieniach”, a niechby nawet tylko „w ciszy, która jest głosem pragłosu”3 – to nie nadzieja ożywia ten tom poetki, nie łatwe pokrzepienie.
IV
Wreszcie: nie nostalgia, owa praca pamięci skrystalizowanej w fantomowych symulakrach minionego, symulakrach tak często skażonych sentymentalnym kiczem, resentymentalną agresją. Czytając bowiem Wilki, takie mam właśnie przemożne – i główne – wrażenie: że ostentacyjnie r o z g r y w a j ą c nostalgiczne schematy, poetka schematami tymi p o g r y w a, by ostatecznie je o g r a ć, snując wierszowany esej o niemożności nostalgii.
V
A przecież na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nowy tom poezji Marzanny Bogumiły Kielar utkany jest właśnie – i nieledwie wyłącznie – z nostalgii.
VI
Jest zatem miejsce – szeroko pojmowane Mazury; ale choć są one dookreślone rzucanymi tu i ówdzie nazwami miejscowymi, to mają być jak najodleglejsze od tego, co zwykliśmy kojarzyć z wyświechtaną mazurską mitologią, tą, by tak rzec, puszczańsko-wielkojeziorno-żaglówkowo-kajakowo-włóczęgowsko-wędkarską. Jest roślinnie, zwierzęco, wsiowo i małomiasteczkowo – ale pierwsze, co rzuca się w oczy, to tymczasowość mazurskiego pomieszkiwania. Bo Kielar – bardzo przecież ludzka, bardzo (niejako wbrew chłodnej, quasi-reporterskiej, figuratywnie osobliwie wyzerowanej dykcji swej poezji) empatyczna, zoomowo skupiona na urywkowych mikronarracjach o konkretnych, niemal bezwyjątkowo traumatyzujących doświadczeniach – portretuje tych, którzy zawsze (i w ogromnej większości wbrew własnej woli, wyrokiem losu, historii i polityki, już u patronującego Wilkom Wata splecionym w jedno fatum) są nie stąd; a jeśli byli stąd, to właśnie b y l i, teraz już są gdzie indziej. Z Mazur można zatem tylko odchodzić albo na nie przybywać – są ziemią w istocie niczyją, przystankiem na drodze wędrówek ludów i ludzi (a wiadomo już ze słynnej frazy z żalu Czechowicza, że „ludzie” i „ludy” to stany skupienia człowieka radykalnie różne, „lud” nie jest prostym przemnożeniem „ludzi”)4, obozem koczowników, mniej lub bardziej tymczasowym. Z Mazur odchodzą wysiedlani po drugiej wojnie światowej Niemcy; odchodzą (i czasem też wracają) lokalni mieszkańcy wywożeni chwilę wcześniej na roboty przymusowe do III Rzeszy. Przybywają pojałtańscy repatrianci, przymusowi przesiedleńcy po akcji „Wisła”; przyjeżdża na badania i zostaje bezimienna „studentka geografii” z wiersza o tym samym tytule5 (i może też z następnego, z Podłogi6). Opuszczają Mazury, a gdy wracają, miejsce jest inne, obce, nie swoje. Ci z kolei, którzy przyjeżdżają, ciągną ze sobą fantazmaty tego, co musieli zostawić – docierają na miejsce, ale są raczej w owym pozostawionym.
VII
Może się zresztą mylę – może jednak w Wilkach przemawia jakaś mocno ukorzeniona mazurska tożsamość? Nie jest bowiem tak, że Kielar zawsze pozwala wprost mówić nomadom, których losy opisuje (choć oczywiście nie brak tu również takich prozopopei) – często ktoś mówi za nich, w ich imieniu jakiś nienacechowany, przezroczysty głos przebiega przez wszystkie te opuszczone i przejmowane zagrody i leśniczówki, dziczejące sady i na nowo zasiewane ogrody, wracające do życia wsie, zagajniki i nawiedzone rozdroża. Jeśli nawet mamy tu do czynienia z czymś najbardziej oczywistym, czyli z autobiograficznym nacechowaniem owego głosu (poetka wszak pochodzi z Gołdapi, a swój głośny debiutancki tom wierszy – Sacra conversazione z 1992 roku – wydała w Suwalskim Towarzystwie Kultury), to jest to głos zwielokrotniony, może nawet spotworniały, wynikające/przenikające echo tych wszystkich innych-głosów-innych, ich p o‑g ł o s.
VIII
Wreszcie – jest też ów po-głos „pragłosem” zapowiadanym w motcie z Wata; czymś nadchodzącym z najgłębszej przeszłości (a może nawet zaprzeszłości). Bo choć – jak już wspomniałem – wydawać by się mogło, że Wilki są wymarzonym polem opisywania pracy nostalgii, to właśnie nostalgia jest tu niemożliwa. Nikt z tych, którzy przeciągają (czy też raczej: są przyciągani/odciągani) przez Mazury, nie jest w stanie na tyle mocno naznaczyć swej teraźniejszości prywatną przeszłością, by teraźniejszość wyprzeć i zaprojektować przyszłość – co jest przecież właściwą domeną działania nostalgii. Czas – ich czas – nazbyt jest nieważki i rozpędzony, wydany permanentnej niepewności. Będąc tu i teraz, zawsze odczuwają oni działanie klątwy (znów Wat) anachroniczności, bycia w nie swoim czasie.
IX
A zatem – by tak rzec – czas ludzki, czas horyzontalny (ktoś przyjechał s k ą d ś, d o k ą d ś wyjechał, wrócił s k ą d ś d o k ą d ś – zawsze zza jakiegoś horyzontu bądź za jakiś horyzont), jedyny, który daje perspektywę pokrzepienia w nostalgii, jest w Wilkach nieistotny. Czas właściwy, w sposób istotny porządkujący ruch znaczeń w książce Kielar, jest (pozostańmy przy zarysowanej tuż powyżej metaforyce przestrzennej) czasem wertykalnym, czasem pionowym, idącym z głębi ku górze.
X
W pierwszym wierszu tomu poznajemy panią „Jadwigę wypędzoną z Grodzieńszczyzny”7, urządzającą po swojemu „poniemiecki ogród”8. I już z inicjalnego wersu dowiadujemy się, że pani Jadwiga „nie lubiła sezonowych roślin”9, bo „wolała byliny”10, rośliny wieloletnie, świadków przeszłości tkwiącej w głębi gleby, jedyne stworzenia naprawdę pamiętające. A co to znaczy – naprawdę pamiętać na ziemi, której powierzchnia naznaczona jest nomadycznym byciem (właśnie ulotnym „byciem”, bo przecież nie stabilnym, mocno usadowionym „bytem”) ludzi w y k o r z e n i o n y c h z czasu niczym owe sezonowe rośliny? Odpowiedź kryje się w ostatnich wersach Poniemieckiego ogrodu Jadwigi wypędzonej z Grodzieńszczyzny, w których bohaterka sadzi
krwawnik, tysiąclistny,
którym Achilles leczył rany po bitwie.
I mak wieloletni, potężny, czerwony. Rosnący tam, gdzie ludzie
otwierają ziemię, gdzie trupy i azot z bomb ją użyźniają.
Mak z czarnym środkiem, który Persefona trzymała w ręku,
wracając11.
XI
Istnieje prawdziwie jedynie to, co w głębi – zmineralizowana śmierć przenikająca w korzenie i kłącza, śmierć zadawana przede wszystkim w obłędzie wojen, zarówno tych niedawnych („azot z bomb”12 jako nieledwie groteskowy substytut powszechnie stosowanych nawozów azotowych), jak i tych leżących u fundamentów porządku mitycznego, przywoływanego tu za pośrednictwem postaci Achillesa i Persefony. A ponieważ snute w Wilkach opowieści o losach mazurskich nomadów bezwyjątkowo zainfekowane są taką właśnie śmiercią, toteż – na prawach dojmującego kontrastu – tym więcej jest w nich życia. Bo tak naprawdę żyją tylko one – rośliny, niedoświadczające złud nostalgii. Dlatego też w każdym niemal wierszu z najnowszej książki Marzanny Bogumiły Kielar najwięcej jest właśnie wszelkiej flory. W niej bowiem jedyne nasze ocalenie.
XII
Może też dlatego wielkim finałem Wilków musi być wiersz Prusowie13– zstąpienie w najgłębsze pokłady mazurskiej ziemi, w zaprzeszłość, ku mitycznym początkom, w gościnę do tych, którzy byli tu pierwsi – jedyni naprawdę u siebie. Ku „pragłosowi”, z którego pozostał – a jakże – las („Znajduję słowo meddin – las, w słowniku, co liczy 1800 słów”)14.
XIII
Żyć w próchniejącym, łuszczącym, rozpadającym się czasie horyzontalnym. Tak założono w prawie człowieka. Ożywać poza ułudami nostalgii w czasie wertykalnym, od pruskich prapoczątków ku górze, ku powierzchni. Tak założono w prawie roślin.
1 A. Wat, Pieśni wędrowca [w:] tegoż, Poezje zebrane, oprac. A. Micińska, J. Zieliński, Kraków: Wydawnictwo Znak, 1992, s. 276.
2 Zob. tamże.
3 Tenże, Sny sponad Morza Śródziemnego [w:] tegoż, Poezje…, s. 297.
4 Zob. J. Czechowicz, żal [w:] tegoż, nuta człowiecza, Warszawa: Księgarnia F. Hoesicka, 1939, s. 11.
5 M.B. Kielar, Studentka geografii [w:] tejże, Wilki, Kraków: Wydawnictwo Znak, 2023, s. 30 [e‑book].
6 Taż, Podłoga [w:] tejże, Wilki, s. 32 [e‑book].
7 Taż, Poniemiecki ogród Jadwigi wypędzonej z Grodzieńszczyzny [w:] tejże, Wilki, s. 4–5 [e‑book].
8 Tamże.
9 Tamże, s. 5.
10 Tamże.
11 Tamże.
12 Tamże.
13 M.B. Kielar, Prusowie [w:] tejże, Wilki, s. 47–50 [e‑book].
14 Tamże, s. 50.
