Sorry, Virginia, nie mamy własnego pokoju – o książce Pauliny Małochleb „Mięśnie mam od miłości”

Wyobra­żam sobie, że książ­kę Pau­li­ny Mało­chleb moż­na prze­czy­tać dość powierz­chow­nie – jako kolej­ną opo­wieść o macie­rzyń­stwie w warun­kach neo­li­be­ral­ne­go kapi­ta­li­zmu: o pre­sji cią­głej opty­ma­li­za­cji „pro­jek­tu dziec­ko”, o macie­rzyń­skim wsty­dzie, dys­cy­pli­no­wa­niu kobiet i poczu­ciu winy wpi­sa­nym w samą struk­tu­rę współ­cze­sne­go rodzi­ciel­stwa. Moż­na widzieć w niej przede wszyst­kim kry­ty­kę macie­rzyń­stwa jako insty­tu­cji, z jego hie­rar­chia­mi, nor­ma­tyw­no­ścią, prze­mo­cą sym­bo­licz­ną i nie­wi­dzial­ną pra­cą opie­kuń­czą, albo ana­li­zę eks­plo­ata­cji tego, co Kathi Weeks czy Silvia Fede­ri­ci nazwa­ły­by pra­cą miło­ści.

Taka lek­tu­ra spro­wa­dza­ła­by książ­kę do kolej­nej kry­ty­ki współ­cze­snych ocze­ki­wań wobec macie­rzyń­stwa – obok tek­stów Agniesz­ki Graff, Nata­lii Fie­dor­czuk, Syl­wii Chut­nik, Ingi Iwa­siów czy Elż­bie­ty Korol­czuk, a w szer­szym kon­tek­ście oczy­wi­ście mię­dzy inny­mi Adrien­ne Rich, Sary Rud­dick, Orny Donath, Sophie Lewis, Rachel Cusk, bell hooks, Éli­sa­beth Badin­ter i wie­lu innych. Po pro­stu kolej­na histo­ria o kobie­tach roz­pię­tych mię­dzy pra­cą zarob­ko­wą, opie­kuń­czą i emo­cjo­nal­nym zarzą­dza­niem rodzi­ną, któ­re nie­ustan­nie sły­szą, że powin­ny być bar­dziej obec­ne, bar­dziej uważ­ne i bar­dziej zaan­ga­żo­wa­ne. Była­by to opo­wieść o kul­tu­rze pro­du­ku­ją­cej coraz to now­sze stan­dar­dy „dobre­go macie­rzyń­stwa”, a następ­nie obar­cza­ją­cej kobie­ty odpo­wie­dzial­no­ścią za ich nie­speł­nie­nie. O świe­cie, któ­ry wyma­ga od matek jed­no­cze­snej pro­duk­tyw­no­ści i cał­ko­wi­tej dys­po­zy­cyj­no­ści, a potem sprze­da­je im porad­ni­ki, kur­sy i tera­pie mają­ce pomóc pora­dzić sobie z kon­se­kwen­cja­mi tych sprzecz­nych ocze­ki­wań. Inny­mi sło­wy: jesz­cze jed­na (słusz­na, lecz nie­od­kryw­cza) kry­ty­ka zawłasz­cze­nia macie­rzyń­stwa przez logi­kę aku­mu­la­cji kapi­ta­łu, gdzie tro­ska zosta­je spry­wa­ty­zo­wa­na, odpo­wie­dzial­ność zrzu­co­na na jed­nost­kę, a struk­tu­ral­ne pro­ble­my przed­sta­wio­ne jako oso­bi­ste nie­po­wo­dze­nia.

Tyle że taka inter­pre­ta­cja, choć nie była­by cał­ko­wi­cie błęd­na, prze­oczy­ła­by to, co w tej książ­ce naj­cie­kaw­sze. Bo choć moż­na ją (zło­śli­wie) czy­tać jako kata­log macie­rzyń­skich uwi­kłań i krzywd, war­to zwró­cić uwa­gę na trzy rze­czy, któ­re Mało­chleb robi w spo­sób wyjąt­ko­wo cie­ka­wy w pol­skim kon­tek­ście. Po pierw­sze, dia­gno­zu­je pew­ną poko­le­nio­wo-kla­so­wą pułap­kę, w któ­rą wpa­dli rodzi­ce z okre­ślo­nej – i wca­le nie małej – bań­ki spo­łecz­nej. Po dru­gie, poka­zu­je, jak z tego uwi­kła­nia wyła­nia się pro­po­zy­cja inne­go spo­so­bu upra­wia­nia twór­czo­ści, pod­wa­ża­ją­ce­go figu­rę samot­ne­go geniu­sza i mit wła­sne­go poko­ju. Po trze­cie zaś, ucie­le­śnia doświad­cze­nie opie­ki w taki spo­sób, że zaczy­na ono dzia­łać wspól­no­to­twór­czo, nie­mal jak rodzaj związ­ku zawo­do­we­go opar­te­go na wspól­no­cie afek­tów, mię­śni i codzien­nej pra­cy.

Naczytali się

Moż­na oczy­wi­ście powie­dzieć, że Mało­chleb pisze z pozy­cji względ­ne­go przy­wi­le­ju: oso­by z dok­to­ra­tem, sta­łym zatrud­nie­niem, miesz­ka­ją­cej w dużym mie­ście i wycho­wu­ją­cej dzie­ci ze wspie­ra­ją­cym part­ne­rem. Łatwo więc uznać jej pro­ble­my za wydu­ma­ne kło­po­ty kla­sy śred­niej. I wła­śnie tutaj ujaw­nia się dia­gno­stycz­na siła tej książ­ki. W oso­bi­stej nar­ra­cji, któ­ra nie rości sobie pra­wa do socjo­lo­gicz­nej dia­gno­zy, Mało­chleb uchwy­ci­ła doświad­cze­nie sła­bo dotąd opi­sa­ne w Pol­sce – doświad­cze­nie poko­le­nia kul­tu­ry tera­pii i eko­no­micz­nej pre­kar­no­ści. Mło­dych rodzi­ców i tych w śred­nim wie­ku, pra­cu­ją­cych w kul­tu­rze, edu­ka­cji czy sek­to­rze kre­atyw­nym, czę­sto pocho­dzą­cych z rodzin robot­ni­czych, ludo­wych lub pro­win­cjo­nal­nych, któ­rzy dzię­ki edu­ka­cji zdo­by­li kapi­tał kul­tu­ro­wy, ale nie­ko­niecz­nie eko­no­micz­ny. Ponie­waż wie­rzy­my książ­kom, to ufa­my Donal­do­wi Win­ni­cot­to­wi, Jaspe­ro­wi Juulo­wi, Marii Mon­tes­so­ri i rodzi­ciel­stwu bli­sko­ści. Wie­my, że dzie­ci nie powin­no się wycho­wy­wać stra­chem, zawsty­dza­niem ani prze­mo­cą. Chce­my tłu­ma­czyć, kore­gu­lo­wać, wspie­rać auto­no­mię i budo­wać bez­piecz­ne rela­cje. Pro­blem pole­ga na tym, że pró­bu­je­my reali­zo­wać ten model bez zaso­bów eko­no­micz­nych kla­sy śred­niej, dla któ­rej został on w dużej mie­rze zapro­jek­to­wa­ny. Nie stać nas na pry­wat­ne pla­ców­ki, dodat­ko­wą opie­kę czy out­so­ur­cing codzien­nych obo­wiąz­ków. Jed­no­cze­śnie mamy świa­do­mość kon­se­kwen­cji zanie­dbań i prze­mo­cy, więc pró­bu­je­my „nad­ro­bić” wła­sną obec­no­ścią. To przed­się­wzię­cie z góry ska­za­ne jest na czę­ścio­wą poraż­kę.

Do tego czę­sto docho­dzi odda­le­nie od rodzin pocho­dze­nia. Wie­le osób z tej gru­py nie korzy­sta z pomo­cy babć, cioć lub dal­szej rodzi­ny – nie tyl­ko z powo­dów geo­gra­ficz­nych, ale tak­że kul­tu­ro­wych. Rodzi­ciel­stwo bli­sko­ści, rezy­gna­cja z kar fizycz­nych i inne prak­ty­ki inspi­ro­wa­ne współ­cze­sną psy­cho­lo­gią bywa­ją odbie­ra­ne przez rodzi­ny pocho­dze­nia jako fana­be­rie i pod­su­mo­wy­wa­ne wzru­sze­niem ramion: „Naczy­ta­li się”.

Ten rodzaj izo­la­cji sta­wia przed rodzi­ca­mi „naczy­ta­ny­mi” inne wyzwa­nia niż te, któ­rych doświad­cza­ją na przy­kład rodzi­ce tra­dy­cyj­nie wycho­wu­ją­cy dzie­ci w wie­lo­po­ko­le­nio­wych rodzi­nach. Nie cho­dzi o wyli­czan­kę, kto ma gorzej i komu bar­dziej nale­ży się współ­czu­cie, lecz wska­za­nie że to, co z zewnątrz wyglą­da jak uprzy­wi­le­jo­wa­nie, bywa rów­nież szcze­gól­nym rodza­jem uwi­kła­nia w neo­li­be­ral­ną kul­tu­rę hiper­in­dy­wi­du­al­nej odpo­wie­dzial­no­ści.

Własny pokój, my ass

Moż­na oczy­wi­ście wzru­szyć ramio­na­mi, że to wszyst­ko wydu­ma­ne fana­be­rie i pro­ble­my Pierw­sze­go Świa­ta. Że kie­dyś ludzie po pro­stu mie­li dzie­ci, cho­dzi­li do pra­cy, dziec­ko wra­ca­ło ze szko­ły z klu­czem na szyi, odgrze­wa­ło sobie zupę albo przej­mo­wa­ła je bab­cia. A jeśli mia­ło ojca pisa­rza czy arty­stę, wie­dzia­ło, że do gabi­ne­tu się nie wcho­dzi i nie prze­szka­dza w pra­cy. A jeśli prze­szka­dza­ło, dosta­wa­ło klap­sa albo było dys­cy­pli­no­wa­ne krzy­kiem.

I wła­śnie tutaj spo­ty­ka­ją się dwa waż­ne dla mnie wąt­ki tej książ­ki. Mało­chleb traf­nie opi­su­je zja­wi­sko, któ­re w Pol­sce wciąż pozo­sta­je sła­bo nazwa­ne: nało­że­nie się mate­rial­nych warun­ków pra­cy twór­czej na okre­ślo­ny model wycho­wy­wa­nia dzie­ci, czę­sto prak­ty­ko­wa­ny wła­śnie przez rodzi­ców pra­cu­ją­cych twór­czo – ta zaczerp­nię­ta z lek­tur i wynie­sio­na z tera­pii nie­chęć do powta­rza­nia prze­mo­cy, któ­rej sami czę­sto doświad­czy­li­śmy, głę­bo­ko uwew­nętrz­nio­ne prze­ko­na­nie, że dzie­ci nale­ży wycho­wy­wać poprzez bli­skość, obec­ność, kore­gu­la­cję i roz­mo­wę, a nie za pomo­cą stra­chu, wymu­sza­nia posłu­szeń­stwa czy zawsty­dza­nia. Psy­cho­lo­gia roz­wo­jo­wa przy­bi­ja nam za to piąt­kę, ale ma to swo­je kon­se­kwen­cje. Nie będzie­my prze­cież uczyć dziec­ka klap­sem, że nie wol­no mu wejść do gabi­ne­tu, gdy pisze­my. Cho­le­ra, prze­cież my nie mamy nawet gabi­ne­tu. Mamy kawa­łek sto­łu w kuch­ni.

Okładka książki Pauliny Małochleb pod tytułem „Mięśnie mam od miłości”.
Paulina Małochleb, „Mięśnie mam od miłości”, Kraków: Karakter, 2026.

Gdy taki model rodzi­ciel­stwa nakła­da się na warun­ki pra­cy arty­stycz­nej – pre­kar­ność, brak zabez­pie­czeń spo­łecz­nych, brak zaple­cza opie­kuń­cze­go, a nie­rzad­ko eko­no­micz­ny przy­mus rezy­gna­cji z twór­czo­ści (świet­nie opi­su­ją to Sonia Jasz­czyń­ska, Aga­ta Klep­ka i Agniesz­ka Strze­żek w książ­ce Ręka, któ­ra poru­sza koły­skę, trzy­ma pędzel) – to nie­uchron­nie zaczy­na­my pisać, malo­wać i two­rzyć ina­czej.

Ide­ałem twór­czo­ści pozo­sta­je wciąż figu­ra geniu­sza, któ­ry może cał­ko­wi­cie zatra­cić się w pra­cy, ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści i nie­po­mny jedze­nia dono­szo­ne­go mu przez nie­wi­dzial­ną rękę (vide nar­ra­cja Jose­pha Con­ra­da opi­sa­na przez Ursu­lę K. Le Guin w Ręce, któ­ra koły­sze koły­skę, pisze książ­kę), tygo­dnia­mi cyze­lo­wać zda­nia i roz­wi­jać swo­je idee w odosob­nie­niu, pod­czas gdy ktoś inny wyko­nu­je nie­wi­dzial­ną pra­cę krzą­tac­ką i opie­kuń­czą, pod­trzy­mu­jąc jego świat przy życiu. Tym­cza­sem Mało­chleb wyko­nu­je cie­ka­wą wol­tę. Zamiast postu­lo­wać zapew­nie­nie twór­czy­ni wła­sne­go poko­ju, pyta, czy wła­sny pokój rze­czy­wi­ście powi­nien pozo­stać warun­kiem two­rze­nia. Co, jeśli war­tość ma tak­że pisa­nie powsta­ją­ce przy kuchen­nym sto­le – rwa­ne, nie­cią­głe, prze­ry­wa­ne z powo­du cudzych potrzeb, ale jed­no­cze­śnie głę­bo­ko osa­dzo­ne w rela­cjach? Co, jeśli doświad­cze­nie opie­ki nie jest prze­szko­dą dla twór­czo­ści, lecz źró­dłem odmien­ne­go rodza­ju wie­dzy i wraż­li­wo­ści?

W tym sen­sie wool­fow­ski wła­sny pokój oka­zu­je się nie tyle eman­cy­pa­cyj­nym ide­ałem, ile figu­rą twór­czo­ści opar­tej na sepa­ra­cji. Mało­chleb nie jest pierw­szą oso­bą, któ­ra ten model kwe­stio­nu­je, ale robi to wyjąt­ko­wo cel­nie. Poka­zu­je, że zmia­na już się doko­nu­je: coraz czę­ściej uzna­je­my twór­czość powsta­ją­cą pośród rela­cji, zależ­no­ści i opie­ki nie tyl­ko za peł­no­praw­ną, ale tak­że za wno­szą­cą do kul­tu­ry coś, cze­go nie da się wypra­co­wać z wnę­trza wie­ży z kości sło­nio­wej. Myśla­łam o tym, oglą­da­jąc pra­ce Joan­ny Flu­der w war­szaw­skiej Zachę­cie. Jesz­cze kil­ka lat temu trud­no było­by sobie wyobra­zić, by w tek­ście kura­tor­skim towa­rzy­szą­cym wysta­wie tej ran­gi zna­lazł się nastę­pu­ją­cy opis:

Joan­na Flu­der przez wie­le lat pra­co­wa­ła w domo­wych warun­kach, two­rzy­ła na kuchen­nym sto­le, łącząc sztu­kę z wycho­wa­niem dzie­ci, co wpły­nę­ło na szki­co­wy, eks­pre­syj­ny cha­rak­ter jej sztu­ki – opar­tej na szyb­kim zapi­sie snów, wspo­mnień i codzien­nych sytu­acji. Dla artyst­ki malo­wa­nie sta­ło się for­mą tera­pii i opo­ru wobec norm spo­łecz­nych. Waż­ną czę­ścią jej prak­ty­ki jest tak­że współ­pra­ca z dzieć­mi, któ­re inspi­ru­ją ją swo­ją fan­ta­zją, przy­wo­łu­ją wspo­mnie­nia z jej wła­sne­go dzie­ciń­stwa na wsi, oducza­ją też sztyw­nych nawy­ków myślo­wych1.

To poka­zu­je ska­lę zmia­ny. Dla­te­go za naj­waż­niej­szy frag­ment książ­ki uzna­ję moment, w któ­rym Mało­chleb pisze:

Nie chcę grać w gry poznaw­cze jak męż­czyź­ni – w zamknię­ciu, samot­no­ści przy biur­ku, spy­cha­jąc na innych swo­je zada­nia życio­we i wycho­waw­cze […]. Nie inte­re­su­ją mnie ani wnio­ski pozy­ska­ne w ten spo­sób, ani pięk­no zda­nia cyze­lo­wa­ne­go kosz­tem cudzej pra­cy i utra­ty wię­zi. Jeśli tyl­ko taka lite­ra­tu­ra jest moż­li­wa, nie chcę jej2.

Labour union, związek porodowo-zawodowy

Moż­na by się przy­cze­pić, że choć Mało­chleb traf­nie wska­zu­je kapi­ta­lizm jako źró­dło prze­cią­że­nia i opre­sji osób wyko­nu­ją­cych pra­cę opie­kuń­czą, nie pro­po­nu­je goto­wej stra­te­gii opo­ru. Nie poka­zu­je, jak budo­wać alter­na­tyw­ne insty­tu­cje, orga­ni­zo­wać opie­kę czy two­rzyć wspól­no­ty wspar­cia, tyl­ko oko­pu­je się w oblę­żo­nej twier­dzy rodzi­ny nukle­ar­nej.

Łatwo było­by w tym miej­scu przy­wo­łać mod­ną recep­tę: „stwórz sobie wio­skę”. Znajdź innych rodzi­ców, orga­ni­zuj sąsiedz­kie pik­ni­ki, wspól­ne wyciecz­ki, wymia­nę opie­ki. Przy­znam jed­nak, że ten rodzaj nar­ra­cji zawsze budzi mój opór. Zbyt czę­sto spro­wa­dza się do dele­go­wa­nia na kobie­ty kolej­ne­go zada­nia: napra­wie­nia wła­snym wysił­kiem szkód wyrzą­dzo­nych przez roz­pad wię­zi spo­łecz­nych i demon­taż usług publicz­nych. Kto ma czas, ener­gię, zaso­by eko­no­micz­ne i spo­łecz­ne, żeby taką „wio­skę” budo­wać? Kto miesz­ka w miej­scu sprzy­ja­ją­cym two­rze­niu rela­cji, a kto doświad­cza wyklu­cze­nia komu­ni­ka­cyj­ne­go, eko­no­micz­ne­go czy zwy­czaj­nie egzy­sten­cjal­ne­go wyczer­pa­nia?

A jed­nak wyda­je mi się, że Mało­chleb wska­zu­je inny punkt zbor­ny wspól­no­ty. Opar­ty nie na sąsiedz­twie czy toż­sa­mo­ści, lecz na doświad­cze­niu cia­ła. Widzia­łam to pod­czas spo­tka­nia autor­skie­go z autor­ką w ramach cyklu „Wol­no Czy­tać”. Wokół opo­wie­ści o mię­śniach, napię­ciu, zmę­cze­niu i pamię­ci cia­ła zaczę­ła two­rzyć się wspól­no­ta roz­po­zna­nia – nawet nie poglą­dów ani nawet nie do koń­ca doświad­cze­nia, a wła­śnie cie­le­sne­go i afek­tyw­ne­go roz­po­zna­nia. Afekt rozu­miem tu w jego naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym zna­cze­niu: jako wpływ świa­ta na cia­ło i jako to, co dzie­je się, jesz­cze zanim zosta­nie nazwa­ne i zanim prze­kształ­ci się w zna­cze­nie.

Bo cia­ło nie pozwa­la zapo­mnieć, że świat został zapro­jek­to­wa­ny dla jed­nych ciał bar­dziej niż dla innych. Prze­strzeń publicz­na, miej­sca pra­cy, insty­tu­cje kul­tu­ry czy edu­ka­cji wyda­ją się neu­tral­ne tyl­ko tym, któ­rzy nie muszą sta­le nego­cjo­wać pra­wa do swo­jej obec­no­ści. Tak jak pod­czas spa­ce­ru po Wied­niu moż­na przez dłuż­szą chwi­lę nie zauwa­żać, że kom­fort poru­sza­nia się wyni­ka z wie­lu kon­kret­nych drob­nych udo­god­nień wpi­sa­nych w prze­strzeń mia­sta. Prze­zro­czy­stość świa­ta jest przy­wi­le­jem tych, któ­rzy nie poty­ka­ją się o wła­sne cia­ło. Gdy jed­nak poru­szasz się z dziec­kiem trzy­ma­nym za rękę, pchasz wózek, jesteś w cią­ży, doświad­czasz nie­peł­no­spraw­no­ści albo po pro­stu się sta­rze­jesz, prze­strzeń prze­sta­je być prze­zro­czy­sta. Zaczy­na sta­wiać opór, mia­sto nie ukła­da się już mięk­ko wokół cia­ła.

Nie­daw­no roz­ma­wia­łam z Mał­go­rza­tą Mar­kie­wicz o cza­sie, gdy stu­dio­wa­ła na ASP już jako mat­ka. Przy­wo­ła­ła obraz, a wła­ści­wie wspo­mnie­nie cie­le­sne: wózek wno­szo­ny po scho­dach, cięż­kie drzwi, kolej­ne scho­dy, następ­ne drzwi. Ta opo­wieść natych­miast uru­cho­mi­ła we mnie pamięć moje­go cia­ła. Jak zablo­ko­wać drzwi sto­pą. Jak przy­trzy­mać skrzy­dło ple­ca­mi, żeby nie ude­rzy­ło w wózek. Jak zgiąć kola­na przed pod­nie­sie­niem cię­ża­ru. Kie­dy nabrać powie­trza, a kie­dy je wypu­ścić. Do tej pory podob­ne doświad­cze­nie wspól­no­ty cie­le­snej wzbu­dzi­ła we mnie chy­ba tyl­ko Mat­ka Polka sika w krza­kach Moni­ki Pastusz­ko.

Podob­nie dzia­ła opi­sy­wa­ne przez Mało­chleb napię­cie mię­śnia ramien­no-pro­mie­nio­we­go na Auto­por­tre­cie z synem Ałły Hor­skiej czy fan­to­mo­we bio­dro pamię­ta­ją­ce cię­żar dziec­ka opar­te­go o nie przez lata. To nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne obra­zy pra­cy opie­kuń­czej zapi­sa­nej w cie­le. Dzię­ki tej pre­cy­zji moż­li­wa sta­je się swo­ista mikrow­spól­no­ta mię­śnio­wa, poro­zu­mie­nie ścię­gien, powię­zi, sta­wów i kości. To jest wła­śnie ten wymy­ka­ją­cy się nar­ra­cji afekt: „Nie ma porząd­ku pozwa­la­ją­ce­go opi­sać spo­co­ną dłoń, któ­rą trzy­mam latem w swo­jej dło­ni”3. A jed­nak wła­śnie z tego rezo­no­wa­nia ciał rodzi się wspól­no­ta. W szcze­gó­ło­wych opi­sach cie­le­sno­ści pra­cy opie­kuń­czej powsta­je coś na kształt labo­ur union – związ­ku zawo­do­we­go ciał reali­zu­ją­cych opie­kę. Wspól­no­ty poro­do­wej. Wspól­no­ty mię­śni.

Mało­chleb pisze o „spo­łecz­nej furii” inte­lek­tu­alist­ki „z gołą dupą, któ­ra nie wie, co to wstyd” (to o malar­stwie Kata­ríny Jane­čko­vej Wal­she), a gdzie indziej o „nie­upraw­nio­nych emo­cjach”, któ­re wypo­wie­dzia­ne na głos mogą uru­cha­miać pro­ces zmia­ny spo­łecz­nej. Jestem skłon­na jej uwie­rzyć. Jaki jest poli­tycz­ny poten­cjał wspól­no­ty powsta­łej w pro­ce­sie tej zmia­ny? Jesz­cze nie wiem. Wiem nato­miast, że aby mógł stać się spraw­czy, musi stać się czę­ścią współ­dzie­lo­nej opo­wie­ści mię­śni, napięć i pamię­ci cia­ła.

 

1 M. Sablik, Joan­na Flu­der. Śluz, Zachę­ta – Naro­do­wa Gale­ria Sztu­ki, onli­ne: https://zacheta.art.pl/pl/wystawy/joanna-fluder-sluz [dostęp: 10.08.2026].

2 P. Mało­chleb, Mię­śnie mam od miło­ści. O macie­rzyń­stwie, Kra­ków: Karak­ter, 2026, s. 131.

3 Tam­że, s. 72.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

13.08.2026 Laba

Pocztówka znaleziona w trzcinie

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Krzysztofa Żwirskiego z festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.

11.08.2026 Laba

Książki zmieniają się razem z nami

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z malarką i autorką komiksów Joanną Karpowicz rozmawia Małgorzata Bugaj.