„Zapraszanie do” (call in) zamiast znanego nam od dekady „wywoływania do tablicy (call out)” to jedna z propozycji dla lewicy wysuwana przez Dawida Kujawę w jego książce W myśl prawa geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową. To ciekawa myśl, uderzająca w ważny punkt dzisiejszej debaty, ale i obarczona pytaniami, które należałoby postawić w trakcie lektury tej książki. Co i kogo mamy przed oczami, gdy słyszymy w Polsce słowo „lewica”? Czy kierujemy uwagę w dobrą stronę (najbliższe otoczenie czy kontent), żeby ją dostrzec? Przez pryzmat jakich doświadczeń na nią patrzymy? Jak ją uchwycić w codziennym życiu, aby znaleźć głosy lewicowe poza logiką towarową? I wreszcie ostatnia kwestia, mocno sprzężona z diagnozą Kujawy zawartą w książce, a dotyczącą infrastruktury życia społecznego, przechwytywanej przez platformy rozrywkowe (nazywane wciąż społecznościowymi): gdzie się mamy spotkać i jak samą debatę publiczną (oraz stan lewicy) zmienia środowisko cyfrowe?
Rzut z góry i głębia
Zanim jednak przejdę na margines, wybierając zasygnalizowane wątki, z którymi chciałabym podjąć przyjazną polemikę czy też dyskusję praktyczno-ideową, zacznę od rzutu z góry i spojrzenia w głąb książki, ponieważ są to ważne perspektywy w lekturze tego eseju.
Struktura samej książki – zbudowana wokół wartości (wiara, nadzieja, miłość, wolność, równość, braterstwo, współczucie, szczodrość, mądrość) – na poziomie umocowania teoretycznego i złożoności opisu zjawisk dostarczyła mi z pewnością wielu zaskoczeń i zostanie ze mną na dłużej. Kujawa odważnie i z rozmachem zderzył perspektywę socjologiczną, filozoficzną i popkulturową. Zachowam w pamięci na pewno to, że bez powrotu do pewnych idei, bez ich reinterpretacji, nie uda się wymyślić funkcjonalnych postulatów dla lewicy. Wyobrażam sobie pracę na tych ideach, aby wyciągnąć z nich wnioski praktyczne, do których mam większe przywiązanie i których sama odruchowo szukam.
Kujawa w zaczepnym tonie z jednej strony ciekawie ukazuje wielki plan idei i złożoność ewolucji pojęć, z drugiej nie ucieka od głębi, lecz ku niej się kieruje. Bo to głębia jest potrzebna, aby osadzić idee również na miękkim gruncie życia społecznego i ludzkiej kruchości, z której obecnie czerpią głównie koncerny farmaceutyczne (Kujawa, swoją drogą, poświęca sporo miejsca tej obserwacji, rezonującej z książką Wiek diagnozy Suzanne O’Sullivan). Dla kapitalizmu to dobrze, że jako społeczeństwo utraciliśmy równocześnie głębię (w relacjach) i dystans (potrzebny do zachowania szerszej perspektywy niż ta jednostkowa). Ta perspektywa ideowa z pewnością wyróżnia książkę Kujawy; autor odważnie wytrąca odbiorców z utartych schematów myślenia o tym, do jakiego stopnia dzisiaj da się wyjść z uwikłania rynkowych zależności lewicy (partyjnej i organizacji społecznych).
Skojarzenia
Myśl, która krążyła mi w głowie podczas lektury i do której – jak się domyślam – Kujawa celowo chciał skłonić odbiorców, wiąże się z pytaniem: kim właściwie jest lewica w Polsce? Sama nie wiem, czy umiałabym precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie ani jaką odpowiedź miałabym sformułować, żeby nikogo nie wykluczyć. Identyfikuję coś raczej intuicyjnie jako „lewicowe”, jeśli jest takowym poprzez wartości, które dostrzegam w działaniach organizacji, konkretnych osób czy środowisk.
Przekonują mnie one jako lewicowe projekty nie poprzez content, ale konkretne przedsięwzięcia i aktywności (interwencje, protesty, organizacje wydarzeń, zmiany ustaw, przejawy zaangażowania w sprawy innych, gesty solidarności, lobbowanie polityczne na różnych szczeblach, działania edukacyjne), które mają źródło w wartościach. Często przybierają charakter ponadlokalny, choć w mniejszej skali (lokalnej, regionalnej) oddolnie tworzą swoje zalążki. W tym sensie lewica w moim polu widzenia istnieje dosyć wyraźnie i ma swoje – często może mniej zauważalne – obszary wpływu poza rynkową czy partyjną logiką. W tym wstępnym rozpoznaniu poniekąd więc zakładam, podobnie jak czyni to Kujawa, że aby coś zmienić, trzeba wyjść z pętli dopaminowej, którą autor słusznie identyfikuje z infrastrukturą mediów społecznościowych (choć teraz nie użyłabym już słowa „społecznościowych”, a raczej „rozrywkowych”, biorąc pod uwagę ich funkcję i algorytmy).
Logika dopaminowa kontra codzienne problemy
Kujawa podkreśla, że wielu polityków i wiele aktywistek w swoich działaniach poprzestaje na zaspokojeniu ośrodka przyjemności – osoby te uprawiają aktywizm i „nakręcają się” w infrastrukturze cyfrowej. Zdobycie lajków dzięki ciętej ripoście na X‑ie to często moment, w którym robota polityczna czy społeczna się kończy. To oczywiście duży skrót myślowy; w książce sam proces przeniesienia oburzenia i utowarowienie go opowiedziany jest w złożony i wciągający sposób. Warto sięgnąć po tę publikację choćby po to, żeby zobaczyć, jak dzięki takiej optyce zmienia się wizja samego aktywizmu. Problem w tym, że o ile rozpoznanie ideowe Kujawy jest trafne i w przypadku działań wielu aktywistów/polityków zapewne odzwierciedlające stan faktyczny, o tyle z mojej perspektywy rozmija się z realnymi społecznymi działaniami lewicy, które obserwuję w Polsce i poza granicami kraju.
Autor zresztą często sam powołuje się na przykłady działań zaczerpniętych z infrastruktury GAFAM, ignorując przy tym aktywności lokalne, regionalne, ogólnopolskie i międzynarodowe, które mogłyby wpływać na rozwiązania systemowe proponowane przez lewicę. Rozumiem, że jest to część diagnozy, która ma unaocznić, jak odbywa się utowarowienie wartości lewicowych. Odnoszę jednak wrażenie, że część opisanych inb dotyczących lewicy w ogóle nie ma znaczenia i szkoda na nie energii. Sama o większości z nich nawet nie słyszałam i nie mają one wpływu na moje życie.
Zacznę od przykładu działań w duchu praw robotniczych. W swojej książce Dawid Kujawa opisuje między innymi Beth, uznaną za „bohaterkę narodową” w Stanach Zjednoczonych. Beth (jej nazwiska nie znamy) nagrała na TikToku film, który stał się viralem i był żywo komentowany zarówno przez lewicę, jak i prawicę. Kujawa w swojej książce ukazuje, jak ta reakcja obnaża brak chęci zmiany systemowej. W końcu kultura „wielkiego odejścia” (big quit) nie powinna być przyjmowana z aprobatą, lecz raczej jako sygnał klęski lewicy. Ktoś utracił godność w pracy i jedyne, co mu pozostaje, to udostępnić filmik świadczący o owym skrajnym położeniu. Kujawa słusznie sygnalizuje, że z zachwytu nad wściekłą kobietą wyziera brak rzetelnej rozmowy o kulturze pracy nie tylko w kontekście praw pracowniczych, ale i etosu pracy. W ostatnich latach ukazało się zresztą wiele książek wyrażających negatywny pogląd na tak zwaną kulturę zapierdolu, co można odczytywać nie tylko jako głos krytyczny wobec wspomnianego zjawiska, ale także jako sygnał, że potrzebujemy zmiany. Problem w tym, że mało publikacji dotyczy tego, jak coś zmienić i o jaki etos pracy w 2026 roku warto zawalczyć. Historia Beth i związany z tą sytuacją opis stanu praw pracowniczych oraz problemu lewicy nie są tu jednak dobrym przykładem, ponieważ w tym przypadku rozmowa kończy się tam (na platformie), gdzie powinna się zacząć (choć i sama mam wątpliwości, czy jest to jeszcze możliwe).
Spróbuję znaleźć inny przykład z mojej okolicy, bo lewicy na co dzień szukam raczej w zasięgu do osiemdziesięciu kilometrów od domu niż na Instagramie. Podczas jednego ze spotkań kolektywu ze Śląska (celowo nie podaję nazwy, ponieważ to bez znaczenia dla historii), który otrzymał dofinansowanie z liberalnego funduszu (w celu zapłacenia za szkolenia prowadzącym), zorganizowałyśmy warsztaty dotyczące praw pracowniczych dla kobiet z regionu z Jolantą Żołnierczyk. Jolanta to kasjerka z Żywca, która zawalczyła o prawa pracownicze, a teraz jest związana z OPZZ Kaufland i Biedronka. Uczyła nas (zgromadzone kobiety z różnych grup zawodowych), w jaki sposób dochodzić swoich praw i jakie narzędzia możemy wykorzystać w tym celu. Żołnierczyk jest przeciwieństwem Beth, a historia Polki kontrastuje z sytuacją „bohaterki narodowej” Stanów Zjednoczonych, o której pisze Kujawa. Jolanta zawalczyła o prawa produkcyjne i reprodukcyjne koleżanki, która wróciła z urlopu wychowawczego, i ujawniła dyskryminację płacową kobiet w supermarketach Kaufland. W konsekwencji, po zwolnieniu dyscyplinarnym, nie tylko wygrała w sądzie z Kauflandem, ale zainspirowała do protestów w całej Polsce. Dzięki zaangażowaniu związkowczyń, prawników, regionalnych członkiń partii Razem i innych sojuszniczek – oraz kampanii #JolaZostaje udało się wywrzeć odpowiedni nacisk na władzę, co poskutkowało wprowadzeniem ustawy o zabezpieczeniu stosunku pracy osób chronionych. Tym samym na mocy wyroku sądu Żołnierczyk została przywrócona do pracy. Sama działa teraz jako Społeczna Inspektor Pracy i pomaga ludziom w innych zakładach. Historii Jolanty trudno nie odnieść do szerokiej dyskusji na temat mobbingu, przemocy w pracy i praw pracowniczych, która toczy się w ostatnich latach w Polsce.
Nie oznacza to, rzecz jasna, że rozmowy przekuły się na oczekiwane rozwiązania systemowe i polityczne, co oczywiście można zaliczyć do porażek lewicy. Zapewne i Kujawa, i ja, i większość osób identyfikujących się jako lewicowe oczekujemy czegoś więcej w kwestii praw pracowniczych. Niemniej brakuje mi w narracji Kujawy odnotowania drgnięć w tym obszarze ze strony społecznej, uwzględnienia oddolnych inicjatyw, które przecież też mogą reprezentować lewicowe działania i wartości. Nawet gdy ktoś z lewicą się wprost nie identyfikuje. Dlatego czuję pewien niedosyt i chęć dyskusji na temat diagnozy Kujawy, w której brak informacji o wielu oddolnych strategiach i działaniach ludowych lub robotniczych prowadzonych w ostatnich latach i stanowiących część lewicowej kontrnarracji wobec logiki rynkowej. Jarosław Urbański w książce o ruchu pracowniczym w Polsce pisał (być może stąd taki ruch Kujawy), że wyzwanie polega na przejściu od protestu w jednym zakładzie czy branży (co zdarza się raz na jakiś czas, jak w przypadku Kauflandu, Solarisa czy Amazona) do strajku powszechnego. Jestem świadoma tego problemu, dostrzegam go niestety w wielu niezwykle ważnych walkach w pojedynczych zakładach pracy w Polsce.
Mimo wszystko warto byłoby nadać tym działaniom wagę narracyjną, ponieważ budują one podstawę do tego, jak lewica mogłaby myśleć o zmianie politycznej w szerszym kontekście społecznym niż doraźne polityki. Warto również przy okazji wrócić do jednej z tez Kujawy: faktycznie większość partii politycznych w Polsce idzie ramię w ramię z kapitałem, co sprawia, że zorganizowanie strajku powszechnego jest trudne, a niezbędne do tego poczucie solidarności się rozmywa, czy wręcz całkowicie zanika.
Polityka uwagi zamiast mindfulnessu
Przykładem „wspólnej drogi” kapitału i państwa, negatywnie wpływającej na solidarność, jest z pewnością kwestia regulacji platform cyfrowych, niemal całkowicie ignorowana przez partie polityczne w naszym kraju. Temat podatku cyfrowego regulującego pewne praktyki uchodzi za niewygodny. Instytucje publiczne (w tym szkoły) bezrefleksyjnie podejmują współpracę z wielkimi korporacjami cyfrowymi, pozyskującymi za darmo dane nasze i naszych dzieci oraz osłabiającymi zdolności kognitywne użytkowników. Równocześnie wiele organizacji w Polsce od lat apeluje o namysł nad tą kwestią. Może więc od tego warto zacząć, gdy mowa o odejściu od logiki towarowej? Od regulacji tej przestrzeni.
W Polsce działają podmioty (organizacje), które lobbują na arenie międzynarodowej w sprawach ignorowanych przez rząd – takich jak podatek cyfrowy czy regulacje Unii Europejskiej dotyczące platform GAFAM. Przykładem są działania Panoptykonu, organizacji walczącej przeciwko VLOPom, domagającej się regulacji w zakresie prywatności i bezpieczeństwa. Sam Panoptykon opracował dokładne rozwiązania dla platform, między innymi instrukcje, jak przeciwdziałać „algorytmom traumy”. W debacie w Polsce coraz częściej pojawiają się też głosy dotyczące konieczność walki o prawa kognitywne obywateli i obywatelek, w tym prawo do uwagi. Bardzo ważne działania w polu regulacji wpływu platform na dzieci i młodzież prowadzi od lat Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, w trakcie posiedzeń komisji rządowych domagający się rozwiązania problemów i likwidowania zagrożeń niedostrzeganych lub lekceważonych przez rząd.
Przedstawiony problem jest mocno skorelowany z tym, co Kujawa opisuje pod koniec swojego eseju, słusznie naprowadzając odbiorców na trop krytyki tak zwanego mindfulnessu. Problem w tym, że autor nie wskazuje różnicy między uważnością (mindfulness) a uwagą (attention), które są różnymi umiejętnościami. Ta ostatnia jest potrzebna do budowania relacji społecznych i zachowania zdolności kognitywnych obywateli. Autor, koncentrując się na krytyce samego mindfulnessu (czyli indywidualnej zdolności utrzymywania skupienia, którą często wykorzystują korporacje, aby pozorować troskę o komfort naszej pracy, choć de facto zależy im po prostu na większej produktywności), pomija perspektywę ekonomii uwagi, konieczną do zmiany w kontekście krytyki obecnego modelu.
Mindfulness jest rewersem ekonomii uwagi, którą można i trzeba rozpatrywać politycznie. Lewica, która nie dostrzega tu problemu systemowego związanego z utratą uwagi przez społeczeństwo, przyczynia się do zaniku więzi i wartości, takich jak – szczególnie istotne w ujęciu Kujawy – wiara, nadzieja, miłość, wolność, równość, braterstwo, współczucie, szczodrość czy mądrość. Sęk w tym, że w przypadku problemu eksploatacji uwagi obywateli na skalę przemysłową wszyscy zderzamy się ze ścianą, niezależnie od naszych poglądów politycznych. Myślę, że przebodźcowany wyborca lewicy może mierzyć się z podobnym wypaleniem i frustracją co osoba przeglądająca viralowe tiktoki Konfederacji.
Może to zatem pora, aby lewica pomyślała, jak rozwiązać ten problem, również w trosce o ludzi, którzy nie podzielają lewicowych wartości, ale stają się ofiarami braku działań w martwym polu legislacyjnym. W tym kontekście ma znaczenie to, gdzie się spotkamy (czytaj: jaka infrastruktura społeczna nam pozostała), żeby szczerze rozmawiać, zamiast ścigać się „na content”. Skoro eksploatacja uwagi odbywa się codziennie, systematycznie, za pośrednictwem naszych telefonów – poprzez kolejne call outy, pętle dopaminowe i jednodniowe inby o nic, to czas wymyślić nową przestrzeń rozmowy. Najwyższa pora, żeby zacząć wymagać od polityków i aktywistów (nie tylko) lewicowych dojrzałości technologicznej – wypracowania rozwiązań w sprawie ich funkcjonowania w social mediach. Jak pisze zresztą sam Kujawa w swojej książce, odwołując się do metafory geometrii zaczerpniętej z romantycznego antykapitalizmu: „Postęp technologiczny nie jest bowiem nic wart, kiedy odrywa się od idei emancypacyjnych i równościowych”. W tym sensie lewica miałaby do odegrania ważną rolę również w kontekście walki o dobre technologie.
Eksploatacja uwagi przez infrastrukturę cyfrową, której nadmierny udział w życiu społecznym opisuje w swojej książce Kujawa, w dużym stopniu odzwyczaja nas od rozmowy i widzenia siebie nawzajem poza logiką rynku. W świetle tych obserwacji musimy więc zacząć budować dialog od nowa, żeby nie skazać się na defetyzm i wzajemne oskarżenia. Wtedy łatwiej będzie nam też dostrzec oddolne lewicowe narracje, nie tylko te dotyczące pracy (w moim tekście zawarłam wyłącznie jeden przykład, ale jest ich o wiele więcej, wywodzą się przy tym z różnych sfer życia). Narracje te nie są obecne w przestrzeni cyfrowej lub nie mają takiej siły przebicia jak lewicowy content. Spójrzmy na nie jak na część układanki związanej z lewicą, niosą one ze sobą wiele świeżości i siły tak potrzebnej, żeby na nowo zdefiniować, czym jest lewica.
Wierzę, że to spotkanie, zaproszenie do (call in), jest możliwe, a książka Kujawy ma potencjał uruchamiania w społeczeństwie innych punktów widzenia i słyszenia siebie nawzajem. Szczególnie że autor trafia w czułe punkty obecnej debaty publicznej i podsuwa odbiorcom nowe interpretacje, odmienne perspektywy. Powrót do wartości i idei jest konieczny do przeniesienia rozmowy na poziom praktyczny, tak by nie skończyła się ona na „dowożeniu”, lecz na realizacji wizji przyszłości niepozbawionych ducha i przestrzeni do namysłu.
