Ale nudnawy musiałby być plebiscyt na słowo roku polskiej produkcji literackiej. W końcu konkurencja jest niewielka: „ludowość”, „autofikcja”, ewentualnie „trauma”, „przemoc” czy „tożsamość”. Nie żeby o niczym innym się tu nie pisało, po prostu peleton ryzykowniejszych tematów został gdzieś w tyle, na czele pędzą bezpieczni czempioni. I nawet to rozumiem, puszka Pandory nie otworzyła się sama, na początku było zapotrzebowanie. Parę tożsamości jeszcze czeka na swój debiut, a w kolejce do egzorcyzmowania nadal stoją mniej oczywiste traumy – chwała im za tę cierpliwość, bez ironii. Poza tym literatura to nie księgowość, tabelki mamy rozciągliwe, zmieści się tu każdy temat. A to, że kogoś zirytuje urodzaj traum czy tożsamości, odmienianych w książkach przez wszystkie przypadki, nie jest jednoznaczne ze złą jakością samych tekstów. Możesz wypełnić całe bingo wtórnych tropów, a nijak nie napisać wtórnej książki.
Zresztą nie planowałem się tutaj tak tłumaczyć – robię to w sumie tylko dlatego, że wydawca nachalnie zaprasza do przemyślenia sprawy. Podkreślam: wydawca, nie autorka. Sama Suszczyńska stawia sprawę jasno: napisałam autofikcję, są tu elementy moich doświadczeń, jest też trochę zmyślenia, ale zasadniczo to zmyślenie odpowiada realnym problemom realnych ludzi – w tym przypadku z Białegostoku lub okolic, najpewniej millenialsów, dorastających w chowie klatkowym, w którym zakratowane ściany oznaczają lokalny patriotyzm, uczucia rodzinne i szkolne wychowanie. W tak skonstruowanej klatce brakuje, rzecz jasna, jednej ściany – i to przez ten wyłom narratorka-autorka ucieka od tożsamościowych zobowiązań ku wolności samostanowienia. Nazwijcie to rozprawianiem się z przeszłością, emancypowaniem albo przepracowywaniem traum – wszystkie odpowiedzi będą poprawne, w tej kwestii panuje akurat pewna dowolność. Inaczej ma się sprawa z gatunkiem. Według mnie: autofikcja. Według autorki najwyraźniej też. O co więc chodzi z tym „rozsadzaniem wąskich ram autofikcji”1 – z hasłem, które wciska się nam w materiałach promocyjnych i które, jak widzę, jest już podchwytywane przez pierwsze recenzentki2?
Nawet najbardziej przekonująca deklaracja o niekonwencjonalności autofikcji uwzględniającej pułapki tożsamościowej ekspresji „ja” nie zmieni faktu, że – jak by nie patrzeć – ostatecznie dostajemy właśnie autofikcję dotyczącą tożsamości. Nie żeby to miało skazywać książkę na porażkę, ale wydawca chyba strasznie się tego boi, bo podkreśla wywrotowy zamiar, gdzie tylko się da. Uspokajam więc – nawet jeśli Suszczyńska sięga po modny, bezpieczny gatunek, to unika jego najboleśniejszych klisz. Co prawda pisze osobistą prozę, jedną z wielu opublikowanych w tym sezonie, ale ma w zanadrzu niewyeksploatowany temat piętna „ruskości” mieszkańców Podlasia. Co prawda mierzy się z traumą, ale nie robi z siebie przesadnie ofiary. Co prawda igra ze wspomnieniami, ale ich nie romantyzuje. Nie odmawiam Suszczyńskiej sprawności w tych aspektach, ale na moje oko to za mało, żeby mówić o wywracaniu stołków w ciasnym pokoiku konwencji autobiograficznych.
Ostrożność w deklaracjach gatunkowych czytałbym jako wskazanie, że w całej dyskusji jesteśmy na etapie: „pisanie o sobie przestaje się opłacać”. Ciekawe byłoby zbadanie przyczyn tej niechęci. Ktoś tu, jak sądzę, walczy z poetyką autofikcjonalną, myląc ją z jakimś innym problemem, najpewniej z całą wiązką strategii literackich, które tak często i bezrefleksyjnie wracają w rodzimej prozie ostatnich lat, że już jakoś głupio się do nich przyznawać. Są na to ostrzegawcze kwity: negatywne recenzje najnowszych powieści Aleksandry Pakieły3, Natalii Szostak4, Doroty Kotas5 czy Malwiny Pająk6. Wszystkie książki są oparte na bolesnych doświadczeniach autorek, wszystkim tym osobom można jak najbardziej współczuć, wszystkie też wykładają się ostatecznie na podobnych kwestiach. Po szczegóły odsyłam do konkretnych recenzji, ale w najogólniejszym zarysie chodzi o pomieszanie porządków doświadczenia i reprezentacji – o wiarę, że mocny osobisty temat automatycznie oznacza dobrą i ważną literaturę.
A skoro narracje-o-sobie-samych zaczynają nam trochę podśmierdywać, to dla bezpieczeństwa lepiej już w zapowiedziach książki zaznaczać, że jeśli to w ogóle autofikcja, to tylko tak dla jaj, zupełnie à rebours. Według mnie to niepotrzebna asekuracja. Umówmy się więc, że zamiast dłużej rozprawiać nad kwestią, która w zasadzie rozprawy nie potrzebuje, prześledzę strategie faktycznie stosowane przez Suszczyńską w jej nowej, autofikcjonalnej jak tylko się da, książce.
Pierwszym podstawowym celem Wygody jest zerwanie z mitem „magicznego Podlasia”. Mieszczuchy żądne autentycznego doświadczenia turystycznego nadal, jak się zdaje, nie rozumieją, że za pomocą tego hasła marketingowego wyjątkowo łatwo wyciągnąć od nich kasę; tym zaś, którzy nie ruszają się z domów – wcisnąć przynajmniej parę produktów literatury popularnej z nurtu: szeptuchy, dzikie ziele i bagna Biebrzy. Z obiema frakcjami Suszczyńska rozprawia się po swojemu, wbijając szpile tam, gdzie trzeba. Jako kolejny podstawowy cel obiera sobie pokolenie dziadów, które poustawiało dyskurs według własnych, patriarchalno-przemocowych interesów. Z zastrzeżeniem, że autorka ma na myśli białostocką odmianę „dziadów pradziadów” – w Wygodzie reprezentuje ich Mikołaj, niby martwy, ale wiecznie żywy w pamięci kolejnych pokoleń piewca tradycyjnego drylu domowego i współautor jedenastu podręczników do nauki białoruskiego. Jak z kolei poradzić sobie z takim celem? Ano wbijając jeszcze więcej szpil.
Nie byłoby to możliwe bez nadświadomej narratorki, która – choć opisuje swoją dawność – mówi do nas jakby z dzisiaj. O tym, jak lokalna tożsamość wpływała na hierarchie między ludźmi, na piętnowanie jednych i nobilitowanie innych, na tworzenie stereotypów i legitymizowanie przemocy. Dla młodej, niedojrzałej jeszcze dziewczyny oznaczało to świat wypełniony małymi horrorami i wielkimi niewiadomymi (kim właściwie jestem i dlaczego ma mnie zachwycać – jak chcieliby starsi – ten splot białoruszczyzny i prawosławia, skoro wcale nie zachwyca?). Suszczyńska wykorzystuje więc tę ograniczoną perspektywę niedorosłej i odgrywa się na rzeczywistości po latach, kiedy już umie ocenić, jak jej samej urządzano świat i jak jej go opowiadano.
Narratorka przez ten czas nabrała dystansu do autorytetów, ale też wyczuliła się na rzeczywistość językową, która w Wygodzie nie jest jakimś tam sobie abstraktem, lecz nośnikiem ideologii – wyznacza sposób patrzenia na fundamentalne sprawy. Czasem wystarczy cząstka „-uk” w czyimś nazwisku, żeby krzywo na tego kogoś popatrzeć. Z kolei innym razem sposób, w jaki mówi się o babci, będzie świadczyć o postawie wobec świata: „pojechała do Rosji” albo „była bieżenką”, albo „uchodźczynią”. Niby tylko słowa, a robią różnicę. Suszczyńska wkłada więc sporo pracy w to, żebyśmy pamiętali, że narratorka jest świadoma ich mocy i wrażliwa na przeróżne rejestry mowy.
Tylko że jednocześnie pisze tak, jakby była zupełnie naiwną użytkowniczką języka. Każde zdanie brzmi, jakby mówił do nas ktoś, kto absolutnie nie rozumie powagi tematu. Nieważne, czy mowa o przemocy, bieżeństwie czy patriarchacie – wszystko wygląda jak wyjęte z bajki dla dzieci: zdania pojedyncze, proste słownictwo, programowa naiwność w języku. Jakby dojrzała osoba z całym swoim kapitałem kulturowym próbowała udawać zapiski małej dziewczynki. Na przykład tu: „Najważniejsza z zasad brzmi: osoba zmarła jest święta”7. Albo: „Niektóre dzieci lubią być religijne, ale w pewnym momencie im to się nudzi”8. Albo: „Tylko sny genialnego patriarchy nie są nudne”9. Albo też: „Dzieci z podstawówki wiedziały, że ruskie osoby są gorsze”10. W innych miejscach bywa również tak, że narratorka z dziecięcą niewiedzą patrzy na świat, żeby chwilę później zasunąć porównaniem wspólnego rysowania z dziadkiem do spotkania Warhola z Basquiatem. Albo rozbroić tę czy inną konwencję literacką, rzucając uwagi w stylu: „W każdej tego typu historii obowiązkowo pojawia się opis zdjęcia. A więc: […]”11 – i tu następuje opis jak z jakiegoś Myśliwskiego.
Po co się tak robi? Oczywiście żeby wybrzmiała ironia – czytelnik i czytelniczka czują porozumienie z pisarką i doskonale rozpoznają, że pod pozorem naiwności kryje się zupełnie przenikliwe spojrzenie na świat. Kontrast między poważną obserwacją a błahym językiem ma przy okazji zintensyfikować grozę co trudniejszych tematów. Rozumiem więc, że mieszanie stylów i poetyka pastiszu to świadomy wybór, a nie błąd w sztuce, dlatego też jak najpoważniej przeanalizuję konsekwencje tej strategii.
Właściwie dlaczego mi to przeszkadza? Nie chodzi wyłącznie o to, że to efekciarskie pisanie wdzięczące się do tych, którzy trafiają do wspólnoty kumających ironię. Nie chodzi nawet o brak spójności stylistycznej, bo przecież Suszczyńska rezygnuje z niej świadomie, nie w wyniku błędu. Problemem jest raczej to, że upartym markowaniem nibynaiwniackiej ironii buduje sobie absolutnie nieprzepuszczalną tarczę ochronną. Nie wiem, czy to ze strachu przed napisaniem czegoś całkiem na poważnie, z obawy przed zbyt mocnym postawieniem sprawy czy zwyczajnie przez niewypracowanie konstruktywnego rozwiązania poruszanych problemów. Wiem tylko, że to wybór najbezpieczniejszego trybu krytycznego pisania; krytyka polega w nim na odwracaniu się plecami do świata i umacnianiu dystynkcji między przemocowymi i nieczułymi a tą, która już opuściła toksyczną macierz, wyzwoliła się z niechcianej narracji i teraz potrafi ją ironicznie przetworzyć. Być może dzięki tym zabiegom Suszczyńska w ogóle umyka przed odpowiedzialnością za cały swój projekt pisarski – trochę jak w przypadku wydawnictwa, które woli nie przyznawać się do łatki autofikcji.
Wybór tej strategii krytycznej dziwi mnie nie tylko przez wrażenie, że w co drugiej polskiej prozie zastosowano podobny wybieg, a akurat po Suszczyńskiej spodziewałbym się radykalnej postawy. Dziwi mnie też dlatego, że autorka w swojej twórczości zdążyła już nieraz wyśmiać taki rodzaj dystansu do rzeczywistości. Jej dramat millenial mumblecore (słusznie nagrodzony w ostatniej edycji Konkursu Dramaturgicznego STREFY KONTAKTU) to jeden wielki przytyk pod adresem ironicznych millenialsów niegotowych na poważną konfrontację ze światem, a zbiór Chipsy dla gości stanowił krytyczny przegląd wątpliwych metod opowiadania sobie współczesności. Tymczasem dziś czuję, że narratorka-autorka Wygody sama mogłaby paść ofiarą jednego z tych opowiadań.
1 Zob. Wygoda, online: https://wydawnictwo.artrage.pl/products/wygoda [dostęp: 23.02.2026].
2 Zob. K. Dunin, Nie-wygoda, online: https://krytykapolityczna.pl/kultura/kinga-dunin-czyta-suszczynska-van-der-wouden-i-serrano/ [dostęp: 23.02.2026].
3 Zob. M. Bełza, To nie jest powieść. Recenzja książki „Oto ciało moje” Aleksandry Pakieły, online: https://kulturaliberalna.pl/2022/07/12/marcin-belza-recenzja-aleksandra-pakiela-oto-cialo-moje/ [dostęp: 23.02.2026].
4 Zob. M. Ochędowska, Jak po sznurku, online: https://www.dwutygodnik.com/artykul/10600-jak-po-sznurku.html [dostęp: 23.02.2026].
5 Zob. O. Wróbel, O sobie, online: https://www.dwutygodnik.com/artykul/10708-o-sobie.html [dostęp: 23.02.2026].
6 Zob. A. Tosiek, Szkic do rozwinięcia, online: https://www.dwutygodnik.com/artykul/10718-szkic-do-rozwiniecia.html [dostęp: 23.02.2026].
7 N. Suszczyńska, Wygoda, Warszawa: ArtRage, 2025, s. 51.
8 Tamże, s. 42.
9 Tamże, s. 24.
10 Tamże, s. 57.
11 Tamże, s. 15.
