Fantastyka społecznego podmiotu

M.L. Wang jest autor­ką dość tajem­ni­czą – do tego stop­nia, że trud­no usta­lić, jakie wła­ści­wie imio­na kry­ją się za ini­cja­ła­mi, któ­ry­mi opa­tru­je swo­je książ­ki (a są to Maya i Lin). Ame­ry­kań­ska pisar­ka nie udzie­la się publicz­nie, nie pro­wa­dzi social mediów, a tak­że rzad­ko udzie­la wywia­dów, ogra­ni­cza­jąc się przy tym do plat­form fanow­skich. Ale mimo medial­nej nie­obec­no­ści autor­ki jej książ­ki zyska­ły sobie olbrzy­mią rze­szę zwo­len­ni­ków na całym świe­cie.

Choć recen­zen­ci czę­sto i chęt­nie zesta­wia­ją Wang z inną Ame­ry­kan­ką azja­tyc­kie­go pocho­dze­nia, Reb­be­cą F. Kuang, jest to sko­ja­rze­nie raczej myl­ne i dale­kie. Płasz­czy­zną porów­na­nia mia­ły­by być przede wszyst­kim fan­ta­stycz­ność oraz obec­ność w twór­czo­ści obu auto­rek wąt­ków post­ko­lo­nial­nych i dale­ko­wschod­nich. Trud­no powie­dzieć, żeby była to nie­praw­da, ale jest to zara­zem pół­praw­da; pod­czas gdy u Kuang wspo­mnia­ne ele­men­ty sta­no­wią fun­da­ment jej ksią­żek, dla Wang to jedy­nie frag­men­ty ukła­dan­ki, z któ­rej pisar­ka two­rzy para­bo­licz­ną mozai­kę poli­tycz­nej i etycz­nej rze­czy­wi­sto­ści XXI wie­ku, cze­go wspa­nia­łym przy­kła­dem jest inte­re­su­ją­ca mnie Krew nad Jasną Przy­sta­nią.

Fabu­ła powie­ści w pierw­szej chwi­li zda­je się wpi­sy­wać w bole­śnie oczy­wi­ste sche­ma­ty: głów­na boha­ter­ka Scio­na Frey­nan, adept­ka magii, przy­stę­pu­je do egza­mi­nu, któ­ry ma z niej uczy­nić pierw­szą w histo­rii Wyso­ką Magicz­kę mia­sta Tiran – musi się zatem mie­rzyć nie tyl­ko ze swo­imi ogra­ni­cze­nia­mi, ale tak­że wyśru­bo­wa­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi oraz pod­szy­tą jaw­nym szo­wi­ni­zmem wro­go­ścią. Ale jeśli głów­nym wąt­kiem są losy Scio­ny i jej uni­wer­sy­tec­kiej magii, to dla­cze­go powieść roz­po­czy­na się od obra­zo­wej, natu­ra­li­stycz­nej sekwen­cji, w któ­rej gru­pa imi­gran­tów nazy­wa­nych Kwe­na­mi roz­pacz­li­wie usi­łu­je dostać się do Tira­nu, choć – jak wska­zu­ją reak­cje służb porząd­ko­wych – wca­le nie są tam mile widzia­ni?

O tym epi­zo­dzie szyb­ko zapo­mi­na­my, obu­rza­jąc się zacho­wa­niem tirań­skich magów, któ­rzy w każ­dy dostęp­ny spo­sób rzu­ca­ją ambit­nej Scio­nie kło­dy pod nogi – i tym samym wpa­da­my w pułap­kę, jaką zasta­wia na nas autor­ka. Czy­tel­nik oka­zu­je się bowiem w pew­nym sen­sie współ­win­ny tego, jak łatwo pomi­nął maka­brycz­ną sce­nę z począt­ku książ­ki. A im dalej w fabu­łę książ­ki, tym wyraź­niej oka­zu­je się, że kla­sycz­ne sche­ma­ty jedy­nie orga­ni­zu­ją tutaj struk­tu­ry, któ­rych nigdy byśmy się w podob­nej powie­ści nie spo­dzie­wa­li.

Nie bez powo­du cała nar­ra­cja jest spe­cy­ficz­nie – bo prze­strzen­nie – sfo­ka­li­zo­wa­na. Świa­to­twór­stwo jest tu bar­dzo kre­atyw­ne i pre­cy­zyj­ne, ale obej­mu­je zale­d­wie malut­ki wyci­nek świa­ta przed­sta­wio­ne­go: mia­sto Tiran i jego pobli­ża. Wang bowiem two­rzy obraz mia­sta skraj­nie izo­la­cjo­ni­stycz­ne­go, odcię­te­go, moż­na powie­dzieć: tira­no­cen­trycz­ne­go, i dokład­nie taka jest rów­nież for­ma powie­ści. W tym drob­nym wycin­ku dzie­je się wszyst­ko, co dla autor­ki inte­re­su­ją­ce, zaś bli­ska per­spek­ty­wa pozwa­la tym bar­dziej sku­pić się na pew­nych zja­wi­skach, któ­re w takim powięk­sze­niu sta­ją się bole­śnie widocz­ne.

Izo­la­cjo­nizm Tira­nu jest jasny od pierw­szych stron Krwi…, a kil­ka chwil póź­niej ewi­dent­ne sta­je się dla nas, że jest to też spo­łe­czeń­stwo impe­ria­li­stycz­ne i u swo­ich fun­da­men­tów skraj­nie kapi­ta­li­stycz­ne. Rychło odkry­wa­my, że kolej­ne aspek­ty funk­cjo­no­wa­nia tego sys­te­mu nie są od sie­bie ode­rwa­ne, lecz pasu­ją do sie­bie jak frag­men­ty puz­zli. Kawa­łek po kawał­ku oka­zu­je się, że szo­wi­nizm wyni­ka wprost z kla­si­zmu, kla­sizm – z rasi­zmu, rasizm – z nie­rów­no­ści eko­no­micz­nych, a te bio­rą się z wyzy­sku migran­tów, zaś wyzysk – z quasi­re­li­gij­ne­go fun­da­men­ta­li­zmu. Ten z kolei wypły­wa – nie ina­czej – z kolo­nia­li­zmu, któ­ry znów jest pokło­siem patriar­chicz­ne­go szo­wi­ni­zmu.

Poszcze­gól­ne ele­men­ty stwo­rzo­nej przez Wang struk­tu­ry zacho­dzą na sie­bie jak zęby try­bów, poka­zu­jąc pro­sto i zro­zu­mia­le zależ­no­ści obec­ne rów­nież w naszej rze­czy­wi­sto­ści. Wyja­skra­wio­ne i jasno nazwa­ne wady spo­łe­czeń­stwa Tira­nu są bowiem tymi samy­mi, któ­re toczą etycz­ne tkan­ki spo­łe­czeństw póź­no­de­mo­kra­tycz­nych, a któ­rych prze­cież jeste­śmy przed­sta­wi­cie­la­mi. Jest tu tro­chę foucal­tow­skiej teo­rii wła­dzy, tro­chę inter­sek­cjo­nal­no­ści spod zna­ku Kim­ber­lé Wil­liams Cren­shaw, tro­chę žižkow­skiej kry­ty­ki ide­olo­gii. Ale teo­re­ty­cy pozo­sta­ją tutaj ukry­ci, scho­wa­ni, nie­przy­wo­ła­ni z nazwi­ska – to, co inte­re­su­je Wang, to prak­ty­ka. Jej powie­ści to lite­ra­tu­ra spo­łecz­ne­go pod­mio­tu, a nie przed­mio­tu.

Autor­ka uka­zu­je, że rze­czy­wi­stość poli­tycz­na to nie wypad­ko­wa pro­stych zasad i ety­kiet, ale dyna­micz­ny węzeł zależ­no­ści, w któ­rym pozor­nie nie­zwią­za­ne ze sobą wzor­ce – jak na przy­kład patriar­chat i kolo­nia­lizm – łączą się w jeden układ. Stwo­rzo­ny przez autor­kę para­bo­licz­ny spek­takl, pozor­nie uprosz­czo­ny, w isto­cie pozwa­la uwy­pu­klić i ujaw­nić te zależ­no­ści, któ­re w codzien­nym życiu czę­sto mogą nam umy­kać, roz­my­wa­ne przez róż­no­ra­kie, nie­raz bar­dzo fine­zyj­ne argu­men­ty. Inny­mi sło­wy, wszyst­ko to, o czym powie­dzie­li­by­śmy, że to „nie takie pro­ste”, u Wang sta­je się bar­dzo pro­ste, a zara­zem wca­le nie mniej praw­dzi­we. Już tego wystar­czy­ło­by, żeby Krew nad Jasną Przy­sta­nią sta­ła się inte­re­su­ją­cą lek­tu­rą, ale autor­ka idzie dalej.

Okładka książki M.L. Wang pod tytułem „Krew nad jasną przystanią”.
M.L. Wang, „Krew nad Jasną Przystanią”, tłum. Anna Dobrzańska, Czerwonak: Wydawnictwo Vesper, 2025.

Prze­ło­mo­wym punk­tem powie­ści jest ten, w któ­rym Scio­na i prze­śla­do­wa­ny na tle raso­wym kweń­ski imi­grant Tho­mil odkry­wa­ją, że sys­tem przy­no­szą­cy miesz­kań­com Tira­nu zamoż­ność opar­ty jest na for­mie magicz­ne­go wyzy­sku, któ­ra wią­że się – cał­kiem dosłow­nie i bez­po­śred­nio – z mor­der­stwem. Inny­mi sło­wy, aby Tiran pro­spe­ro­wał, muszą umie­rać ludzie. Jest to zde­cy­do­wa­nie mniej sub­tel­na meta­fo­ra niż ta, któ­rą posłu­gu­je się Ursu­la K. Le Guin w słyn­nym opo­wia­da­niu Ci, któ­rzy odcho­dzą z Ome­las, przy­po­mi­nam jed­nak, że wszyst­ko roz­gry­wa się tutaj w dość wąskich ramach gatun­ko­wych. Podob­nie jed­nak jak u Le Guin więk­szość osób czer­pią­cych bez­po­śred­nie zyski z cudzej śmier­ci, nawet tych, któ­re głów­na boha­ter­ka Krwi… mia­ła za auto­ry­te­ty, nie ma w związ­ku z tym naj­mniej­szych wyrzu­tów sumie­nia.

Dostrze­że­nie tej dycho­to­mii, któ­ra spę­dza sen z powiek współ­cze­snym ety­kom, w powie­ści sta­je się moż­li­we tyl­ko dla­te­go, że praw­da docie­ra w koń­cu do oso­by czę­ścio­wo wyklu­czo­nej: kobie­ty. Choć Scio­na bole­śnie głę­bo­ko zin­ter­na­li­zo­wa­ła nauki impe­ria­li­stycz­nych pro­ro­ków Tira­nu, nie może w peł­ni być ich bene­fi­cjent­ką, ponie­waż jest kobie­tą – tym­cza­sem sys­tem jest z defi­ni­cji patriar­chal­ny. Boha­ter­ka nie zda­je sobie jed­nak spra­wy z tego mecha­ni­zmu, decy­du­je się więc na bole­śnie naiw­ny, w oczach czy­tel­ni­ków, gest ujaw­nie­nia. Wyda­je jej się bowiem, że poprzez ogło­sze­nie utrzy­my­wa­ne­go w tajem­ni­cy eko­no­micz­ne­go fun­da­men­tu Tira­nu wszem wobec wywo­ła w spo­łe­czeń­stwie ruch, któ­ry dopro­wa­dzi do zmia­ny sys­te­mu. Oczy­wi­ście nic takie­go się nie dzie­je, ponie­waż Tirań­czy­cy wca­le nie mają ocho­ty ani mieć pro­ble­mów ze swo­im sumie­niem, ani brać na sie­bie etycz­nej odpo­wie­dzial­no­ści za wyzysk na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę. Brzmi zna­jo­mo?

Rzecz jasna akcja nie pozo­sta­je bez kon­se­kwen­cji – a Krew nad Jasną Przy­sta­nią z książ­ki po pro­stu dobrej sta­je się bar­dzo dobrą. Dzia­ła­nia Scio­ny zosta­ją cał­ko­wi­cie zigno­ro­wa­ne przez Tirań­czy­ków, zauwa­ża­ją je jed­nak pocho­dzą­cy spo­za mia­sta Kwe­no­wie, dla któ­rych sta­ją się one impul­sem rewo­lu­cyj­nym, z racji tego, że to wła­śnie ich doty­czy mecha­nizm magicz­ne­go wyzy­sku. W mie­ście wybu­cha krwa­wy cha­os, w któ­rym w żaden spo­sób nie da się już roz­po­znać pozy­cji boha­te­rów w ramach etycz­nych gra­dien­tów – czy­tel­nik, wstrzą­śnię­ty moral­ną obmier­z­ło­ścią tirań­skiej wier­chusz­ki, pięć minut póź­niej ze zdu­mie­niem śle­dzi akty prze­mo­cy, któ­rych doko­nu­ją kweń­scy rebe­lian­ci. Ofia­ra­mi ułom­ne­go sys­te­mu sta­ją się wszy­scy – od wyzy­ski­wa­nych po wyzy­sku­ją­cych – a ucho­wać się mają jedy­nie jego naj­więk­si bene­fi­cjen­ci, czy­li mago­wie.

Na tym eta­pie fabu­ły z fan­ta­stycz­nych sche­ma­tów zosta­ją mar­ne strzę­py, lecz – co napraw­dę impo­nu­ją­ce – autor­ce uda­je się do same­go koń­ca utrzy­mać tę spek­ta­ku­lar­ną meta­fo­rę w ryzach lite­ra­tu­ry gatun­ko­wej. Nale­ży bowiem pod­kre­ślić, że przy całym bogac­twie reflek­sji, jakie ofe­ru­je powieść Wang, jest to wciąż kla­sycz­na lite­ra­tu­ra fan­ta­sy, opar­ta głów­nie na seriach dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, choć nie bra­ku­je tutaj rów­nież roz­bu­do­wa­nych, wie­lo­stro­ni­co­wych dia­lo­gów. Wang prze­pro­wa­dza więc uda­ny mariaż lite­ra­tu­ry ambit­nej z roz­ryw­ko­wą, two­rząc swo­isty ele­men­tarz anty­im­pe­ria­li­zmu. Daje się on swo­bod­nie inter­pre­to­wać na wie­lu róż­nych pozio­mach i żeglu­je po morzu sche­ma­tów, lecz zara­zem z god­ną podzi­wu zwrot­no­ścią omi­ja rafy wtór­no­ści.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

24.11.2025 Recenzje

Powieść, z którą nie damy sobie rady

Nieuchwytność powieści Raka jest jej kluczową cechą i jedną z tych właściwości, które sprawiają, że trudno wobec tego przedziwnego zjawiska przejść obojętnie. Nie chodzi o to, że nie da się określić tematu, fabuły czy innych podstawowych elementów cyklu, wprost przeciwnie – o trylogii Agla Radka Raka pisze Marcin Świątkowski.

18.08.2026 Laba

Logika Golema

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj kompozytorem, gitarzystą i wokalistą Mikołajem Żentarą rozmawia Małgorzata Bugaj.

17.08.2026 Recenzje

Trochę się zestarzejemy, trochę nie

Stara kobiecość budzi przerażenie i lęk. Ale sama kobiecość ma w sobie wiele cech, które są przypisywane starości. Segal wymienia wśród nich empatię, kruchość, znoszenie częstych upokorzeń, ponoszenie trudu opieki nad innymi – o książce Lynne Segal pisze Olga Sabała.