Omawianie książek ma zwykle dwa cele. Jedną misją jest poinformowanie czytelnika z grubsza o treści niedostępnej mu pozycji. Drugą – ustosunkowanie się do niej. Praca Macieja Urbanowskiego Literatura stanu wojennego 1981–1989 została udostępniona w internecie przez Instytut Dziedzictwa Solidarności pod koniec 2025 roku jako bezpłatny PDF. Streszczanie tego, co się w niej znajduje, zdaje się bezsensowne, bo każdy może to samodzielnie sprawdzić. Ciekawe jest zaś to, czego w tym tekście nie ma.
Urbanowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, we wstępie deklaruje:
W niniejszej książce będzie mnie interesowała literatura stanu wojennego rozumiana nie tylko jako kolekcja tekstów o stanie wojennym, ale także tych, które powstały w czasie stanu wojennego. Ten ostatni rozumiem szerzej, bo wykraczam poza datę formalnego zakończenia stanu wojennego, uznając – jak część wymienionych badaczy – iż ów okres rozciągał się do połowy roku 19891.
Co to znaczy „kolekcja”? Gdyby autor zatytułował swoje dzieło Literatura polska lat 80. poza cenzurą i tylko do takiej się ograniczył, nie miałbym o czym pisać. To bardzo solidne opracowanie publikacji drugoobiegowych i emigracyjnych – Marek Nowakowski, Janusz Anderman, Tadeusz Konwicki, Zbigniew Herbert, Adam Zagajewski… Problem polega na tym, że podkreślający otwarcie swój subiektywizm Urbanowski przywołał też mniej więcej tuzin książek wydanych w okresie 1982–1989 w tak zwanym obiegu oficjalnym. Zasugerował tym samym, że jego dzieło jest monografią literatury polskiej z tego czasu jako całości. Tłumaczenia autora, że kierował się sentymentem, że na tej „podziemnej literaturze” się wychował jako młody człowiek, przyjmuję w tej sytuacji jako wyraz chciejstwa. Bo autor chce więcej i kreuje wielką formację, której granic wyraźnie nie oznacza – no chyba że przyjmować jako jedyną prawdę jego bibliografię. Spektrum historyka literatury okazuje się bardzo szerokie, gdy uwzględnia takie toposy, jak doświadczenia historii, Boga czy Europy, a jednocześnie zaskakująco wąska to kolekcja, jeśli chodzi o korpus literatury związanej z tematem głównym epoki, czyli stanem wojennym.
Albowiem utwory beletrystyczne, które można było kupić w PRL-owskich księgarniach, a które zostały uwzględnione w Literaturze stanu wojennego… w obszerniejszych omówieniach niż jednozdaniowe wzmianki, to niestety głównie tak zwana dobra literatura. A więc: Ultima Thule Jana Józefa Szczepańskiego (fantastyka z alternatywnej geografii), Paradyzja Janusza A. Zajdla (fantastyka z innej planety), Bohiń Tadeusza Konwickiego (kresy, XIX wiek), Zagłada Piotra Szewca (holocaust żydowski na prowincji), Kamień na kamieniu Wiesława Myśliwskiego (wieś we wczesnej PRL), Weiser Dawidek Pawła Huellego (Trójmiasto przez ćwierć wieku do 1981 roku) i jeszcze parę innych tytułów niezwiązanych ze współczesnością. Z omawianych szerzej przez Urbanowskiego publikacji „legalnych” tylko pośmiertnie wydane groteskowe teksty Mirona Białoszewskiego z cyklu Kabaret Kici Koci (tom Oho) oraz Rok w trumnie Romana Bratnego dotyczą stanu wojennego w konkretnej Warszawie.
Zdecydowanie – książka Macieja Urbanowskiego nie jest reprezentatywną pracą o stanie wojennym w literaturze polskiej. Stąd niniejsza glossa.
Faszystowskie podziemie
Paszkwil autora Kolumbów wydrukowany w 1983 roku w półmilionowym nakładzie zdobył autentycznych czytelników, dających sobie wmówić krwiożercze zapędy zmyślonych przez pisarza działaczy podziemia, łącznie z Faszystowską Elitą Szerzenia Terroryzmu, wszystko to zaś prowadzące do śmierci naiwnego młodzieńca, który został przez nich otumaniony.
Bratny jako autor Roku w trumnie stał się symbolem antysolidarnościowej propagandy. Można zaznaczyć, że nie był w tym osamotniony, choć agresywna pierwsza fala projaruzelskiej literatury była stosunkowo słaba. Dorównywała Bratnemu chyba tylko Anna Kłodzińska, seryjna producentka kryminałów milicyjnych i szpiegowskich, w wydanej w tym samym roku powieści W pogardzie prawa. Co prawda fabuła książki zostaje zamknięta nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku, ale wcześniej antykomunistyczna tłuszcza linczuje milicjanta i śmiertelnie kamienuje występującego w jego obronie weterana Armii Ludowej. I tu pojawia się FEST.
W nurt ten wpisują się także pełnometrażowe filmy fabularne Ryszarda Wionczka – dylogia Godność (1984) i Czas nadziei (1987) – powstałe do scenariuszy pisarza Jerzego Grzymkowskiego, wówczas kierownika literackiego zespołu filmowego „Profil” Bohdana Poręby. Historia robotnika-komunisty Szostaka, prześladowanego przez wstrętnych solidarnościowców, ale przeżywającego zadośćuczynienie w stanie wojennym, nie znalazła jednak niestety wersji książkowej tego czołowego pióra betonowego nurtu literatury PRL, skądinąd nawet całkiem zdolnego przedstawiciela środowiskowej prozy o warszawskiej Pradze.
Literatura pojednania
Szybko jednak nawet w prozie Romana Bratnego motywy paszkwilanckie zostały zdominowane przez wątki koncyliacyjne. Oto w powieści CDN z 1986 roku profesor Pasiecki daje się internować, gdy zostaje pomylony z działającym w Solidarności synem, ale zaraz po zwolnieniu przyjmuje od przepraszającego go pułkownika propozycję dołączenia do „grupy ludzi dobrej woli”. Podobne tony odnaleźć można w kolejnej powieści Bratnego, Upadek „Ludowej” z 1987 roku, w której emigrant polityczny Basior powraca z Zachodu i w finale deklaruje dygnitarzom, że zostaje w kraju.
Drugim – obok Bratnego – reprezentantem aktywistycznej PRON-owskiej literatury pojednania był Włodzimierz Sokorski, twórca trylogii powieściowej o jurnym redaktorze Sokolnickim, najwyraźniej alter ego autora: Nie można powtórzyć, Znaki zapytania, Skazani na siebie (1984–1988). Odsunięty od dawna na boczny tor, niegdysiejszy minister kultury i szef Radiokomitetu umilał sobie starość taką polityczno-erotyczną literaturą. W pierwszej z książek wracał do roku 1981 i proroctw, że Kongres Kultury będzie demonstracją przeciw partii, w następnych zajmował się literatami, wśród których Wojciech Żukrowski miał wystąpić jako „kandydat pojednania”. Znaleźć można tu było również mądrości w rodzaju: „cenzura nie była dokuczliwa […] wszyscy stali się bardziej dojrzali”2. W tle co prawda ginie ksiądz Jerzy Popiełuszko, ale Sokolnicki na wiecu w Hucie Warszawa ma wystąpić jako bufor wobec spodziewanych nastrojów zarówno lewackich, jak i związanych z podziemiem. Redaktor proteguje też krakowską poetkę, która zwierza mu się, że jej chłopak był internowany, a ona sama miała „trochę przykrości”3. Sokolnicki załatwia jej pracę w radiu, wdzięczna poetka zapisuje się do neo-ZLP.
Symptomatyczne, że w swojej prozie artystycznej odbić wydarzeń bieżących nie zawierali nieco zdolniejsi pisarze popierający otwarcie Jaruzelskiego – tacy jak Halina Auderska, Wojciech Żukrowski i Jan Dobraczyński, którego usadowiono na czele Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego.
Spacyfikowani
O ile Urbanowski rozpisuje się o prozach internowanego Janusza Andermana, o tyle całkowicie pomija powieść jego ówczesnej partnerki Marii Nurowskiej Kontredans, opublikowaną nakładem Czytelnika w 1984 roku. To bodaj pierwszy wydany w oficjalnym obiegu, i to w czterdziestotysięcznym nakładzie, utwór beletrystyczny o artystycznych ambicjach z akcją zawiązaną wokół stanu wojennego. W stopce redakcyjnej jako data oddania materiału do składu widnieje grudzień 1982 roku, już wcześniej musiała zatem książkę zaakceptować cenzura. Psychologiczna proza Nurowskiej obrazuje rozgrywkę o prawo do odwiedzin internowanego studenta Maćka między ciotką, która go wychowała, a jego biologiczną matką. Smaczkiem jest tu pojawienie się nazwiska Andermana wśród wywoływanych w Białołęce na widzenia. Sama pisarka po trzydziestu latach w wywiadzie rzece z Martą Mizuro określała Kontredans jako książkę nieudaną – być może wpływ na tę opinię miał resentyment: rychłe po zwolnieniu z „internatu” rozstanie z Andermanem. Zastanawiające, że dzieło przyjęto do druku w tym samym czasie co paszkwilanckie powieści Bratnego i Kłodzińskiej. Ceną było prawdopodobnie dosłownie jedno zdanie włożone w usta Maćka: „już więcej nie dam się nabrać”4. Paradoksalnie kolejne wydania Kontredansu na początku lat 90. ukazywały się nakładem… Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, potem autorka zdecydowała się tej książki nie wznawiać.
W tym samym 1984 roku ukazała się powieść trzydziestoczteroletniego Jacka Krakowskiego Autopsja, czyli dziennik kryzysu, przedstawiająca obraz roku 1981 w środowisku młodych inteligentów w Łodzi – akcja kończy się przed 13 grudnia, jakoś brak w niej krwiożerczych antykomunistycznych konspiratorów. Podobnie w przypadku debiutującego dwudziestosześciolatka Marka Bukowskiego i jego powieści Nic się nie zmieni z 1985 roku, gdzie z perspektywy studenckiej opisane zostaje dość beznamiętnie wprowadzenie stanu wojennego: „NZS minęło bez echa […] wyrok opatrzności”5. Tytuł tej powieści można przyjąć jako definicję tolerancji cenzury dla tego, co będzie akceptowane w niezaangażowanej prozie współczesnej. Na zaangażowanie, i to po jednej stronie, monopol otrzymali Bratny z Sokorskim. Można tu mówić zatem o pasywizmie jako głównym wymuszonym nurcie w prozie.
Warto dodać, że dwa lata później (1987) została opublikowana druga powieść Bukowskiego, Oszustwo, mająca pewne cechy historii alternatywnej – Gierek utrzymuje się w niej przy rządach nieprzerwanie od dwunastu lat, mimochodem tylko wspominane są świeżo wykwitłe nieporządki na Wybrzeżu.
Po wydaniu w stanie wojennym dwóch książek poza cenzurą – w tym powieści Rzeka podziemna, której bohaterem jest ścigany konspirator z matrycami nielegalnej książki – Tadeusz Konwicki swój kolejny utwór (sylwę Nowy Świat i okolice) opublikował w 1986 roku niespodziewanie w oficjalnym wydawnictwie Czytelnik. W tekście tym znaleźć jednak można sporo notatek o wozach milicyjnych i armatkach wodnych przygotowanych do likwidowania demonstracji, ale i wiele apostrof do cenzora, z tą jedną naczelną: „z pustego i cenzor nie naleje”6. Czego dowiemy się o tej książce z monografii Urbanowskiego? Niczego się nie dowiemy – została przemilczana, nie ma po niej śladu w bibliografii ani w indeksie (za karę?).
Właściwie jedynym śladem zaostrzonych środków „bezpieczeństwa” w satyrycznej powieści o środowisku filmowców pióra Krzysztofa Teodora Toeplitza Gorący kartofel z 1986 roku jest wypytywanie przez telefonistki, w jakim języku będą prowadzone zamawiane rozmowy międzynarodowe – w przypadku węgierskiego chwila oczekiwania na połączenie domyślnie wydłuża się o czas poszukiwania zdolnego do podsłuchu esbeka, władającego tą mową. Toeplitz, który w stanie wojennym przyłączył się do jego zwolenników, w postaci pisarza Morwińskiego we wspomnianym utworze skarykaturował skądinąd Tadeusza Konwickiego, przydając mu autorstwo martyrologicznego scenariusza z powstania styczniowego.
Nawet Anna Kłodzińska z czasem nieco złagodziła twardy kurs. O motywach stanu wojennego w powieści milicyjnej można zresztą sporo przeczytać w wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej w 2019 roku monografii Doroty Skotarczak Otwierać, milicja!, poświęconej PRL-owskim kryminałom. Maciej Urbanowski najwyraźniej nie był tym w ogóle zainteresowany. A moim zdaniem jako ilustrację propagandowej tendencji można by przytoczyć choćby historię z Drogi bez powrotu Alberta Wojta (pseudonim aktywnego wówczas prokuratora) z 1985 roku – prowadzący dochodzenie w sprawie podwójnego zabójstwa porucznik Mazurek z żoliborskiej komendy po „amnestii” odnosi się tu lekceważąco do konspiracyjnej działalności osób zamieszanych w sprawę, choć wcześniej osobiście przeprowadzał polityczne aresztowanie w stanie wojennym.
Wyspy Świętego Krzyża
Pozostańmy przy literaturze gatunkowej – autor Literatury stanu wojennego… z fantastyki przywołuje obszerniej tylko Janusza A. Zajdla i jego powieść Paradyzja z 1984 roku. Jej bohaterowie, aby oszukać skomputeryzowany podsłuchowy system karny w totalitarnym systemie na zmyślonej planecie, porozumiewają się metaforami i tworzą tak zwany koalang (ciekawostką jest, że w końcówce lat 80. pod tą nazwą funkcjonowała rubryka poetycka w młodzieżowym tygodniku „Na przełaj”, wydawanym w ramach RSW, czyli koncernu prasowego będącego własnością PZPR). Urbanowski pomija jednak dwie wcześniejsze powieści tego autora, także opublikowane już po wprowadzenia stanu wojennego (choć mogły powstać wcześniej), a w fantastycznym sztafażu odwołujące się niejako do PRL-owskiej rzeczywistości: Wyjście z cienia z 1982 roku oraz Limes inferior z 1983 roku. Pierwsza z nich poruszała temat nienaturalnej izolacji narodów, druga – socjotechniki uprawianej poprzez wielowalutowy system ekonomiczny. Ale oprócz powieści Zajdla uwagę Urbanowskiego powinny były zwrócić również dwie bardzo ciekawe realizacje z motywami fantastycznymi wydrukowane poza powstającym fandomem. Pierwsza z nich to powieść przygodowa Ludzie skorpiony, wydana przez bydgoskie wydawnictwo Pomorze w 1985 roku, traktująca o dokonanym przez juntę przewrocie na zmyślonej wyspie Santa Cruz gdzieś w Ameryce Łacińskiej. W książce tej z rąk siepaczy ucieka uwięziony przez Gwardię młody pisarz Joachim El Toro – główny bohater utworu. Publikacja sygnowana była pseudonimem Max Lars, pod którym debiutował jako prozaik (oraz ilustrator) Stefan Chwin. Wątki dotyczące umykających terrorowi uchodźców pojawiają się także w Obrazie napowietrznym znanego już i nagradzanego wcześniej Piotra Wojciechowskiego, opublikowanym w Wydawnictwie Literackim w 1988 roku (autor ten śladowo wzmiankowany jest przez Urbanowskiego, ale jako poeta). Ta druga książka, której akcja rozgrywa się głównie w zagarnianym łagodnie przez Azjatów nienazwanym mieście łączącym cechy Lublina i Lwowa, mogłaby zresztą wzbogacić także rozdział Literatury stanu wojennego… zatytułowany Doświadczenie Europy.
Nocny patrol
Wreszcie zadajmy pytanie: co jest literaturą? Wyłącznie przekaz utrwalony w druku czy także istniejący w postaci werbalnej, zapisany na taśmie i śmigający w eterze?
Urbanowski nie jest konsekwentny. Poważa dostojnych akustycznych bardów, ignoruje elektrycznych szarpidrutów. Poświęca w swej książce większy akapit twórczości przebywającego w latach 80. poza Polską Jacka Kaczmarskiego, którego piosenki niczym śpiewane felietony docierały do kraju między innymi przez Radio Wolna Europa, gdzie był zatrudniony – a teksty jako Wiersze i piosenki ukazały się drukiem nakładem Instytutu Literackiego w 1983 roku. Urbanowski pomija zarazem nawet motywy stanu wojennego w piosence rockowej – a przecież były one wówczas jak najbardziej obecne! Nie chodzi mi bynajmniej o piosenkę zespołu Lady Pank Mniej niż zero, w której przypadku napisany wcześniej przez Andrzeja Mogielnickiego tekst deprecjonujący zdobytą maturę zbiegł się ze śmiercią zakatowanego przez milicjantów maturzysty Grzegorza Przemyka wiosną 1983 roku. Świadome odniesienia do stanu wojennego zdominowały trzeci album Maanamu, Nocny patrol – przykład tego stanowią utwór tytułowy, Zdrada oraz Jestem kobietą z wątkiem ukrywania ukochanego (ten ostatni literalnie opisujący działania z pobudek pacyfistycznych, ale w kontekście 1983 roku wybrzmiewający zupełnie inaczej). Płyta została wydana w oficjalnym obiegu. Tymczasem na koncertach młodsze zespoły grały bardziej dosłowne utwory, które z powodu cenzury ukazały się (zarówno w postaci nagrań, jak i w książkach) dopiero po 1989 roku. Myślę tu o takich tekstach jak Gaz na ulicach Kazika Staszewskiego z Kultu oraz o piosenkach napisanych przez dwóch Krzysztofów Grabowskich. Pierwszy, ten z Dezertera, w Plakacie stwierdzał: „Gdzieś daleko stąd ludzie boją się wychodzić na ulice, by powiedzieć nie” – i z głupia frant pytał, „gdzie to jest?”. Drugi, znany bardziej jako Grabaż, opis demonstrantów traktowanych działkami wodnymi zawarł w Balu u senatora 85, śpiewanym jeszcze z pierwszym zespołem Ręce do Góry, zaś odwołując się do dziewiętnastowiecznego raportu w utworze Porządek panuje w Warszawie – granym już z Pidżamą Porno – dopisywał do spacyfikowanych miejsc po stolicy Gdańsk i Śląsk, by podsumować: „cała Polska dziś taka spokojna”.
Urbanowski ignoruje także największy kościelny przebój, Ojczyzno ma, napisany w grudniu 1981 roku przez księdza Karola Dąbrowskiego i śpiewany we wszystkich świątyniach – szczególnie po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. To autentyczny ludowy hymn stanu wojennego z pamiętną frazą „tyle razy we krwi skąpana, o jak wielka jest twoja rana” oraz rymem „brat–kat”. O grafomanii martyrologicznej nie wypada pisać? Nie było jej, naprawdę?
Ethos ocalony
Aleksander Hertz w wydanych w 1979 roku Wyznaniach starego człowieka pisał:
socjolog i historyk kultury powinni bardzo dbać o znajomość złej literatury. Z tego oczywiście nie wynika, by mieli nie dbać o literaturę dobrą. […] Ale zła proza, już z racji tego, że była bliższa swoim odbiorcom, że była bardziej związana z zainteresowaniami i wartościami szarych, zwykłych ludzi, jest materiałem szczególnie bogatym i godnym pełnego wyzyskania7.
Pisał to uczony, który z Polski wyjechał przed wybuchem drugiej wojny światowej. Czy uwagi te, związane z literaturą funkcjonującą w wolnym świecie, mają zastosowanie do złej literatury w systemie wydawniczym ograniczonym przez cenzurę? Może à rebours – należy ją czytać z równą ciekawością, ale z myślą nie o zainteresowaniach szarych ludzi, lecz o intencjach dysponenta tych publikacji?
Niestety, oprócz casusu Roku w trumnie Urbanowski złą literaturą nie miał ochoty się zajmować. Co więcej, w podsumowaniu swej pracy polemizuje z określeniami w rodzaju „realizm antysocjalistyczny”, rzekomo dyskredytującymi pozacenzuralną „literaturę stanu wojennego” – broni przy tym jej tendencyjności, odwołując się do przykładów Elizy Orzeszkowej i Stefana Żeromskiego. Przywołując publikacje krytyczne Aleksandra Fiuta i Lidii Burskiej, używa przeciw nim amunicji patriotycznej. Stwierdza, że nie podobał się im „przede wszystkim zbyt pochlebny ich zdaniem obraz polskiego społeczeństwa, jaki wyłaniał się z literatury stanu wojennego”8. W ostatnim akapicie Maciej Urbanowski deklaruje:
Literatura stanu wojennego była dowodem na to, że komunistycznym inżynierom dusz nie udało się skutecznie unicestwić wolnościowego i obywatelskiego ethosu literatury polskiej. Pozostaje ona dzięki temu integralną częścią literatury narodowej, a nawet jedną z jej piękniejszych kart9.
Kończy, używając argumentum ad Jaruzeli, który (może błędnie) zrozumiałem tak, że jeśli się z autorem nie zgadzam, to najwyraźniej bronię stanu wojennego.
Ale czym w końcu ma być ta „literatura stanu wojennego”, ta kolekcja tekstów, o której pisał autor we wstępie? Czy pełną, a przynajmniej reprezentatywną kolekcją polskich utworów literackich powstałych w latach 1981–1989? Czy tylko kolekcją zestawioną przez autora na użytek przeprowadzenia dowodu, z dowolnym wykluczaniem Bratnego, Sokorskiego, Nurowskiej, Bukowskiego, Chwina, Kłodzińskiej i innych twórców milicyjnych kryminałów? Ciągle odczuwam sprzeczność definicji.
1 M. Urbanowski, Literatura stanu wojennego 1981–1989, Gdańsk: Instytut Dziedzictwa Solidarności, 2025, s. 24, online: https://ids1980.pl/wp-content/uploads/2025/12/IDS_LITERATURA_KSIEGA.pdf [dostęp: 24.05.2026].
2 W. Sokorski, Skazani na siebie, Warszawa: Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, 1988, s. 6.
3 Tamże, s. 9.
4 M. Nurowska, Kontredans, Warszawa: Czytelnik, 1984, s. 182.
5 M. Bukowski, Nic się nie zmieni, Warszawa: Iskry, 1985.
6 T. Konwicki, Nowy świat i okolice, Warszawa: Czytelnik, 1986, s. 111.
7 A. Hertz, Wyznania starego człowieka, Londyn: Oficyna Poetów i Malarzy, 1979, s. 75.
8 M. Urbanowski, Literatura stanu wojennego…, s. 335.
9 Tamże, s. 337.
