Inny tembr światła

Kto by się spo­dzie­wał, że kolej­ną książ­ką Justy­ny Kuli­kow­skiej po Obo­zie zabaw będzie poemat o nadziei? Powie­cie: „to za duże uprosz­cze­nie” albo „to chy­bio­ny strzał”. W imię pre­cy­zji muszę zazna­czyć, że samo sło­wo „nadzie­ja” nie poja­wia się w poema­cie ani razu. Mowa w nim za to o świe­tle, zachwy­cie, chci­wo­ści życia i tań­cu, o dostrze­ga­niu pięk­na i znaj­do­wa­niu siły, o prze­zwy­cię­ża­niu prze­szło­ści, nie­na­wi­ści i żalu. Nadzie­ja jest wspól­nym odbla­skiem wszyst­kich tych ele­men­tów – albo nawet soczew­ką, któ­ra ogni­sku­je roz­pro­szo­ne po poema­cie świa­teł­ka i świa­tło­ści.

Kuli­kow­ska roz­sy­py­wa­ła bla­ski i poświa­ty już w poprzed­nich książ­kach, ale to we Wny­kach dla świa­tła uczy­ni­ła je ele­men­tem nad­rzęd­nym i nada­ła im nie­co inny wydźwięk niż dotych­czas. Może to kwe­stia ilo­ści i natę­że­nia świa­teł, a może ich nie­ocze­ki­wa­nej, przy­no­szą­cej ulgę łagod­no­ści? Na okład­ce tomu widzi­my same dobre wróż­by, kar­ty taro­ta prze­po­wia­da­ją­ce szczę­ście i pomyśl­ność. Asy róż­dżek i mie­czy (dło­nie trzy­ma­ją­ce kwit­ną­cą lub pło­ną­cą gałąź i dło­nie dzier­żą­ce miecz), któ­re poja­wia­ją się w róż­nych warian­tach rów­nież na kar­cie tytu­ło­wej, ozna­cza­ją przede wszyst­kim nowe począt­ki, wital­ność i siłę do pod­ję­cia dzia­ła­nia. Towa­rzy­szy im kar­ta słoń­ca, zwia­stu­ją­ca bar­dzo podob­ne wyda­rze­nia: nadej­ście lep­szych cza­sów, rado­ści i har­mo­nii (według pew­ne­go taro­ciar­skie­go forum inter­ne­to­we­go kar­ta ta jest jed­nym z naj­lep­szych zna­ków nie­za­leż­nie od zada­ne­go kar­tom pyta­nia). Poemat opa­trzo­ny tak dobrą wróż­bą ota­cza­ją jasność i aura począt­ku, ale pamię­taj­my, że jest to począ­tek usta­na­wia­ny od środ­ka, budo­wa­ny z sen­sów nawar­stwia­nych kon­se­kwent­nie od kil­ku tomów. Z jed­nej stro­ny każ­da kolej­na książ­ka Kuli­kow­skiej jest inna od poprzed­nich, z dru­giej – w toku lek­tu­ry moż­na odnieść wra­że­nie, że poet­ka cały czas nad­pi­su­je jeden, ten sam wiersz. Siłą napę­dza­ją­cą jej poezję jest dąże­nie do pre­cy­zji, któ­re wią­że się z powta­rza­niem fraz i rekon­fi­gu­ro­wa­niem ich ele­men­tów w nowych, nie­co prze­su­nię­tych zna­cze­niach. Na czym więc nawar­stwio­na zosta­ła jasność Wny­ków…? I jaki jest line­aż łapa­ne­go w nie świa­tła?

Wyda­wa­ło mi się, że czy­ta­łam poprzed­nie tomy uważ­nie, ale dopie­ro pod suro­wym wzro­kiem słoń­ca z okład­ki Wny­ków… zaczę­łam dostrze­gać mno­gość świa­teł prze­bi­ja­ją­cych z fraz giftu. z Pod­la­siaObo­zu zabaw. Zazna­czy­łam więc wszyst­kie wer­sy, w któ­rych coś świe­ci, błysz­czy się lub żarzy. Frag­men­ty inter­pre­to­wa­ne prze­ze mnie dotych­czas jako tło innych (wyda­wa­ło­by się: waż­niej­szych) wąt­ków zaczę­ły poły­ski­wać neo­no­wo­żół­tym bla­skiem zakre­śla­cza i zna­cze­niem, któ­re­go nie moż­na już dłu­żej pomi­jać. Za spra­wą podob­nej być może obse­sji na punk­cie świa­tła – albo po pro­stu cel­nej intu­icji – powstał opu­bli­ko­wa­ny w zeszłym roku na łamach „Nie­win­nych Cza­ro­dzie­jów” tekst Miko­ła­ja Kucze­ra. W szki­cu czy­ta­my:

Świa­tło jest wyznacz­ni­kiem bez­pie­czeń­stwa. To, co oświe­tlo­ne, sta­je się oswo­jo­ne, a przez to mniej nie­bez­piecz­ne. U Kuli­kow­skiej świe­ci to wszyst­ko, co wią­że się z auto­bio­gra­ficz­nym cię­ża­rem: lek na depre­sję, trau­ma, pamięć mat­ki, cio­cia z Ame­ry­ki. Z tym że nie jest to przy­jem­na poświa­ta wydo­by­wa­ją­ca się spod aba­żu­ru, a raczej ostry blask latar­ki poli­cyj­nej wyce­lo­wa­nej w twarz prze­słu­chi­wa­ne­go. […] Wpierw świe­ci Trit­ti­co, lek prze­pi­sy­wa­ny pacjen­tom ze zdia­gno­zo­wa­ny­mi sta­na­mi depre­syj­ny­mi. To on wła­śnie jest okien­kiem do oso­bi­ste­go doświad­cze­nia. Od nie­go zaczy­na się podróż w głąb prze­szło­ści. Jaskra­wo żół­ty sło­necz­nik wydru­ko­wa­ny na pudeł­ku Trit­ti­co, nie daje zapo­mnieć o wła­snej gene­zie. Jest jak para­nor­mal­ne świa­tło wyry­wa­ją­ce z dnia codzien­ne­go […]1.

Świa­tło jest przez nas naj­czę­ściej walo­ry­zo­wa­ne pozy­tyw­nie, jako wyznacz­nik bez­pie­czeń­stwa, ale­go­ria pozna­nia, dobra i pięk­na. W duali­stycz­nym postrze­ga­niu, do któ­re­go jeste­śmy kul­tu­ro­wo przy­zwy­cza­je­ni, świa­tło to oczy­wi­ste prze­ci­wień­stwo ciem­no­ści, sym­bo­licz­nie zle­wa­ją­cej się ze złem i głu­po­tą (moż­na by prze­cież powie­dzieć: ciem­no­tą). Ale pro­ste roz­gra­ni­cze­nie na świa­tło i ciem­ność, dobro i zło, bez­pie­czeń­stwo i zagro­że­nie wła­ści­wie nijak się ma do tego, jak Kuli­kow­ska ope­ru­je świa­tłem w gif­cie… To, co zna­ne, nie jest tam opi­sy­wa­ne jako oswo­jo­ne, raczej jako nazna­czo­ne, jak ujął to Kuczer, „auto­bio­gra­ficz­nym cię­ża­rem” i jaśnie­ją­ce rodza­jem świa­tła, któ­ry budzi dys­kom­fort – jak sło­necz­nik z opa­ko­wa­nia Trit­ti­co, elek­trycz­na lamp­ka do posta­wie­nia na gro­bie albo ostre świa­tło poli­cyj­nej latar­ki. Kuczer traf­nie wią­że dys­cy­pli­nu­ją­cy cha­rak­ter świa­tła w gif­cie… z kon­cep­cją panop­ty­ko­nu Miche­la Foucaul­ta, w któ­rej odpo­wied­nio skie­ro­wa­ny reflek­tor two­rzy poten­cjal­ność spoj­rze­nia war­tow­ni­ka i poten­cjal­ność bycia uka­ra­nym. Reżim widzial­no­ści zysku­je w gif­cie… nie­kie­dy wręcz total­ny, kosmicz­ny cha­rak­ter, na przy­kład w wier­szu ten mecha­nizm, w któ­rym słoń­ce sta­je się panop­tycz­nym reflek­to­rem i nie­mym świad­kiem prze­mo­cy:

ten mecha­nizm
musi dzia­łać, jest świą­tecz­nym życze­niem,
o bożym świa­teł­ku, pode­sła­nym przez ciot­kę.
piszę o rze­czach, któ­re się żarzą,
są:
latar­ką poli­cyj­ną jebią­cą po oczach,
smro­dem pocho­dze­nia, jak z obo­ry,
w któ­rej sto­ją kro­wy moje­go ojca,
racą odpa­lo­ną na meczu w Bia­łym,
ich nowym sta­dio­nem przy ul. Sło­necz­nej
jeden.

wy małe głu­pie chuj­ki, tam spusz­cza­no
wpier­dol jesz­cze przed mar­szem:

na uli­cy, w dzień jasny jak fla­ra,
słoń­ce, reflek­tor, czy dowol­nie,
dobra­ne porów­na­nie – jak język,
zależ­nie od cio­sów i miej­sca2.

Może ten mecha­nizm opie­ra się jed­nak nie tyl­ko na sno­pie świa­tła panop­tycz­ne­go reflek­to­ra, ale też na zgo­ła innym lśnie­niu – bla­sku na siłę wybie­la­nym aure­olą wła­dzy albo skrzą­cym się oddol­nie w atmos­fe­rze ciche­go przy­zwo­le­nia? Raca i fla­ra też są prze­cież świa­tła­mi, w dodat­ku świe­cą w Bia­łym, i to na to uli­cy Sło­necz­nej. Sys­tem dzia­ła nie dla­te­go, że został przez kogoś zapro­jek­to­wa­ny z machia­we­licz­ną pre­cy­zją; dzia­ła, bo sztucz­nie doświe­tla i usen­sow­nia hie­rar­chię, z któ­rej jest zro­bio­ny. Moż­na by więc rzec: ten mecha­nizm musi dzia­łać, bo racjo­nu­je świa­tło.

War­to się zatem przyj­rzeć „boże­mu świa­teł­ku” poja­wia­ją­ce­mu się w pierw­szej stro­fie tego wier­sza. Jest ono czymś wię­cej niż kon­tra­stem z poli­cyj­ną latar­ką i odpa­lo­ną na meczu racą, albo ina­czej: nie­sie ono w sobie kon­trast podwój­ny. Oczy­wi­ście Kuli­kow­ska uży­wa zdrob­nień, żeby wydo­być iro­nię i strasz­ność – przy­po­mnij­my na przy­kład „zabu­rzon­ko” (ICD, zmień kry­te­rium dia­gno­stycz­ne)3 albo „brzu­szek buli­micz­ki po wiel­kim żar­ciu” (trit­ti­co świe­ci­ło naj­ja­śniej)4; tak samo dzia­ła „boże świa­teł­ko” zesta­wio­ne w jed­nym wier­szu ze spusz­cza­nym wpier­do­lem. Ale moż­na też spoj­rzeć na owo „świa­teł­ko” cał­kiem serio, nie doszu­ku­jąc się w nim iro­nii. Świa­tło ist­nie­je bowiem w poezji Kuli­kow­skiej w pew­ne­go rodza­ju dyso­nan­sie z samym sobą – ma aspekt prze­mo­co­wy, łączą­cy się z sys­te­mo­wą krzyw­dą i trau­mą, ale ma rów­nież utar­te zna­cze­nie sym­bo­licz­ne. Oprócz poli­cyj­nych lata­rek, któ­re „nad­zo­ru­ją i karzą”, może­my zauwa­żyć tu pewien głód świa­tła (a nawet: świa­tło­ści?) i wszyst­kie­go, co ono sym­bo­li­zu­je, przede wszyst­kim dobra, pięk­na i bez­pie­czeń­stwa. Głód ten naj­czę­ściej jest czymś zapy­cha­ny, a jego zaspo­ko­je­nie wyda­je się raczej przy­wi­le­jem niż pra­wem. Może o tę wła­śnie nie­rów­ność cho­dzi przede wszyst­kim we fra­zie „jed­nym przy­pad­ną pla­ce, innym zaś obo­zy // zabaw”, wień­czą­cej kolej­ny tom?

W Obo­zie zabaw, poema­cie będą­cym w pew­nym sen­sie glo­są o moral­no­ści, pięk­nie i powin­no­ściach sztu­ki dopi­sa­ną do giftu…, Kuli­kow­ska pisze mię­dzy inny­mi o „ochła­pach bla­sku”. Nie­kie­dy zesta­wia dosłow­ny, fizycz­ny głód z trud­ną do zaspo­ko­je­nia potrze­bą świa­tła – „za głód sil­niej­szy od ide­olo­gii / (lub za ochłap świa­tła)”, czy­ta­my w przy­pi­sie do wier­sza o Jadzi, któ­rej lodów­kę w dzie­ciń­stwie wypeł­nia­ły „trzy zdro­waś­ki i świa­tło” (XIX)5. W innym frag­men­cie Kuli­kow­ska pisze: „żalu, zaśpie­waj koły­san­kę dla poszu­ki­wa­czy świa­tła, / żalu, zaśpie­waj koły­san­kę albo poda­ruj pełen tłusz­czu kaga­nek” (XIII)6. Poszu­ku­ją­cy pew­nie zapa­li­li­by kaga­nek, cho­ciaż fizycz­ny głód mówił­by im, żeby nie mar­no­wać tłusz­czu na pło­mień lam­py. Któ­ry głód jest gor­szy? Czy łatwiej się nie doja­da, kie­dy w lodów­ce jest cho­ciaż kil­ka zdro­wa­siek?

I czy pra­gnie­nie świa­tła w ogó­le może być zaspo­ko­jo­ne przez blask zdro­wa­siek? Czy nie jest on za bar­dzo ubru­dzo­ny wsty­dem pocho­dze­nia? To prze­cież blask przy­droż­nej figur­ki Maryi pozło­co­nej żół­tą far­bą, szorst­kich dło­ni prze­su­wa­ją­cych się po kora­li­kach różań­ca albo zło­żo­nych w modli­twie do Świę­tej Rity – patron­ki spraw bez­na­dziej­nych. To „boże świa­teł­ko” oczy­wi­ście poma­ga, ale nie zaspo­ka­ja gło­du pięk­na, któ­re było­by nie­ska­la­ne i per­fek­cyj­ne w każ­dym aspek­cie swo­je­go ist­nie­nia – pra­gnie­nia wiel­kiej sztu­ki, praw­dzi­we­go zło­ta, nie­za­chwia­nej ide­al­no­ści, bycia kimś innym i posia­da­nia na wła­sność pięk­na zamiast wsty­du. W Obo­zie zabaw fra­zy o pięk­nie doty­czą zazwy­czaj cze­goś odle­głe­go, na przy­kład:

Chcia­łam napi­sać o pięk­nie, bia­łych i skrzą­cych
śnie­giem war­ko­czach Finek, ich podwój­nym
kk łasko­czą­cym gar­dło.

Słod­kiej i cierp­kiej ark­tycz­nej jeży­nie,
ale
nie pozna­łam Finek, nie widzia­łam Fin­lan­dii7.

Pięk­no ist­nie­je, ale jest gdzieś w dale­kich kra­inach. Zachwyt jest moż­li­wy, ale tyl­ko wobec inne­go, cudze­go świa­ta – nie wobec samej sie­bie i nie wobec Pod­la­sia, odzie­dzi­czo­ne­go jak nie­chcia­ny pre­zent. Przy pró­bie opi­sa­nia tego, co bli­skie, przy­cho­dzą wąt­pli­wo­ści („być może ist­nie­ją rze­czy god­niej­sze fra­zy, god­niej­sze dys­ty­chu”, X)8 i chęć pod­par­cia swo­je­go gło­su „dębo­wym pień­kiem” auto­ry­te­tu któ­re­goś z wiel­kich mistrzów. To, co nosi zna­mio­na „auto­bio­gra­ficz­ne­go cię­ża­ru”, wciąż miga tu bole­snym bla­skiem, a praw­dzi­we­go pięk­na i świa­tło­ści poet­ka szu­ka w tym, co dale­kie i nie­ska­la­ne, jak „bia­łe i skrzą­ce śnie­giem war­ko­cze Finek” i wiel­ka sztu­ka. Kuli­kow­ska poka­zu­je jed­nak, że ta ostat­nia wca­le nie jest bez ska­zy, że mimo dosko­na­ło­ści este­tycz­nej bywa nie­czy­sta etycz­nie. W uję­ciu autor­ki wiel­ka sztu­ka zapo­ży­cza się w cudzych trau­mach w celu nada­nia sobie głę­bi, praw­dzi­wo­ści albo czy­stej este­ty­ki arty­stycz­nej kon­struk­cji, nie­uwzględ­nia­ją­cej cier­pie­nia i real­no­ści sto­ją­ce­go za nią doświad­cze­nia (na przy­kład wspo­mi­na­na przez Kuli­kow­ską kolek­cja Joh­na Gal­lia­no, okrzyk­nię­ta „klo­szar­do­wą”). Jed­no­cze­śnie poet­ka zda­je sobie spra­wę z pro­ble­ma­tycz­no­ści wła­snej pozy­cji jako artyst­ki, któ­ra „szczy­ci się melo­dią pod­la­skie­go zaśpie­wu i melo­dią pod­la­skie­go zaśpie­wu się brzy­dzi” (XXIV)9 i rów­nież zapo­ży­cza się nie­kie­dy w cudzych doświad­cze­niach. W Obo­zie zabaw każ­de dzia­ła­nie ma bar­dzo duży cię­żar moral­ny i jest uwi­kła­ne w krzyw­dę. Ist­nie­je oczy­wi­ście dzia­ła­nie słusz­ne, ale mno­żą się wokół nie­go róż­ne­go rodza­ju wąt­pli­wo­ści; słusz­ność nie wyklu­cza prze­cież odpo­wie­dzial­no­ści, nie pozba­wia jej cię­ża­ru. Są to roz­wa­ża­nia istot­ne, ale utrzy­my­wa­ne w cha­rak­te­rze teo­re­tycz­nym, poprze­dza­ją­ce dzia­ła­nie.

Okładka tomu poetyckiego Justyny Kulikowskiej pod tytułem „Wnyki dla światła”.
Justyna Kulikowska, „Wnyki dla światła”, Poznań: WBPiCAK, 2025.

Przej­ście od Obo­zu zabaw do Wny­ków dla świa­tła jest przej­ściem od roz­wa­żań na temat war­to­ści do real­ne­go dzia­ła­nia. Wny­ki… to swe­go rodza­ju dal­szy ciąg roz­wa­żań, któ­re sta­no­wi­ły cen­tral­ną część Obo­zu zabaw. Naj­now­szy tom Kuli­kow­skiej zawie­ra jed­nak nie­kie­dy inne odpo­wie­dzi na posta­wio­ne już wcze­śniej pyta­nia. Jest zarów­no powtó­rze­niem, jak i ostrym zwro­tem – od dedy­ka­cji „Niko­mu” do „dla Wszyst­kich”, od fra­zy „gło­wa jak kość pęk­nię­ta w dwóch miej­scach” do dys­cy­pli­no­wa­nia się „ani sło­wa o gło­wie jak kość, Justy­na”, od mot­ta z Ezry Poun­da do „tak dużo jest do uczcze­nia” z Księ­gi Pro­roctw Cra­iga Raine’a. Kuli­kow­ska otwie­ra nowy poemat wier­szem Mała rewol­ta:

I do mnie nale­ży wiej­ska dys­ko­te­ka traum,
dni spę­dzo­ne przy ustę­pie z Raine’a, czte­ry
bume­ran­gi sumie­nia roz­rzu­co­ne nad Wis­są,
każ­de ze zdrob­nień i zło­dziejstw nazy­wa­nia.

Repe­tu­ję: za głód, za sytość, doda­jąc zachwyt,
nader bez­czel­nie?10

Rewol­tą jest przede wszyst­kim „nader bez­czel­ne” doda­nie zachwy­tu do repe­to­wa­ne­go gło­du i przy­zna­nie się do prze­chwy­ca­nia róż­nych ele­men­tów na potrze­by wier­sza. Każ­de nazwa­nie jest kra­dzie­żą z cudze­go języ­ka i zawłasz­cze­niem opi­sy­wa­ne­go przed­mio­tu, „zło­dziej­stwem nazy­wa­nia”. W Obo­zie zabaw Kuli­kow­ska poda­wa­ła w wąt­pli­wość etycz­ność tego rodza­ju prze­chwy­ty­wa­nia języ­ków i doświad­czeń, we Wny­kach… zaś uzna­je je za nie­unik­nio­ny sku­tek podej­mo­wa­nia dzia­łań i zabie­ra­nia gło­su. Narzę­dziem prze­chwy­tu są tytu­ło­we wny­ki, cho­ciaż to tyl­ko jed­no z ich zna­czeń. Rozu­miem je jako znak nie­unik­nio­ne­go (więc dopusz­czal­ne­go) albo będą­ce­go poza kon­tro­lą pod­miot­ki zła, któ­re­go nie da się wyeli­mi­no­wać ze świa­ta. Nie ozna­cza to zupeł­ne­go wyco­fa­nia się z myśle­nia o moral­no­ści; to raczej posta­wie­nie gra­ni­cy mię­dzy tym, nad czym ma się kon­tro­lę, a tym, nad czym się jej nie ma. Gra­ni­cy, któ­ra pozwa­la jak­kol­wiek zaak­cep­to­wać swo­ją ogra­ni­czo­ną spraw­czość. Jed­nym z dwóch mott poema­tu jest zda­nie z Wyzwo­le­nia Sta­ni­sła­wa Wyspiań­skie­go: „Musi­my coś zro­bić, co by od nas zale­ża­ło, zwa­żyw­szy, że dzie­je się tak dużo, co nie zale­ży od niko­go”. Kon­rad (boha­ter Dzia­dów, wskrze­szo­ny przez auto­ra Wese­la) powta­rza to zda­nie za jed­ną z masek. Wyspiań­ski napi­sał Wyzwo­le­nie po otrzy­ma­niu bukie­tu z pod­pi­sem „44”, namasz­cza­ją­ce­go go na wiesz­cza obie­cy­wa­ne­go w mic­kie­wi­czow­skiej prze­po­wied­ni. To kolej­ny dra­mat, któ­rym chciał prze­ła­mać naro­do­wą bier­ność, tym razem loka­li­zu­jąc jej przy­czy­nę w mar­ty­ro­lo­gii, albo sze­rzej: w para­dyg­ma­cie roman­tycz­nym. Kuli­kow­ska o żad­nym para­dyg­ma­cie roman­tycz­nym nie pisze, ale to cen­ny kon­tekst – wyzwo­le­nie się od sta­wia­ne­go w cen­trum cier­pie­nia i pró­ba pod­ję­cia dzia­ła­nia pomi­mo zła, a nie w imię nada­wa­nia mu sen­su albo usil­ne­go tłu­ma­cze­nia jego przy­czyn. „Ponad wszel­ką wąt­pli­wość, ponad ujmę, / ponad zwich­nię­ty bark, prze­szłość i fra­zę, / ten wiersz rości sobie pra­wo zatań­czyć” (Moja mała rewol­ta)11, pisze Kuli­kow­ska.

Wny­ki dla świa­tła eks­plo­ru­ją lek­kość, któ­rej poezja Kuli­kow­skiej wcze­śniej nie mia­ła, ale nie jest to lek­kość bez­tro­ska, raczej prze­kor­na wobec cię­ża­ru. To poemat mówio­ny łagod­niej­szym gło­sem, poemat tań­ca, gwiz­da­nia, leże­nia na hama­ku i uczto­wa­nia – rado­ści będą­cej gestem prze­ko­ry wobec wszyst­kie­go, co złe. Nie cho­dzi tu tyl­ko o prze­moc sys­te­mo­wą, któ­rą moż­na by prze­czy­tać, odwo­łu­jąc się do Miche­la Foucaul­ta albo Jacques’a Rancière’a, ta rewol­ta ma bar­dziej egzy­sten­cjal­ny cha­rak­ter. Widać to, kie­dy Kuli­kow­ska pisze:

Bło­go­sła­wio­ne bądź­cie, roz­war­te wny­ki świa­ta,
bo na koniec przyj­dzie mi zawo­łać: na oścież,
na oścież, na oścież!

Z tar­czą?12

Tytu­ło­we wny­ki nie są w tej fra­zie narzę­dziem prze­chwy­tu, nie są pułap­ką zasta­wio­ną przez pod­miot­kę, lecz na nią. To dość bru­tal­ne memen­to mori – tor­tu­ry cze­ka­ją­ce cier­pli­wie na swój moment, a potem okrut­na, nie­spra­wie­dli­wa śmierć. A mimo wszyst­ko „na koniec przyj­dzie mi zawo­łać: na oścież!”, pochwa­lić otwar­te wny­ki i pochwa­lić życie z całym jego pięk­nem i bru­tal­no­ścią. Swo­ją dro­gą, otwar­te na oścież wny­ki przy­po­mi­na­ją okno albo drzwi, podob­nie w wier­szu Teraz zagwiżdż, przy­nieś łopa­tę:

[…] Ta roz­pacz i two­rzy­wo pły­ty
[roz­pa­da­ją­ce się two­rzy­wo pły­ty nagrob­nej] mie­wa­ją tak wie­le nazw,
może nale­ży domknąć czas, by nadać wła­sną (musi się domknąć –
to pew­ne, bo jest
oknem,
bywa też drzwia­mi).

Nad­cho­dzi czer­wiec, więc tań­czysz, jak tań­czy się w prze­cią­gu
drzwi otwar­tych na oścież, w imię chci­wo­ści życia,
któ­rej przyj­dzie mi dopie­ro się nauczyć13.

Czas jest oknem, bywa drzwia­mi. Zamy­ka się jak zęby wny­ków świa­ta. A „musi się domknąć – to pew­ne, bo jest”, bo oczy­wi­stym warun­kiem bycia jest prze­mi­nię­cie. Taniec w prze­cią­gu drzwi otwar­tych na oścież to w tym wier­szu coś wię­cej niż przy­jem­ność – to prze­jaw mak­sy­mal­ne­go korzy­sta­nia z życia, póki ono trwa, to chci­wość doświad­cza­nia, ponie­waż dru­giej szan­sy nie będzie. Hero­icz­ny opty­mizm tego poema­tu jest opty­mi­zmem czło­wie­ka, „któ­ry wybrał gałąź jabło­ni przed rodzin­nym domem. Wybrał rodzaj węzła i splótł w war­kocz juto­wy sznur. […] A potem z tej gałę­zi (tak wil­got­nej pod pal­ca­mi) zszedł” (Co, jeśli moje wny­ki pozo­sta­ną puste)14. To wresz­cie wysi­łek woli w poszu­ki­wa­niu świa­tła, ucze­nie się życia jesz­cze raz, tym razem w cało­ści, „prze­kor­nie wzglę­dem cudzych skur­wy­syństw, / prze­kor­nie wzglę­dem wła­snej roz­pa­czy” (Roz­wieś hamak)15.

Polo­wa­nie na świa­tło jest aktem rady­kal­nej nadziei – decy­zją o roz­po­czę­ciu od począt­ku, ale też o porzu­ce­niu marzeń o pięk­nie nie­ska­la­nym i prak­ty­ko­wa­niu zachwy­tu nale­żą­ce­go się rze­czom na pozór zwy­czaj­nym. W przy­pi­sie do wier­sza Moja mała rewol­ta Kuli­kow­ska nuci Hey Jude i pisze:

Czy też prze­spa­łeś tysiąc lat, aby obu­dzić się po lat tysiącu?
Napeł­nić brzuch, w odwe­cie za cały głód, i wykrzy­czeć:
naresz­cie.

W imię gniaz­da jasz­czu­rek ukry­te­go w korze­niach robi­nii
aka­cjo­wej [ina­czej zwa­nej robi­nia pseu­do­aca­cia
ina­czej zwa­nej gro­cho­drze­wem].

Czy tam, w korze­niach, pogrze­ba­no gigan­tycz­ne
pięk­no?16

Głód nie trwa wiecz­nie, a gigan­tycz­ne pięk­no jest czymś na wycią­gnię­cie ręki (albo przy­naj­mniej łopa­ty). Żad­na nie­do­sko­na­łość go nie unie­waż­nia, wręcz prze­ciw­nie, sta­no­wi waru­nek jego zaist­nie­nia – „a jeśli przy­nio­sę dla was pięk­no, to pięk­no pęk­nię­te”, powta­rza kil­ku­krot­nie Kuli­kow­ska. „Pięk­no nie­oczy­wi­ste i spa­czo­ne niczym Envi­va wyta­tu­owa­ne czcion­ką Gothic na lewym poślad­ku, a za nim pokracz­ne l’arte! wyta­tu­owa­ne Comic San­sem na pra­wym”17, „pięk­no roz­dar­te niczym koron­ko­we raj­sto­py”18. Albo pięk­no bycia jak „naczy­nie ze zło­tą bli­zną, skle­jo­ne w pokracz­nym roz­pę­dzie, na kola­nie, na chyb­ci­ka, na waria­ta, laką zmie­sza­ną z meta­lem szla­chet­nym”19. A więc pięk­no łama­ne i upar­cie skła­da­ne w całość, cza­sem byle jak, krzy­wo, szyb­ko, byle­by było. To gigan­tycz­ne pięk­no pokracz­no­ści, na któ­rą moż­na by wołać „odwa­ga”, bo znać po niej rze­czy robio­ne mimo bra­ku goto­wo­ści, oby­cia i gra­cji. Powta­rza­ny ruch pod­no­sze­nia się po upad­ku, fastry­go­wa­nia dziur, skle­ja­nia Kro­pel­ką. Pokracz­ność to zgo­da na radze­nie sobie po swo­je­mu i wyglą­da­nie przy tym głu­pio, to dzia­ła­nie mimo lęku i prze­ko­na­nia o wła­snej sła­bo­ści. Kuli­kow­ska pisze o pięk­nie „tych z nas, któ­rzy po dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu, czter­dzie­stu latach nie wyle­czy­li się z drże­nia kolan”20, i daje nam instruk­cje:

Albo wypisz­cie chyb­ci­kiem, choć­by nie­dba­le,
na sty­kach drżą­cych kolan i na łączach tele­fo­nów
wszyst­kie źró­dła świa­tła: od poli­cyj­nych lata­rek
po dys­ko­te­ko­we kule

[…]

A jeśli nadej­dzie potrze­ba, to nasze sznu­ro­wa­dła
będą moc­no zwią­za­ne w kost­kach,

a jeśli nadej­dzie potrze­ba, to nasze kola­na
będą goto­we do sko­ku przez płot i naj­dłuż­sze­go z bie­gów21.

Wypisz­cie na drżą­cym kola­nie rze­czy, któ­re ranią. Wypisz­cie też te, któ­re koją. Przy­wo­łaj­cie wszyst­ko, co spra­wia, że czu­je­cie się żywi, i powta­rzaj­cie sobie do skut­ku: „jeśli nadej­dzie potrze­ba”, zapo­mni­cie pamię­tać o tym, że jeste­ście sła­bi.

Oprócz oczy­wi­stej war­to­ści arty­stycz­nej Wny­ki dla świa­tła mają też ogrom­ną war­tość wła­śnie jako pew­ne­go rodza­ju instruk­cja szu­ka­nia jasno­ści i zachwy­tu, choć­by z prze­ko­ry wobec wła­sne­go bólu i przy­tła­cza­ją­ce­go zła świa­ta. Uwa­żam ten poemat za waż­ny przede wszyst­kim dla­te­go, że sta­no­wi on zapis opty­mi­zmu, któ­ry nie popa­da w banał ani uro­je­nia. Autor­ka sta­ra się tu zna­leźć prak­tycz­ny spo­sób na radze­nie sobie mimo doświad­czo­nej krzyw­dy i spo­śród róż­nych roz­wią­zań wybie­ra nadzie­ję. Potrze­bu­je­my dziś lite­ra­tu­ry jak­kol­wiek pod­no­szą­cej na duchu (przez to stwier­dze­nie sama ocie­ram się o banał, praw­da? Jest ono tro­chę pokracz­ne), nie­blu­ru­ją­cej przy tym obra­zu świa­ta w paste­lo­wą pap­kę. Kuli­kow­ska poda­ro­wa­ła nam książ­kę, któ­ra może zaspo­ko­ić nasz głód świa­tła i nauczyć nas, jak zasta­wić na nie wny­ki.

 

1 M. Kuczer, Miga mi trau­ma jak świa­teł­ko mija­nia. O świe­tle „giftu z Pod­la­sia” Justy­ny Kuli­kow­skiej, onli­ne: https://niewinni-czarodzieje.pl/miga-mi-trauma-jak-swiatelko-mijania-o-swietle-giftu-z-podlasia-justyny-kulikowskiej [dostęp: 13.06.2026].

2 J. Kuli­kow­ska, gift. Z Pod­la­sia, Poznań: WBPi­CAK, 2021, s. 15.

3 Tam­że, s. 13.

4 Tam­że, s. 7.

5 J. Kuli­kow­ska, Obóz zabaw, Poznań: WBPi­CAK, 2023, s. 26.

6 Tam­że, s. 20.

7 Tam­że, s. 17.

8 Tam­że.

9 Tam­że, s. 31.

10 J. Kuli­kow­ska, Wny­ki dla świa­tła, Poznań: WBPi­CAK, 2025, s. 9.

11 Tam­że, s. 10.

12 Tam­że, s. 12.

13 Tam­że, s. 23.

14 Tam­że, s. 13.

15 Tam­że, s. 14.

16 Tam­że, s. 10.

17 Tam­że, s. 18.

18 Tam­że, s. 21.

19 Tam­że, s. 17.

20 Tam­że, s. 19.

21 Tam­że, s. 16.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

30.08.2025 Recenzje

Manewry przetrwania i długie ich cienie

Zano bada konkretne, osobiste doświadczenia, zakreślając jednocześnie niezmiernie szerokie kręgi. Historia przesiedleń na ziemie odzyskane po drugiej wojnie światowej oraz poczucie wykorzenienia towarzyszące kolejnym pokoleniom przesiedleńców i repatriantów stanowią punkt wyjścia tej poetyckiej refleksji – o czwartym wymieraniu Agi Zano pisze Alicja Bagińska.

16.07.2026 Laba

Pocztówka ze skweru na Grzegórzkach

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Agaty Napiórskiej.

15.07.2026 Interferencje

Wiralowe Wzgórza

„Emily Brontë zmarła na gruźlicę sto siedemdziesiąt siedem lat temu, a ta adaptacja i tak jest najgorszym, co ją spotkało” – gdy tylko zobaczyłam ten komentarz, jeden z wielu krążących w sieci w momencie premiery najnowszej ekranizacji Wichrowych Wzgórz, wiedziałam, że rozpocznę od niego swój tekst – o filmowych adaptacjach powieści Emily Brontë pisze Aleksandra Kumala.

14.07.2026 Laba

Po stronie ciszy

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z polarniczką i pisarką Dagmarą Bożek rozmawia Małgorzata Bugaj.