Kto by się spodziewał, że kolejną książką Justyny Kulikowskiej po Obozie zabaw będzie poemat o nadziei? Powiecie: „to za duże uproszczenie” albo „to chybiony strzał”. W imię precyzji muszę zaznaczyć, że samo słowo „nadzieja” nie pojawia się w poemacie ani razu. Mowa w nim za to o świetle, zachwycie, chciwości życia i tańcu, o dostrzeganiu piękna i znajdowaniu siły, o przezwyciężaniu przeszłości, nienawiści i żalu. Nadzieja jest wspólnym odblaskiem wszystkich tych elementów – albo nawet soczewką, która ogniskuje rozproszone po poemacie światełka i światłości.
Kulikowska rozsypywała blaski i poświaty już w poprzednich książkach, ale to we Wnykach dla światła uczyniła je elementem nadrzędnym i nadała im nieco inny wydźwięk niż dotychczas. Może to kwestia ilości i natężenia świateł, a może ich nieoczekiwanej, przynoszącej ulgę łagodności? Na okładce tomu widzimy same dobre wróżby, karty tarota przepowiadające szczęście i pomyślność. Asy różdżek i mieczy (dłonie trzymające kwitnącą lub płonącą gałąź i dłonie dzierżące miecz), które pojawiają się w różnych wariantach również na karcie tytułowej, oznaczają przede wszystkim nowe początki, witalność i siłę do podjęcia działania. Towarzyszy im karta słońca, zwiastująca bardzo podobne wydarzenia: nadejście lepszych czasów, radości i harmonii (według pewnego tarociarskiego forum internetowego karta ta jest jednym z najlepszych znaków niezależnie od zadanego kartom pytania). Poemat opatrzony tak dobrą wróżbą otaczają jasność i aura początku, ale pamiętajmy, że jest to początek ustanawiany od środka, budowany z sensów nawarstwianych konsekwentnie od kilku tomów. Z jednej strony każda kolejna książka Kulikowskiej jest inna od poprzednich, z drugiej – w toku lektury można odnieść wrażenie, że poetka cały czas nadpisuje jeden, ten sam wiersz. Siłą napędzającą jej poezję jest dążenie do precyzji, które wiąże się z powtarzaniem fraz i rekonfigurowaniem ich elementów w nowych, nieco przesuniętych znaczeniach. Na czym więc nawarstwiona została jasność Wnyków…? I jaki jest lineaż łapanego w nie światła?
Wydawało mi się, że czytałam poprzednie tomy uważnie, ale dopiero pod surowym wzrokiem słońca z okładki Wnyków… zaczęłam dostrzegać mnogość świateł przebijających z fraz giftu. z Podlasia i Obozu zabaw. Zaznaczyłam więc wszystkie wersy, w których coś świeci, błyszczy się lub żarzy. Fragmenty interpretowane przeze mnie dotychczas jako tło innych (wydawałoby się: ważniejszych) wątków zaczęły połyskiwać neonowożółtym blaskiem zakreślacza i znaczeniem, którego nie można już dłużej pomijać. Za sprawą podobnej być może obsesji na punkcie światła – albo po prostu celnej intuicji – powstał opublikowany w zeszłym roku na łamach „Niewinnych Czarodziejów” tekst Mikołaja Kuczera. W szkicu czytamy:
Światło jest wyznacznikiem bezpieczeństwa. To, co oświetlone, staje się oswojone, a przez to mniej niebezpieczne. U Kulikowskiej świeci to wszystko, co wiąże się z autobiograficznym ciężarem: lek na depresję, trauma, pamięć matki, ciocia z Ameryki. Z tym że nie jest to przyjemna poświata wydobywająca się spod abażuru, a raczej ostry blask latarki policyjnej wycelowanej w twarz przesłuchiwanego. […] Wpierw świeci Trittico, lek przepisywany pacjentom ze zdiagnozowanymi stanami depresyjnymi. To on właśnie jest okienkiem do osobistego doświadczenia. Od niego zaczyna się podróż w głąb przeszłości. Jaskrawo żółty słonecznik wydrukowany na pudełku Trittico, nie daje zapomnieć o własnej genezie. Jest jak paranormalne światło wyrywające z dnia codziennego […]1.
Światło jest przez nas najczęściej waloryzowane pozytywnie, jako wyznacznik bezpieczeństwa, alegoria poznania, dobra i piękna. W dualistycznym postrzeganiu, do którego jesteśmy kulturowo przyzwyczajeni, światło to oczywiste przeciwieństwo ciemności, symbolicznie zlewającej się ze złem i głupotą (można by przecież powiedzieć: ciemnotą). Ale proste rozgraniczenie na światło i ciemność, dobro i zło, bezpieczeństwo i zagrożenie właściwie nijak się ma do tego, jak Kulikowska operuje światłem w gifcie… To, co znane, nie jest tam opisywane jako oswojone, raczej jako naznaczone, jak ujął to Kuczer, „autobiograficznym ciężarem” i jaśniejące rodzajem światła, który budzi dyskomfort – jak słonecznik z opakowania Trittico, elektryczna lampka do postawienia na grobie albo ostre światło policyjnej latarki. Kuczer trafnie wiąże dyscyplinujący charakter światła w gifcie… z koncepcją panoptykonu Michela Foucaulta, w której odpowiednio skierowany reflektor tworzy potencjalność spojrzenia wartownika i potencjalność bycia ukaranym. Reżim widzialności zyskuje w gifcie… niekiedy wręcz totalny, kosmiczny charakter, na przykład w wierszu ten mechanizm, w którym słońce staje się panoptycznym reflektorem i niemym świadkiem przemocy:
ten mechanizm
musi działać, jest świątecznym życzeniem,
o bożym światełku, podesłanym przez ciotkę.
piszę o rzeczach, które się żarzą,
są:
latarką policyjną jebiącą po oczach,
smrodem pochodzenia, jak z obory,
w której stoją krowy mojego ojca,
racą odpaloną na meczu w Białym,
ich nowym stadionem przy ul. Słonecznej
jeden.wy małe głupie chujki, tam spuszczano
wpierdol jeszcze przed marszem:na ulicy, w dzień jasny jak flara,
słońce, reflektor, czy dowolnie,
dobrane porównanie – jak język,
zależnie od ciosów i miejsca2.
Może ten mechanizm opiera się jednak nie tylko na snopie światła panoptycznego reflektora, ale też na zgoła innym lśnieniu – blasku na siłę wybielanym aureolą władzy albo skrzącym się oddolnie w atmosferze cichego przyzwolenia? Raca i flara też są przecież światłami, w dodatku świecą w Białym, i to na to ulicy Słonecznej. System działa nie dlatego, że został przez kogoś zaprojektowany z machiaweliczną precyzją; działa, bo sztucznie doświetla i usensownia hierarchię, z której jest zrobiony. Można by więc rzec: ten mechanizm musi działać, bo racjonuje światło.
Warto się zatem przyjrzeć „bożemu światełku” pojawiającemu się w pierwszej strofie tego wiersza. Jest ono czymś więcej niż kontrastem z policyjną latarką i odpaloną na meczu racą, albo inaczej: niesie ono w sobie kontrast podwójny. Oczywiście Kulikowska używa zdrobnień, żeby wydobyć ironię i straszność – przypomnijmy na przykład „zaburzonko” (ICD, zmień kryterium diagnostyczne)3 albo „brzuszek bulimiczki po wielkim żarciu” (trittico świeciło najjaśniej)4; tak samo działa „boże światełko” zestawione w jednym wierszu ze spuszczanym wpierdolem. Ale można też spojrzeć na owo „światełko” całkiem serio, nie doszukując się w nim ironii. Światło istnieje bowiem w poezji Kulikowskiej w pewnego rodzaju dysonansie z samym sobą – ma aspekt przemocowy, łączący się z systemową krzywdą i traumą, ale ma również utarte znaczenie symboliczne. Oprócz policyjnych latarek, które „nadzorują i karzą”, możemy zauważyć tu pewien głód światła (a nawet: światłości?) i wszystkiego, co ono symbolizuje, przede wszystkim dobra, piękna i bezpieczeństwa. Głód ten najczęściej jest czymś zapychany, a jego zaspokojenie wydaje się raczej przywilejem niż prawem. Może o tę właśnie nierówność chodzi przede wszystkim we frazie „jednym przypadną place, innym zaś obozy // zabaw”, wieńczącej kolejny tom?
W Obozie zabaw, poemacie będącym w pewnym sensie glosą o moralności, pięknie i powinnościach sztuki dopisaną do giftu…, Kulikowska pisze między innymi o „ochłapach blasku”. Niekiedy zestawia dosłowny, fizyczny głód z trudną do zaspokojenia potrzebą światła – „za głód silniejszy od ideologii / (lub za ochłap światła)”, czytamy w przypisie do wiersza o Jadzi, której lodówkę w dzieciństwie wypełniały „trzy zdrowaśki i światło” (XIX)5. W innym fragmencie Kulikowska pisze: „żalu, zaśpiewaj kołysankę dla poszukiwaczy światła, / żalu, zaśpiewaj kołysankę albo podaruj pełen tłuszczu kaganek” (XIII)6. Poszukujący pewnie zapaliliby kaganek, chociaż fizyczny głód mówiłby im, żeby nie marnować tłuszczu na płomień lampy. Który głód jest gorszy? Czy łatwiej się nie dojada, kiedy w lodówce jest chociaż kilka zdrowasiek?
I czy pragnienie światła w ogóle może być zaspokojone przez blask zdrowasiek? Czy nie jest on za bardzo ubrudzony wstydem pochodzenia? To przecież blask przydrożnej figurki Maryi pozłoconej żółtą farbą, szorstkich dłoni przesuwających się po koralikach różańca albo złożonych w modlitwie do Świętej Rity – patronki spraw beznadziejnych. To „boże światełko” oczywiście pomaga, ale nie zaspokaja głodu piękna, które byłoby nieskalane i perfekcyjne w każdym aspekcie swojego istnienia – pragnienia wielkiej sztuki, prawdziwego złota, niezachwianej idealności, bycia kimś innym i posiadania na własność piękna zamiast wstydu. W Obozie zabaw frazy o pięknie dotyczą zazwyczaj czegoś odległego, na przykład:
Chciałam napisać o pięknie, białych i skrzących
śniegiem warkoczach Finek, ich podwójnym
kk łaskoczącym gardło.Słodkiej i cierpkiej arktycznej jeżynie,
ale
nie poznałam Finek, nie widziałam Finlandii7.
Piękno istnieje, ale jest gdzieś w dalekich krainach. Zachwyt jest możliwy, ale tylko wobec innego, cudzego świata – nie wobec samej siebie i nie wobec Podlasia, odziedziczonego jak niechciany prezent. Przy próbie opisania tego, co bliskie, przychodzą wątpliwości („być może istnieją rzeczy godniejsze frazy, godniejsze dystychu”, X)8 i chęć podparcia swojego głosu „dębowym pieńkiem” autorytetu któregoś z wielkich mistrzów. To, co nosi znamiona „autobiograficznego ciężaru”, wciąż miga tu bolesnym blaskiem, a prawdziwego piękna i światłości poetka szuka w tym, co dalekie i nieskalane, jak „białe i skrzące śniegiem warkocze Finek” i wielka sztuka. Kulikowska pokazuje jednak, że ta ostatnia wcale nie jest bez skazy, że mimo doskonałości estetycznej bywa nieczysta etycznie. W ujęciu autorki wielka sztuka zapożycza się w cudzych traumach w celu nadania sobie głębi, prawdziwości albo czystej estetyki artystycznej konstrukcji, nieuwzględniającej cierpienia i realności stojącego za nią doświadczenia (na przykład wspominana przez Kulikowską kolekcja Johna Galliano, okrzyknięta „kloszardową”). Jednocześnie poetka zdaje sobie sprawę z problematyczności własnej pozycji jako artystki, która „szczyci się melodią podlaskiego zaśpiewu i melodią podlaskiego zaśpiewu się brzydzi” (XXIV)9 i również zapożycza się niekiedy w cudzych doświadczeniach. W Obozie zabaw każde działanie ma bardzo duży ciężar moralny i jest uwikłane w krzywdę. Istnieje oczywiście działanie słuszne, ale mnożą się wokół niego różnego rodzaju wątpliwości; słuszność nie wyklucza przecież odpowiedzialności, nie pozbawia jej ciężaru. Są to rozważania istotne, ale utrzymywane w charakterze teoretycznym, poprzedzające działanie.
Przejście od Obozu zabaw do Wnyków dla światła jest przejściem od rozważań na temat wartości do realnego działania. Wnyki… to swego rodzaju dalszy ciąg rozważań, które stanowiły centralną część Obozu zabaw. Najnowszy tom Kulikowskiej zawiera jednak niekiedy inne odpowiedzi na postawione już wcześniej pytania. Jest zarówno powtórzeniem, jak i ostrym zwrotem – od dedykacji „Nikomu” do „dla Wszystkich”, od frazy „głowa jak kość pęknięta w dwóch miejscach” do dyscyplinowania się „ani słowa o głowie jak kość, Justyna”, od motta z Ezry Pounda do „tak dużo jest do uczczenia” z Księgi Proroctw Craiga Raine’a. Kulikowska otwiera nowy poemat wierszem Mała rewolta:
I do mnie należy wiejska dyskoteka traum,
dni spędzone przy ustępie z Raine’a, cztery
bumerangi sumienia rozrzucone nad Wissą,
każde ze zdrobnień i złodziejstw nazywania.Repetuję: za głód, za sytość, dodając zachwyt,
nader bezczelnie?10
Rewoltą jest przede wszystkim „nader bezczelne” dodanie zachwytu do repetowanego głodu i przyznanie się do przechwycania różnych elementów na potrzeby wiersza. Każde nazwanie jest kradzieżą z cudzego języka i zawłaszczeniem opisywanego przedmiotu, „złodziejstwem nazywania”. W Obozie zabaw Kulikowska podawała w wątpliwość etyczność tego rodzaju przechwytywania języków i doświadczeń, we Wnykach… zaś uznaje je za nieunikniony skutek podejmowania działań i zabierania głosu. Narzędziem przechwytu są tytułowe wnyki, chociaż to tylko jedno z ich znaczeń. Rozumiem je jako znak nieuniknionego (więc dopuszczalnego) albo będącego poza kontrolą podmiotki zła, którego nie da się wyeliminować ze świata. Nie oznacza to zupełnego wycofania się z myślenia o moralności; to raczej postawienie granicy między tym, nad czym ma się kontrolę, a tym, nad czym się jej nie ma. Granicy, która pozwala jakkolwiek zaakceptować swoją ograniczoną sprawczość. Jednym z dwóch mott poematu jest zdanie z Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego: „Musimy coś zrobić, co by od nas zależało, zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo”. Konrad (bohater Dziadów, wskrzeszony przez autora Wesela) powtarza to zdanie za jedną z masek. Wyspiański napisał Wyzwolenie po otrzymaniu bukietu z podpisem „44”, namaszczającego go na wieszcza obiecywanego w mickiewiczowskiej przepowiedni. To kolejny dramat, którym chciał przełamać narodową bierność, tym razem lokalizując jej przyczynę w martyrologii, albo szerzej: w paradygmacie romantycznym. Kulikowska o żadnym paradygmacie romantycznym nie pisze, ale to cenny kontekst – wyzwolenie się od stawianego w centrum cierpienia i próba podjęcia działania pomimo zła, a nie w imię nadawania mu sensu albo usilnego tłumaczenia jego przyczyn. „Ponad wszelką wątpliwość, ponad ujmę, / ponad zwichnięty bark, przeszłość i frazę, / ten wiersz rości sobie prawo zatańczyć” (Moja mała rewolta)11, pisze Kulikowska.
Wnyki dla światła eksplorują lekkość, której poezja Kulikowskiej wcześniej nie miała, ale nie jest to lekkość beztroska, raczej przekorna wobec ciężaru. To poemat mówiony łagodniejszym głosem, poemat tańca, gwizdania, leżenia na hamaku i ucztowania – radości będącej gestem przekory wobec wszystkiego, co złe. Nie chodzi tu tylko o przemoc systemową, którą można by przeczytać, odwołując się do Michela Foucaulta albo Jacques’a Rancière’a, ta rewolta ma bardziej egzystencjalny charakter. Widać to, kiedy Kulikowska pisze:
Błogosławione bądźcie, rozwarte wnyki świata,
bo na koniec przyjdzie mi zawołać: na oścież,
na oścież, na oścież!Z tarczą?12
Tytułowe wnyki nie są w tej frazie narzędziem przechwytu, nie są pułapką zastawioną przez podmiotkę, lecz na nią. To dość brutalne memento mori – tortury czekające cierpliwie na swój moment, a potem okrutna, niesprawiedliwa śmierć. A mimo wszystko „na koniec przyjdzie mi zawołać: na oścież!”, pochwalić otwarte wnyki i pochwalić życie z całym jego pięknem i brutalnością. Swoją drogą, otwarte na oścież wnyki przypominają okno albo drzwi, podobnie w wierszu Teraz zagwiżdż, przynieś łopatę:
[…] Ta rozpacz i tworzywo płyty
[rozpadające się tworzywo płyty nagrobnej] miewają tak wiele nazw,
może należy domknąć czas, by nadać własną (musi się domknąć –
to pewne, bo jest
oknem,
bywa też drzwiami).Nadchodzi czerwiec, więc tańczysz, jak tańczy się w przeciągu
drzwi otwartych na oścież, w imię chciwości życia,
której przyjdzie mi dopiero się nauczyć13.
Czas jest oknem, bywa drzwiami. Zamyka się jak zęby wnyków świata. A „musi się domknąć – to pewne, bo jest”, bo oczywistym warunkiem bycia jest przeminięcie. Taniec w przeciągu drzwi otwartych na oścież to w tym wierszu coś więcej niż przyjemność – to przejaw maksymalnego korzystania z życia, póki ono trwa, to chciwość doświadczania, ponieważ drugiej szansy nie będzie. Heroiczny optymizm tego poematu jest optymizmem człowieka, „który wybrał gałąź jabłoni przed rodzinnym domem. Wybrał rodzaj węzła i splótł w warkocz jutowy sznur. […] A potem z tej gałęzi (tak wilgotnej pod palcami) zszedł” (Co, jeśli moje wnyki pozostaną puste)14. To wreszcie wysiłek woli w poszukiwaniu światła, uczenie się życia jeszcze raz, tym razem w całości, „przekornie względem cudzych skurwysyństw, / przekornie względem własnej rozpaczy” (Rozwieś hamak)15.
Polowanie na światło jest aktem radykalnej nadziei – decyzją o rozpoczęciu od początku, ale też o porzuceniu marzeń o pięknie nieskalanym i praktykowaniu zachwytu należącego się rzeczom na pozór zwyczajnym. W przypisie do wiersza Moja mała rewolta Kulikowska nuci Hey Jude i pisze:
Czy też przespałeś tysiąc lat, aby obudzić się po lat tysiącu?
Napełnić brzuch, w odwecie za cały głód, i wykrzyczeć:
nareszcie.W imię gniazda jaszczurek ukrytego w korzeniach robinii
akacjowej [inaczej zwanej robinia pseudoacacia
inaczej zwanej grochodrzewem].Czy tam, w korzeniach, pogrzebano gigantyczne
piękno?16
Głód nie trwa wiecznie, a gigantyczne piękno jest czymś na wyciągnięcie ręki (albo przynajmniej łopaty). Żadna niedoskonałość go nie unieważnia, wręcz przeciwnie, stanowi warunek jego zaistnienia – „a jeśli przyniosę dla was piękno, to piękno pęknięte”, powtarza kilkukrotnie Kulikowska. „Piękno nieoczywiste i spaczone niczym Enviva wytatuowane czcionką Gothic na lewym pośladku, a za nim pokraczne l’arte! wytatuowane Comic Sansem na prawym”17, „piękno rozdarte niczym koronkowe rajstopy”18. Albo piękno bycia jak „naczynie ze złotą blizną, sklejone w pokracznym rozpędzie, na kolanie, na chybcika, na wariata, laką zmieszaną z metalem szlachetnym”19. A więc piękno łamane i uparcie składane w całość, czasem byle jak, krzywo, szybko, byleby było. To gigantyczne piękno pokraczności, na którą można by wołać „odwaga”, bo znać po niej rzeczy robione mimo braku gotowości, obycia i gracji. Powtarzany ruch podnoszenia się po upadku, fastrygowania dziur, sklejania Kropelką. Pokraczność to zgoda na radzenie sobie po swojemu i wyglądanie przy tym głupio, to działanie mimo lęku i przekonania o własnej słabości. Kulikowska pisze o pięknie „tych z nas, którzy po dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu latach nie wyleczyli się z drżenia kolan”20, i daje nam instrukcje:
Albo wypiszcie chybcikiem, choćby niedbale,
na stykach drżących kolan i na łączach telefonów
wszystkie źródła światła: od policyjnych latarek
po dyskotekowe kule[…]
A jeśli nadejdzie potrzeba, to nasze sznurowadła
będą mocno związane w kostkach,a jeśli nadejdzie potrzeba, to nasze kolana
będą gotowe do skoku przez płot i najdłuższego z biegów21.
Wypiszcie na drżącym kolanie rzeczy, które ranią. Wypiszcie też te, które koją. Przywołajcie wszystko, co sprawia, że czujecie się żywi, i powtarzajcie sobie do skutku: „jeśli nadejdzie potrzeba”, zapomnicie pamiętać o tym, że jesteście słabi.
Oprócz oczywistej wartości artystycznej Wnyki dla światła mają też ogromną wartość właśnie jako pewnego rodzaju instrukcja szukania jasności i zachwytu, choćby z przekory wobec własnego bólu i przytłaczającego zła świata. Uważam ten poemat za ważny przede wszystkim dlatego, że stanowi on zapis optymizmu, który nie popada w banał ani urojenia. Autorka stara się tu znaleźć praktyczny sposób na radzenie sobie mimo doświadczonej krzywdy i spośród różnych rozwiązań wybiera nadzieję. Potrzebujemy dziś literatury jakkolwiek podnoszącej na duchu (przez to stwierdzenie sama ocieram się o banał, prawda? Jest ono trochę pokraczne), nieblurującej przy tym obrazu świata w pastelową papkę. Kulikowska podarowała nam książkę, która może zaspokoić nasz głód światła i nauczyć nas, jak zastawić na nie wnyki.
1 M. Kuczer, Miga mi trauma jak światełko mijania. O świetle „giftu z Podlasia” Justyny Kulikowskiej, online: https://niewinni-czarodzieje.pl/miga-mi-trauma-jak-swiatelko-mijania-o-swietle-giftu-z-podlasia-justyny-kulikowskiej [dostęp: 13.06.2026].
2 J. Kulikowska, gift. Z Podlasia, Poznań: WBPiCAK, 2021, s. 15.
3 Tamże, s. 13.
4 Tamże, s. 7.
5 J. Kulikowska, Obóz zabaw, Poznań: WBPiCAK, 2023, s. 26.
6 Tamże, s. 20.
7 Tamże, s. 17.
8 Tamże.
9 Tamże, s. 31.
10 J. Kulikowska, Wnyki dla światła, Poznań: WBPiCAK, 2025, s. 9.
11 Tamże, s. 10.
12 Tamże, s. 12.
13 Tamże, s. 23.
14 Tamże, s. 13.
15 Tamże, s. 14.
16 Tamże, s. 10.
17 Tamże, s. 18.
18 Tamże, s. 21.
19 Tamże, s. 17.
20 Tamże, s. 19.
21 Tamże, s. 16.
