Poetyckie dociekania

Filozofię należy pisać tak, jakby pisało się poezję.

— Ludwig Wittgenstein

W nie­któ­rych krę­gach śro­do­wi­ska poetyc­kie­go funk­cjo­nu­je prze­ko­na­nie o nad­po­da­ży ksią­żek poetyc­kich (zwią­za­nej oczy­wi­ście z obni­że­niem jako­ści tomów), a współ­cze­snych poetów moż­na z grub­sza podzie­lić na dwie kate­go­rie – według kry­te­rium czę­sto­tli­wo­ści publi­ka­cji. Jed­ni wyda­ją nowy tom co rok czy raz na dwa lata, inni pra­cu­ją nad jed­ną książ­ką lata­mi, a nawet deka­da­mi. O ile pierw­szą stra­te­gię praw­do­po­dob­nie uznać nale­ży za słusz­ną, jeśli cela­mi obra­ny­mi przez auto­ra są zaist­nie­nie w zbio­ro­wej świa­do­mo­ści i mak­sy­ma­li­za­cja szans na zdo­by­cie nagród lite­rac­kich czy na popu­la­ry­za­cję swo­je­go podej­ścia do pisa­nia poezji, o tyle naj­now­szy tom Mar­ka Kry­stia­na Ema­nu­ela Baczew­skie­go, Ele­ganc­ki przed­miot na biur­ko, jest sil­nym argu­men­tem na rzecz powol­ne­go przy­go­to­wy­wa­nia, a wręcz cyze­lo­wa­nia wier­szy. Zawier­ciań­ski poeta wra­ca bowiem z nową książ­ką po ośmiu latach od ostat­niej – i jest to powrót w świet­nym sty­lu. Jak pisze w jed­nym z utwo­rów: „ten wiersz pisa­łem przez lata / wie­dzia­łem że nikt na nie­go nie cze­ka / mogłem sobie pozwo­lić na dosko­na­łość”.

Ele­ganc­ki przed­miot… to rze­czy­wi­ście dosko­na­ły argu­ment na korzyść Poun­dow­skiej tezy, że „lepiej w cią­gu życia zapre­zen­to­wać jeden Obraz, niż pro­du­ko­wać opa­słe tomy”1. Moder­ni­stycz­ne dowar­to­ścio­wa­nie poezji wyso­ko­ar­ty­stycz­nej nie jest w twór­czo­ści Baczew­skie­go wyra­żo­ne wprost, za to okład­ka zbio­ru jasno uka­zu­je fun­da­ment filo­zo­ficz­ny nowej publi­ka­cji. Głów­nym patro­nem tomu, a jed­no­cze­śnie ozdo­bą fron­tu książ­ki, został Ludwig Wit­t­gen­ste­in, któ­re­go kon­cep­cja zna­cze­nia sło­wa jako jego uży­cia w danym kon­tek­ście2 sta­no­wi pod­sta­wę poetyc­kich docie­kań Baczew­skie­go. Inspi­ra­cja wyra­żo­na w tak otwar­ty spo­sób to cie­ka­wy kon­tekst tytu­łu tomu – suge­stia, że jego zna­cze­nie zale­ży od „sytu­acji odbior­czej”. Jeśli czy­tel­nik tych wier­szy jest pasjo­na­tem poezji, to z dużym praw­do­po­do­bień­stwem uzna on spro­wa­dza­nie tomi­ku poetyc­kie­go do „ele­ganc­kie­go przed­mio­tu na biur­ko” za pod­szy­te gorz­ką iro­nią nawią­za­nie do niszo­we­go sta­tu­su współ­cze­snej liry­ki w kul­tu­rze. Jeśli zaś czy­jaś inte­rak­cja z książ­ką ogra­ni­cza się do ujrze­nia jej na pół­ce u kole­żan­ki, to uza­sad­nio­na z per­spek­ty­wy tej oso­by będzie dosłow­na inter­pre­ta­cja tytu­łu. Zresz­tą w ostat­nim wier­szu pod­miot Baczew­skie­go w iro­nicz­nie kośla­wy, afo­ry­stycz­ny spo­sób potwier­dza pry­mar­ność  f u n k c j i  w inter­pre­ta­cji: „Lam­pa zga­szo­na w nocy jest bar­dziej zga­szo­na niż ta / zga­szo­na w dzień, ponie­waż ocze­ki­wa­nie funk­cji jest sil­niej­sze / niż ocze­ki­wa­nie mocy”. A prze­cież samo ocze­ki­wa­nie jest zależ­ne od pod­mio­tu, któ­ry może spo­dzie­wać się cze­go­kol­wiek tyl­ko w odnie­sie­niu do wła­sne­go mode­lu świa­ta i swo­je­go w nim usy­tu­owa­nia. Mode­lu nie zawsze uświa­do­mio­ne­go, ale – z koniecz­no­ści – ist­nie­ją­ce­go.

Jesz­cze przed prze­czy­ta­niem pierw­sze­go wer­su widzi­my, że iro­nia i humor to istot­ne ele­men­ty nowej publi­ka­cji Baczew­skie­go. Nie powin­no to niko­go zaska­ki­wać, mowa w koń­cu o auto­rze poema­tu o defe­ka­cji3 czy wier­sza Huj­sto­ria4. Jed­nak w kontrze do roz­po­znań Oska­ra Cza­piew­skie­go5 jestem zda­nia, że iro­nia, dezyn­wol­tu­ra języ­ko­wa i wcią­ga­nie czy­tel­ni­ka w róż­ne­go rodza­ju gry nie są dla Baczew­skie­go celem samym w sobie. Odczy­tu­ję zabie­gi poety raczej w klu­czu post- lub meta­iro­nii, jak to się mówi we współ­cze­snym dys­kur­sie huma­ni­stycz­nym6. Są to dość roz­my­te kate­go­rie, opi­szę więc dokład­niej, jak rozu­miem podej­ście auto­ra do kwe­stii „beki”, ale naj­pierw parę słów o for­mie tek­stów zamiesz­czo­nych w tomie Ele­ganc­ki przed­miot na biur­ko.

Utwo­ry w znacz­nej więk­szo­ści przy­bie­ra­ją for­mę próz poetyc­kich naszpi­ko­wa­nych cyta­ta­mi, pseu­do­cy­ta­ta­mi i inny­mi nawią­za­nia­mi lite­rac­ki­mi. Są to nie­zwy­kle róż­no­rod­ne odnie­sie­nia o bar­dzo sze­ro­kim zakre­sie: kla­sy­cy­stycz­ne, bodaj naj­licz­niej­sze (Poli­biusz, Tuki­dy­des czy Hezjod), moder­ni­stycz­ne (T.S. Eliot; wyko­rzy­sta­nie obcych języ­ków w poun­dow­skim sty­lu), roman­tycz­ne (Her­man Melvil­le, Gérard de Nerval), sta­ro­chiń­skie (wers „Pusta misecz­ka to poezja”, kore­spon­du­ją­cy z afo­ry­zmem Lao Tzu7; wiersz o Can­gjie, mito­lo­gicz­nym twór­cy chiń­skie­go pisma). Poetyc­kość w tek­stach Baczew­skie­go opie­ra się głów­nie na alu­zjach i nie­oczy­wi­stych współ­brz­mie­niach. Dobrym przy­kła­dem spe­cy­ficz­nej melo­dyj­no­ści fra­zy auto­ra może być frag­ment wier­sza Tekst jest moc­niej­szy niż noc:

Kon­tu­ry liter roz­pły­wa­ją się w mro­ku, ale sens trwa,
ale pozo­sta­wia­ją świa­do­mość ist­nienia doj­mu­ją­cej praw­dy.
Każ­da roz­sąd­na książ­ka odwra­ca wte­dy wzrok od twarzy
czy­tel­ni­ka i kon­cen­tru­je się na swoich spra­wach.

Pogru­bie­niem wyróż­ni­łam syla­by wyzna­cza­ją­ce rytm frag­men­tu przez aso­nan­se. Ten sam wiersz zawie­ra stro­fo­idę-apo­stro­fę do abs­trak­cyj­nej książ­ki, z ryt­micz­nie powra­ca­ją­cy­mi zwro­ta­mi w sty­lu „Księ­go, książ­ko, ksią­żecz­ko” oraz nagro­ma­dze­niem ali­te­ra­cji („figu­rant­ko, figu­ro, seden­tar­na sprin­ter­ko / latry­no letar­gi­ków […]” czy „Łoże łow­ców świa­tła”). Co wię­cej, autor korzy­sta tak­że ze współ­brz­mień mię­dzy róż­ny­mi języ­ka­mi i z rymów impli­ko­wa­nych, jak w zakoń­cze­niu przy­to­czo­ne­go wier­sza:

I tyle Wit­t­genstein.

„Wri­teLn («Good­bye, World!»);
end”.

Ostat­nie dwa wer­sy to kod w języ­ku pro­gra­mo­wa­nia Pas­cal, a wytłusz­czo­ne lite­ry „Ln” są skró­tem od „Line”, two­rzą rym: „sztajn” – „lajn”. W tytu­le Tekst jest moc­niej­szy niż noc moż­na spo­strzec podob­ny intry­gu­ją­cy zabieg, któ­ry umow­nie nazwa­ła­bym rymem mię­dzy­ję­zy­ko­wym. Naj­sen­sow­niej­sze angiel­skie tłu­ma­cze­nie tytu­łu to „The text is mightier than the night” (naj­sen­sow­niej­sze, ponie­waż spój­ne z popu­lar­ną sen­ten­cją „The pen is migh­tier than the sword”, do któ­rej nawią­zu­je pol­ski tytuł), a zatem współ­brz­mie­nie moc/noc nie­ja­ko utrzy­mu­je się mimo prze­kła­du. Tego rodza­ju frag­men­tów, któ­rych odpo­wied­ni­ki w języ­ku angiel­skim tak­że są zna­czą­ce, jest tu zresz­tą wię­cej. Przy­kła­dem może być dwu­wers: „Od mycia stat­ków człek się praw­do­po­dob­nie nie uwol­ni. / Ale budo­wa pira­mi­dy to już może sobie pocze­kać”. Jed­nym z odpo­wied­ni­ków sło­wa „sta­tek” w języ­ku angiel­skim jest „ves­sel”, sło­wo, któ­re ozna­cza tak­że „naczy­nie”. Tym samym przy­to­czo­ny wers odwo­łu­je się do cię­ża­ru pro­zy życia, dobrze zna­ne­go zarów­no współ­cze­sne­mu czy­tel­ni­ko­wi, jak i nie­wol­ni­kom z cza­sów sta­ro­żyt­nej Gre­cji.

Okładka tomu wierszy Marka Krystiana Emanuela Baczewskiego pod tytułem „Elegancki przedmiot na biurko”.
Marek Krystian Emanuel Baczewski, „Elegancki przedmiot na biurko”, Poznań: WBPiCAK, 2025.

Ale czy to wszyst­ko jedy­nie zaba­wa, popis umie­jęt­no­ści warsz­ta­to­wych, ocza­ro­wy­wa­nie odbior­cy, obli­czo­ne na zama­sko­wa­nie bra­ku inte­re­su­ją­cych tre­ści i war­to­ścio­we­go prze­ka­zu? Nie, choć nie­któ­rych może roz­cza­ro­wać moja inter­pre­ta­cja dużej czę­ści tych zabie­gów, odczy­tu­ję je bowiem jako zwra­ca­nie przez auto­ra uwa­gi na sam akt kre­acyj­ny i jego poten­cjał. Nie jest to jed­nak dla Baczew­skie­go osta­tecz­ny cel utwo­rów, lecz jed­na ze skła­do­wych nad­rzęd­ne­go zna­cze­nia. Tutaj przy­da się wspo­mnia­ny wcze­śniej kon­tekst post- czy też meta­iro­nii, któ­re­go dobrym nega­tyw­nym punk­tem odnie­sie­nia może być esej Fili­pa Matwiej­czu­ka poświę­co­ny tema­to­wi humo­ru w lite­ra­tu­rze i opu­bli­ko­wa­ny w sześć­dzie­sią­tym pierw­szym nume­rze cza­so­pi­sma „Ha!art”8. W szki­cu tym może­my prze­czy­tać, że

kie­dy mówi­my już o uzna­nym, zachod­nim nazwi­sku, któ­re trak­tu­je śmiesz­ność wręcz ekwi­li­bry­stycz­nie, to ten wątek jest upar­cie pomi­ja­ny na rzecz nadę­te­go bre­dze­nia o pust­kach, wiecz­no­ściach, trau­mach i tak dalej. Tak było z poja­wie­niem się w pol­skim dys­kur­sie Anne Car­son – Auto­bio­gra­fia czer­wo­ne­go jest po pro­stu, kur­de, zabaw­na.

Nie mam zamia­ru bro­nić pol­skie­go dys­kur­su o Car­son, zwłasz­cza że, o ile dobrze mi wia­do­mo, żaden z komen­ta­to­rów jak dotąd nie uznał homo­fo­nii red/read z ory­gi­nal­ne­go tytu­łu Auto­bio­gra­fii9 za istot­ną dla inter­pre­ta­cji. Jed­nak­że suge­stia, że nale­ży trak­to­wać śmiesz­ność jako oś twór­czo­ści przy­szło­rocz­nej noblist­ki10, jest co naj­mniej podej­rza­na. W cza­sach, kie­dy obóz kon­cen­tra­cyj­ny dla migran­tów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nosi „beko­wą” nazwę Alli­ga­tor Alca­traz, war­to ostroż­nie pod­cho­dzić do pokła­da­nia nadziei – czy to poli­tycz­nej, czy arty­stycz­nej – w humo­rze jako takim11. Baczew­ski, podob­nie jak autor­ka Dekre­acji…, na szczę­ście nie wpa­da w tę pułap­kę. Wiersz z Ele­ganc­kie­go przed­mio­tu… naj­ła­twiej dają­cy się odczy­tać jako czy­ste szy­der­stwo to ten o wdzięcz­nym tytu­le Na miłość boską, co to jest? – przy­to­czę go w cało­ści:

To jest pięk­ny i mądry wiersz zna­ne­go poety.
Przy­cią­ga uwa­gę czy­tel­ni­ka głę­bo­ką reflek­sją
nad egzy­sten­cjal­ny­mi nie­po­ko­ja­mi współ­cze­sno­ści.
Nie epa­tu­je men­tor­skim tonem i upo­rczy­wą dydak­ty­ką.
Mimo zasto­so­wa­nia reto­ry­ki dale­kiej od kotur­no­wo­ści
skry­wa zaląż­ki i zawiąz­ki pro­ble­mów fun­da­men­tal­nych.
W szcze­gól­ny spo­sób zdu­mie­wa i zachwy­ca,
w szcze­gól­ny spo­sób poru­sza i zapa­da w pamięć.
Autor wyczu­wa sub­tel­ne drgaw­ki rze­czy­wi­sto­ści,
acz z rów­nym powo­dze­niem ope­ru­je w mate­rii
nie­po­chwyt­nej. Nie­wie­lu poetów z taką mocą
w swej twór­czo­ści ogar­nia sło­wa­mi nie­po­ję­tą
tajem­ni­cę real­ne­go. To wiersz pły­ną­cy z głę­bi
doświad­cze­nia ludz­kie­go losu, w szcze­gól­ny
spo­sób wypły­wa z auten­tycz­ne­go doświad­cze­nia,
w szcze­gól­ny spo­sób doty­ka gorz­kiej praw­dy życia.
Jest meta­fi­zycz­ną odpo­wie­dzią na wyzwa­nie
pły­ną­ce ze stro­ny, z pustej stro­ny.

Wyrwa­ny z kon­tek­stu książ­ki, może być inter­pre­to­wa­ny jako zło­śli­wość wzglę­dem „nadę­te­go bre­dze­nia”, o któ­rym wspo­mi­nał Matwiej­czuk. Twier­dzę jed­nak, że przy­wo­ła­ny wiersz nale­ży odczy­ty­wać w świe­tle Wallace’owskiej iro­nii wobec iro­nii. To scep­tycz­na reak­cja na bez­myśl­ne szy­der­stwo z pomy­słu, że w ogó­le moż­na powie­dzieć coś istot­ne­go czy (o zgro­zo!) wznio­słe­go – na szy­der­stwo, któ­re­go nadaw­ca nie spo­dzie­wa się kry­tycz­nej odpo­wie­dzi – prze­cież nikt nie zary­zy­ku­je psu­cia dobrej zaba­wy i zosta­nia uzna­nym za nudzia­rza, czyż nie? Taka inter­pre­ta­cja Na miłość boską… jest upraw­nio­na, ponie­waż wydźwięk tomu jako cało­ści jest tra­gi­ko­micz­ny. Autor nie stro­ni od egzy­sten­cjal­nych roz­po­znań, a motyw tajem­ni­cy, w domy­śle: tajem­ni­cy ist­nie­nia, powta­rza się w całej książ­ce, podob­nie jak powra­ca­ją w niej roz­wa­ża­nia na temat „praw­dy”. Jed­no­cze­śnie Baczew­ski nie wystę­pu­je tu w roli kazno­dziei, jest bowiem świa­do­my, że „[n]ie ma innej tajem­ni­cy, niż ta, / któ­ra uśmie­cha się tajem­ni­czo / i mówi, że tajem­ni­ca ist­nie­je”. Wyda­je się, że takiej per­spek­ty­wie mogła­by przy­kla­snąć przy­wo­ła­na wcze­śniej Anne Car­son, któ­ra koń­czy Dekre­ację… wier­szem zawie­ra­ją­cym wers „«Nie­pod­po­rząd­ko­wal­ność» (oto, cze­go brak fak­tom)”. War­to przy tym wyraź­nie zazna­czyć: nie cho­dzi tu o reani­ma­cję tak zwa­nej wyso­kiej kul­tu­ry w celu wbi­ja­nia malucz­kim do gło­wy odpo­wied­nich tre­ści (dla ich wła­sne­go dobra, rzecz jasna), ale o akcep­ta­cję fak­tu, że powa­ga, wznio­słość, nie­wy­bred­ny humor, cię­ta iro­nia i jesz­cze wie­le innych pozor­nie sprzecz­nych rze­czy  m u s z ą  koeg­zy­sto­wać w każ­dym porząd­nym pro­jek­cie wyso­ko­ar­ty­sty­czym, jako istot­ne ele­men­ty ludz­kiej kon­dy­cji. Jak pisał socjo­log Micha­el Bil­lig: „Co mogą wie­dzieć o humo­rze ci, któ­rzy zna­ją tyl­ko humor?”12.

Wróć­my jed­nak do poważ­nych, głę­bo­kich myśli poety-eru­dy­ty. Ele­ganc­ki przed­miot na biur­ko koń­czy się serią wier­szy w autor­skiej for­mie „puz­zli”. Każ­dy tekst zawie­ra sześć lub dwa­na­ście nume­ro­wa­nych frag­men­tów (naj­czę­ściej poje­dyn­czych zdań) oraz coś w rodza­ju pod­su­mo­wa­nia czy wnio­sku, zapi­sa­ne­go kur­sy­wą. For­ma ta jest struk­tu­rą ana­lo­gicz­ną do Wit­t­gen­ste­inow­skich frag­men­tów, z któ­rych skła­da­ją się Docie­ka­nia filo­zo­ficz­ne. War­to przy­to­czyć frag­ment przed­mo­wy filo­zo­fa do jego ostat­nie­go dzie­ła:

Poni­żej publi­ku­ję myśli […] w posta­ci  u w a g, krót­kich para­gra­fów […]. Już od począt­ku zamie­rza­łem zebrać kie­dyś to wszyst­ko w kształt książ­ki […]. Zda­wa­ło mi się jed­nak istot­ne, by myśli prze­cho­dzi­ły tam od przed­mio­tu do przed­mio­tu w natu­ral­nej i nie­prze­rwa­nej kolej­no­ści. Po róż­nych nie­uda­nych pró­bach spo­je­nia mych wyni­ków w taką całość zro­zu­mia­łem, że mi się to nigdy nie uda, że z tego, co potra­fię napi­sać, naj­lep­sze oka­żą się zawsze uwa­gi filo­zo­ficz­ne i że moje myśli wnet słab­ną, gdy wbrew ich natu­ral­nej skłon­no­ści usi­łu­ję pchnąć je w jed­nym kie­run­ku. To zaś wią­za­ło się, rzecz jasna, z samą natu­rą docie­ka­nia13.

Jeśli uznać to za roz­po­zna­nie sta­nu cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla pro­ble­ma­ty­ki filo­zo­fii języ­ka, a nie za spo­wiedź Austria­ka z wła­snych ogra­ni­czeń, to wyko­rzy­sta­nie przez Baczew­skie­go ana­lo­gicz­nie skon­stru­owa­nej for­my „puz­zli” sta­je się nie tyl­ko uza­sad­nio­ne w ramach pra­cy na Wit­t­gen­ste­inow­skich moty­wach, lecz tak­że istot­ne w kon­tek­ście tomu jako cało­ści. Poeta zwra­ca tu uwa­gę na coś wyra­żal­ne­go jedy­nie nie wprost, ale za to dają­ce­go się poznać w doświad­cze­niu arty­stycz­nym (zarów­no twór­cy, jak i odbior­cy); coś uni­wer­sal­ne­go i tak waż­ne­go, że war­to poświę­cić temu osiem­dzie­siąt stron wier­szy. Naj­do­słow­niej obra­zu­je to pierw­szy utwór z serii, Jutro zaczy­na się zawsze (puz­zle):

1. Jest coś co chciał­bym ogło­sić całe­mu świa­tu.
2. Głę­bo­ko zakop butel­kę z listem mówią­cym praw­dę.
3. Zanim się czło­wiek przy­zwy­czai chwiać w opi­nii.
4. Zabio­rę tajem­ni­cę ze sobą do gro­bu.
5. Lepiej było­by tego nie wie­dzieć.
6. Milcz, bo jeśli nie, to inni się nie potkną.

 

Jest coś na dnie ser­ca, cze­go nie umiem powie­dzieć, ale zabio­rę
to ze sobą do gro­bu, zako­pa­ne w butel­ce praw­dy.

Baczew­ski odwra­ca więc mot­to niniej­sze­go tek­stu i mię­dzy wier­sza­mi prze­ka­zu­je, że poezję nale­ży pisać tak, jak­by pisa­ło się filo­zo­fię (do cze­go sama ser­decz­nie zachę­cam wszyst­kich począt­ku­ją­cych poetów). Oprócz tego przez zręcz­ne wyko­rzy­sta­nie kome­dio­wych zabie­gów i gier z czy­tel­ni­kiem zawier­ciań­ski autor w Ele­ganc­kim przed­mio­cie… udo­wad­nia, że połą­cze­nie reflek­sji egzy­sten­cjal­nych z ele­men­ta­mi ludycz­ny­mi może pozy­tyw­nie wpły­nąć i na owe docie­ka­nia, i na zaba­wę lite­rac­ką . A jeśli kogoś to nie prze­ko­nu­je? Cóż, scep­ty­cy zawsze mogą potrak­to­wać książ­kę jako ozdo­bę albo spo­łecz­ny dowód oczy­ta­nia, bycia „ludź­mi kul­tu­ry” – jak w pew­nym sta­rym memie14.

 

Mot­to pocho­dzi z książ­ki „Cul­tu­re and Value”, [tłum. cyta­tu – J.S.]. Wię­cej na temat przy­to­czo­ne­go frag­men­tu moż­na prze­czy­tać w arty­ku­le Mar­jo­rie Per­loff o for­mie lite­rac­kiej w tek­stach Wit­t­gen­ste­ina (zwłasz­cza w przy­pi­sie trze­cim), onli­ne: https://wittgenstein-initiative.com/writing-philosophy-as-poetry-literary-form-in-wittgenstein/ [dostęp: 22.12.2025].

 

1 E. Pound, A Few Don’ts by an Ima­gi­ste, [tłum. cyta­tu – J.S.], onli­ne: https://www.poetryfoundation.org/poetrymagazine/articles/58900/a‑few-donts-by-an-imagiste [dostęp: 22.12.2025].

2 Dobrze obra­zu­je to cho­ciaż­by nastę­pu­ją­cy cytat z Phi­lo­so­phi­cal Inve­sti­ga­tions: „For a lar­ge class of cases of the employ­ment of the word «meaning» – tho­ugh not for all – this word can be expla­ined in this way: the meaning of a word is its use in the lan­gu­age”.

3 Zob. M.K.E. Baczew­ski, Kasan­dra idzie przy­pu­dro­wać nosek, Kra­ków: Zie­lo­na Sowa / Biblio­te­ka „Stu­dium”, 1999.

4 Zob. ten­że, Morze i inne morza, Miko­łów: Insty­tut Miko­łow­ski, 2006.

5 Zob. O. Cza­piew­ski, Recen­zja tomu „Ele­ganc­ki przed­miot na biur­ko” Mar­ka K.E. Baczew­skie­go, onli­ne: https://kulturaupodstaw.pl/recenzja-tomu-elegancki-przyrzad-na-biurko-m-k-e-baczewskiego/ [dostęp: 22.12.2025].

6 Zob. na przy­kład: T. Ver­meu­len, Wal­la­ce After Post­mo­der­nism (Aga­in). Meta­mo­der­nism, Tone, Ten­nis, onli­ne: https://edizionicafoscari.unive.it/media/pdf/article/english-literature/2021/1/art-10.30687-EL-2420–823X-2021–08-006.pdf#:~:text=%E2%80%9Cpost,What%20distinguishes%20postirony [dostęp: 22.12.2025]; A. Hill, Iro­ny, Post­iro­ny, and the Inter­net in the Con­tem­po­ra­ry U.S. Novel, onli­ne: https://escholarship.mcgill.ca/concern/theses/zp38wk097 [dostęp: 22.12.2025]; L. Cre­aser, Iro­ny, sin­ce­ri­ty and Gen Z, onli­ne: https://www.negationmag.com/articles/irony-sincerity-and-gen‑z [dostęp: 22.12.2025].

7 „Naczy­nie powsta­je z połą­cze­nia gli­ny; dzię­ki pustej prze­strze­ni wewnątrz ma zasto­so­wa­nie” – z Wiel­kiej księ­gi Tao.

8 F. Matwiej­czuk, Infor­mo­wać i dez­in­te­gro­wać na weso­ło, „Ha!art” 2025, nr 61.

9 W ory­gi­na­le: Auto­bio­gra­phy of Red.

10 Przyj­mu­ję zakła­dy.

11 Rela­cja humo­ru, poli­ty­ki i este­ty­ki to oczy­wi­ście zło­żo­na kwe­stia, wyma­ga­ją­ca obszer­niej­sze­go opra­co­wa­nia. Oso­bi­ście mam wąt­pli­wo­ści co do tezy o eman­cy­pa­cyj­nym poten­cja­le humo­ru, któ­ra wyda­je się prze­ko­ny­wać Matwiej­czu­ka. Podzie­lam zda­nie Han­zie­go Fre­inach­ta, któ­ry kil­ka lat temu ostrze­gał, że „kolej­ny mor­der­czy reżim będzie opar­ty w mniej­szym stop­niu na agi­ta­cji, pod­sy­ca­niu stra­chu i pło­mien­nych prze­mó­wie­niach. Ist­nie­ją dobre powo­dy, by przy­pusz­czać, że wyło­ni się ze źró­dła, któ­re­go spo­dzie­wa­my się naj­mniej: kome­dii. […] [Zoba­czy­my – J.S.] bru­tal­ne ludo­bój­stwa na oczach tłu­mu śmie­ją­ce­go się w naj­lep­sze”, [tłum. cyta­tu – J.S.]. H. Fre­inacht, Obe­dien­ce as Lau­gh­ter. From the Gre­at Dic­ta­tor to the Gre­at Spec­ta­tor, onli­ne:
https://metamoderna.org/obedience-as-laughter-from-the-great-dictator-to-the-great-spectator/ [dostęp: 22.12.2025].

12 M. Bil­lig, Lau­gh­ter and Ridi­cu­le. Towards a Social Cri­ti­que of Humo­ur, [tłum. cyta­tu – J.S.], Lon­don: Sage, 2005.

13 L. Wit­t­gen­ste­in, Docie­ka­nia filo­zo­ficz­ne, tłum. B. Wol­nie­wicz, War­sza­wa: PWN, 2012.

14 Ah, I See You’re a Man of Cul­tu­re as Well, onli­ne: https://knowyourmeme.com/memes/ah-i-see-youre-a-man-of-culture-as-well [dostęp: 22.12.2025].

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

30.06.2025 Interferencje

Kosz na wymiociny jest w połowie pusty

Metafora tablicy jest dobrym punktem wyjścia do lektury LINE, poematu napisanego odręcznie, w którym wszystkie elementy typograficzne złożone są jedynie z prostych, białych linii na czarnym tle, co przywodzi na myśl kredowe zapiski na szkolnej tablicy – najnowszy tom poezji Michała Mytnika omawia Janina Szczur.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.