„Jednak, kiedy wybiegam myślami do przodu, mówi, robi mi się smutno. To nie myśl do przodu, mówi ona, tylko wspominaj. Wspominaj, mówi ta młoda istota akurat do niego, omal się nie roześmiał. Tak robię, mówi, tak robię i kiwa głową”1. Wyjście od tego z pozoru prostego fragmentu narratorskiej inscenizacji wydaje mi się kluczowe. Właśnie w nim kondensuje się bowiem cały dramat istnienia, który Jenny Erpenbeck z konieczną dyskrecją przedstawia na kolejnych stronach Kairos. Miłość, język i historia splecione delikatnym, choć trwałym węzłem melancholii wyrastają z trzewi opowieści, w której pamięć staje się jedyną możliwą formą trwania w dobie wszechogarniającego rozpadu.
Najnowsza książka Jenny Erpenbeck, opublikowana po raz pierwszy w 2021 roku i trzy lata później uhonorowana Międzynarodową Nagrodą Bookera (wydanie w przekładzie Michaela Hofmanna), ukazała się niedawno w Polsce nakładem Wydawnictwa Znak Literanova w tłumaczeniu Elizy Borg. Kairos to powieść z gatunku fikcji historycznej, choć nie zamykałabym jej w ramach tak zawężających percepcję literacką. Erpenbeck, od dawna uznawana za ważny, chociaż budzący kontrowersje głos niemieckiej prozy, w Kairos kreśli wizję świata, którego kres jest tuż za rogiem i w którym partia SED razem z podporządkowaną sobie stasi kontrolują każdą sferę życia obywateli NRD. Perspektywy kolejnych pokoleń tworzą tu sieć intertekstualnych wspomnień – ostatniego ratunku w obliczu czasu, który przecieka bohaterom powieści przez palce.
Tytułowy kairos to, jak pisze autorka, starogrecki „bóg szczęśliwej chwili”, a więc odpowiedni moment, przez wielu ludzi tak wdzięcznie nazywany przeznaczeniem. Jest 11 lipca 1986 roku, kiedy dziewiętnastoletnia Katharina, praktykująca introligatorstwo w Wydawnictwie Państwowym, i Hans, trzydzieści cztery lata starszy od niej żonaty mężczyzna, pisarz i reporter radiowy, spotykają się po raz pierwszy na ulicy Berlina Wschodniego. Polaryzująca, toksyczna i z góry skazana na niespełnienie (wbrew nieposkromionej intensywności) relacja pary jest zintegrowana z tłem historycznym powolnego kruszenia się socjalistycznej ideologii aż do upadku muru berlińskiego. Akcja zostaje przesycona wielowymiarową symboliką; na przykład rok urodzenia Kathariny i rok urodzenia Hansa po zsumowaniu – mowa o sumie poszczególnych dekad: 67 (rok 1967) i 33 (rok 1933) – dają liczbę sto. Bohaterowie Erpenbeck są uwikłani w dialektykę dwóch pokoleń: Hansa, uformowanego przez utopijny żar, a następnie rozczarowanie systemem NRD, oraz Kathariny, wychowanej w okresie późnego socjalizmu, dla której nurt ideowy jest pustym rytuałem.
Rdzeniem powieści staje się pamięć i determinująca każdy aspekt jej rozbudowanej struktury – melancholia. Zapytasz mnie teraz, przechodniu: czym właściwie jest ta melancholia? – pozwolę sobie sięgnąć po słowa polskiego badacza i teoretyka refleksji nad istotą tego stanu, Marka Bieńczyka. W swoim słynnym zbiorze esejów autor rozpoczyna rozważania nad „niczym, które boli” (definicja Fernanda Pessoi), od wiersza francuskiego poety Charles’a Baudelaire’a Łabędź z tomu Les Fleurs du mal (Kwiaty zła). Plac Carrousel podczas Haussmannowskiej modernizacji Paryża stał się dla Baudelaire’a bodźcem do wspominania tego, co utracone. Łabędź, symbolizujący wyobcowanie i niemożność ukształtowania nowej tożsamości, odpowiadającej współczesnej konstrukcji świata, pozostaje w przestrzeni „pomiędzy”, czyli tam, gdzie wyobrażenie przeszłości nieustannie uczestniczy w chwili obecnej. Charles posługuje się jednym zdaniem, które później Bieńczyk trwale wpisuje we własną analizę. Sama uważam je za najtrafniejsze podsumowanie narracji prowadzonej przez Erpenbeck: „Myślę o tych, co nigdy, nigdy nie odnajdą straty”2.
Autorka eksponuje nieuchwytność straty na trzech przenikających się wzajemnie poziomach powieści. Hans, związany z doświadczeniem dzieciństwa i dorastania w III Rzeszy, istnieje wyłącznie dzięki miejscom pamięci, tak jak odbiorcy opus autoris przenoszeni są do równoległej rzeczywistości komunistycznych Niemiec. Miłość Hansa i Kathariny, naznaczona na samym początku ciężarem kairos, w dużej mierze przypominającego fatum – problem różnicy wieku, pokoleniowej dystynkcji, odmiennego statusu – nie może w pełni zaistnieć. Para nie weźmie ślubu, nie będzie miała dziecka (ma ono nazywać się Johann albo Kaspar), ich życie to ciąg retrospekcji przesiąkniętych namiętnością, które pozwalają docenić brak – ponieważ „Radość oczekiwania jest jeszcze piękniejsza niż sama miłość”3. Warto dodać, że Erpenbeck posługuje się językiem lakonicznym, podporządkowanym subtelnym regułom poetyki, pełnym niedopowiedzeń i teatralnych powtórzeń. Słowa same zaczynają w pewnym sensie „zarażać” czytelnika melancholijnym nastrojem. Cały szkielet historii jest podtrzymywany przez intermezzo, a właściwa akcja ukrywa się wewnątrz dwóch zakurzonych kartonów oddanych Katharinie.
Wprowadzone przez Pierre’a Norę do paradygmatu współczesnej humanistyki pojęcie lieux de mémoire (miejsca pamięci) okazuje się kluczowe dla właściwego zrozumienia zjawiska rozproszonej i nieuchwytnej pustki w Kairos. Nora mianem miejsca pamięci określa dostrzegalne dla zmysłów, materialne formy dziejowe, architektoniczne kroniki czasu czy pomniki, ale także zwraca uwagę na symbole, na wszystko to, co metafizycznie obecne, pamięć zbiorową i historyczną. Szczególnie ciekawe w kontekście samej powieści jest wydobyte przez francuskiego historyka zjawisko kultur pamięci, które odnosi się bezpośrednio do nierozerwalnej więzi między przeszłością a teraźniejszością – do ich spójności.
Hans W., podstarzały pisarz, zafascynowany polityką ZSRR, wciąż wspomina. Wraca myślami do okresu dzieciństwa, przywołuje obraz wojny, ucieczkę z Polski w 1943 roku i pozostawionego w otchłaniach zaprzeszłych wydarzeń konia na biegunach. Bohater Kairos jest uosobieniem pokuty całego narodu, zaduma mężczyzny wywodzi się z winy, której nie potrafi on nazwać, ponieważ jest to wina całego pokolenia, nie samej jednostki. Po upadku potęgi Niemiec Wschodnich Hans zaczyna wspominać utracone bezpowrotnie miejsca, ideały i tak wytrwale pielęgnowane wartości. Nigdy nie przestaje wspominać, dopisuje jedynie kolejne wątki do tkanki dziejowej, tkwi w labiryncie melancholii: na jego końcu nie odnajdzie straty, lecz kolejne wspomnienia. Erpenbeck konstruuje nieprzerwany palimpsest zbiorowej świadomości, posługując się ogromem intertekstualnych odwołań do historii kraju nad Renem i szeroko postrzeganej kultury. Pojawiają się tu więc Wolfgang Amadeus Mozart, Johann Sebastian Bach, Fryderyk Chopin, Pablo Picasso, Thomas Mann, Hanns Eisler, Heiner Müller, Bertolt Brecht, Erich Honecker, Michaił Gorbaczow, a na drzwiach pokoju Hansa wisi plakat z wizerunkiem Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i Włodzimierza Iljicza Lenina, nad których głowami widnieje napis „Wszyscy gadają o pogodzie”, pod nimi zaś dopisek: „My nie” – tak prezentują się szeregi nigdy nieutraconej i ciągle nad wyraz żywej pamięci w Kairos. Czas odgrywa tu rolę centralnego podmiotu, podobnie jak w Kluczu do ogrodu. Niemniej w tym przypadku to całkowite wyciszenie dialogów przekształca narrację w ciąg wspomnień dawnych lokatorów domu nad Jeziorem Brandenburskim, ujawniając konsekwentne zainteresowanie autorki temporalnością.
Eros w powieści Erpenbeck przypomina mi raczej marsz żałobny niż niespodziewane działanie greckiego boga miłości. Uczucie, które zostało skazane na stratę od pierwszego spotkania pary w autobusie linii 57, jest ponadto naznaczone treścią cytatu z Requiem Mozarta: Et lux perpetua luceat eis („A światłość wiekuista niechaj im świeci”) – Hans zapisuje te słowa Katharinie na pierwszej stronie podarowanej jej książki, zresztą swojego autorstwa. Każda wspólnie spędzona chwila jest pełnym zadumy rytuałem zapalania znicza z porzekadłowym „krzyżykiem na drogę”. Katharina nazywa swojego ukochanego wspomnieniem, on zaś zapętla się w wizjach tego, co było, i powoli traci nadzieję na happy end, ponieważ takowy zazwyczaj bywa „dopuszczalny tylko jako nadzieja”4. Kochankowie znajdują się w epicentrum rozpadu granic znanego im kosmosu, na jaw wychodzą tajemnice skutecznie dewastujące pozorne szczęście, a w tle słychać protesty uciemiężonych obywateli. Podobny obraz uczucia, które nie może być spełnione, przedstawia nam Thomas Mann w Śmierci w Wenecji. I chociaż niewłaściwym byłoby porównać relację Aschenbacha i Tadzia do erotycznej zażyłości Hansa z Kathariną, spoiwem obydwu wątków jest niewątpliwie romans z własnym wspomnieniem wysłany w próżnię.
W pisarstwie Jenny Erpenbeck zauważalny jest brak językowego katharsis. W Kairos z każdego zdania powoli sączy się ból pustki, której nie sposób oswoić. Autorka urywa opowieść w pół słowa, zamyka nas razem z bohaterami w korytarzach wyliczeń, a te wciągają głęboko w atmosferę błogiej nieskończoności. Mimo trzecioosobowej narracji i zachowanej w fabule chronologii proza niemieckiej artystki wpisuje się w quasi-nieepicki model literatury, refleksyjny i wyraźnie poetycki. Zapadł mi w pamięć konkretny fragment dotyczący „początku końca nigdy nierozpoczętej miłości” Hansa i Kathariny, kiedy dialog przerywany jest co chwilę przez enigmatyczne wtrącenie: „poobijana głowa patrzy w dół i potakuje niemo”. Nie ma tu żadnej puenty, której mógłby domagać się odbiorca; słychać za to monotonny bełkot rozpaczy.
Kairos jest zawieszony między dawnym światem (NRD) a nowym (zjednoczone Niemcy), między młodością a dojrzałością, między miłością a rozstaniem. W powieści Erpenbeck melancholia nie jest stanem emocjonalnym, ale sposobem istnienia; to niemożność ucieczki od przeszłości i ciągłe trwanie w jej cieniu.
1 J. Erpenbeck, Kairos, Kraków: Znak Literanova, 2025, s. 76.
2 M. Bieńczyk, Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty, Warszawa: Świat Książki, 2014, s. 9.
3 J. Erpenbeck, Kairos, s. 181.
4 Tamże, s. 252.
