W Círculo rodziły się przyjaźnie, które czasem się kończyły. Rodziły się nawet miłości – które także czasem się kończyły. A jednak towarzyszyliśmy sobie – w rozmowach i w milczeniu, przy kawie, która była naszym eliksirem. Naszym antidotum na truciznę oddalenia – o Kole Literatury i Myśli Południa piszą Ian David García Sánchez i Monika Kucab.
Estado de Mexico, 4 grudnia 2025
Drodzy Przyjaciele1,
prosicie mnie, abym napisał kilka słów o Círculo de Literatura y Filosofías del Sur. O jego zasadach (chociaż ich nie ma) i historii (długiej i bolesnej). A także o to, żebym opowiedział trochę o swoich europejskich doświadczeniach. „Moje doświadczenia”, mówicie, choć sam nie wiem, czy one mają tu jakiekolwiek znaczenie. Niemniej opowiem o sobie – nie mam wyjścia – i o tym, czym było dla mnie Círculo w Krakowie. Opowiem niewiele, głównie dlatego, że Koło w Krakowie istnieje krótko, ale przywołam również jego początki. Oczywiście wspomnę także o stanie Meksyk, ponieważ, jak sami wiecie, Círculo de Literatura y Filosofías del Sur narodziło się właśnie tutaj.
Było to w czasie moich studiów, kiedy ulice stanu Meksyk2 kipiały od protestów. Państwo nas „znikało”. Przestępcy nas „znikali”3. Moja uczelnia zorganizowała – a w zasadzie to mój brat, moi koledzy i ja zorganizowaliśmy – strajk studencki. Prosiliśmy, ba, domagaliśmy się, żeby ówczesny rząd i dyrektorzy prywatnych uczelni łaskawie umożliwili nam studiowanie. Żeby, na miłość boską, pozwolili nam się spokojnie uczyć, czytać i pisać. Dlaczego – zapytacie – musieliśmy żądać tego absolutnego minimum? Parę dni wcześniej przed bramą uniwersytetu zamordowano studenta studiów licencjackich. (W tym roku, niecałe dwa miesiące temu, inny student znów stracił życie na terenie uczelni). Chcieliśmy, aby zagwarantowano nam bezpieczeństwo – ekonomiczne, polityczne i społeczne – żebyśmy mogli robić to, co kochamy najbardziej: czytać i pisać.
W tamtym okresie uczelnia zdecydowała także o zwolnieniu profesora literatury, Óscara Péreza Corony, który prowadził zajęcia z paradygmatów myśli współczesnej. Profesor ów – któremu zawdzięczam swoją fascynację Jeanem-Paulem Sartre’em – postanowił kontynuować zajęcia poza uniwersytetem, kiedy ten zamknął przed nim swoje aule. Wszystko z miłości do książki, którą wtedy czytaliśmy, „Egzystencjalizm jest humanizmem”. Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oto rodziło się Círculo. Projekt, który – o czym także nie mogłem wiedzieć – niemal dekadę później miał odrodzić się ponad dziesięć tysięcy kilometrów dalej, w jednym z miast Europy Środkowej. Rozmawialiśmy o paryskim maju ’68, o entuzjazmie Sartre’a wobec buntu młodych, ale także o sceptycyzmie Jacques’a Lacana, który studził rozpalone studenckie głowy, twierdząc, że tym, czego pragną protestujący, jest zmiana jednej władzy na inną.
Tak więc spotykaliśmy się w każdy piątek w kawiarni Vips przy Avenida de las Flores w Coacalco de Berriozábal, żeby dyskutować o książkach, które polecali kolejni uczestnicy Koła. Ze swojego domu w Tultitlán dojeżdżałem „combi” – małymi busikami miejskimi, w których nieraz padałem ofiarą kradzieży. Wysiadałem na przystanku Flores i biegłem do kawiarni, gdzie czekali już mnie profesor Óscar, mój brat Erick García, Gustavo García, kolega przygotowujący się wówczas do obrony pracy magisterskiej z filozofii, Cesia Malchán, wybitna studentka komunikacji społecznej, i inni. Omawialiśmy teksty Jeana-François Lyotarda, Waszego rodaka Zygmunta Baumana, Gilles’a Deleuze’a i Jacques’a Derridy.
Círculo narodziło się tak, jak rodzą się podobne mu wspólnoty i plemiona w krajach Naszej Ameryki. Z potrzeby i z pasji. W swojej pierwszej odsłonie działało trzy lata. Później wyjechałem ze stanu Meksyk na dwa lata, żeby rozpocząć studia magisterskie z filozofii w Guanajuato, i Koło zawiesiło działalność.
Musicie także zrozumieć, Drodzy Przyjaciele, czym jest sam stan Meksyk. To miejsce, które przypomina mniej więcej to, co macie przed oczami, gdy pomyślicie „trzeci świat”. Domy są tu szare. Ulice są szare. Wszystko jest szare. Triumfuje kapitalizm, lecz nie ten kojarzący się z drogimi hotelami i luksusowymi sklepami, ale ten w swojej peryferyjnej odmianie. Wiatr wieje zanieczyszczony dymem z amerykańskich i chińskich fabryk, które zbudowano tu ponad pół wieku temu. Ludzie się nie uśmiechają. Tu nie ma typowych radosnych Latynosów z folderów biur turystycznych i filmików na Instagramie. Mieszkańcy stanu są ponurzy. Cierpią, są głodni i być może dlatego patrzą na ciebie z podejrzliwością. Zastanawiają się, czy nie chcesz ich okraść. Czy nie chcesz ich zamknąć w fabrykach na dziesięć godzin dziennie, żeby zostawili w nich swoją krew i miłość. Ponieważ jeśli tak jest, uważaj. Gdy się zorientują, wybuchnie bunt. Bunt, który jednak, Moi Przyjaciele, zostanie brutalnie stłumiony przez zbrojne ramię państwa.
Jeden z tego rodzaju protestów wybuchł w maju 2006 roku w gminie de Texcoco. Miałem wtedy dziewięć lat. Przeciwko demonstrującym rolnikom i rdzennym mieszkańcom władze stanu Meksyk, z gubernatorem Enrique Peñą Nieto na czele, późniejszym prezydentem kraju, użyły sił wojskowych i policji federalnej. 6 maja funkcjonariusze pod dowództwem Wilfrida Robleda Madrida (szefa służb bezpieczeństwa, wyszkolonego w byłej Jugosławii) wkroczyli na ulice San Salvador Atenco z rozkazem strzelania do ludzi protestujących i gwałcenia każdej kobiety, która stanie im na drodze. Chciano wywołać grozę. Bilans: śmierć dwóch studentów i gwałty dokonane na trzydziestu czterech kobietach. Wiele lat później, gdy w ramach Círculo czytaliśmy Ritę Segato, która pisała o ciele kobiety jako łupie wojennym, myślałem właśnie o tamtych ofiarach.
Dlatego właśnie, Moi Przyjaciele, stworzyliśmy Círculo de Literatura y Filosofías del Sur. Wychowani przez przemoc policyjną i wojskową. W gotowości do walki przeciwko interesom finansowym, które wyzyskiwały naszych rodziców i dziadków do tego stopnia, że pozbawiały ich i czasu, i zdrowia, i radości życia, postanowiliśmy się zorganizować i zacząć myśleć nad zmianą. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ jeśli Koło w ogóle ma jakąś zasadę, jest nią pluralizm. „My” ponad wszystko.
Gdy po dwóch latach wróciłem do stanu Meksyk, panowały tam siły polityczne i ekonomiczne mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Zatrudniłem się jako nauczyciel w prywatnym liceum. Pracowałem od poniedziałku do piątku od ósmej do dwudziestej. Zarabiałem 8000 peso miesięcznie. Czyli 1400 złotych. Wytrzymałem pół roku. Pracę przypłaciłem zaburzeniami lękowymi i początkiem depresji. Po raz kolejny postanowiłem wyjechać. Szukać innych możliwości. Tak trafiłem do Krakowa, chociaż stan Meksyk i moja rodzina, która mieszkała tam od zawsze, wciąż żyły we mnie niczym świeży owoc.
W Polsce znów zacząłem uczyć – tym razem hiszpańskiego w szkole językowej. Nie było źle. Może nie zarabiałem zbyt wiele, około 4000 złotych miesięcznie, ale pracowałem krócej niż w Meksyku, więc miałem więcej czasu na pisanie i czytanie. Za nowe życie zapłaciłem jednak emocjonalnie. Depresja wkrótce wróciła, a nostalgia za moją ziemią, tęsknota za rodziną, przyjaciółmi, jedzeniem i kulturą zaczęły wpływać nawet na moje relacje osobiste.
To właśnie w tamtym momencie, w lipcu 2023 roku, postanowiłem odtworzyć Círculo. Tym razem samodzielnie, tym razem na innym kontynencie. W mediach społecznościowych zamieściłem zaproszenie do dyskusyjnego klubu czytelniczego prowadzonego w języku hiszpańskim. Liczyłem na zainteresowanie kilku osób z polskiej społeczności, które chciałyby poćwiczyć język, i paru hiszpańskojęzycznych przyjezdnych, którzy chcieliby rozmawiać o książkach. Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – zgłosiło się ponad sto osób! Wprawdzie na pierwszym spotkaniu zjawiło się ich trochę mniej, ale później dołączały nowe. Część została na dłużej, z czasem stała się przyjaciółmi, a wręcz – bratnimi duszami. Juan, malarz z Kolumbii. Mariola, kobieta o onieśmielającej historii, była dziennikarka i działaczka ruchu oporu w czasach urugwajskiej dyktatury. Arturo, andyjski filozof, pisarz i muzyk. Krzysztof, najinteligentniejszy i najbardziej otwarty Polak, jakiego kiedykolwiek poznałem. Marta, utalentowana skrzypaczka z Krakowa. Eva, nauczycielka hiszpańskiego z Salamanki. Abril, specjalistka od marketingu z Meksyku. Vanessa, biolożka i pedagożka – również z Meksyku. Sebastián, kelner w meksykańskiej restauracji. Luis, tajemniczy poeta z Paragwaju, który, o ile dobrze pamiętam, nigdy nie odezwał się ani słowem. I wielu innych przybyszów z różnych zakątków Polski i Naszej Ameryki.
Zrozumiałem wtedy, że historie krakowskich imigrantów z Wenezueli, Kolumbii, Chile są do siebie bardzo podobne. To byli ludzie tacy jak ja, którzy wyjechali z kraju, żeby poprawić swoją sytuację materialną – i którym się to udało. Niemniej po drodze być może utracili coś cenniejszego: ojczyznę, ziemię, pewien smak życia. I ta strata łamała ich – nas wszystkich – od środka.
Círculo – znane w Krakowie również jako Koło Literatury i Myśli Południa – powstało jako klub książkowy. Czytaliśmy Eduarda Halfona, Gwatemalczyka o pomieszanych, migranckich korzeniach, który jest ucieleśnieniem bieguna z książki Tokarczuk. Czytaliśmy Briceidę Cuevas Cob, poetkę Majów, która pisała o naczyniach i studniach. Czytaliśmy Roberta Bolaño, Sergia Pitola, Fernanda del Paso. A im więcej czytaliśmy, tym bardziej umacniała się nasza wspólnota. Przybywało coraz więcej uczestników. Z Argentyny, Kuby, Hiszpanii, Meksyku. Zwłaszcza z Meksyku. Niektórzy przychodzili, słuchali i odchodzili. Inni, początkowo nieśmiali, uczyli się zabierać głos podczas dyskusji. Byli tacy, którzy znikali i wracali bez słowa. W Círculo rodziły się przyjaźnie, które czasem się kończyły. Rodziły się nawet miłości – które także czasem się kończyły. A jednak towarzyszyliśmy sobie – w rozmowach i w milczeniu, przy kawie, która była naszym eliksirem. Naszym antidotum na truciznę oddalenia.
Od ponad roku nie ma mnie w Krakowie. Ale mimo to wiem, Drodzy Przyjaciele, że dziesięć tysięcy kilometrów stąd, w mieście oddychającym literaturą, pewna kolorowa grupa wagabundów i tułaczy niesie dalej historię, która zaczęła się w kawiarni Vips w Coacalco de Berriozábal.
Ian David García Sánchez
Kraków, 5 grudnia 2025
Drogi Przyjacielu,
wyjechać – tego się nie robi miastu. Zwłaszcza takiemu, w którym nie tylko się mieszkało, lecz także zostawiło coś po sobie. Koło Literatury i Myśli Południa, które tu założyłeś, działa nadal. Jak wcześniej wita nowych członków i żegna tych, dla których Kraków okazał się jedynie chwilowym przystankiem. Czytamy teraz być może więcej fikcji literackiej i poezji, prowadzimy warsztaty, a niekiedy… sami próbujemy tworzyć wiersze.
Tylko sobie wyobraź: niedzielne popołudnie, ulice Krakowa zalane miękkim jesiennym światłem. Siedzimy przy stoliku w Nowej Prowincji, jak zwykle głośnej i zatłoczonej. Przed nami nożyczki, klej, kolorowe kartki i wycinki z cytatami. Naszym zadaniem jest stworzyć wiersz ze słów, które dawno – całkiem i niedawno – napisali już inni. Zanurzeni we fragmentach z Roberta Bolaño, Aleksandry Pizarnik, Alfonsiny Storni, Nadii López Garcíi, Martína Tonalmeyotla i Natalie Diaz, szukamy więc pasujących wersów i brakujących przyimków. Powstają utwory – absurdalne, zabawne i osobiste – a potem wywiązuje się rozmowa o tym, czy „wszystko już zostało napisane” i czy mówimy już tylko „cudzymi słowami”. A także o wpływie, jaki miała na nas poezja, i o tym, kto jest dla nas tym najważniejszym poetą (dla większości będzie to przeklęta Aleksandra – Argentynka – Pizarnik).
To tylko jedno ze spotkań twórczych, które udało się nam zorganizować. Pozwoliło nam ono, choć ukrytym za cudzymi słowami, powiedzieć coś więcej na temat nas samych. Były też inne warsztaty, na przykład te wymyślone przez Mireię, Hiszpankę, która na co dzień pracuje z dziećmi. Podczas zajęć mieliśmy się wcielić w wylosowaną postać – osobę z niepełnosprawnością, uchodźczynię, rdzenną mieszkankę Boliwii – i opisać swój typowy dzień. Ćwiczenie z empatii? Oczywiście. Z wyobraźni? Trudno o lepsze.
Krakowskie Koło Literatury i Myśli Południa powstało, żeby przybysze z Naszej Ameryki mogli się poczuć choć trochę jak w domu. Mimo to bardzo szybko stało się przestrzenią, w której osoby z Europy zyskały szansę na posłuchanie „innych” opowieści i „innych” narracji. Na wyjście z pułapki „jednej historii”.
To Chimamanda Ngozi Adichie uczuliła nas na niebezpieczeństwo „a single story”. W swoim wystąpieniu TED autorka „Amerykaany” opowiada o ryzyku patrzenia na świat i innych ludzi przez pryzmat jednej, najczęściej uproszczonej, opowieści. Wspomina, jak jako dziewczynka pisała krótkie opowiadania o białych niebieskookich bohaterach, bo tylko takie osoby występowały w brytyjskich książkach, w których się zaczytywała. Bohaterowie małej Adichie raczyli się więc piwem imbirowym i rozmawiali o pogodzie, mimo że w Nigerii tego pierwszego nikt nie pijał, a o tym drugim nie było potrzeby rozmawiać. Słuchając pisarki, zastanawialiśmy się, jaką opowieść stworzyła dla nas kultura Zachodu. Jakie miejsce przypadło w niej Hispanoameryce oraz temu obszarowi, który zwykło się nazywać Globalnym Południem?
Círculo od początku chciało opowiadać – i nadal opowiada – historię mozaikową i polifoniczną. Głosem pisarki Giovanny Rivero mówi o życiu potomków japońskich emigrantów i menonitów w Boliwii. Głosem dramaturżki Mariany Evy Pérez przypomina o pięciuset dzieciach uprowadzonych i nielegalnie adoptowanych w okresie argentyńskiej dyktatury. Głosem totonackiego poety Manuela Espinosy Sainosa upomina się o marginalizowane, wymierające języki, ale równocześnie przypomina, że w nahuatl, tsotsil czy keczua wciąż powstają media, literatura, a nawet rap.
Nie unikamy tematu przemocy: kolonialnej, instytucjonalnej, kulturowej, płciowej, etnicznej. Rozmawiamy o zatrutych rtęcią ciałach górników Potosi, o budowniczych Kanału Panamskiego, którym płacono według koloru skóry („gold roll” dla białych, „silver roll” dla reszty), o mitach szlachetnego dzikusa i kanibala. Ale chcemy również mówić o oporze w jego najróżniejszych przejawach: okrzyku „¡Ya basta”!4, rewolucjach i zbrojnych wystąpieniach, kulturze graffiti, o tańcu „perreo” i o „Cholitas” – rdzennych boliwijskich wrestlerkach.
Tę polifonię wciąż uznajemy za jedną z największych wartości naszej wspólnoty. W czasach, w których politycy i wszelkiej maści internetowi guru wykorzystują tę – skądinąd ludzką – potrzebę prostej historii, stawiamy na wielogłos literatury. Uważamy, że dobre książki nie zawsze wyjaśniają świat, nie zawsze „oddzielają światło od ciemności”. Częściej ukazują rzeczywistość w jej skomplikowaniu, ale i uczą wytrzymać niepewność, dysonans poznawczy i lęk, które pojawiają się w konfrontacji z tym, co niejednoznaczne. Dobra książka – tak jak dobra rozmowa – uczy nas stawiać pytania i nie mieć racji.
Monika, Polska:
Bardzo lubię nasze spotkania. Po pierwsze dlatego, że mam możliwość zapoznania się z narracjami innymi niż te dominujące w świecie zachodnim, a po drugie dlatego, że udało się nam stworzyć przestrzeń, w której możemy swobodnie wymieniać się poglądami, uwagami i doświadczeniami, mimo że pochodzimy z różnych środowisk. To dla mnie okazja do rozwoju intelektualnego – otwierania nowszych szufladek i poszerzania horyzontów.
Marta, Polska:
Bardzo cenię sobie profil tematyczny przyjęty przez klub. Kolonializm, postkolonializm, feminizm postkolonialny to nie są tematy, które byłyby często poruszane poza naszymi spotkaniami. Również hiszpańskojęzyczne teksty, które omawiamy, napisane przez takich badaczy, jak Rita Segato, Enrique Dussel czy Hugo A. Russo, nie są powszechnie znane w Polsce. Dlatego uważam nasze dyskusje za niezwykle wartościowe.
Yulia, Białoruś/Polska:
Przez jakieś dwa lata szukałam w Krakowie miejsca, gdzie mogłabym rozmawiać po hiszpańsku, ale nie trafiłam na żadne, które proponowałoby ciekawą, nieoczywistą tematykę. Ponieważ interesuję się literaturą latynoamerykańską, odkrycie Koła było dla mnie jak znalezienie prawdziwego skarbu. Każde spotkanie przynosi mi radość, uśmiech, mnóstwo inspiracji i okazji do rozwoju.
Ale są jeszcze inne historie.
Posłuchaj.
Mireia, Hiszpania:
Kiedy decydowałam się opuścić swoje miasteczko i spróbować szczęścia w Polsce, przypuszczałam, że będzie mi brakować hiszpańskiego jedzenia, rodzinnych spotkań i imprez na dachach budynków. Ale skąd mogłam wiedzieć, że odtąd z każdej księgarni będę wychodzić oszołomiona obco brzmiącymi tytułami, że będę musiała sprawdzać, w jakich językach kina grają filmy, i że w teatrze zacznę się skupiać na mimice aktorów, bo i tak nie rozumiem ani słowa z tego, co mówią.
Dlatego pojawienie się w moim życiu Koła Literatury i Myśli Południa było nie tylko zaproszeniem do mojego świata książek i źródłem nowych przyjaźni, lecz także początkiem pewnego rytuału. Dla mnie – jako miłośniczki literatury – nasza wspólnota jest schronieniem, miejscem, do którego wracam, gdy chcę się podzielić nową lekturą, gdy potrzebuję rekomendacji książkowej od kogoś o podobnej wrażliwości albo gdy najzwyczajniej w świecie chcę wypić kawę i pogadać.
Te spotkania każą mi zostać w domu w piątkowe wieczory, żeby przeczytać coś, czego sama nigdy bym nie wybrała – a co mnie zachwyca. Są wymówką, którą serwuję znajomym, gdy proponują wyjście na miasto: „przepraszam, nie mogę, mam Koło”. Dzięki nim zanurzyłam się w psychoanalizie, byłam na planie filmu dokumentalnego kręconego w Chile Pinocheta, a ostatnio towarzyszyłam czarownicom, o których pisała Silvia Federici.
Koło to wielość doświadczeń, opowieści, miejsc odwiedzonych w trakcie naszych spotkań i zdań zapisanych w moim niebieskim zeszycie. Ale jeśli miałabym określić je jednym słowem, powiedziałabym: „przynależność”. A także przestrzeń, w której możesz się dzielić ideami i przemyśleniami z przyjaciółmi, którzy cię słuchają i którzy tydzień po tygodniu budują z tobą książkową wspólnotę.
Daniel, Kolumbia:
Domowe jedzenie, rodzina i twoja kotka – to za nimi tęsknisz, gdy znajdziesz się daleko od swojego kraju. Mało kto mówi jednak o tym, jak bardzo zaczyna ci brakować języka, w którym nauczyłeś się czytać i pisać, dopóki sam się nie przekonasz, że nie masz już w nim z kim rozmawiać.
Przez pierwsze sześć miesięcy po przyjeździe do Krakowa hiszpańskiego używałem tylko podczas rozmów z rodziną i w wiadomościach wymienianych z przyjaciółmi. W ten sposób, przytłoczony tygodniami bez słońca, nieustającym deszczem i szarym niebem, ładowałem baterie.
Język hiszpański jest dla mnie domem, a więc i Koło nim jest. Wracam do niego, żeby choć przez chwilę porozmawiać w swoim języku, a ono przypomina mi, że dom to coś więcej niż flaga czy terytorium. Dom to słowa i ludzie, z którymi się je dzieli. Dlatego rozumiem to wzruszenie Maríi del Carmen Herrery, kiedy po całej nocy słuchania anglosaskich przebojów Leopoldo chwyta gitarę i zaczyna śpiewać piosenki po hiszpańsku5.
Arturo, Boliwia:
Kraków rozciął mnie dwukrotnie – najpierw skalpelem, potem słowami. Nauczyłem się polskiego – wciąż się go uczę. Rozdarty tęsknotą, obolały od niezrozumiałych deklinacji, odkryłem, że rany można również zszywać lekturami. Czytałem więc, by nie umrzeć z obcości. By nie zniknąć w bieli.
Wtedy w mediach społecznościowych – tym bazarze, na którym można kupić wszystko oprócz pewności – trafiłem na zaproszenie. Koło Literatury i Myśli Południa. Ambitna nazwa jak na to, czym naprawdę byliśmy: grupą Latynosów głodnych ojczystego akcentu, rozbitków czytających Juana Rulfo, Pizarnik, Bolaño czy Fernanda Dieza de Medinę. Utwierdziłem się w tym, co już wiedziałem: pisze się samotnie, ale czyta w stadzie, tworzenie to sprawa prywatna, ale jego sens jest publiczny, humanizujący. Tamtego roku opublikowałem swoją pierwszą powieść. Wyszła koślawo – znak, że było w niej coś szczerego.
Minęły trzy lata. Tu, w naszym Kole, w książkach wirują światy. Głosy andyjskie – zwłaszcza te przenikają mnie aż do kości – dialogują z karaibskimi, Hiszpanie uczą się o poezji meksykańskiej, a Polacy zanurzają w rzekach Julia Cortázara. Filozofia w nazwie wciąż nas przerasta – bliżej niż do tworzenia doktryn jest nam do zadawania pytań – ale idziemy naprzód.
Koło ma cechy tych bezpiecznych miejsc, w których mówi się i słucha bez uprzedzeń i mimo ran. W sercu polskiej zimy czytamy o tropikach. To nasza herezja, nasz akt oporu: wygnanie zamienić w rozmowę, blizny w składnię. I iść do przodu, zawsze iść do przodu.
Ana, Hiszpania/Algieria:
Piszę te słowa z miejsca tak różnego od Polski, w którym kilka dni temu spadł pierwszy tej zimy śnieg. Błękitne niebo podkreśla żółtość domów Oranu, spomiędzy których przebija się Morze Śródziemne. W tej chwili z pobliskiego meczetu muezzin wzywa wiernych do modlitwy. Ale oderwijmy się od tej północnoafrykańskiej rzeczywistości, by przenieść się do innej, chłodniejszej i bardziej zielonej, w samym sercu Europy.
Do Krakowa przyjechałam na początku 2024 roku, by tymczasowo objąć stanowisko nauczycielki hiszpańskiego w Instytucie Cervantesa. Rok z okładem, który spędziłam w tym mieście, był jednym z najlepszych okresów mojego życia. Są tylko dwie rzeczy, których żałuję.
Pierwsza: że do spotkań Koła Literatury i Myśli Południa nie dołączyłam wcześniej. Początkowo – przyznaję – z lenistwa, bo choć jestem żoną filozofa, teksty filozoficzne zazwyczaj mnie nużą. Mireia zachęcała wielokrotnie, ale wciąż nie byłam przekonana.
Wszystko się zmieniło, gdy pewnego dnia przypadkowo natknęłam się na uczestników Koła. Byli wtedy po spotkaniu i wybierali się… na karaoke. Żywiołowo zapraszali, żebym do nich dołączyła, opowiadali o tym, co właśnie czytają (nie filozofię, lecz literaturę piękną!). To chyba mieszanka ich zaraźliwego entuzjazmu, mojej przyziemnej chęci spotkań towarzyskich oraz półegoistyczna potrzeba połączenia się z dawną Aną, studentką, która udawała intelektualistkę i najbardziej na świecie pasjonowała się literaturą latynoamerykańską, sprawiła, że się skusiłam.
Drugą rzeczą, której żałuję, jest to, że nie uczestniczyłam we wszystkich spotkaniach. Czasem nie zdążyłam przeczytać tekstu i wstydziłam się przyjść nieprzygotowana. Filolożka, która nie ma czasu na czytanie, kto to widział! Na szczęście udało mi się wziąć udział w kilku sesjach, które pozwoliły mi się oderwać od rutyny praca–dom–zakupy–pies. Koło wskrzesiło moją miłość do czytania i, co ważniejsze, pozwoliło poznać wspaniałe przyjaciółki, które były przy mnie w bardzo ważnych momentach ostatniego roku. Ach, gdybym poznała je wcześniej!
Od trzech miesięcy mieszkam w Algierii i szczerze mówiąc, nie jest mi najłatwiej. Być może dlatego, że cały czas myślę o tym, jak bardzo tęsknię za Krakowem i naszym Kołem. Nie wiem, czy tamte spotkania naprawdę były tak wspaniałe, czy przypadkiem nie idealizuję ich w swoich wspomnieniach. Pamiętam jednak tamtą atmosferę, kawiarniane ogródki, bulwary nad Wisłą, widok na Wawel i tamten entuzjazm. Brakuje mi zarówno kameralnych rozmów, kiedy było nas tylko czworo, jak i tych bardziej tłumnych dyskusji. Brakuje mi tych momentów, kiedy słowa drugiej osoby przywoływały to, o czym kiedyś czytałam, a co kurzyło się gdzieś w zakątkach mojego umysłu. Brakuje mi uczenia się od innych. Brakuje wysiłku osób, które koordynowały sesje. Brakuje mi nawet moich późniejszych wątpliwości, czy aby za dużo nie mówiłam, czy na pewno dawałam innym dojść do głosu (psycholog nazwałby je pewnie ruminacjami).
Pomimo uczucia melancholii tutaj, w Oranie, postanowiłam ruszyć z podobnym projektem – klubem czytelniczym poświęconym powieści graficznej i komiksom. Nie wiem, czy uda mi się stworzyć wspólnotę podobną do tej, którą poznałam w Krakowie, ale mam na to cichą nadzieję. Zaczniemy pod koniec stycznia, więc liczę, że niebawem będę mogła opowiedzieć więcej o sukcesach lub porażkach.
Takie przestrzenie są bardzo potrzebne, zwłaszcza w społeczeństwach, które przyzwyczajają nas do indywidualizmu i łatwej rozrywki. Myślę tak z trzech powodów: po pierwsze pozwalają mieć kontakt z różnymi rzeczywistościami społecznymi i kulturowymi, które poszerzają naszą perspektywę. Po drugie stymulują umiejętności, które powoli tracimy: czytania, koncentracji, krytycznego myślenia, argumentacji i słuchania. A po trzecie mogą – i często się tak dzieje – przerodzić się w sieci wsparcia. Takie przynajmniej było moje doświadczenie.
A więc, Drogi Przyjacielu, Koło, które tu założyłeś, nie tylko nadal trwa, lecz także inspiruje innych do inicjowania podobnych wspólnot. Dla każdego z nas jest ono czymś innym: dla jednych początkiem wyprawy, dla drugich – powrotem do domu. A dla wszystkich spotkaniem z Innym, które – znów Sartre – jest spotkaniem z samym sobą w Innym.
Gdy piszemy te słowa, za naszymi granicami trwa dramat wojny i dramat uchodźców. USA pod wodzą Donalda Trumpa być może szykuje się do zbrojnej interwencji w Wenezueli. Gaza i Sudan wykrwawiają się i głodują. Ludziom takim jak my coraz trudniej jest wierzyć, że czytaniem, myśleniem i pisaniem da się coś zmienić. Ale mimo to po coś przychodzimy na te spotkania. Być może są one naszą odpowiedzią – jedyną, jaką mamy – na chaos świata, który łatwiej znieść we wspólnocie.
Twoi przyjaciele z Koła Literatury i Myśli Południa
Monika Kucab
koordynatorka KLiMP w Krakowie
Monika Kozera
Marta Lizak
Yulia Golubeva
Mireia Martin Carrasco
Daniel M
Arturo Sergio Terrazas Jiménez
i inni
*
Już po napisaniu tego tekstu z Meksyku przyszła wiadomość:
Drodzy Przyjaciele,
z radością informuję Was, że tutejsze Círculo de Literatura y Filosofías del Sur prawdopodobnie wznowi działalność. W tym roku na UNAM uczestniczę w seminarium filozofii latynoamerykańskiej, które prowadzi doktor Mario Magallón Anaya, filozof, uczeń José Gaosa, Bolívara Echeverríi i Adolfa Sáncheza Vázqueza. Doktor Anaya to intelektualista, który od 1968 roku wspiera młodych ludzi z Meksyku i Naszej Ameryki w ich oporze. Teraz to nas prowadzi i nam towarzyszy. Jeszcze w tym roku planuję złożyć wniosek do CIALC6, żeby włączyć Círculo do programu wspierania działalności sektora kultury Meksyku. Dzięki temu moglibyśmy rozpocząć dialog Meksyk–Polska, który wzmocniłby naszą wspólnotę.
O wszystkim będę Was informował.
Ian
*
Círculo de Literatura y Filosofías del Sur / Koło Literatury i Myśli Południa działa w Krakowie od lipca 2023 roku. Profil tematyczny grupy obejmuje kolonializm, postkolonializm, feminizm postkolonialny, literaturę Ameryki Południowej, Meksyku i tak zwanego Globalnego Południa. Koło jest także miejscem, w którym członkowie mogą zaprezentować własną twórczość literacką, teksty publicystyczne i akademickie. W 2024 roku zorganizowaliśmy 1. Spotkanie Poetów Latynoamerykańskich w Krakowie.
Zapraszamy na spotkania w soboty w krakowskich kawiarniach lub na świeżym powietrzu. Rozmawiamy w języku hiszpańskim. Dla komfortu uczestników minimalny rekomendowany poziom znajomości języka to B2.
Więcej informacji:
Facebook: Círculo de Literatura y Filosofías del Sur.
Instagram: circulodelsurcracovia.
1 Tłumaczenie tekstów z języka hiszpańskiego: Monika Kucab.
2 Stan Meksyk jest jednym z trzydziestu dwóch podmiotów administracyjnych Meksyku. To obszar silnie zurbanizowany, o strukturze typowej konurbacji. Należy go odróżnić od Ciudad de Mexico (CDMX, pol. Meksyk) – stolicy państwa (przypisy pochodzą od tłumaczki).
3 W kontekście meksykańskim i południowoamerykańskim termin ten odnosi się do zjawiska tak zwanych wymuszonych zaginięć. Ofiary tego typu przestępstw są porywane, a ich los przez długie lata – niekiedy już na zawsze – pozostaje nieznany. Za tymi zaginięciami stały dyktatury wojskowe, współcześnie natomiast za tego rodzaju porwania odpowiadają organy państwowe, przestępcy, gangi i kartele narkotykowe.
4 Hiszp. „Już dosyć!” – zawołanie Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego, które w 1994 roku w meksykańskim stanie Chiapas zapoczątkowało powstanie w obronie rolników i rdzennej ludności.
5 Nawiązanie do powieści ¡Que viva la música! kolumbijskiego pisarza Andrésa Caicedo.
6 Centro de Investigaciones sobre América Latina y el Caribe przy Universidad Nacional Autónoma de México.
