Koło Literatury i Myśli Południa / Círculo de Literatura y Filosofías del Sur

W Cír­cu­lo rodzi­ły się przy­jaź­nie, któ­re cza­sem się koń­czy­ły. Rodzi­ły się nawet miło­ści – któ­re tak­że cza­sem się koń­czy­ły. A jed­nak towa­rzy­szy­li­śmy sobie – w roz­mo­wach i w mil­cze­niu, przy kawie, któ­ra była naszym elik­si­rem. Naszym anti­do­tum na tru­ci­znę odda­le­nia – o Kole Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia piszą Ian David Gar­cía Sán­chez i Moni­ka Kucab.

 

Esta­do de Mexi­co, 4 grud­nia 2025

Dro­dzy Przy­ja­cie­le1,

pro­si­cie mnie, abym napi­sał kil­ka słów o Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur. O jego zasa­dach (cho­ciaż ich nie ma) i histo­rii (dłu­giej i bole­snej). A tak­że o to, żebym opo­wie­dział tro­chę o swo­ich euro­pej­skich doświad­cze­niach. „Moje doświad­cze­nia”, mówi­cie, choć sam nie wiem, czy one mają tu jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Nie­mniej opo­wiem o sobie – nie mam wyj­ścia – i o tym, czym było dla mnie Cír­cu­lo w Kra­ko­wie. Opo­wiem nie­wie­le, głów­nie dla­te­go, że Koło w Kra­ko­wie ist­nie­je krót­ko, ale przy­wo­łam rów­nież jego począt­ki. Oczy­wi­ście wspo­mnę tak­że o sta­nie Mek­syk, ponie­waż, jak sami wie­cie, Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur naro­dzi­ło się wła­śnie tutaj.

Było to w cza­sie moich stu­diów, kie­dy uli­ce sta­nu Mek­syk2 kipia­ły od pro­te­stów. Pań­stwo nas „zni­ka­ło”. Prze­stęp­cy nas „zni­ka­li”3. Moja uczel­nia zor­ga­ni­zo­wa­ła – a w zasa­dzie to mój brat, moi kole­dzy i ja zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy – strajk stu­denc­ki. Pro­si­li­śmy, ba, doma­ga­li­śmy się, żeby ówcze­sny rząd i dyrek­to­rzy pry­wat­nych uczel­ni łaska­wie umoż­li­wi­li nam stu­dio­wa­nie. Żeby, na miłość boską, pozwo­li­li nam się spo­koj­nie uczyć, czy­tać i pisać. Dla­cze­go – zapy­ta­cie – musie­li­śmy żądać tego abso­lut­ne­go mini­mum? Parę dni wcze­śniej przed bra­mą uni­wer­sy­te­tu zamor­do­wa­no stu­den­ta stu­diów licen­cjac­kich. (W tym roku, nie­ca­łe dwa mie­sią­ce temu, inny stu­dent znów stra­cił życie na tere­nie uczel­ni). Chcie­li­śmy, aby zagwa­ran­to­wa­no nam bez­pie­czeń­stwo – eko­no­micz­ne, poli­tycz­ne i spo­łecz­ne – żeby­śmy mogli robić to, co kocha­my naj­bar­dziej: czy­tać i pisać.

W tam­tym okre­sie uczel­nia zde­cy­do­wa­ła tak­że o zwol­nie­niu pro­fe­so­ra lite­ra­tu­ry, Ósca­ra Pére­za Coro­ny, któ­ry pro­wa­dził zaję­cia z para­dyg­ma­tów myśli współ­cze­snej. Pro­fe­sor ów – któ­re­mu zawdzię­czam swo­ją fascy­na­cję Jeanem-Pau­lem Sartre’em – posta­no­wił kon­ty­nu­ować zaję­cia poza uni­wer­sy­te­tem, kie­dy ten zamknął przed nim swo­je aule. Wszyst­ko z miło­ści do książ­ki, któ­rą wte­dy czy­ta­li­śmy, „Egzy­sten­cja­lizm jest huma­ni­zmem”. Wów­czas nie zda­wa­li­śmy sobie spra­wy, że oto rodzi­ło się Cír­cu­lo. Pro­jekt, któ­ry – o czym tak­że nie mogłem wie­dzieć – nie­mal deka­dę póź­niej miał odro­dzić się ponad dzie­sięć tysię­cy kilo­me­trów dalej, w jed­nym z miast Euro­py Środ­ko­wej. Roz­ma­wia­li­śmy o pary­skim maju ’68, o entu­zja­zmie Sartre’a wobec bun­tu mło­dych, ale tak­że o scep­ty­cy­zmie Jacques’a Laca­na, któ­ry stu­dził roz­pa­lo­ne stu­denc­kie gło­wy, twier­dząc, że tym, cze­go pra­gną pro­te­stu­ją­cy, jest zmia­na jed­nej wła­dzy na inną.

Tak więc spo­ty­ka­li­śmy się w każ­dy pią­tek w kawiar­ni Vips przy Ave­ni­da de las Flo­res w Coacal­co de Ber­rio­zábal, żeby dys­ku­to­wać o książ­kach, któ­re pole­ca­li kolej­ni uczest­ni­cy Koła. Ze swo­je­go domu w Tul­ti­tlán dojeż­dża­łem „com­bi” – mały­mi busi­ka­mi miej­ski­mi, w któ­rych nie­raz pada­łem ofia­rą kra­dzie­ży. Wysia­da­łem na przy­stan­ku Flo­res i bie­głem do kawiar­ni, gdzie cze­ka­li już mnie pro­fe­sor Óscar, mój brat Erick Gar­cía, Gusta­vo Gar­cía, kole­ga przy­go­to­wu­ją­cy się wów­czas do obro­ny pra­cy magi­ster­skiej z filo­zo­fii, Cesia Mal­chán, wybit­na stu­dent­ka komu­ni­ka­cji spo­łecz­nej, i inni. Oma­wia­li­śmy tek­sty Jeana-Fra­nço­is Lyotar­da, Wasze­go roda­ka Zyg­mun­ta Bau­ma­na, Gilles’a Deleuze’a i Jacques’a Der­ri­dy.

Cír­cu­lo naro­dzi­ło się tak, jak rodzą się podob­ne mu wspól­no­ty i ple­mio­na w kra­jach Naszej Ame­ry­ki. Z potrze­by i z pasji. W swo­jej pierw­szej odsło­nie dzia­ła­ło trzy lata. Póź­niej wyje­cha­łem ze sta­nu Mek­syk na dwa lata, żeby roz­po­cząć stu­dia magi­ster­skie z filo­zo­fii w Guana­ju­ato, i Koło zawie­si­ło dzia­łal­ność.

Musi­cie tak­że zro­zu­mieć, Dro­dzy Przy­ja­cie­le, czym jest sam stan Mek­syk. To miej­sce, któ­re przy­po­mi­na mniej wię­cej to, co macie przed ocza­mi, gdy pomy­śli­cie „trze­ci świat”. Domy są tu sza­re. Uli­ce są sza­re. Wszyst­ko jest sza­re. Trium­fu­je kapi­ta­lizm, lecz nie ten koja­rzą­cy się z dro­gi­mi hote­la­mi i luk­su­so­wy­mi skle­pa­mi, ale ten w swo­jej pery­fe­ryj­nej odmia­nie. Wiatr wie­je zanie­czysz­czo­ny dymem z ame­ry­kań­skich i chiń­skich fabryk, któ­re zbu­do­wa­no tu ponad pół wie­ku temu. Ludzie się nie uśmie­cha­ją. Tu nie ma typo­wych rado­snych Laty­no­sów z fol­de­rów biur tury­stycz­nych i fil­mi­ków na Insta­gra­mie. Miesz­kań­cy sta­nu są ponu­rzy. Cier­pią, są głod­ni i być może dla­te­go patrzą na cie­bie z podejrz­li­wo­ścią. Zasta­na­wia­ją się, czy nie chcesz ich okraść. Czy nie chcesz ich zamknąć w fabry­kach na dzie­sięć godzin dzien­nie, żeby zosta­wi­li w nich swo­ją krew i miłość. Ponie­waż jeśli tak jest, uwa­żaj. Gdy się zorien­tu­ją, wybuch­nie bunt. Bunt, któ­ry jed­nak, Moi Przy­ja­cie­le, zosta­nie bru­tal­nie stłu­mio­ny przez zbroj­ne ramię pań­stwa.

Jeden z tego rodza­ju pro­te­stów wybuchł w maju 2006 roku w gmi­nie de Texco­co. Mia­łem wte­dy dzie­więć lat. Prze­ciw­ko demon­stru­ją­cym rol­ni­kom i rdzen­nym miesz­kań­com wła­dze sta­nu Mek­syk, z guber­na­to­rem Enri­que Peñą Nie­to na cze­le, póź­niej­szym pre­zy­den­tem kra­ju, uży­ły sił woj­sko­wych i poli­cji fede­ral­nej. 6 maja funk­cjo­na­riu­sze pod dowódz­twem Wil­fri­da Roble­da Madri­da (sze­fa służb bez­pie­czeń­stwa, wyszko­lo­ne­go w byłej Jugo­sła­wii) wkro­czy­li na uli­ce San Salva­dor Aten­co z roz­ka­zem strze­la­nia do ludzi pro­te­stu­ją­cych i gwał­ce­nia każ­dej kobie­ty, któ­ra sta­nie im na dro­dze. Chcia­no wywo­łać gro­zę. Bilans: śmierć dwóch stu­den­tów i gwał­ty doko­na­ne na trzy­dzie­stu czte­rech kobie­tach. Wie­le lat póź­niej, gdy w ramach Cír­cu­lo czy­ta­li­śmy Ritę Sega­to, któ­ra pisa­ła o cie­le kobie­ty jako łupie wojen­nym, myśla­łem wła­śnie o tam­tych ofia­rach.

Dla­te­go wła­śnie, Moi Przy­ja­cie­le, stwo­rzy­li­śmy Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur. Wycho­wa­ni przez prze­moc poli­cyj­ną i woj­sko­wą. W goto­wo­ści do wal­ki prze­ciw­ko inte­re­som finan­so­wym, któ­re wyzy­ski­wa­ły naszych rodzi­ców i dziad­ków do tego stop­nia, że pozba­wia­ły ich i cza­su, i zdro­wia, i rado­ści życia, posta­no­wi­li­śmy się zor­ga­ni­zo­wać i zacząć myśleć nad zmia­ną. Piszę w licz­bie mno­giej, ponie­waż jeśli Koło w ogó­le ma jakąś zasa­dę, jest nią plu­ra­lizm. „My” ponad wszyst­ko.

Gdy po dwóch latach wró­ci­łem do sta­nu Mek­syk, pano­wa­ły tam siły poli­tycz­ne i eko­no­micz­ne moc­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Zatrud­ni­łem się jako nauczy­ciel w pry­wat­nym liceum. Pra­co­wa­łem od ponie­dział­ku do piąt­ku od ósmej do dwu­dzie­stej. Zara­bia­łem 8000 peso mie­sięcz­nie. Czy­li 1400 zło­tych. Wytrzy­ma­łem pół roku. Pra­cę przy­pła­ci­łem zabu­rze­nia­mi lęko­wy­mi i począt­kiem depre­sji. Po raz kolej­ny posta­no­wi­łem wyje­chać. Szu­kać innych moż­li­wo­ści. Tak tra­fi­łem do Kra­ko­wa, cho­ciaż stan Mek­syk i moja rodzi­na, któ­ra miesz­ka­ła tam od zawsze, wciąż żyły we mnie niczym świe­ży owoc.

W Pol­sce znów zaczą­łem uczyć – tym razem hisz­pań­skie­go w szko­le języ­ko­wej. Nie było źle. Może nie zara­bia­łem zbyt wie­le, oko­ło 4000 zło­tych mie­sięcz­nie, ale pra­co­wa­łem kró­cej niż w Mek­sy­ku, więc mia­łem wię­cej cza­su na pisa­nie i czy­ta­nie. Za nowe życie zapła­ci­łem jed­nak emo­cjo­nal­nie. Depre­sja wkrót­ce wró­ci­ła, a nostal­gia za moją zie­mią, tęsk­no­ta za rodzi­ną, przy­ja­ciół­mi, jedze­niem i kul­tu­rą zaczę­ły wpły­wać nawet na moje rela­cje oso­bi­ste.

To wła­śnie w tam­tym momen­cie, w lip­cu 2023 roku, posta­no­wi­łem odtwo­rzyć Cír­cu­lo. Tym razem samo­dziel­nie, tym razem na innym kon­ty­nen­cie. W mediach spo­łecz­no­ścio­wych zamie­ści­łem zapro­sze­nie do dys­ku­syj­ne­go klu­bu czy­tel­ni­cze­go pro­wa­dzo­ne­go w języ­ku hisz­pań­skim. Liczy­łem na zain­te­re­so­wa­nie kil­ku osób z pol­skiej spo­łecz­no­ści, któ­re chcia­ły­by poćwi­czyć język, i paru hisz­pań­sko­ję­zycz­nych przy­jezd­nych, któ­rzy chcie­li­by roz­ma­wiać o książ­kach. Odzew prze­szedł moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia – zgło­si­ło się ponad sto osób! Wpraw­dzie na pierw­szym spo­tka­niu zja­wi­ło się ich tro­chę mniej, ale póź­niej dołą­cza­ły nowe. Część zosta­ła na dłu­żej, z cza­sem sta­ła się przy­ja­ciół­mi, a wręcz – brat­ni­mi dusza­mi. Juan, malarz z Kolum­bii. Mario­la, kobie­ta o onie­śmie­la­ją­cej histo­rii, była dzien­ni­kar­ka i dzia­łacz­ka ruchu opo­ru w cza­sach uru­gwaj­skiej dyk­ta­tu­ry. Artu­ro, andyj­ski filo­zof, pisarz i muzyk. Krzysz­tof, naj­in­te­li­gent­niej­szy i naj­bar­dziej otwar­ty Polak, jakie­go kie­dy­kol­wiek pozna­łem. Mar­ta, uta­len­to­wa­na skrzy­pacz­ka z Kra­ko­wa. Eva, nauczy­ciel­ka hisz­pań­skie­go z Sala­man­ki. Abril, spe­cja­list­ka od mar­ke­tin­gu z Mek­sy­ku. Vanes­sa, bio­loż­ka i peda­goż­ka – rów­nież z Mek­sy­ku. Seba­sti­án, kel­ner w mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji. Luis, tajem­ni­czy poeta z Para­gwa­ju, któ­ry, o ile dobrze pamię­tam, nigdy nie ode­zwał się ani sło­wem. I wie­lu innych przy­by­szów z róż­nych zakąt­ków Pol­ski i Naszej Ame­ry­ki.

Zro­zu­mia­łem wte­dy, że histo­rie kra­kow­skich imi­gran­tów z Wene­zu­eli, Kolum­bii, Chi­le są do sie­bie bar­dzo podob­ne. To byli ludzie tacy jak ja, któ­rzy wyje­cha­li z kra­ju, żeby popra­wić swo­ją sytu­ację mate­rial­ną – i któ­rym się to uda­ło. Nie­mniej po dro­dze być może utra­ci­li coś cen­niej­sze­go: ojczy­znę, zie­mię, pewien smak życia. I ta stra­ta łama­ła ich – nas wszyst­kich – od środ­ka.

Cír­cu­lo – zna­ne w Kra­ko­wie rów­nież jako Koło Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia – powsta­ło jako klub książ­ko­wy. Czy­ta­li­śmy Edu­ar­da Hal­fo­na, Gwa­te­mal­czy­ka o pomie­sza­nych, migranc­kich korze­niach, któ­ry jest ucie­le­śnie­niem bie­gu­na z książ­ki Tokar­czuk. Czy­ta­li­śmy Bri­ce­idę Cuevas Cob, poet­kę Majów, któ­ra pisa­ła o naczy­niach i stud­niach. Czy­ta­li­śmy Rober­ta Bola­ño, Ser­gia Pito­la, Fer­nan­da del Paso. A im wię­cej czy­ta­li­śmy, tym bar­dziej umac­nia­ła się nasza wspól­no­ta. Przy­by­wa­ło coraz wię­cej uczest­ni­ków. Z Argen­ty­ny, Kuby, Hisz­pa­nii, Mek­sy­ku. Zwłasz­cza z Mek­sy­ku. Nie­któ­rzy przy­cho­dzi­li, słu­cha­li i odcho­dzi­li. Inni, począt­ko­wo nie­śmia­li, uczy­li się zabie­rać głos pod­czas dys­ku­sji. Byli tacy, któ­rzy zni­ka­li i wra­ca­li bez sło­wa. W Cír­cu­lo rodzi­ły się przy­jaź­nie, któ­re cza­sem się koń­czy­ły. Rodzi­ły się nawet miło­ści – któ­re tak­że cza­sem się koń­czy­ły. A jed­nak towa­rzy­szy­li­śmy sobie – w roz­mo­wach i w mil­cze­niu, przy kawie, któ­ra była naszym elik­si­rem. Naszym anti­do­tum na tru­ci­znę odda­le­nia.

Od ponad roku nie ma mnie w Kra­ko­wie. Ale mimo to wiem, Dro­dzy Przy­ja­cie­le, że dzie­sięć tysię­cy kilo­me­trów stąd, w mie­ście oddy­cha­ją­cym lite­ra­tu­rą, pew­na kolo­ro­wa gru­pa waga­bun­dów i tuła­czy nie­sie dalej histo­rię, któ­ra zaczę­ła się w kawiar­ni Vips w Coacal­co de Ber­rio­zábal.

Ian David Gar­cía Sán­chez

Koło Literatury i Myśli Południa

Kra­ków, 5 grud­nia 2025

Dro­gi Przy­ja­cie­lu,

wyje­chać – tego się nie robi mia­stu. Zwłasz­cza takie­mu, w któ­rym nie tyl­ko się miesz­ka­ło, lecz tak­że zosta­wi­ło coś po sobie. Koło Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia, któ­re tu zało­ży­łeś, dzia­ła nadal. Jak wcze­śniej wita nowych człon­ków i żegna tych, dla któ­rych Kra­ków oka­zał się jedy­nie chwi­lo­wym przy­stan­kiem. Czy­ta­my teraz być może wię­cej fik­cji lite­rac­kiej i poezji, pro­wa­dzi­my warsz­ta­ty, a nie­kie­dy… sami pró­bu­je­my two­rzyć wier­sze.

Tyl­ko sobie wyobraź: nie­dziel­ne popo­łu­dnie, uli­ce Kra­ko­wa zala­ne mięk­kim jesien­nym świa­tłem. Sie­dzi­my przy sto­li­ku w Nowej Pro­win­cji, jak zwy­kle gło­śnej i zatło­czo­nej. Przed nami nożycz­ki, klej, kolo­ro­we kart­ki i wycin­ki z cyta­ta­mi. Naszym zada­niem jest stwo­rzyć wiersz ze słów, któ­re daw­no – cał­kiem i nie­daw­no – napi­sa­li już inni. Zanu­rze­ni we frag­men­tach z Rober­ta Bola­ño, Alek­san­dry Pizar­nik, Alfon­si­ny Stor­ni, Nad­ii López Gar­cíi, Mar­tína Tonal­mey­otla i Nata­lie Diaz, szu­ka­my więc pasu­ją­cych wer­sów i bra­ku­ją­cych przy­im­ków. Powsta­ją utwo­ry – absur­dal­ne, zabaw­ne i oso­bi­ste – a potem wywią­zu­je się roz­mo­wa o tym, czy „wszyst­ko już zosta­ło napi­sa­ne” i czy mówi­my już tyl­ko „cudzy­mi sło­wa­mi”. A tak­że o wpły­wie, jaki mia­ła na nas poezja, i o tym, kto jest dla nas tym naj­waż­niej­szym poetą (dla więk­szo­ści będzie to prze­klę­ta Alek­san­dra – Argen­tyn­ka – Pizar­nik).

To tyl­ko jed­no ze spo­tkań twór­czych, któ­re uda­ło się nam zor­ga­ni­zo­wać. Pozwo­li­ło nam ono, choć ukry­tym za cudzy­mi sło­wa­mi, powie­dzieć coś wię­cej na temat nas samych. Były też inne warsz­ta­ty, na przy­kład te wymy­ślo­ne przez Mire­ię, Hisz­pan­kę, któ­ra na co dzień pra­cu­je z dzieć­mi. Pod­czas zajęć mie­li­śmy się wcie­lić w wylo­so­wa­ną postać – oso­bę z nie­peł­no­spraw­no­ścią, uchodź­czy­nię, rdzen­ną miesz­kan­kę Boli­wii – i opi­sać swój typo­wy dzień. Ćwi­cze­nie z empa­tii? Oczy­wi­ście. Z wyobraź­ni? Trud­no o lep­sze.

Kra­kow­skie Koło Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia powsta­ło, żeby przy­by­sze z Naszej Ame­ry­ki mogli się poczuć choć tro­chę jak w domu. Mimo to bar­dzo szyb­ko sta­ło się prze­strze­nią, w któ­rej oso­by z Euro­py zyska­ły szan­sę na posłu­cha­nie „innych” opo­wie­ści i „innych” nar­ra­cji. Na wyj­ście z pułap­ki „jed­nej histo­rii”.

To Chi­ma­man­da Ngo­zi Adi­chie uczu­li­ła nas na nie­bez­pie­czeń­stwo „a sin­gle sto­ry”. W swo­im wystą­pie­niu TED autor­ka „Ame­ry­ka­any” opo­wia­da o ryzy­ku patrze­nia na świat i innych ludzi przez pry­zmat jed­nej, naj­czę­ściej uprosz­czo­nej, opo­wie­ści. Wspo­mi­na, jak jako dziew­czyn­ka pisa­ła krót­kie opo­wia­da­nia o bia­łych nie­bie­sko­okich boha­te­rach, bo tyl­ko takie oso­by wystę­po­wa­ły w bry­tyj­skich książ­kach, w któ­rych się zaczy­ty­wa­ła. Boha­te­ro­wie małej Adi­chie raczy­li się więc piwem imbi­ro­wym i roz­ma­wia­li o pogo­dzie, mimo że w Nige­rii tego pierw­sze­go nikt nie pijał, a o tym dru­gim nie było potrze­by roz­ma­wiać. Słu­cha­jąc pisar­ki, zasta­na­wia­li­śmy się, jaką opo­wieść stwo­rzy­ła dla nas kul­tu­ra Zacho­du. Jakie miej­sce przy­pa­dło w niej Hispa­no­ame­ry­ce oraz temu obsza­ro­wi, któ­ry zwy­kło się nazy­wać Glo­bal­nym Połu­dniem?

Cír­cu­lo od począt­ku chcia­ło opo­wia­dać – i nadal opo­wia­da – histo­rię mozai­ko­wą i poli­fo­nicz­ną. Gło­sem pisar­ki Gio­van­ny Rive­ro mówi o życiu potom­ków japoń­skich emi­gran­tów i meno­ni­tów w Boli­wii. Gło­sem dra­ma­turż­ki Maria­ny Evy Pérez przy­po­mi­na o pię­ciu­set dzie­ciach upro­wa­dzo­nych i nie­le­gal­nie adop­to­wa­nych w okre­sie argen­tyń­skiej dyk­ta­tu­ry. Gło­sem toto­nac­kie­go poety Manu­ela Espi­no­sy Saino­sa upo­mi­na się o mar­gi­na­li­zo­wa­ne, wymie­ra­ją­ce języ­ki, ale rów­no­cze­śnie przy­po­mi­na, że w nahu­atl, tsot­sil czy keczua wciąż powsta­ją media, lite­ra­tu­ra, a nawet rap.

Nie uni­ka­my tema­tu prze­mo­cy: kolo­nial­nej, insty­tu­cjo­nal­nej, kul­tu­ro­wej, płcio­wej, etnicz­nej. Roz­ma­wia­my o zatru­tych rtę­cią cia­łach gór­ni­ków Poto­si, o budow­ni­czych Kana­łu Panam­skie­go, któ­rym pła­co­no według kolo­ru skó­ry („gold roll” dla bia­łych, „silver roll” dla resz­ty), o mitach szla­chet­ne­go dzi­ku­sa i kani­ba­la. Ale chce­my rów­nież mówić o opo­rze w jego naj­róż­niej­szych prze­ja­wach: okrzy­ku „¡Ya basta”!4, rewo­lu­cjach i zbroj­nych wystą­pie­niach, kul­tu­rze graf­fi­ti, o tań­cu „per­reo” i o „Cho­li­tas” – rdzen­nych boli­wij­skich wre­stler­kach.

Tę poli­fo­nię wciąż uzna­je­my za jed­ną z naj­więk­szych war­to­ści naszej wspól­no­ty. W cza­sach, w któ­rych poli­ty­cy i wszel­kiej maści inter­ne­to­wi guru wyko­rzy­stu­ją tę – skąd­inąd ludz­ką – potrze­bę pro­stej histo­rii, sta­wia­my na wie­lo­głos lite­ra­tu­ry. Uwa­ża­my, że dobre książ­ki nie zawsze wyja­śnia­ją świat, nie zawsze „oddzie­la­ją świa­tło od ciem­no­ści”. Czę­ściej uka­zu­ją rze­czy­wi­stość w jej skom­pli­ko­wa­niu, ale i uczą wytrzy­mać nie­pew­ność, dyso­nans poznaw­czy i lęk, któ­re poja­wia­ją się w kon­fron­ta­cji z tym, co nie­jed­no­znacz­ne. Dobra książ­ka – tak jak dobra roz­mo­wa – uczy nas sta­wiać pyta­nia i nie mieć racji.

Moni­ka, Pol­ska:

Bar­dzo lubię nasze spo­tka­nia. Po pierw­sze dla­te­go, że mam moż­li­wość zapo­zna­nia się z nar­ra­cja­mi inny­mi niż te domi­nu­ją­ce w świe­cie zachod­nim, a po dru­gie dla­te­go, że uda­ło się nam stwo­rzyć prze­strzeń, w któ­rej może­my swo­bod­nie wymie­niać się poglą­da­mi, uwa­ga­mi i doświad­cze­nia­mi, mimo że pocho­dzi­my z róż­nych śro­do­wisk. To dla mnie oka­zja do roz­wo­ju inte­lek­tu­al­ne­go – otwie­ra­nia now­szych szu­fla­dek i posze­rza­nia hory­zon­tów.

 

Mar­ta, Pol­ska:

Bar­dzo cenię sobie pro­fil tema­tycz­ny przy­ję­ty przez klub. Kolo­nia­lizm, post­ko­lo­nia­lizm, femi­nizm post­ko­lo­nial­ny to nie są tema­ty, któ­re były­by czę­sto poru­sza­ne poza naszy­mi spo­tka­nia­mi. Rów­nież hisz­pań­sko­ję­zycz­ne tek­sty, któ­re oma­wia­my, napi­sa­ne przez takich bada­czy, jak Rita Sega­to, Enri­que Dus­sel czy Hugo A. Rus­so, nie są powszech­nie zna­ne w Pol­sce. Dla­te­go uwa­żam nasze dys­ku­sje za nie­zwy­kle war­to­ścio­we.

 

Yulia, Białoruś/Polska:

Przez jakieś dwa lata szu­ka­łam w Kra­ko­wie miej­sca, gdzie mogła­bym roz­ma­wiać po hisz­pań­sku, ale nie tra­fi­łam na żad­ne, któ­re pro­po­no­wa­ło­by cie­ka­wą, nie­oczy­wi­stą tema­ty­kę. Ponie­waż inte­re­su­ję się lite­ra­tu­rą laty­no­ame­ry­kań­ską, odkry­cie Koła było dla mnie jak zna­le­zie­nie praw­dzi­we­go skar­bu. Każ­de spo­tka­nie przy­no­si mi radość, uśmiech, mnó­stwo inspi­ra­cji i oka­zji do roz­wo­ju.

Ale są jesz­cze inne histo­rie.

Posłu­chaj.

Mire­ia, Hisz­pa­nia:

Kie­dy decy­do­wa­łam się opu­ścić swo­je mia­stecz­ko i spró­bo­wać szczę­ścia w Pol­sce, przy­pusz­cza­łam, że będzie mi bra­ko­wać hisz­pań­skie­go jedze­nia, rodzin­nych spo­tkań i imprez na dachach budyn­ków. Ale skąd mogłam wie­dzieć, że odtąd z każ­dej księ­gar­ni będę wycho­dzić oszo­ło­mio­na obco brzmią­cy­mi tytu­ła­mi, że będę musia­ła spraw­dzać, w jakich języ­kach kina gra­ją fil­my, i że w teatrze zacznę się sku­piać na mimi­ce akto­rów, bo i tak nie rozu­miem ani sło­wa z tego, co mówią.

Dla­te­go poja­wie­nie się w moim życiu Koła Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia było nie tyl­ko zapro­sze­niem do moje­go świa­ta ksią­żek i źró­dłem nowych przy­jaź­ni, lecz tak­że począt­kiem pew­ne­go rytu­ału. Dla mnie – jako miło­śnicz­ki lite­ra­tu­ry – nasza wspól­no­ta jest schro­nie­niem, miej­scem, do któ­re­go wra­cam, gdy chcę się podzie­lić nową lek­tu­rą, gdy potrze­bu­ję reko­men­da­cji książ­ko­wej od kogoś o podob­nej wraż­li­wo­ści albo gdy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie chcę wypić kawę i poga­dać.

Te spo­tka­nia każą mi zostać w domu w piąt­ko­we wie­czo­ry, żeby prze­czy­tać coś, cze­go sama nigdy bym nie wybra­ła – a co mnie zachwy­ca. Są wymów­ką, któ­rą ser­wu­ję zna­jo­mym, gdy pro­po­nu­ją wyj­ście na mia­sto: „prze­pra­szam, nie mogę, mam Koło”. Dzię­ki nim zanu­rzy­łam się w psy­cho­ana­li­zie, byłam na pla­nie fil­mu doku­men­tal­ne­go krę­co­ne­go w Chi­le Pino­che­ta, a ostat­nio towa­rzy­szy­łam cza­row­ni­com, o któ­rych pisa­ła Silvia Fede­ri­ci.

Koło to wie­lość doświad­czeń, opo­wie­ści, miejsc odwie­dzo­nych w trak­cie naszych spo­tkań i zdań zapi­sa­nych w moim nie­bie­skim zeszy­cie. Ale jeśli mia­ła­bym okre­ślić je jed­nym sło­wem, powie­dzia­ła­bym: „przy­na­leż­ność”. A tak­że prze­strzeń, w któ­rej możesz się dzie­lić ide­ami i prze­my­śle­nia­mi z przy­ja­ciół­mi, któ­rzy cię słu­cha­ją i któ­rzy tydzień po tygo­dniu budu­ją z tobą książ­ko­wą wspól­no­tę.

 

Daniel, Kolum­bia:

Domo­we jedze­nie, rodzi­na i two­ja kot­ka – to za nimi tęsk­nisz, gdy znaj­dziesz się dale­ko od swo­je­go kra­ju. Mało kto mówi jed­nak o tym, jak bar­dzo zaczy­na ci bra­ko­wać języ­ka, w któ­rym nauczy­łeś się czy­tać i pisać, dopó­ki sam się nie prze­ko­nasz, że nie masz już w nim z kim roz­ma­wiać.

Przez pierw­sze sześć mie­się­cy po przy­jeź­dzie do Kra­ko­wa hisz­pań­skie­go uży­wa­łem tyl­ko pod­czas roz­mów z rodzi­ną i w wia­do­mo­ściach wymie­nia­nych z przy­ja­ciół­mi. W ten spo­sób, przy­tło­czo­ny tygo­dnia­mi bez słoń­ca, nie­usta­ją­cym desz­czem i sza­rym nie­bem, łado­wa­łem bate­rie.

Język hisz­pań­ski jest dla mnie domem, a więc i Koło nim jest. Wra­cam do nie­go, żeby choć przez chwi­lę poroz­ma­wiać w swo­im języ­ku, a ono przy­po­mi­na mi, że dom to coś wię­cej niż fla­ga czy tery­to­rium. Dom to sło­wa i ludzie, z któ­ry­mi się je dzie­li. Dla­te­go rozu­miem to wzru­sze­nie Maríi del Car­men Her­re­ry, kie­dy po całej nocy słu­cha­nia anglo­sa­skich prze­bo­jów Leopol­do chwy­ta gita­rę i zaczy­na śpie­wać pio­sen­ki po hisz­pań­sku5.

 

Artu­ro, Boli­wia:

Kra­ków roz­ciął mnie dwu­krot­nie – naj­pierw skal­pe­lem, potem sło­wa­mi. Nauczy­łem się pol­skie­go – wciąż się go uczę. Roz­dar­ty tęsk­no­tą, obo­la­ły od nie­zro­zu­mia­łych dekli­na­cji, odkry­łem, że rany moż­na rów­nież zszy­wać lek­tu­ra­mi. Czy­ta­łem więc, by nie umrzeć z obco­ści. By nie znik­nąć w bie­li.

Wte­dy w mediach spo­łecz­no­ścio­wych – tym baza­rze, na któ­rym moż­na kupić wszyst­ko oprócz pew­no­ści – tra­fi­łem na zapro­sze­nie. Koło Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia. Ambit­na nazwa jak na to, czym napraw­dę byli­śmy: gru­pą Laty­no­sów głod­nych ojczy­ste­go akcen­tu, roz­bit­ków czy­ta­ją­cych Juana Rul­fo, Pizar­nik, Bola­ño czy Fer­nan­da Die­za de Medi­nę. Utwier­dzi­łem się w tym, co już wie­dzia­łem: pisze się samot­nie, ale czy­ta w sta­dzie, two­rze­nie to spra­wa pry­wat­na, ale jego sens jest publicz­ny, huma­ni­zu­ją­cy. Tam­te­go roku opu­bli­ko­wa­łem swo­ją pierw­szą powieść. Wyszła kośla­wo – znak, że było w niej coś szcze­re­go.

Minę­ły trzy lata. Tu, w naszym Kole, w książ­kach wiru­ją świa­ty. Gło­sy andyj­skie – zwłasz­cza te prze­ni­ka­ją mnie aż do kości – dia­lo­gu­ją z kara­ib­ski­mi, Hisz­pa­nie uczą się o poezji mek­sy­kań­skiej, a Pola­cy zanu­rza­ją w rze­kach Julia Cor­táza­ra. Filo­zo­fia w nazwie wciąż nas prze­ra­sta – bli­żej niż do two­rze­nia dok­tryn jest nam do zada­wa­nia pytań – ale idzie­my naprzód.

Koło ma cechy tych bez­piecz­nych miejsc, w któ­rych mówi się i słu­cha bez uprze­dzeń i mimo ran. W ser­cu pol­skiej zimy czy­ta­my o tro­pi­kach. To nasza here­zja, nasz akt opo­ru: wygna­nie zamie­nić w roz­mo­wę, bli­zny w skład­nię. I iść do przo­du, zawsze iść do przo­du.

 

Ana, Hiszpania/Algieria:

Piszę te sło­wa z miej­sca tak róż­ne­go od Pol­ski, w któ­rym kil­ka dni temu spadł pierw­szy tej zimy śnieg. Błę­kit­ne nie­bo pod­kre­śla żół­tość domów Ora­nu, spo­mię­dzy któ­rych prze­bi­ja się Morze Śród­ziem­ne. W tej chwi­li z pobli­skie­go mecze­tu muez­zin wzy­wa wier­nych do modli­twy. Ale ode­rwij­my się od tej pół­noc­no­afry­kań­skiej rze­czy­wi­sto­ści, by prze­nieść się do innej, chłod­niej­szej i bar­dziej zie­lo­nej, w samym ser­cu Euro­py.

Do Kra­ko­wa przy­je­cha­łam na począt­ku 2024 roku, by tym­cza­so­wo objąć sta­no­wi­sko nauczy­ciel­ki hisz­pań­skie­go w Insty­tu­cie Cervan­te­sa. Rok z okła­dem, któ­ry spę­dzi­łam w tym mie­ście, był jed­nym z naj­lep­szych okre­sów moje­go życia. Są tyl­ko dwie rze­czy, któ­rych żału­ję.

Pierw­sza: że do spo­tkań Koła Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia nie dołą­czy­łam wcze­śniej. Począt­ko­wo – przy­zna­ję – z leni­stwa, bo choć jestem żoną filo­zo­fa, tek­sty filo­zo­ficz­ne zazwy­czaj mnie nużą. Mire­ia zachę­ca­ła wie­lo­krot­nie, ale wciąż nie byłam prze­ko­na­na.

Wszyst­ko się zmie­ni­ło, gdy pew­ne­go dnia przy­pad­ko­wo natknę­łam się na uczest­ni­ków Koła. Byli wte­dy po spo­tka­niu i wybie­ra­li się… na kara­oke. Żywio­ło­wo zapra­sza­li, żebym do nich dołą­czy­ła, opo­wia­da­li o tym, co wła­śnie czy­ta­ją (nie filo­zo­fię, lecz lite­ra­tu­rę pięk­ną!). To chy­ba mie­szan­ka ich zaraź­li­we­go entu­zja­zmu, mojej przy­ziem­nej chę­ci spo­tkań towa­rzy­skich oraz pół­e­go­istycz­na potrze­ba połą­cze­nia się z daw­ną Aną, stu­dent­ką, któ­ra uda­wa­ła inte­lek­tu­alist­kę i naj­bar­dziej na świe­cie pasjo­no­wa­ła się lite­ra­tu­rą laty­no­ame­ry­kań­ską, spra­wi­ła, że się sku­si­łam.

Dru­gą rze­czą, któ­rej żału­ję, jest to, że nie uczest­ni­czy­łam we wszyst­kich spo­tka­niach. Cza­sem nie zdą­ży­łam prze­czy­tać tek­stu i wsty­dzi­łam się przyjść nie­przy­go­to­wa­na. Filo­loż­ka, któ­ra nie ma cza­su na czy­ta­nie, kto to widział! Na szczę­ście uda­ło mi się wziąć udział w kil­ku sesjach, któ­re pozwo­li­ły mi się ode­rwać od ruty­ny praca–dom–zakupy–pies. Koło wskrze­si­ło moją miłość do czy­ta­nia i, co waż­niej­sze, pozwo­li­ło poznać wspa­nia­łe przy­ja­ciół­ki, któ­re były przy mnie w bar­dzo waż­nych momen­tach ostat­nie­go roku. Ach, gdy­bym pozna­ła je wcze­śniej!

Od trzech mie­się­cy miesz­kam w Algie­rii i szcze­rze mówiąc, nie jest mi naj­ła­twiej. Być może dla­te­go, że cały czas myślę o tym, jak bar­dzo tęsk­nię za Kra­ko­wem i naszym Kołem. Nie wiem, czy tam­te spo­tka­nia napraw­dę były tak wspa­nia­łe, czy przy­pad­kiem nie ide­ali­zu­ję ich w swo­ich wspo­mnie­niach. Pamię­tam jed­nak tam­tą atmos­fe­rę, kawiar­nia­ne ogród­ki, bul­wa­ry nad Wisłą, widok na Wawel i tam­ten entu­zjazm. Bra­ku­je mi zarów­no kame­ral­nych roz­mów, kie­dy było nas tyl­ko czwo­ro, jak i tych bar­dziej tłum­nych dys­ku­sji. Bra­ku­je mi tych momen­tów, kie­dy sło­wa dru­giej oso­by przy­wo­ły­wa­ły to, o czym kie­dyś czy­ta­łam, a co kurzy­ło się gdzieś w zakąt­kach moje­go umy­słu. Bra­ku­je mi ucze­nia się od innych. Bra­ku­je wysił­ku osób, któ­re koor­dy­no­wa­ły sesje. Bra­ku­je mi nawet moich póź­niej­szych wąt­pli­wo­ści, czy aby za dużo nie mówi­łam, czy na pew­no dawa­łam innym dojść do gło­su (psy­cho­log nazwał­by je pew­nie rumi­na­cja­mi).

Pomi­mo uczu­cia melan­cho­lii tutaj, w Ora­nie, posta­no­wi­łam ruszyć z podob­nym pro­jek­tem – klu­bem czy­tel­ni­czym poświę­co­nym powie­ści gra­ficz­nej i komik­som. Nie wiem, czy uda mi się stwo­rzyć wspól­no­tę podob­ną do tej, któ­rą pozna­łam w Kra­ko­wie, ale mam na to cichą nadzie­ję. Zacznie­my pod koniec stycz­nia, więc liczę, że nie­ba­wem będę mogła opo­wie­dzieć wię­cej o suk­ce­sach lub poraż­kach.

Takie prze­strze­nie są bar­dzo potrzeb­ne, zwłasz­cza w spo­łe­czeń­stwach, któ­re przy­zwy­cza­ja­ją nas do indy­wi­du­ali­zmu i łatwej roz­ryw­ki. Myślę tak z trzech powo­dów: po pierw­sze pozwa­la­ją mieć kon­takt z róż­ny­mi rze­czy­wi­sto­ścia­mi spo­łecz­ny­mi i kul­tu­ro­wy­mi, któ­re posze­rza­ją naszą per­spek­ty­wę. Po dru­gie sty­mu­lu­ją umie­jęt­no­ści, któ­re powo­li tra­ci­my: czy­ta­nia, kon­cen­tra­cji, kry­tycz­ne­go myśle­nia, argu­men­ta­cji i słu­cha­nia. A po trze­cie mogą – i czę­sto się tak dzie­je – prze­ro­dzić się w sie­ci wspar­cia. Takie przy­naj­mniej było moje doświad­cze­nie.

A więc, Dro­gi Przy­ja­cie­lu, Koło, któ­re tu zało­ży­łeś, nie tyl­ko nadal trwa, lecz tak­że inspi­ru­je innych do ini­cjo­wa­nia podob­nych wspól­not. Dla każ­de­go z nas jest ono czymś innym: dla jed­nych począt­kiem wypra­wy, dla dru­gich – powro­tem do domu. A dla wszyst­kich spo­tka­niem z Innym, któ­re – znów Sar­tre – jest spo­tka­niem z samym sobą w Innym.

Gdy pisze­my te sło­wa, za naszy­mi gra­ni­ca­mi trwa dra­mat woj­ny i dra­mat uchodź­ców. USA pod wodzą Donal­da Trum­pa być może szy­ku­je się do zbroj­nej inter­wen­cji w Wene­zu­eli. Gaza i Sudan wykrwa­wia­ją się i gło­du­ją. Ludziom takim jak my coraz trud­niej jest wie­rzyć, że czy­ta­niem, myśle­niem i pisa­niem da się coś zmie­nić. Ale mimo to po coś przy­cho­dzi­my na te spo­tka­nia. Być może są one naszą odpo­wie­dzią – jedy­ną, jaką mamy – na cha­os świa­ta, któ­ry łatwiej znieść we wspól­no­cie.

Twoi przy­ja­cie­le z Koła Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia

Moni­ka Kucab
koor­dy­na­tor­ka KLiMP w Kra­ko­wie

Moni­ka Koze­ra

Mar­ta Lizak

Yulia Golu­be­va

Mire­ia Mar­tin Car­ra­sco

Daniel M

Artu­ro Ser­gio Ter­ra­zas Jiménez

i inni

*

Już po napi­sa­niu tego tek­stu z Mek­sy­ku przy­szła wia­do­mość:

Dro­dzy Przy­ja­cie­le,

z rado­ścią infor­mu­ję Was, że tutej­sze Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur praw­do­po­dob­nie wzno­wi dzia­łal­ność. W tym roku na UNAM uczest­ni­czę w semi­na­rium filo­zo­fii laty­no­ame­ry­kań­skiej, któ­re pro­wa­dzi dok­tor Mario Magal­lón Anaya, filo­zof, uczeń José Gaosa, Bolíva­ra Eche­ver­ríi i Adol­fa Sán­che­za Vázqu­eza. Dok­tor Anaya to inte­lek­tu­ali­sta, któ­ry od 1968 roku wspie­ra mło­dych ludzi z Mek­sy­ku i Naszej Ame­ry­ki w ich opo­rze. Teraz to nas pro­wa­dzi i nam towa­rzy­szy. Jesz­cze w tym roku pla­nu­ję zło­żyć wnio­sek do CIALC6, żeby włą­czyć Cír­cu­lo do pro­gra­mu wspie­ra­nia dzia­łal­no­ści sek­to­ra kul­tu­ry Mek­sy­ku. Dzię­ki temu mogli­by­śmy roz­po­cząć dia­log Meksyk–Polska, któ­ry wzmoc­nił­by naszą wspól­no­tę.

O wszyst­kim będę Was infor­mo­wał.

Ian

*

Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur / Koło Lite­ra­tu­ry i Myśli Połu­dnia dzia­ła w Kra­ko­wie od lip­ca 2023 roku. Pro­fil tema­tycz­ny gru­py obej­mu­je kolo­nia­lizm, post­ko­lo­nia­lizm, femi­nizm post­ko­lo­nial­ny, lite­ra­tu­rę Ame­ry­ki Połu­dnio­wej, Mek­sy­ku i tak zwa­ne­go Glo­bal­ne­go Połu­dnia. Koło jest tak­że miej­scem, w któ­rym człon­ko­wie mogą zapre­zen­to­wać wła­sną twór­czość lite­rac­ką, tek­sty publi­cy­stycz­ne i aka­de­mic­kie. W 2024 roku zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy 1. Spo­tka­nie Poetów Laty­no­ame­ry­kań­skich w Kra­ko­wie.

Zapra­sza­my na spo­tka­nia w sobo­ty w kra­kow­skich kawiar­niach lub na świe­żym powie­trzu. Roz­ma­wia­my w języ­ku hisz­pań­skim. Dla kom­for­tu uczest­ni­ków mini­mal­ny reko­men­do­wa­ny poziom zna­jo­mo­ści języ­ka to B2.

Wię­cej infor­ma­cji:
Face­bo­ok: Cír­cu­lo de Lite­ra­tu­ra y Filo­so­fías del Sur.
Insta­gram: cir­cu­lo­del­sur­cra­co­via.

 

1 Tłu­ma­cze­nie tek­stów z języ­ka hisz­pań­skie­go: Moni­ka Kucab.

2 Stan Mek­syk jest jed­nym z trzy­dzie­stu dwóch pod­mio­tów admi­ni­stra­cyj­nych Mek­sy­ku. To obszar sil­nie zur­ba­ni­zo­wa­ny, o struk­tu­rze typo­wej konur­ba­cji. Nale­ży go odróż­nić od Ciu­dad de Mexi­co (CDMX, pol. Mek­syk) – sto­li­cy pań­stwa (przy­pi­sy pocho­dzą od tłu­macz­ki).

3 W kon­tek­ście mek­sy­kań­skim i połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skim ter­min ten odno­si się do zja­wi­ska tak zwa­nych wymu­szo­nych zagi­nięć. Ofia­ry tego typu prze­stępstw są pory­wa­ne, a ich los przez dłu­gie lata – nie­kie­dy już na zawsze – pozo­sta­je nie­zna­ny. Za tymi zagi­nię­cia­mi sta­ły dyk­ta­tu­ry woj­sko­we, współ­cze­śnie nato­miast za tego rodza­ju porwa­nia odpo­wia­da­ją orga­ny pań­stwo­we, prze­stęp­cy, gan­gi i kar­te­le nar­ko­ty­ko­we.

4 Hiszp. „Już dosyć!” – zawo­ła­nie Zapa­ty­stow­skiej Armii Wyzwo­le­nia Naro­do­we­go, któ­re w 1994 roku w mek­sy­kań­skim sta­nie Chia­pas zapo­cząt­ko­wa­ło powsta­nie w obro­nie rol­ni­ków i rdzen­nej lud­no­ści.

5 Nawią­za­nie do powie­ści ¡Que viva la músi­ca! kolum­bij­skie­go pisa­rza Andrésa Caice­do.

6 Cen­tro de Inve­sti­ga­cio­nes sobre Améri­ca Lati­na y el Cari­be przy Uni­ver­si­dad Nacio­nal Autó­no­ma de Méxi­co.

Fallback Avatar

– magister (Uniwersytet w Guanajuato) i doktorant filozofii na Narodowym Uniwersytecie Autonomicznym Meksyku (UNAM).

więcej →

Monika Kucab

– redaktorka, korektorka, menedżerka projektów wydawniczych.

więcej →