Dominika Gracz-Moskwa: W marcu zeszłego roku środowisko komiksowe obiegła niezwykle smutna wiadomość – po dwunastu edycjach Złotych Kurczaków, najważniejszej polskiej imprezy poświęconej stricte komiksowi niezależnemu oraz idei DIY, festiwal z woli pomysłodawcy i głównego organizatora, Filipa „Fila” Wiśniowskiego, kończy swój żywot. A ponieważ natura nie znosi próżni, niedługo później dowiedzieliśmy się, że Złote Kurczaki zostaną zastąpione przez nową imprezę: Podziemne Kocury, jednodniowy event o tym samym charakterze – dotyczący zinów, organizowany w tym samym miejscu we Wrocławiu, w tym samym czasie, czyli w lutym. W ramach tego festiwalu również wręczone zostaną nagrody. Ostatecznie bowiem za Podziemnymi Kocurami w dużej mierze stoi ekipa związana z poprzednią imprezą. Zapytam więc na początek: czy Złote Kurczaki nie mogły pozostać Złotymi Kurczakami? A może nie chcieliście już działać pod tym szyldem?
Marta Falkowska: Złote Kurczaki nie mogły zostać Złotymi Kurczakami, ponieważ były ściśle związane z IP ich ojca założyciela – Filipa „Fila” Wiśniowskiego. Po dwunastu latach dzielnego działania na rzecz komiksu niezależnego Fil i Kurczak Radek, maskotka imprezy, udali się na zasłużoną emeryturę. Fil jasno zaznaczył, że cała jego autorska identyfikacja wizualna, z której do tamtej pory znana była wrocławska impreza, odchodzi razem z nim. Dodał, że nie chce, żeby „bazgrollowe” postacie były wykorzystywane w projektach, których nie jest częścią. Nie pozostało nam nic innego, jak uszanować jego decyzję. O wszystkim dowiedzieliśmy się przed oficjalnym pożegnaniem, mieliśmy więc chwilę na uporządkowanie emocji. Kiedy już otrząsnęliśmy się z pierwszego szoku i spokojnie przegadaliśmy sytuację, zdecydowaliśmy się kultywować tradycję święta komiksu niezależnego we Wrocławiu – w znanym formacie, pod względem komunikacyjnym budowaną jednak od nowa.
Skąd nazwa Podziemne Kocury?
Nazwa jest wynikiem długiej debaty toczącej się w drugim kwartale zeszłego roku. Zależało nam na uchwyceniu ducha imprezy, ale bez zbędnego popadania w patetyzm i nazwy już utarte. Miało być luźno i mieliśmy wyróżniać się na komiksowej mapie Polski. Nazwanie duchowego spadkobiercy Złotych Kurczaków po prostu Wrocławskim Festiwalem Komiksów Niezależnych w ogóle nie wchodziło w grę. Na stole znalazło się ponad trzydzieści propozycji, z których ostatecznie wyłoniły się Podziemne Kocury. „Podziemne” ze względu na charakter komiksu niezależnego – jego undergroundowość i buntowniczą przeszłość. „Kocury” natomiast, ponieważ kocia natura jest bardzo podobna do natury publikacji tworzonych samodzielnie – wybór własnych ścieżek, obojętność na poklask, wymykanie się schematom i zdolność do nieustannego zaskakiwania. Poza tym koty są super.
Czy komiks niezależny w Polsce 2026 roku jest nadal undergroundem?
Chwila nieuwagi z mojej strony i już – kij w mrowisko! Można byłoby gorzko zażartować, że KAŻDY komiks w Polsce 2026 roku nadal jest undergroundem, żarty jednak na bok.
Moim zdaniem – cały czas tak, komiks niezależny jest undergroundem, ale innego typu niż na początku swojej historii, zredefiniowanym. Polski rynek komiksowy znajduje się obecnie w niezwykle interesującym miejscu. Publikacje tworzone w duchu DIY dogoniły jakościowo te znajdujące się w ofercie wydawnictw. Granica między „mainstreamowym” a „niezależnym” nawet się nie zaciera – ona zanika na naszych oczach.
Cienki papier został już dawno zamieniony na starannie dobrane, szlachetniejsze odpowiedniki, a domowa drukarka – na profesjonalną drukarnię.
Nakłady są bardzo zbliżone do standardów wyznaczonych przez „pełnoprawne” wydawnictwa. Kampanie crowdfundingowe stanowią doskonałe źródło finansowania, a social media zapewniają prosty sposób promocji. Najwięcej czasu i energii zajmuje dystrybucja. Co można określić obecnie mianem „undergroundu”, co jest „indie”, co „niezalem”, a co już nie, to cyklicznie powracająca dyskusja, rozpalająca trzewia, w której każda osoba ma trochę inne zdanie. Wszyscy są jednak zgodni: nie było do tej pory przyjaźniejszych okoliczności do samowydawania swoich publikacji.
Aż kusi, żeby zadać pytanie – i teraz to ja będę się drażnić patykiem z owadami – czy osobom, które chciałyby tworzyć komiksy w tak sprzyjających warunkach, potrzebny jest pośrednik w postaci wydawcy?
To rzeczywiście jest dyskusja na inną okazję, wróćmy więc do festiwalu. Kto stoi za Podziemnymi Kocurami? Wiemy, że w dużej mierze festiwal organizuje kurczakowa ekipa, ale czy w zespole pojawiły się jakieś nowe twarze?
Mamy wsparcie Stowarzyszenia Gildia Organizatorów, które było również obecne podczas ostatniej edycji Złotych Kurczaków. W tym sezonie festiwalowym wspierają nas między innymi Asia Kubizna, Ola Przystaś oraz Maciek Kozieł.
Rzucę jednak śmiało stwierdzenie, że oprócz kocurowego kolektywu i stowarzyszenia imprezę tworzy środowisko. Bez wsparcia na Zrzutce, bez podawania wiadomości dalej, czy to pocztą pantoflową, czy przez nasze sociale, bez tak serdecznego i szczerego kibicowania naszej inicjatywie nie udałoby się nam zajść daleko, nawet gdybyśmy mieli najlepszą ekipę organizacyjną na świecie.
Czy ta zmiana identyfikacyjna niesie ze sobą coś jeszcze? Czy zależy wam na nieco innym rozłożeniu akcentów? Planujecie uzupełnić program o nowe elementy?
Tak. Na bieżąco wynotowujemy nasze uwagi i pomysły, zastanawiamy się, co można byłoby ulepszyć bądź zmodyfikować. Proces zmian przypomina jednak trochę wchodzenie do bardzo zimnej wody – zanurzasz się stopniowo, krok po kroku. Dlatego przy pierwszej edycji Podziemnych Kocurów działamy w miarę bezpiecznie – wykorzystujemy sprawdzony format, organizujemy festiwal w Barbarze, siedzibie Wrocławskiego Instytutu Kultury, miejscu doskonale znanym entuzjastkom i entuzjastom komiksu niezależnego. Będzie można jednak zauważyć różnice między pierwszą a na przykład piątą edycją festiwalu.
A więc puść, proszę, wodze fantazji: Podziemne Kocury za pięć lat. Gdyby wszystko ułożyło się po waszej myśli, to jak ta impreza mogłaby wyglądać w przyszłości?
Przede wszystkim nie musielibyśmy martwić się o pieniądze i cały czas polegać na wsparciu środowiska. Liczymy na to, że uda się nam dostać dotację od miasta. Większy budżet pozwoliłby nam na zmianę miejsca, w którym odbywa się impreza, najlepiej na większe, żebyśmy mieli możliwość pomieszczenia wszystkich osób zgłaszających się na giełdę. Barbara jest fantastycznie zlokalizowana, ale stosunkowo niewielka. Selekcja strefy targowej w tym roku była kilkudniową walką. Poza tym rośniemy w siłę, nawiązujemy nowe współprace, zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Komiks niezależny cały czas kwitnie, zachęcając do medium coraz to nowe osoby, a my stajemy się – może! – jednym z najważniejszych punktów na kulturalnej mapie Polski.
Czy z perspektywy organizatorów widzicie Podziemne Kocury jako potencjalny event dwudniowy?
Imprezy odbywające się przez cały weekend mają to do siebie, że w niedzielę już widać mocne wygaszanie wśród odwiedzających. Chyba jedynym festiwalem w Polsce, który potrafi utrzymać w miarę stały poziom ruchu, jest Pyrkon, ale wiadomo, że to zupełnie inny kaliber i rodzaj imprezy, a także trochę inna grupa odbiorcza.
Dlatego skupiamy się na jednym dniu – nasyconym atrakcjami, z wielką kulminacją w postaci gali i uhonorowania najlepszych z najlepszych statuetką Podziemnego Kocura. Projekt tej statuetki wykonał dla nas Maciej Łazowski.
Korzystamy jednak z nauk mędrców z przeszłości i nigdy nie mówimy nigdy.
Marto, od lat działasz w „niezalu”, stoisz chociażby u steru chyba najważniejszej antologii komiksów niezależnych, czyli Warchlaków, ale pracowałaś także przy ostatnich edycjach Złotych Kurczaków. Co było dla ciebie największym wyzwaniem związanym ze zmianą, z organizacją nowego festiwalu?
Po pierwsze: dziękuję, szalenie mi miło, i myślę, że Basi Okrasie i Jerzemu Łanuszewskiemu, którzy zdecydowali się przekazać mi ten ster, również.
Po drugie: trudno mi powiedzieć. Złote Kurczaki były dla mnie, osoby pracującej kreatywnie i chcącej robić komiksy, przestrzenią bardzo ważną. Tam poznałam osoby, które powoli zaczęły wciągać mnie do środowiska komiksowego, tam stawiałam swoje pierwsze kroki jako wystawczyni. Jako organizatorka byłam jednak z festiwalem zaledwie rok, więc kiedy już opuścił mnie smutek, nieodłączny towarzysz końca, poczułam ekscytację i ciekawość, które zazwyczaj czuję przed rozpoczęciem nowego projektu.
Ogłaszając nową imprezę, martwiliście się, jaki będzie jej odbiór? Złote Kurczaki zyskały renomę, przywiązanie do nazwy eventu było – i pewnie z perspektywy wielu osób już zawsze będzie, ponieważ to kawał „niezalowej” historii – ogromne.
Nikt nigdy nie zdoła podważyć (i niech tylko spróbuje!) ilości dobra, jaką zrobiły dla komiksu Złote Kurczaki. Będę jedną z tych wielu osób, bo, tak jak już wspomniałam wcześniej, festiwal był dla mnie szalenie ważną przestrzenią.
Co do odbioru: owszem, były lekkie obawy. Osobiście bałam się ostracyzmu i obwinienia nas, kocurowego kolektywu, o koniec Kurczaków. Do tej pory przebiega mnie od czasu do czasu ostrzegawczy dreszcz, ponieważ może gdzieś bulgocze, a my po prostu tego nie widzimy?
Wsparcie i zainteresowanie Podziemnymi Kocurami przeszło jednak nasze najśmielsze wyobrażenia, więc chyba możemy pozwolić sobie na w miarę spokojny sen.
Takim sprawdzianem zainteresowania w środowisku była z pewnością zbiórka – podobnie jak wiele innych inicjatyw okołokomiksowych, również Podziemne Kocury istnieją głównie dzięki pracy pro bono i szczodrości wspierających. Zbieraliście środki na dojazdy i noclegi gości, na nagrody dla laureatów, na projekt nowej statuetki (wcześniej był to właśnie Złoty Kurczak). Znacznie przekroczyliście docelową kwotę – udało się wam zebrać ponad siedemnaście tysięcy złotych przy zakładanych dziesięciu tysiącach. Trudno o bardziej namacalny wyraz zaufania społeczności. Czy odetchnęliście z ulgą, gdy udało wam się uzyskać potrzebną sumę pieniędzy?
Oczywiście, osiągnięcie celu zbiórki sprawiło, że odetchnęliśmy z ulgą, ostateczny wynik zwalił nas jednak z nóg. Dzięki tej kwocie możemy pokryć wszystkie koszty przejazdów naszych gościń i gości, zapewnić im noclegi, sfinansować nagrody, a także pozwolić sobie na dodatkowe materiały drukowane.
Wiemy, że tego typu festiwal, skupiony na publikacjach niezależnych i umożliwiający przyznanie nagród ich twórcom, jest potrzebny, ale tak jak wspomniałam już wcześniej: imprezę tworzy głównie środowisko. Jesteśmy poruszeni okazanym nam zaufaniem i wsparciem, pragnę za nie podziękować w imieniu całego kolektywu Podziemnych Kocurów.
Zainteresowaniem cieszyły się również nabór do strefy targowej i zgłoszenia do nagród – jak to wygląda w liczbach? Czym się kierowaliście, podejmując decyzję w przypadku tych pierwszych, a czego możemy się spodziewać w przypadku tych drugich?
Na giełdę zgłosiło się sto sześć stoisk, do konkursu na najlepszą publikację napłynęły trzysta czterdzieści cztery zgłoszenia.
Budowanie giełdy zaś było istną katorgą. Barbara może pomieścić maksymalnie sześćdziesiąt siedem stoisk, tymczasem wszystkie nadesłane zgłoszenia były fantastyczne, większość została przygotowana z ogromną starannością. Pojawiło się także sporo nowych osób. Musieliśmy wybierać, więc na pierwszym miejscu postawiliśmy osoby twórcze, mające w swojej ofercie komiksy i szykujące premiery na festiwal, a mimo to część komiksowych stoisk nie znalazła się na liście przyjętych.
Czego natomiast można spodziewać się w przypadku nagród? Sama nie wiem. Nominacje, a później także laureaci i laureatki są zawsze dużą niespodzianką.
Przypominam, że to nie my, kocurowy kolektyw, nominujemy i wybieramy zwycięzców. Odpowiedzialne są za to kolejno: grono selektorskie, składające się z pięćdziesięciu osób, oraz, choć to już na ostatnim etapie, pięcioosobowe jury.
W trzydziestym drugim numerze „Zeszytów Komiksowych”, którego tematem głównym były ziny, Michał Traczyk w otwierającym tekście (obok tekstu Krzysztofa Lichtblaua) pisał o znaczeniu, jakie dla zinów ma nienadawanie im numerów ISBN ani ISSN, czyli de facto sytuowanie ich poza systemem. Wskazywał, że obecnie funkcjonujemy raczej w epoce postzinów, w której terminem „zin” określamy właściwie każde wydawnictwo broszurowe. Złote Kurczaki długo broniły się przed numerem ISBN, ale ostatecznie zaczęły dopuszczać takie publikacje do konkursu, tak samo jest w przypadku Podziemnych Kocurów. Czy rozróżnienie na komiks z ISBN i bez ISBN ma dzisiaj jeszcze jakieś znaczenie? Co jest dla ciebie elementem definiującym zin?
Nie, rozróżnienie na komiks z ISBN lub bez ISBN obecnie nie ma już żadnego znaczenia.
Być może głupio się przyznać, ale posługuję się nazwą „zin” nie tylko w odniesieniu do wydań broszurowych, lecz czasem także do grubych antologii. Tutaj sprawa ma się podobnie jak w przypadku „undergroundu” i „niezalu” – ile osób, tyle definicji. Znam osoby, które zinem nazywają jedynie małe, niskonakładowe zeszyty sprzedawane „z plecaka”. Znam osoby, które stosują to określenie wyłącznie w stosunku do pozycji zawierających publicystykę i komiksy. Dla mnie osobiście zin stanowi niekomercyjną publikację, wydawaną własnym sumptem, której treści łączy jeden temat przewodni. Najważniejsze jest tutaj dla mnie samowydawnictwo.
Na przykład najnowszego Produktu, wydanego w tamtym roku nakładem Kultury Gniewu, nie nazwałabym nigdy zinem.
Chciałabym zapytać o jeszcze jeden punkt regulaminu: „Prace stworzone z wykorzystaniem AI zostaną automatycznie odrzucone, a autorzy takich komiksów dożywotnio zdyskwalifikowani”. To dość jasna deklaracja. W jaki sposób jako organizatorzy możecie w ogóle weryfikować, czy komiks powstał z wykorzystaniem AI? Wiemy, że narzędzia służące do weryfikacji są zawodne. Drugą kwestią jest fakt, że o ile na poziomie obrazu udział AI jest często zauważalny, o tyle trudniej tego rodzaju ocenie poddać warstwę tekstową – scenariusz, dialogi. Na czym opieraliście swoją decyzję i czy takie prace również zostały nadesłane na konkurs? I w końcu: czy wyobrażasz sobie, żeby w przyszłości ten punkt regulaminu znikł lub żeby jego brzmienie zostało złagodzone?
Od razu musimy podkreślić, ponieważ to nie jest moje pierwsze „rodeo”, a świat wypełniony jest czepialskimi cwaniakami, że przez AI rozumiemy tutaj wykorzystywanie dużych modeli językowych, zbudowanych na nieetycznie pozyskanych danych, generujących obrazy i teksty.
Bardzo dobre pytanie. O ile na poziomie obrazu można (jeszcze) zweryfikować, czy był generowany czy nie, to w przypadku tekstu, na dodatek przetworzonego przez narrację wizualną, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Liczymy na uczciwość zgłaszających i na lenistwo fanów AI. Chyba jeszcze przez chwilę możemy być spokojni, bo w środowisku panuje dość zgodna niechęć do generowanych treści. Bardzo możliwe jednak, że w przyszłości będziemy musieli pójść śladem organizatorów konkursów artystycznych, którzy proszą o przesłanie wraz ze zgłoszeniem plików źródłowych lub ich screenów.
Wiem, że są osoby, które w kwestii dużych modeli językowych próbują ustawić się gdzieś pośrodku, łagodzić każdą dyskusję, mówiąc: „generatory mogą być dobrym narzędziem”. Dla mnie jednak nie ma miejsca na obecną formę AI nie tylko w świecie kreatywnym, ale na świecie w ogóle. Złagodzenie lub usunięcie tego punktu regulaminu byłoby równoznaczne z moim odejściem z Podziemnych Kocurów.
Złote Kurczaki były siłą, która w ogromnej mierze przyczyniła się do zwiększenia zainteresowania komiksem niezależnym w Polsce. Z jednej strony festiwal przyciągał nowych odbiorców i twórców, z drugiej – pozwolił wyprowadzić „niezal” z metaforycznego podziemia i oglądać wydawnictwa niezależne w blasku reflektorów. Jaką rolę w tym kontekście mają dzisiaj odgrywać Podziemne Kocury? Czego potrzeba tej części komiksowego poletka?
Przede wszystkim chcemy dalej promować komiks niezależny, nagradzać osoby tworzące poza „głównym nurtem”, wspierać rozwój środowiska, dawać przestrzeń do edukacji i rozwoju artystycznego. Bardzo zależy nam również na budowaniu relacji z festiwalami komiksowymi odbywającymi się w innych krajach i ze skupionymi wokół tych eventów osobami. Już przecieramy pierwsze szlaki – w tym roku będziemy gościć artystów z Berlina, związanych po części z odbywającym się tam w maju Comic Invasion Berlin.
Jak dzisiaj oceniasz scenę komiksu niezależnego w Polsce? Co w niej lubisz, czego ci brakuje, za czym nie tęsknisz, kogo czytasz?
Scena komiksu niezależnego w Polsce jest przebogata i fantastyczna. Gdyby występowała przed jury, wszyscy powinni zgodnie podnieść w górę tabliczki z numerem dziesięć i rzucić jakimś bon motem. Jestem po roku bardzo intensywnego jeżdżenia po festiwalach. Udało mi się odwiedzić łącznie cztery wydarzenia zagraniczne i śmiało mogę stwierdzić, że polska scena nie ma się czego wstydzić. Jest na takim etapie, że zagraniczni organizatorzy spokojnie mogliby się od niej uczyć. Lubię w niej to, ile poczucia przynależności mi daje, i to, jak dobrze czuję się wśród ludzi, z którymi łączy mnie nie dość, że relacja oparta na sympatii, to jeszcze wspólna pasja. Cały czas nie wiem, czym sobie zasłużyłam na towarzystwo tylu wspaniałych i zdolnych osób. Lubię to, że jest tak różnorodnym organizmem. Lubię to, że osoby zajmujące się komiksami i wydające je własnym sumptem wypełniają lukę, która od dawna doskwierała mi na polskim rynku. Tworzą zeszytowe serie, do których można się przywiązać i z przyjemną ekscytacją wyczekiwać kolejnych numerów.
Lubię to, jak bardzo „papierowa” scena komiksowa przenika się i uzupełnia z komiksem internetowym.
Brakuje mi większego zewnętrznego wsparcia, które przynajmniej częściowo mogłoby pomóc osobom twórczym skupić się na swoich projektach.
Czy jest coś, za czym tęsknię? Ostatnio zdałam sobie sprawę, że tęsknię za „starymi” social mediami: pełniły funkcję, którą mają w nazwie – wspomagały budowanie społeczności. To tam rozpoczynały się wszystkie soczyste dyskusje, kontynuowane potem na żywo, i to tam poznałam większość osób, z którymi mam kontakt do dziś. Obecnie czuję głównie zmęczenie platformami – jestem zirytowana nieustannymi reklamami, powtarzającymi się i wygenerowanymi treściami.
Jeżeli chodzi o lektury, staram się czytać wszystko, co jest bardzo trudne, bo z roku na rok pojawia się coraz więcej publikacji i czasem trudno za nimi nadążyć. Z miłą chęcią wracam do tego, co wyszło spod ręki Marianny Strychowskiej, do zinków kth., do Beletrystyki Roberta Sienickiego albo do polskich webkomiksów. Jest tego całkiem sporo i nie wystarczyłoby mi czasu na wymienienie całej listy. Od kilku dni w mojej głowie jednak siedzą trzy komiksy, na które chciałabym zwrócić szczególną uwagę. Pierwszym jest Krysia i co cztery gobliny to nie jeden autorstwa Sinsitry; przezabawna przygodówka, polecam, szczególnie jeżeli ktoś chciałby obdarować znajome dzieciaki. Drugi to debiut – Nora autorstwa Agaty Kwiatkowskiej, komiks opowiadający o działaniach Wilczyc, kolektywu działającego na rzecz ochrony Puszczy Karpackiej. Trzecim jest natomiast chyba mój ulubiony komiks niezależny zeszłego roku – Droga Jodie… ze scenariuszem Kajetana Kusiny i rysunkami Falauke.
Kultura zinowa jest mocno osadzona w materialności. Papier ponad wszystko, w dodatku bardzo często jest to papier ręcznie cięty, ręcznie zszywany, zapełniony odręcznym pismem, nawet jeśli to „tylko” numer zakupionego egzemplarza. W zinach, które kupuję, mam nie wyłącznie same wrysy, autografy czy odbite pieczątki, ale czasem też zdjęcia, naklejki, zasuszone rośliny i torebki z nasionami kwiatów. Na papier często trafiają również komiksy internetowe. Skąd w nas taka potrzeba obcowania z wydaniem papierowym i czy to tylko skłonność do kolekcjonowania?
Medium komiksowe daje dużo możliwości, a jeżeli przybiera ono formę fizyczną, można eksperymentować do woli. Wklejki, zasuszone rośliny, o których wspomniałaś, rozkładówki, wkładki, dorysowane odręcznie kadry, sypiący się na czytelników brokat – w przypadku samowydawnictwa ograniczeniami są jedynie wyobraźnia i cierpliwość, ta druga pozwala na ręczne powtórzenie tego samego zabiegu w założonej liczbie egzemplarzy. Obecnie wszystkie te eksperymentalne elementy najbardziej odróżniają „niezal” od oferty wydawniczej. Jedyną podobną pozycją, która przychodzi mi do głowy, bawiącą się formą komiksu właśnie w taki sposób, a opublikowaną przez wydawnictwo, jest Maczużnik Michała Rzecznika i Daniela Gutowskiego – możemy tu znaleźć wklejane kartki z życzeniami.
Papier jest cały czas pewnym rodzajem gratyfikacji. Fizyczność głośno mówi o ilości włożonej w komiks pracy. Położenie komiksu na półce lub wręczenie egzemplarza bliskiej osobie budzi o wiele więcej pozytywnych emocji niż przesłanie linku do dysku lub strony internetowej. Wbrew pozorom sposób wydania wpływa także na nasz odbiór. Wybór papieru, rodzaj oprawy, sposób złożenia – wszystko to ma znaczenie. Dodatkowo, gdy masz już swój egzemplarz, możesz go spersonalizować, poprosić o autorski wrys lub autograf. Komiks, oprócz tego, że zyskuje na wyjątkowości, staje się również bardziej „twój” jako przedmiot.
Czy jest w tym jakiś pociąg do kolekcjonerstwa? Na pewno. Dla mnie te publikacje są jednak przede wszystkim wyjątkowo piękne, a nie od dziś wiadomo, że obcowanie z przedmiotami pięknymi i wyjątkowymi przyjemnie „głaszcze w mózg”.
Pamiętam moją rozmowę o zinach z Piotrem Marcem. Zahaczyliśmy o kwestię kolekcjonowania, Piotr wspomniał wtedy o pewnej pułapce handlu i stawania się towarem; przeciwstawił temu możliwości, jakie daje „niezal” w przestrzeni kształtowania społeczności. „Powinniśmy kserować i [powinniśmy – red.] budować społeczności wokół naszych kserówek” – powiedział. Jaką społecznością jest dzisiaj ta skupiona wokół komiksu niezależnego?
Unikanie statusu towaru to, niestety, codzienna walka w dobie późnego kapitalizmu. Z kolei społeczność skupiona wokół komiksu niezależnego, przynajmniej w moim odczuciu, jest niezwykle otwarta i wspierająca. Przez lata działania Złotych Kurczaków udało się zbudować silną wspólnotę, która potrafi działać kolektywnie, bez niezdrowej rywalizacji. Bardziej doświadczone osoby wprowadzają debiutantów, często pomagają im stawiać pierwsze kroki w świecie komiksu. Nieważne, czy potrzebna jest redakcja, korekta, skład czy konsultacja – zawsze znajdzie się pomocna dłoń. Uwielbiam tę bezinteresowność środowiska. Przez lata sporo mnie ono nauczyło i dzisiaj za każdym razem, kiedy zanurzam się w festiwalowy gwar, prowadzę rozmowy, polecam komiksy, widzę znajome twarze, czuję głęboką wdzięczność za to, że mogę być jego częścią.
