Przełęcz Kira Bułyczowa, socjologiczne science fiction o relacjach międzyludzkich w sytuacji kryzysowej, powraca we wznowieniu (Stalker Books, 2024), by porwać kolejne pokolenia. To fascynująca książka będąca hołdem dla człowieka i jego dokonań cywilizacyjnych, opowiadająca o nadziei, która umiera jako ostatnia.
To także powieść postapokaliptyczna, choć nietypowa, ponieważ katastrofa nie dotyczy w niej świata jako takiego, tragedia ma tu zgoła inny wymiar. Historia zaczyna się intrygująco. Przyglądamy się zmaganiom mieszkańców pewnej osady usytuowanej gdzieś na odludziu. Członkowie grupy zbierają w lesie grzyby, unikają drapieżnych zwierząt, a wieczorami, gdy siedzą w swoich prymitywnych chatkach, marzą o rowerach i samolotach. O co tu chodzi? Z początku czytelnik może być nieco zdezorientowany (albo zaintrygowany), gdyż choć wszystko wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Na myśl przychodzi jakaś alternatywna rzeczywistość, ale to nie do końca tak.
Bohaterowie to rzeczywiście Ziemianie, tyle że są tu ukazani jako rozbitkowie na bezludnej wyspie, a raczej bezludnej planecie. Ich statek „Polus” uległ awarii i rozbił się w górach. Załoga cudem wydostała się z niegościnnych, skutych lodem gór i dotarła do nizin. Przetrwała w niezwykle trudnych warunkach – dzięki założeniu prymitywnej osady. Lata mijają, osada nadal istnieje, ale jej skład jest coraz bardziej okrojony. Okrojony i odmieniony, bo część załogi, która urodziła się na Ziemi, umiera, a część błękitną planetę zna jedynie z opowieści.
I tu dochodzimy do zasadniczego problemu poruszonego w tej książce. „Stara” załoga „Polusa” usiłuje po prostu przeżyć, ale oprócz tego robi wszystko, by młodzi nie osunęli się w prymitywizm. Za punkt honoru bierze to, by świat, w którym się wychowała, mimo wszystko przetrwał w umysłach potomków. By nie zaprzepaścić szansy na życie wśród zdobyczy cywilizacji. Aby ów potencjał nie został zmarnowany, ktoś musi wrócić na statek i naprawić system łączności.
Tytułowa przełęcz jest więc swoistą granicą. Jeśli uda się ją pokonać i dotrzeć do statku, człowiek zwycięży. Starzy jednak nie są w stanie tam dojść, mimo że próbują, młodzi z kolei, choć mają na to siłę, nie wiedzą, jak obsłużyć maszynę. Pokonać przełęcz, zrozumieć statek – to pokonać ludzkie ułomności. Walka, co oczywiste, zostaje podjęta. Zaniechanie jej wydaje się katastrofą. I w tym sensie możemy mówić o Przełęczy jako o powieści postapo. Możemy, ponieważ w toku lektury tej książki zadajemy sobie pytanie, które pada właściwie zawsze w powieściach tego typu: kim staniemy się w świecie „po”? Nowe pokolenie, które nie ma prawa pamiętać Ziemi, szybko się zmienia, degraduje. Starzy o tym wiedzą, młodzi jedynie to przeczuwają: jeśli uda im się dotrzeć na Ziemię, będą odstawać od reszty mieszkańców planety.
Inność przejawia się najpełniej w powieściowej kreacji Dicka, zapalonego myśliwego, który interesuje się wyłącznie wyprawami w dzicz. Mężczyzna dzięki swojej odwadze i niezłomności utrzymuje wioskę przy życiu, dostarczając mieszkańcom pożywienie. Sens życia bohatera mieści się w tym właśnie zadaniu. Ale, jak chyba zawsze w tego typu historiach, jest w Przełęczy również ktoś, na kim opowieści o Ziemi robią wrażenie. Oleg to przedstawiciel nowego pokolenia, marzyciel, który rozumie wagę problemu i poświęca wszystko, by osiągnąć cel zaszczepiony mu przez starych członków osady. Ku gwiazdom czy ku ziemi? Naukowiec czy myśliwy? Powieść Bułyczowa jest swego rodzaju areną konfrontacji tych dwóch postaw.
„Bez historii ludzie przestają być ludźmi. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i całych społeczności”, mówi jeden z bohaterów. Pod tym względem Przełęcz przypomina powieść George’a R. Stewarta Ziemia trwa. W tej książce człowiek również chce za wszelką cenę zachować zdobycze cywilizacji, której grozi zapomnienie. To prawda, że w narracji Bułyczowa dramat rozgrywa się w skali mikro, dotyczy grupy ludzi, a nie całej planety – w tej opowieści Ziemia jako taka ma się dobrze – zaś wiedza, którą trzeba przekazać młodym, dotyczy (przynajmniej na razie) tylko kilku zagadnień, w tym obsługi części statku. Mimo to, mimo wspomnianej mikroskali, powieść czyta się z wypiekami na twarzy, na emocje odbiorcy wpływa bowiem dodatkowy czynnik: walka bohaterów z czasem, która dramatycznie zmienia zasady gry. Załoga albo zdąży, albo już na zawsze zostanie w niegościnnej dżungli. Choć to „na zawsze” będzie raczej krótsze niż dłuższe.
Być może nie każdy wie, że Przełęcz to powieść w pewnym sensie „posklejana”, pierwotnie wydana jako dwie nowele: Przełęcz (Pieriewał) oraz Osada (Posiołok). (Pierwsza z nich ukazała się w Polsce w magazynie „Fantastyka” bodajże w 1982 roku). Jednak gdy czyta się te teksty jeden po drugim, trudno nie uznać ich po prostu za rozdziały powieści. Ograniczona perspektywa czytelnika zaczyna się poszerzać, gdy mieszkańcy wioski zdobywają się na odwagę, żeby ruszyć poza granice tego, co znane. Najpierw udają się na poszukiwania „Polusa”, później w głąb planety. A im dalej się zapuszczają, tym świat staje się rozleglejszy. Ta prosta prawda jest niezwykle sugestywnie odsłaniana.
Bułyczow ukazuje w Przełęczy cały swój niepowtarzalny styl. Mamy tu świetnie skonstruowanych, różnorodnych bohaterów, świat umyślnie zarysowany „grubą kreską”, bo choć to planeta podobna do Ziemi, to jednak inna. Autor teoretycznie mógłby bardziej skupić się na szczególe, tyle że wtedy, przez nadmiar opisów fauny i flory, zabiłby napięcie, a przecież większa część historii to wyścig bohaterów z czasem. Tempo utrzymane jest tu do samego końca.
Na uznanie zasługuje również to, że Bułyczow długo wodzi czytelnika za nos, teoretycznie stawia marzyciela ponad wojownikiem. I choć pozory takiej hierarchii zostają zachowane w większej części powieści, ostatecznie okazuje się, że świat potrzebuje równocześnie jednych i drugich, ponieważ jeden człowiek, choćby najmądrzejszy i najlepiej zorganizowany, sam w konfrontacji ze światem nic nie może zdziałać. Potrzeba ludzi, a nie człowieka, by dokonać czegoś naprawdę wielkiego.
Cywilizacja jest ważna, stanowi bowiem dowód na to, jak wiele jest w stanie osiągnąć społeczeństwo. Konkluzja ta obrazowo zawiera się w scenie, w której bohater leżący w śniegu spogląda w niebo, patrzy na gwiazdy i czuje dumę, ponieważ jest człowiekiem. Przyleciał tu z tych gwiazd. A to znaczy, że potrafi dokonać niemożliwego. Świadomość tego – dokonań poprzedników i stojących za tymi dokonaniami poświęceń – motywuje bohaterów do kolejnych wielkich czynów. Fascynacja człowiekiem jako istotą stworzoną do wyjątkowych celów mocno wybrzmiewa w powieści – i przyznam, że ta koncepcja bardzo mi się podoba, choćby dlatego, że twórcy opowieści postapo czy science fiction w ogóle odwykli ostatnimi czasy od mówienia o ludziach dobrze. Chętniej kreują wizje, w których niepohamowana ludzka chciwość czy „zabawy w Boga” doprowadzają świat do zagłady.
Żadna inna literatura gatunkowa nie prowokuje do zadawania takich pytań, nie pozwala przyjrzeć się ludzkim dokonaniom z tak unikalnej perspektywy. Cieszy fakt, że na rynku książki działają takie wydawnictwa jak Stalker Books, które nie pozwalają odejść w zapomnienie powieściom światowego formatu. Jak się okazuje, kolejne pokolenia wciąż mogą się z nich wiele nauczyć.
