Najpiękniejszy chłopiec w Buenos Aires

Powieść Zjaz­dy są naj­gor­sze, debiut Maria­ny Enríqu­ez, uka­zu­je się po pol­sku (w prze­kła­dzie Kata­rzy­ny Okra­sko) trzy­dzie­ści lat po argen­tyń­skiej pre­mie­rze. Ory­gi­nał został opu­bli­ko­wa­ny, gdy autor­ka mia­ła dwa­dzie­ścia dwa lata. Plot­ka jed­nak gło­si, że Enríqu­ez zaczę­ła pisać tę książ­kę nie­co wcze­śniej, w ostat­niej kla­sie szko­ły śred­niej. O Zjaz­dach… z całą pew­no­ścią moż­na powie­dzieć jed­ną życz­li­wą i rów­no­cze­śnie praw­dzi­wą rzecz: nie­wąt­pli­wie już w tym utwo­rze tra­fia­my na tema­ty i moty­wy, któ­re znaj­du­ją roz­wi­nię­cie w póź­niej­szych tek­stach Argen­tyn­ki i za któ­re jej twór­czość poko­cha­li licz­ni czy­tel­ni­cy.

W Zjaz­dach… zauwa­ża­my nie­śmia­łe zwia­stu­ny kon­wen­cji hor­ro­ro­wej, z któ­rą jest dziś koja­rzo­na Enríqu­ez, a Buenos Aires, gdzie toczy się akcja powie­ści, odgry­wa w debiu­cie rów­nie waż­ną rolę jak w póź­niej­szych utwo­rach pisar­ki. Facun­do i Nar­val, głów­ni boha­te­ro­wie pierw­szej książ­ki, przy­wo­dzą na myśl Gaspa­ra i Juana z okul­ty­stycz­nej, naj­bar­dziej zna­nej poza Argen­ty­ną powie­ści tej autor­ki – z Naszej czę­ści nocy (choć łączą ich zde­cy­do­wa­nie inne rela­cje). Dzię­ki lek­tu­rze Zjaz­dów… każ­da oso­ba, któ­ra lubi pisar­stwo Enríqu­ez, może spraw­dzić, jak wyglą­da­ły począt­ki dro­gi twór­czej fina­list­ki Mię­dzy­na­ro­do­wej Nagro­dy Booke­ra.

Oma­wia­ną powieść w Argen­ty­nie uzna­je się za kul­to­wą. Nie­ko­niecz­nie ozna­cza to jed­nak, że jest pozba­wio­na wad. W przy­pad­ku dzieł o takim sta­tu­sie waż­niej­sze jest to, żeby wywo­ły­wa­ły one w czy­tel­ni­kach sil­ne emo­cje: poru­sza­ły, skła­nia­ły odbior­ców do iden­ty­fi­ko­wa­nia się z boha­te­ra­mi i do snu­cia fan­ta­zji o „zamiesz­ka­niu w książ­ce” – o uczest­nic­twie w histo­rii przed­sta­wia­nej na kar­tach utwo­ru. Czy­tel­nik powie­ści Enríqu­ez pra­gnie zatem oca­lić te nie­szczę­sne, pogu­bio­ne dzie­cia­ki, któ­re tak dłu­go spo­glą­da­ły w otchłań, aż otchłań rów­nież na nie spoj­rza­ła. Nie­przy­pad­ko­wo para­fra­zu­ję tu Nie­tz­sche­go, Zjaz­dy… zaczy­na­ją się bowiem wła­śnie od cyta­tu z jego dzie­ła. I świet­nie, bo dzię­ki temu od razu może­my się zorien­to­wać, z jaką książ­ką mamy do czy­nie­nia. Przede wszyst­kim taką, któ­ra – tak sobie wyobra­żam – naj­bar­dziej przy­pa­dła­by do gustu oso­bom w wie­ku lice­al­nym czy wcze­sno­stu­denc­kim, i to tym lubią­cym cho­dzić spać nad ranem, prze­ży­wa­ją­cym burz­li­we emo­cje i palą­cym dużo papie­ro­sów (to waż­ne!).

Facun­do i Nar­val mają nie­co ponad dwa­dzie­ścia lat. Ten pierw­szy to potwór Fran­ken­ste­ina skle­jo­ny, jak twier­dzi autor­ka, z kawał­ków Iana Astbury’ego (woka­li­sty zespo­łu The Cult), Nic­ka Cave’a i Char­lie­go Sexto­na – ten ostat­ni zna­ny jest choć­by z pio­sen­ki Beat’s So Lone­ly (czar­no-bia­ły tele­dysk1, w któ­rym arty­sta rzu­ca kamie­nia­mi w tory czy gra na gita­rze, paląc papie­ro­sa, fak­tycz­nie ma dużo wspól­ne­go z kli­ma­tem debiu­tu Enríqu­ez). Choć może „potwór” to nie naj­wła­ściw­sze sło­wo, Facun­do jest bowiem praw­do­po­dob­nie naj­pięk­niej­szą oso­bą, jaka kie­dy­kol­wiek żyła w Buenos Aires. Na kar­tach książ­ki nie poja­wia się chy­ba nikt, kto był­by impre­gno­wa­ny na jego pięk­no. Wszy­scy pozo­sta­li boha­te­ro­wie ocho­czo korzy­sta­ją z oka­zji, by pod­kre­ślić, jak wiel­kie wra­że­nie robi na nich mło­dy męż­czy­zna. Choć Facun­do jest osza­ła­mia­ją­co pięk­ny, nie potra­fi kochać, praw­do­po­dob­nie nie ma duszy, ma za to ogrom­ne pro­ble­my ze snem, dużo pali, tro­chę pije, tro­chę ćpa, a tak­że trud­ni się pra­cą sek­su­al­ną. Czy­ta rów­nież książ­ki, o któ­rych nie ma jed­nak z kim poroz­ma­wiać. Cza­sem nawet pierw­sze wyda­nia – czy­ta­nie pierw­szych wydań, choć tyl­ko tych dosta­tecz­nie sta­rych, to bar­dzo roman­tycz­ne zaję­cie.

Facun­do jest w związ­ku-nie­związ­ku z Nar­va­lem, któ­re­go pozna­je­my, gdy budzi się on w brud­nym, nie­zna­nym mu poko­ju. Obok nie­go leżą strzy­kaw­ka i łyż­ka. Nar­val jest hero­ini­stą, a jego nałóg, jak przed­sta­wia to Enríqu­ez, pozwa­la mu uciec nie tyl­ko przed rze­czy­wi­sto­ścią, ale też przed drę­czą­cy­mi go wizja­mi. Poja­wia­ją się w nich Oni – isto­ty w rodza­ju Ceno­bi­tów z Hel­l­ra­ise­ra, cho­ciaż bez całej towa­rzy­szą­cej im filo­zo­fii jed­no­ści bólu i roz­ko­szy: nie ma tu roz­ry­wa­nia haka­mi i innych sado­ma­so­chi­stycz­nych tor­tur, ale jest spo­ro sek­su z mara­mi, któ­re dodat­ko­wo od cza­su do cza­su wbi­ja­ją Nar­va­lo­wi strzy­kaw­kę w szy­ję.

Muszę też dodać, że Nar­val śmier­dzi. Autor­ka napraw­dę się sta­ra, aby oso­ba czy­ta­ją­ca zwró­ci­ła na to uwa­gę. Boha­ter przez więk­szość cza­su cho­dzi w brud­nym ubra­niu, co rusz obwą­chu­je ciu­chy, żeby spraw­dzić, czy jesz­cze nada­ją się do nosze­nia, i dopie­ro kie­dy w koń­cu sika w spodnie (pod wpły­wem wizy­ty Onych opi­sy­wa­nej w roz­dzia­le 25.), posta­na­wia się prze­brać i umyć. Zresz­tą Nar­val może być i brud­ny – nie­waż­ne, i tak jed­na dziew­czy­na tra­ci dla nie­go gło­wę. Obaj męż­czyź­ni two­rzą jakiś rodzaj tra­gicz­no-roman­tycz­ne­go yinyang. Wio­dą stra­ceń­czy żywot, w któ­rym deka­den­cja mie­sza się z roz­pa­czą. Każ­dy z nich wal­czy z wła­sny­mi demo­na­mi, a autor­ka ocho­czo este­ty­zu­je odczu­wa­ny przez boha­te­rów Welt­sch­merz.

Kolej­ną posta­cią uka­za­ną w powie­ści jest Caro­li­na. To wła­śnie ona kocha się w Nar­va­lu. Kie­dyś spo­ty­ka­ła się z Facun­dem, ale nie mogła znieść jego sty­lu życia. Tłu­ma­czy to w pierw­szej sce­nie, w któ­rej się poja­wia. Chwi­lę wcze­śniej w ramach aktu dra­ma­tycz­nej meta­mor­fo­zy far­bu­je wło­sy na blond. Nie jest to pierw­sza ozna­ka jej bun­tu; kil­ka dni wcze­śniej dziew­czy­na prze­ma­lo­wa­ła swój zaba­ła­ga­nio­ny pokój na wście­kłą pur­pu­rę. Fakt, że Caro­li­na roz­ma­wia ze swo­im bra­tem, któ­ry jest nie­opusz­cza­ją­cym domu leko­ma­nem, doda­je temu wpro­wa­dze­niu dra­ma­ty­zmu. Cią­głe ope­ro­wa­nie tego typu prze­ry­so­wa­niem zda­rza się czę­sto wła­śnie w dzie­łach kul­to­wych. Dla­te­go cały dia­log Caro­li­ny z bra­tem, a tak­że cha­rak­te­ry­sty­ka dziew­czy­ny przy­wo­dzą mi na myśl inną powieść, The Pep­si-Cola Addict autor­stwa June-Ali­son Gib­bons. Bry­tyj­ska autor­ka osa­dzi­ła fabu­łę swo­jej książ­ki w wymy­ślo­nej Ame­ry­ce, a kon­kret­nie w Mali­bu. Głów­ny boha­ter, czter­na­sto­let­ni Pre­ston, bory­ka się z tak poważ­nym uza­leż­nie­niem od pep­si, że ów nałóg sta­je się przy­czy­ną tra­ge­dii chłop­ca. Gib­bons – jed­na z mil­czą­cych bliź­nia­czek, o któ­rych Agniesz­ka Smo­czyń­ska nakrę­ci­ła film – napi­sa­ła tę książ­kę, gdy mia­ła zale­d­wie szes­na­ście lat. The Pep­si-Cola Addict jest przy­kła­dem – i to mode­lo­wym – lite­ra­tu­ry out­si­der­skiej, powsta­ją­cej orga­nicz­nie, two­rzo­nej przez oso­by nie­bę­dą­ce pro­fe­sjo­na­li­sta­mi, dla czy­stej satys­fak­cji, bez myśli o publi­ka­cji i szer­szym odbio­rze. Osta­tecz­nie nośnik odbio­ru może i bywa papie­ro­wy, lecz nie to jest naj­istot­niej­sze. Ale coś podob­ne­go w przy­pad­ku Enríqu­ez?! Jako czy­tel­nicz­ka przy­glą­dam się swo­im reak­cjom i zauwa­żam, że to, co wca­le nie draż­ni mnie w opo­wie­ści szes­na­sto­let­niej Bry­tyj­ki – wręcz prze­ciw­nie, znaj­du­ję w tym nawet pewien urok – szcze­gól­nie zacho­dzi mi za skó­rę, gdy czy­tam książ­kę nie­wie­le star­szej Argen­tyn­ki. Cho­dzi jed­nak po pro­stu o to, że te twór­czy­nie mają inny sta­tus: jed­na jest autor­ką orga­nicz­ną, a dru­ga zawo­do­wą. Ocze­ki­wa­nia wobec nich rów­nież są zatem inne. To, co w tek­ście autor­ki-out­si­der­ki może być ujmu­ją­ce, w histo­rii snu­tej przez Enríqu­ez takie nie jest.

Na pozio­mie fabu­lar­nym Zjaz­dy… są powie­ścią o kil­ku mło­dych oso­bach i pro­wa­dzo­nym przez nie życiu, głów­nie noc­nym, w Buenos Aires lat 90. XX wie­ku. Boha­te­ro­wie cho­dzą na impre­zy, piją alko­hol, bio­rą nar­ko­ty­ki, upra­wia­ją seks i palą papie­ro­sy. Napraw­dę dużo papie­ro­sów. Strze­pu­ją popiół na pod­ło­gę, gaszą nie­do­pał­ki o dywan i prze­ży­wa­ją kolej­ne dni z taką inten­syw­no­ścią, z jaką jest to moż­li­we tyl­ko w przy­pad­ku ludzi mło­dych. I gada­ją, i gada­ją, i gada­ją.

– Daj – powie­dział Facun­do. Bar­dzo się dener­wo­wał, kie­dy ktoś nie umiał robić skrę­tów. – Słu­chaj, to kwe­stia prze­trwa­nia: czło­wiek, któ­ry nie potra­fi pro­wa­dzić, goto­wać ani skrę­cić join­ta, nie jest cał­ko­wi­cie wol­ny.
[…]
– Uwiel­biam ćpać – powie­dział.
– Ja też – odpar­ła Caro­li­na. – Przede wszyst­kim palić. Nie widzę się po czter­dzie­st­ce bio­rą­cej kwas albo koks, ale palić będę. A ty, Facun?
Facun­do uśmiech­nął się lek­ko.
– Nie widzę sie­bie w wie­ku czter­dzie­stu lat. Raczej nie doży­ję.

Nie, nie cho­dzi o to, że teraz będę pra­wić mora­ły. Ten frag­ment cał­kiem nie­źle poka­zu­je jed­nak, że debiu­tanc­ka książ­ka Enríqu­ez zanu­rzo­na jest w ima­gi­na­rium oko­ło­li­ce­al­ne­go „okre­su burzy i napo­ru”. Na pew­no nie­któ­rzy odbior­cy przyj­mą to z całym dobro­dziej­stwem inwen­ta­rza, dołą­czą do czy­tel­ni­ków uzna­ją­cych książ­kę za kul­to­wą, posta­wią ją gdzieś obok, powiedz­my, Marzy­cie­li Ber­nar­da Ber­to­luc­cie­go i zaczną obse­syj­nie ryso­wać por­tre­ty Facun­da i Nar­va­la. Inne oso­by pozo­sta­ną z kolei kom­plet­nie nie­wzru­szo­ne na uro­ki Zjaz­dów

Okładka powieści Mariany Enríquez pod tytułem „Zjazdy są najgorsze”.
Mariana Enríquez, „Zjazdy są najgorsze”, tłum. Katarzyna Okrasko, Warszawa: Wydawnictwo Echa, 2025.

W przed­mo­wie Enríqu­ez opo­wia­da o inspi­ra­cjach, któ­re towa­rzy­szy­ły jej w toku prac nad książ­ką. „Zjaz­dy są naj­gor­sze są czymś w rodza­ju napi­sa­nych na nowo Moje­go wła­sne­go Ida­hoWywia­du z wam­pi­rem, ale roz­gry­wa­ją­cych się w Buenos Aires” – stwier­dza. Rze­czy­wi­ście. Moje wła­sne Ida­ho, film Gusa van San­ta z 1991 roku, to jed­na z pro­duk­cji o fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu dla ruchu New Queer Cine­ma. Dzię­ki niej queero­we kino zosta­ło przy­bli­żo­ne main­stre­amo­wej publicz­no­ści. Film, podob­nie jak książ­ka Enríqu­ez, jest opo­wie­ścią o dwóch mło­dych męż­czy­znach. Mike i Scott zaj­mu­ją się pra­cą sek­su­al­ną, choć Scott jest synem bur­mi­strza i wkrót­ce, gdy skoń­czy dwa­dzie­ścia jeden lat, odzie­dzi­czy jego for­tu­nę. Na razie jed­nak obaj boha­te­ro­wie są bied­ni i rów­ni, wspól­nie bio­rą nar­ko­ty­ki i podró­żu­ją po Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Wło­szech w poszu­ki­wa­niu mat­ki Mike’a. Ten ostat­ni cier­pi na nar­ko­lep­sję, rewers przy­pa­dło­ści nie­mo­gą­ce­go spać Facun­da. Nie­trud­no zna­leźć ele­men­ty łączą­ce Moje wła­sne Ida­hoZjaz­dy… Wymow­ny jest fakt, że w roli Mike’a wystą­pił River Pho­enix, nie­zwy­kle obie­cu­ją­cy mło­dy aktor, któ­ry dwa lata po pre­mie­rze fil­mu zmarł w wyni­ku przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ków.

Anne Rice, autor­ce Wywia­du z wam­pi­rem, nie­ma­ło zawdzię­cza kul­to­wa saga Zmierzch, ale rów­nież Maria­na Enríqu­ez. Popu­lar­ny twór­ca hor­ro­rów Gra­dy Hen­drix w książ­ce Paper­backs from Hell, doty­czą­cej wyda­wa­nia hor­ro­rów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w latach 70. i 80. XX wie­ku, pisze, że to wła­śnie Rice jako pierw­sza opo­wie­dzia­ła histo­rię z per­spek­ty­wy piją­ce­go krew potwo­ra, a nie ludzi, któ­rzy na nie­go polu­ją. Odda­ła głos wam­pi­rom, i to nie byle jakim – były to naj­bar­dziej kul­tu­ral­ne i elo­kwent­ne, naj­przy­stoj­niej­sze, naj­le­piej ubra­ne wam­pi­ry o nie­na­gan­nych manie­rach. Sta­no­wi­ły per­fek­cyj­ny pro­dukt kul­tu­ry tera­pii, ponie­waż potra­fi­ły barw­nie opo­wia­dać o swo­ich prze­ży­ciach i uczu­ciach. „Były roman­tycz­nym boga­mi – i nic tak tan­det­ne­go jak krzyż czy wbi­ty w ser­ce kołek nie mogło ich zabić. Tyl­ko pro­mie­nie słoń­ca i ogień były wystar­cza­ją­co dra­ma­tycz­ne, by je poko­nać” – stwier­dza Hen­drix. Lep­sze­go punk­tu odnie­sie­nia zafa­scy­no­wa­ni mrocz­ny­mi krwio­pij­ca­mi nasto­lat­ko­wie dora­sta­ją­cy w czwar­tej ćwiart­ce XX wie­ku zwy­czaj­nie nie mie­li. Nic więc dziw­ne­go, że Lestat i spół­ka zado­mo­wi­li się w wyobraź­ni mło­dej Enríqu­ez, wpły­wa­jąc na kre­acje boha­te­rów jej debiu­tanc­kiej książ­ki. Posta­ci te, podob­nie jak wam­pi­ry, nie­chęt­nie wyściu­bia­ją nos na słoń­ce.

Po Zjaz­dach… Enríqu­ez napi­sa­ła kolej­ną powieść. Zain­spi­ro­wa­na anglo­sa­ską lite­ra­tu­rą gotyc­ką i zachod­nią mito­lo­gią, stwo­rzy­ła książ­kę dłu­gą, ale kom­plet­nie pła­ską. Żad­ne wydaw­nic­two nie było zain­te­re­so­wa­ne publi­ka­cją nowe­go tytu­łu. Autor­ka uzna­ła to za poraż­kę i spa­li­ła manu­skrypt w ogród­ku domu rodzin­ne­go. Dziś, pyta­na o ten tekst w pod­ka­ście Thre­sholds, mówi, że nicze­go nie żału­je. Dzię­ki temu doświad­cze­niu zda­ła sobie spra­wę, że chce na serio zająć się pisa­niem i odkryć swój wła­sny głos. Zro­zu­mia­ła, że wyma­ga to połą­cze­nia lokal­nej spe­cy­fi­ki z oso­bi­sty­mi prze­ży­cia­mi i wymo­ga­mi kon­wen­cji hor­ro­ro­wej. Ale i tak pła­ka­ła, gdy książ­ka pło­nę­ła.

 

1 Char­lie Sexton, Beat’s So Lone­ly, onli­ne: https://www.youtube.com/watch?v=uCRtHVEroQ0 [dostęp: 16.12.2025].

– pisarka, autorka opowiadań.

więcej →

Fallback Avatar

– argentyńska pisarka i dziennikarka.

więcej →

Powiązane teksty

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.