Czy w dobie permanentnego kryzysu bicie na alarm ma jakikolwiek sens? Kto lub co miał(o)by być naszym kanarkiem w kopalni? Jak, o czym i dlaczego w ogóle opowiadać w cieniu katastrofy? (I jak nie opowiadać?) Judith Schalansky zaprasza nas do swojego pisarskiego laboratorium, w którym bada adekwatność języka i wskazuje powinności literatury wobec współczesnego świata.
Formalistka
Judith Schalansky przyzwyczaiła mnie do obsesyjnie precyzyjnej, wyrafinowanej formy, w której materia, fakt i fantazja trzymane są na wodzy prowadzącej opowieść. Książka to zawsze opowieść totalna: mówią obdarzone znaczeniami słowa, mówi ich gramatyka, mówią ilustracje, fonty, papier, kapitałka i to, jak wolumin układa się czytelniczce w dłoni. Rzadko się zdarza, żeby wszystkie te środki narracji, a więc pełnię władzy opowieści, dzierżyła jedna osoba. W przypadku niemieckiej twórczyni tak właśnie było; także zagraniczne wydania podporządkowane zostały oryginalnym zamysłom Schalansky.
Zaglądam ponownie do poprzednich książek autorki opublikowanych w Polsce. Na Atlas wysp odległych (tłum. Tomasz Ososiński, Warszawa: Dwie Siostry, 2020) składa się pięćdziesiąt (w rozszerzonym wydaniu pięćdziesiąt pięć) niezamieszkanych przez człowieka archipelagów. Schalansky zilustrowała każdy z nich w skali 1:125 000 (format tomu wyznaczyła wypełniająca całą stronę Wyspa Wielkanocna) oraz opatrzyła danymi geograficznymi i gawędą. Spis paru strat (tłum. Kamil Idzikowski, Kraków: Ha!art, 2022) zawiera subiektywny inwentarz utraconych dla świata obiektów przyrodniczych (takich jak tygrys kaspijski czy uroda Grety Garbo) i kulturowych (to między innymi miłosne wiersze Safony i dawny Pałac Republiki NRD). Każda z tuzina historii liczy osiem kartek i przetknięta została starannie zaaranżowanym materiałem ilustracyjnym. Debiutancka Szyja żyrafy (tłum. Kamil Idzikowski, Kraków: Ha!art, 2024) to satyra o kształceniu i kształtowaniu, której główną bohaterką jest biolożka starej daty z gimnazjum im. Karola Darwina, „ostatnia z gatunku”. Aby podkreślić, że homo sapiens nie jest zwolniony z walki o przetrwanie (a tym, co wywraca porządek świata, zazwyczaj są jego emocje), autorka wprowadza osobliwą dla powieści żywą paginę: tytułem z zakresu zjawisk zachodzących w przyrodzie zostaje opatrzony nie tylko każdy rozdział (powielony u szczytu nieparzystych stron), ale także każda parzysta strona książki.
Opublikowane jesienią minionego roku Rozchwiane kanarki, głębokie doły (tłum. Kamil Idzikowski) biorą mnie więc z zaskoczenia. Książka Schalansky została „po prostu” wydana przez Ha!art w serii „Esej”; ma taki sam format, a okładka layout, co reszta tomów, podmieniona jest tylko fotografia. Gugluję, jak wygląda wersja oryginalna: niemiecki minimalizm został doprowadzony do ekstremum, to proste czerwone liternictwo na białym tle (wydanie „po prostu” w szacie graficznej właściwej wydawnictwu Verbrecher Verlag). Kupuję i czytam pisaną ciągiem, zerwaną ze smyczy opowieść.
Kanarek chwieje się na drążku
I tym razem eseistka wychodzi od wyszukanej faktograficznej anegdoty. Koncentruje uwagę na tytułowym kanarku, który w XIX i XX wieku ostrzegał górników na szychcie przed zagrożeniem. Dzięki wydolnemu układowi oddechowemu (Serinus canaria pobiera tlen zarówno przy wdechu, jak i przy wydechu) ten stałocieplny i „poręczny” gatunek ptaka wcześniej od człowieka wykrywał toksyczne gazy. Przerwany śpiew i upadek z drążka jaskrawożółtego osobnika jak żywy czujnik sygnalizowały niską ilość tlenu – z wyprzedzeniem pozwalającym górnikom wydostać się na powierzchnię.
Schalansky korzysta z metafory kanarka w kopalni jako ostrzeżenia przed nieuchronnym niebezpieczeństwem, by podjąć temat zmian klimatu, degradacji środowiska i, dobrze nam znanej, katastrofy na Odrze. W tym kontekście całą dostępną po polsku twórczość intelektualistki znad Sprewy widzę jako spójny projekt, którego przedmiotem jest świat zagrożony. O ile jednak w przypadku poprzednich pozycji można było mówić o ćwiczeniach z utraty, braku dotkliwym, ale takim, który do pewnego stopnia da się zwalczyć pamięcią, zmianie paradygmatu bez strachu o zmianę dotychczasowej narracji na nową, o tyle w Rozchwianych kanarkach… doły są nie tylko głębokie, ale i nie do zasypania.
By opisać naszą – czytaj: świata – bieżącą sytuację, pisarka posługuje się terminem tipping points, służącym klimatologom i ekologom do określania punktów krytycznych między dwoma stanami, w których dochodzi do tak dalece posuniętych zmian warunków środowiskowych, że cały układ się załamuje. Mimo niepowstrzymalnego marszu postępu uchwycenie momentów przekroczenia punktów krytycznych pozostaje nieosiągalne. Po każdym takim przekroczeniu (następującym po cichu, skokowo, ale i systematycznie) pewne jest, że nie będzie powrotu do stanu sprzed, ale ostatecznie niewiele można powiedzieć o stanie po. Wszystko to budzi nowe lęki, a także pytania natury językowej, egzystencjalnej i ontologicznej. Czy w dobie permanentnego kryzysu bicie na alarm ma jakikolwiek sens? Kto lub co miał(o)by być naszym kanarkiem w kopalni? Jak, o czym i dlaczego w ogóle opowiadać w cieniu katastrofy?
Metafora vs brzydkie pojęcie na A
Opowiadając o losach kanarka jako gatunku i jako metafory, Schalansky serwuje nam fascynującą historię świata, polityki i literatury. Na kartach eseju spotykają się Pliniusz, szkocki fizjolog John Scott Haldane, Johann Wolfgang Goethe, Sigmund Freud, Kurt Vonnegut, biolożka morska Rachel Carson, by wymienić tylko kilka nazwisk wskazujących na rozmach autorki. Nie chcę odbierać nikomu frajdy z lektury (bo mimo powagi tematu to wciąż intelektualna frajda), przechodzę zatem do drugiego, nierozerwalnie splecionego ze światem zagrożonym, tematu Rozchwianych kanarków…, jakim są granice dyskursu literackiego.
Mimo że sama potrzebuje jej do snucia opowieści, Schalansky twierdzi, że metafora się zużyła:
Nie ma odwrotu. Kanarek już się chwieje. Jakkolwiek chwytliwa jest ta metafora, na niewiele się teraz zda, bo przecież Ziemia to nie kopalnia, z której można po prostu uciec w razie zagrożenia1.
Na przekór temu defetyzmowi będę bronić metafory jako narzędzia, które pozwala uruchomić myślenie. Pochwycona w pojęcie rzecz (czyli niekoniecznie materialny przedmiot naszego zainteresowania), staje się nasza, przez co (istotowo) przestaje być sobą. Przyszpilenie językowe, niezbędne w komunikacji, jest de facto iluzją posiadania tego, co chcieliśmy usidlić, fałszującym unieruchomieniem. Kiedy rzeczywistość wymyka się upojęciowieniu, język w swej bezradności oferuje nam przenośnię, która, jak pisze w Dorzeczach i dociekaniach (Gdańsk: słowo obraz/terytoria, 2025) Dobrosław Kot, również „tłumaczy, lecz pozwala innemu trwać w inności”. Pojęcia pomagają oswoić, a więc i podporządkować sobie świat, dzięki myśleniu metaforycznemu (poprzez obrazowanie i porównywanie) możemy stać obok tego, co inne, i w ten sposób dotknąć pomyślanej rzeczy – a to kluczowe, zwłaszcza w dobie kryzysu.
Autorka Atlasu wysp odległych pisze:
Istnieje pojęcie, w ramach którego ludzkie pragnienia i lęki dziwnie się na siebie nakładają: antropocen, termin stworzony przez człowieka, podobnie jak wszystkie słowa, czy to łaska, Gaja, czy efekt wąskiego gardła, nieuznawany przez oficjalną komisję geologów, ale próbujący wyrazić niepokojącą prawdę – tyleż ekscytującą, co przerażającą świadomość, że jesteśmy tak potężni i masywni jak asteroida, że zostawiamy ślady, których nie zmyje nawet największe tsunami, ślady nie do przeoczenia, toksyczne i radioaktywne markery geologiczne w osadach.
By posłużyć się językiem nauki: człowiek nieodwracalnie przekształcił kulę ziemską, przekroczył granice planetarne, uniemożliwiając powrót do holocenu. Mimo solidnych podstaw do postawienia tej diagnozy – obok lęku pracuje w niej mit. Czy nie jest tak, że usiłujemy w ten sposób utrwalić pozycję naszego gatunku jako dominującego, podsycić przekonania o ludzkiej wszechmocy, zneutralizować typowe dla krajów rozwiniętych drapieżne zachowania jako zakodowane w naturze człowieka? – retorycznie pyta Schalansky. Dylemat związany z pojęciem antropocenu przypomina, że „żaden opis nie jest wolny od wartościowania”.
Literatura wyczerpania à rebours
W Rozchwianych kanarkach… Schalansky testuje adekwatność języka i wydolność literatury w obliczu pogłębiającego się kryzysu klimatycznego. Pisze wprost, że obcy jest jej społeczno-polityczny aktywizm („Łatwo jest stawiać wykrzykniki, zwłaszcza gdy wypisuje się wzniosłe hasła na żółtych transparentach. Im bardziej się nimi jednak szafuje, tym szybciej się zużywają”), jednak – to już nie wprost – literaturze i sobie jako jej emisariuszce w przeddzień kolejnego z końców świata wyznacza konkretne obowiązki.
Eseistka zżyma się na ustalenia z Poetyki Arystotelesa (czytanej fragmentarycznie i otwieranej także przypadkowo), poczynając od tego, że „sztuka poetycka polega nie na przedstawieniu wydarzeń rzeczywistych, lecz takich, które mogłyby się zdarzyć”2. W teraźniejszości spod znaku permanentnego kryzysu i stanów wyjątkowych zasadę tę uznaje za nieakceptowalną. Podzielam tę potrzebę nazywania rzeczy po imieniu, prześwietlania teraźniejszości i analizowania zachodzących zjawisk w dyskursie. Nie mniej ważny wydaje mi się jednak namysł nad tym, co mogłoby się zdarzyć, nawet jeśli – to również z Poetyki – „poeta powinien przedstawiać raczej zdarzenia niemożliwe, lecz prawdopodobne, niż możliwe, ale nieprawdopodobne”. Ta idea wprawia Schalansky w „szczególne przygnębienie”, według mnie natomiast odznacza się przenikliwością, i bynajmniej nie mam filozofa za pięknoducha (choć i pięknoduchostwa potrzebujemy, po prostu, po to, by nie zwariować). Pisarską powinnością jest w ujęciu Stagiryty nie tylko zmyślenie, ale także wybieganie naprzód, przeczuwanie przyszłych lęków, dostrzeganie wyzwań, choćby tych potencjalnie najbardziej odległych. Niemożliwe wydarza się na naszych oczach, i to raz za razem. Kiedy w 1959 roku ukazała się Czwarta epoka autorstwa japońskiego pisarza Kōbō Abego (tłum. Mikołaj Melanowicz, nowe wydanie – Kraków: Karakter, 2025), powieść została uznana za niegroźny kryminał science fiction. Dziś, czytając o katastrofie klimatycznej, sztucznej inteligencji (jego superkomputer zapowiada Chat GPT) i eksperymentach genetycznych, nazywamy twórcę wizjonerem.
Krytyka schematu dramatycznego Arystotelesa, opisującego klasyczną strukturę opowieści (ekspozycja–rozwój akcji–punkt kulminacyjny–rozwiązanie–katastrofa), zdaniem Schalansky dalej uznawanego za powszechnie obowiązujący, w Rozchwianych kanarkach… zbiega się ze sprzeciwem historiozoficznym:
Jakże łaknęłam ucieczki od takiej kolei rzeczy, jak usilnie marzyłam o alternatywnej wersji historii, o jakiejś drodze wyjścia. Ostatecznie dzieje świata mogły się przecież potoczyć zupełnie inaczej. Gdyby nie patriarchat, gdyby Inkowie podbili Europę, gdyby miłość do zwierząt i rozumienie przyrody świętego Franciszka znalazły więcej naśladowców… Nie od dziś wiadomo, że każde życie skrywa w sobie nieskończenie dużo gdyby.
Trudno mi się pozbyć przekonania, że Stagiryta dostaje cięgi nie za podwaliny pod rozważania genologiczne, ale za to, jak potoczyła się historia. A jakkolwiek dużą rolę przypisywalibyśmy filozofom i językowi, inny sposób opisu przeszłości nie odwróci biegu dziejów. Samo gdybanie natomiast odbywa się w literaturze jako realizacja powierzonego poecie zadania.
Jako alternatywę wobec linearnej narracji Arystotelesa Schalansky proponuje workową teorię fikcji Ursuli K. Le Guin. Zamiast zmierzającej do określonego celu włóczni – worek; zamiast liniowej fabuły – mozaikę; zamiast konkretnych postaci – transgresję bohaterów. Zafascynowana postmodernistycznym punktem widzenia, a właściwie oczopląsem, i podzielająca humboldtowskie przekonanie, że wszystko jest ze sobą sprzężone i od siebie zależne, szybko uznaje tego rodzaju pisanie za nie w pełni możliwe. Odtworzenie w języku tak zawiłej grzybni zdaniem pisarki nie wchodzi w grę, choćby z powodów gramatycznych. Nie sposób, zwłaszcza w „jej” niemczyźnie, ułożyć zdania rozbijającego sztywną triadę podmiot–orzeczenie–dopełnienie. Nawet jeśli inna opowieść jest możliwa – jako przykład Schalansky podaje polinezyjskie mity i niektóre księgi Starego Testamentu – czytelniczka mimowolnie się od niej odbija. „Być może trzeba mieć cykliczne poczucie czasu, aby zagustować w takich tekstach, zakorzenionych z reguły w tradycjach ustnych”, konstatuje rozczarowana.
Gatunek najmniejszej troski
Ze sceptycyzmu wobec włóczni Arystotelesa i niepełnej realizowalności worka Le Guin autorka Szyi żyrafy wyciąga osobliwe wnioski. Określoną jako formę „mieszczańską i indywidualistyczną” powieść (tożsamą w tym przypadku z fabułą) przeciwstawia faworyzowanemu esejowi, w którym „fakty i fikcja stapiają się w jedną nierozerwalną całość”. Przecież i powieść to umożliwia, podobnie jak poemat, dramat czy wiele innych form. Deprecjonując ten gatunek za jego indywidualistyczny charakter, nie sposób racjonalnie optować za esejem, który w swych założeniach polega na przedstawieniu indywidualnego punktu widzenia, zaproponowaniu jednostkowej interpretacji.
Badaczka językowej adekwatności formułuje również tezę, zgodnie z którą gatunki literackie dyktują (sposób) opowieści o naszych życiorysach (na przykład jeśli zamierzamy pisać o karierze, zdecydujemy się na konwencję bildungsroman lub powieści łotrzykowskiej). Myśl tę puentuje słowami:
Bez odnajdywania analogii i przypisywania znaczeń, bez kondensowania i uogólniania, bez uciekania się do przesady, ujednolicania i idealizacji życie, a przynajmniej życie ludzkie, byłoby nie do pomyślenia.
To definicja homo narrativus, którym bez wątpienia jest każdy z nas. Zgoda, opowieści realizujące linearne schematy i powielające wzorce gatunkowe mają się dobrze. Oznacza to, że teoria wciąż działa, ale zachowywane jest także pewne dziedzictwo, a w dziejach literatury toczy się dialog. Rozpoznawanie przyjętej konwencji daje też poczucia bezpieczeństwa, i to po obu stronach książki.
Jednak model myślenia, czyli język i forma tekstu, to wybór, nie opresja; inne sposoby pisania są możliwe. Wystarczy krótka wizyta w księgarni, by przekonać się, że krajobraz literacki jest dużo bardziej zróżnicowany. Osebol (tłum. Justyna Czechowska, Wrocław: Ossolineum, 2024) to reportaż w formie poematu skomponowany z wypowiedzi niemal wszystkich mieszkańców pustoszejącej szwedzkiej wsi, w której dorastała jego autorka Marit Kapla. Z historii mówionych powstała polifoniczna opowieść o codziennym trudzie życia, czasie, stałości i zmianach, a w szerszym planie „elegia na cześć odchodzącego świata”. Tytułowe Rombo z powieści Esther Kinsky (tłum. Zofia Sucharska, Okoniny: Drzazgi, 2024) jest pomrukiem zapowiadającym serię trzęsień ziemi, które w 1976 roku nawiedziły północne Włochy. Z pełnej przeskoków czasowych, narracyjnych i gatunkowych opowieści dowiadujemy się, jak kataklizm wpłynął na życie mieszkańców Udine. Kilkoro z nich (to postaci fikcyjne) opowiada o okolicznościach dramatycznych wydarzeń, sile natury i swojej traumie. Pełnoprawnymi bohaterami obok ludzi są tu rośliny, ptaki, pewien gatunek węża, miejscowe legendy oraz pejzaż.
W 2023 roku ukazały się rumowiska Wita Szostaka (Warszawa: Powergraph), powieść również wielogłosowa (z zasadnym pytaniem, kto te historie opowiada, w tle), z której nurtem wartko zlewa się myślany esej o rzece. Opowieści-strumienie ludzkich losów mają różne źródła, choć na pewnych odcinkach ich wody się mieszają. Co pewien czas potok słów meandruje, objawiając się potamologicznym odautorskim lub bezosobowym metakomentarzem, niosącym refleksje o naturze języka i mitologii rzeki. Dwa lata później Dobrosław Kot ogłosił drukiem wspomniane już Dorzecza i dociekania, esej czystej wody, w którym filozof zastanawia się, jak pytać o rzekę. Gramatycznie rzeka to rzeczownik, ale nie jest przecież żadną rzeczą, nie jest też żadnym miejscem. Mimo to jest ciągle i nigdzie. A zatem, docieka myśliciel, może rzeka jest czasownikiem? Bohaterka eseju, stając się na przemian znaczoną i znaczącą, odsłania indolencję naszego myślenia i ujawnia ograniczenia kategorii klasycznej filozofii. Jestem przekonana, że Judith Schalansky dogadałaby się z Dobrosławem Kotem. Uznawszy, że myślenie jest rodzajem opowieści, a filozofowie opowiadają swoje światy, Kot dojdzie do porozumienia z Witem Szostakiem. Pytanie, co Szostak powiedziałby na tak silne osłabianie fabuły przez Schalansky.
Kasandra
Fakty są takie: nie ma już kanarków w kopalni, coraz mniej jest ptaków w ogóle. Odwrócenie głośnego bicia na alarm, zauważa intelektualistka, skuteczne jest tylko wówczas, kiedy potrafimy usłyszeć, czego brakuje. Jak w Spisie paru strat, nieobecność można odnotować jedynie wtedy, gdy zniknięte zajmuje miejsce w naszej pamięci. A jeśli już posłyszymy – głośno lub niemo – wyjący alarm, czy ktoś dostarczy nam instrukcji, co robić? Zdaniem Schalansky szczególny sens mają dziś książki łączące literacką empatię, naukową przenikliwość, dane i badania, które mogą realnie ratować życie istot, między innymi przez podnoszenie świadomości społecznej i wpływ na kształt prawa. Ustawy i rozporządzenia traktuje autorka jako pewien rodzajem literatury, „o której walory, aktualność i właściwą interpretację spierają się sędziowie i ławnicy”.
W końcówce eseju pojawia się postać Kurta Vonneguta, który w 1969 roku wygłosił dla American Physical Society odczyt na temat roli artystów dla świata. Autor Syren z Tytana (który ze względów pragmatycznych w przeszłości studiował między innymi chemię) przedstawił wówczas the canary-in-the-coal-mine theory of the arts, dowodząc, że ludzie sztuki są społecznie użyteczni z powodu ich szczególnej wrażliwości. Pisarz wyznał w audytorium, że najprzydatniejsze, co mógłby zrobić, to spaść z drążka – tymczasem artyści robią to każdego dnia, niezauważani. Ostatnio coraz częściej mówi się o tej kasandryczności, czyli przeczuwaniu niepokoi bądź – po arystotelesowsku – pokazywaniu potencjałów, literatury. Schalansky ze sporą dozą ironii relacjonuje przebieg tamtego wieczoru, by przejść do refleksji na temat wydanej w tym samym roku Rzeźni numer pięć, w której Vonnegut usiłował oddać własne doświadczenia wojenne z czasu bombardowania Drezna. Bez streszczania kultowej powieści przechodzę do komentarza Schalansky, która uznaje, że narrator, alter ego autora, zdaje raport z porażki. Jest wziętym pisarzem, specjalistą od tych wszystkich sprawdzonych elementów narracyjnych, a mimo to nie potrafi opowiedzieć własnych wojennych przeżyć. Myślałam kiedyś podobnie o zupełnie innej wielkiej prozie. Męczyło mnie zdające się nie mieć końca brnięcie przez śnieg, grzęzłam w nim wraz z bohaterem, potykałam się, fizycznie wręcz odczuwając opór stawiany mi przez kolejne połacie tekstu. Dziś wiem, że właśnie dzięki takiemu kształtowi opowieści czytelniczka może zrozumieć, co dla jej bohatera oznacza dotarcie na zamek. A Vonnegut? Opowiedział o piekle wojny, tylko nie wprost, tworząc jeden z najsilniej działających antywojennych manifestów.
Za raportem Klubu Rzymskiego, „think-tanku wczesnego ostrzegania”, Schalansky podaje, że największym wyzwaniem naszych czasów jest niezdolność do odróżniania prawdy od fikcji. Ta ostatnia pod postacią fake newsów dominuje w przestrzeni publicznej. Także dlatego eseistka wyznacza literaturze zadanie szukania nowych, głównie niefikcjonalnych, rejestrów. Według Schalansky pisanie może ocalać, jeśli dzieli pasję z odpowiedzialnością i przeciera nowe szlaki myśli.
Rozumiem, dlaczego autorka puszcza, dlaczego po jej pedantycznej wirtuozerii z poprzednich publikacji nie ma śladu. Pisarka jest kanarkiem w kopalni, a jej tekst – manifestem, jakkolwiek by się przed tym wzbraniała. Z początku Rozchwiane kanarki, głębokie doły były dla mnie książką wybrakowaną, noszącą znamiona nieobecności sznytu tamtych opowieści. Widzę już, że to nie brak formy, ale inna forma. Jak najbardziej adekwatna, ale niejedyna. Potrzeba nam dziś odwagi w myśleniu: nie jakiegoś konkretnego języka, różnych języków. Zbyt dużo niemetaforycznych gatunków straciliśmy, by samodzielnie pozbawiać się biblioróżnorodności.
1 Wszelkie tłumaczenia cytatów, o ile nie podano inaczej, za: J. Schalansky, Rozchwiane kanarki, głębokie doły, tłum. K. Idzikowski, Kraków: Ha!art, 2025.
2 Ten i kolejne cytaty z Poetyki Arystotelesa podaję, za Kamilem Idzikowskim, w tłumaczeniu Henryka Pobielskiego. Cyt. za: J. Schalansky, Rozchwiane kanarki…
