O odchodzeniu gatunków. Dlaczego Schalansky puszcza?

Czy w dobie per­ma­nent­ne­go kry­zy­su bicie na alarm ma jaki­kol­wiek sens? Kto lub co miał(o)by być naszym kanar­kiem w kopal­ni? Jak, o czym i dla­cze­go w ogó­le opo­wia­dać w cie­niu kata­stro­fy? (I jak nie opo­wia­dać?) Judith Scha­lan­sky zapra­sza nas do swo­je­go pisar­skie­go labo­ra­to­rium, w któ­rym bada ade­kwat­ność języ­ka i wska­zu­je powin­no­ści lite­ra­tu­ry wobec współ­cze­sne­go świa­ta.

Formalistka

Judith Scha­lan­sky przy­zwy­cza­iła mnie do obse­syj­nie pre­cy­zyj­nej, wyra­fi­no­wa­nej for­my, w któ­rej mate­ria, fakt i fan­ta­zja trzy­ma­ne są na wodzy pro­wa­dzą­cej opo­wieść. Książ­ka to zawsze opo­wieść total­na: mówią obda­rzo­ne zna­cze­nia­mi sło­wa, mówi ich gra­ma­ty­ka, mówią ilu­stra­cje, fon­ty, papier, kapi­tał­ka i to, jak wolu­min ukła­da się czy­tel­nicz­ce w dło­ni. Rzad­ko się zda­rza, żeby wszyst­kie te środ­ki nar­ra­cji, a więc peł­nię wła­dzy opo­wie­ści, dzier­ży­ła jed­na oso­ba. W przy­pad­ku nie­miec­kiej twór­czy­ni tak wła­śnie było; tak­że zagra­nicz­ne wyda­nia pod­po­rząd­ko­wa­ne zosta­ły ory­gi­nal­nym zamy­słom Scha­lan­sky.

Zaglą­dam ponow­nie do poprzed­nich ksią­żek autor­ki opu­bli­ko­wa­nych w Pol­sce. Na Atlas wysp odle­głych (tłum. Tomasz Oso­siń­ski, War­sza­wa: Dwie Sio­stry, 2020) skła­da się pięć­dzie­siąt (w roz­sze­rzo­nym wyda­niu pięć­dzie­siąt pięć) nie­za­miesz­ka­nych przez czło­wie­ka archi­pe­la­gów. Scha­lan­sky zilu­stro­wa­ła każ­dy z nich w ska­li 1:125 000 (for­mat tomu wyzna­czy­ła wypeł­nia­ją­ca całą stro­nę Wyspa Wiel­ka­noc­na) oraz opa­trzy­ła dany­mi geo­gra­ficz­ny­mi i gawę­dą. Spis paru strat (tłum. Kamil Idzi­kow­ski, Kra­ków: Ha!art, 2022) zawie­ra subiek­tyw­ny inwen­tarz utra­co­nych dla świa­ta obiek­tów przy­rod­ni­czych (takich jak tygrys kaspij­ski czy uro­da Gre­ty Gar­bo) i kul­tu­ro­wych (to mię­dzy inny­mi miło­sne wier­sze Safo­ny i daw­ny Pałac Repu­bli­ki NRD). Każ­da z tuzi­na histo­rii liczy osiem kar­tek i prze­tknię­ta zosta­ła sta­ran­nie zaaran­żo­wa­nym mate­ria­łem ilu­stra­cyj­nym. Debiu­tanc­ka Szy­ja żyra­fy (tłum. Kamil Idzi­kow­ski, Kra­ków: Ha!art, 2024) to saty­ra o kształ­ce­niu i kształ­to­wa­niu, któ­rej głów­ną boha­ter­ką jest bio­loż­ka sta­rej daty z gim­na­zjum im. Karo­la Dar­wi­na, „ostat­nia z gatun­ku”. Aby pod­kre­ślić, że homo sapiens nie jest zwol­nio­ny z wal­ki o prze­trwa­nie (a tym, co wywra­ca porzą­dek świa­ta, zazwy­czaj są jego emo­cje), autor­ka wpro­wa­dza oso­bli­wą dla powie­ści żywą pagi­nę: tytu­łem z zakre­su zja­wisk zacho­dzą­cych w przy­ro­dzie zosta­je opa­trzo­ny nie tyl­ko każ­dy roz­dział (powie­lo­ny u szczy­tu nie­pa­rzy­stych stron), ale tak­że każ­da parzy­sta stro­na książ­ki.

Opu­bli­ko­wa­ne jesie­nią minio­ne­go roku Roz­chwia­ne kanar­ki, głę­bo­kie doły (tłum. Kamil Idzi­kow­ski) bio­rą mnie więc z zasko­cze­nia. Książ­ka Scha­lan­sky zosta­ła „po pro­stu” wyda­na przez Ha!art w serii „Esej”; ma taki sam for­mat, a okład­ka lay­out, co resz­ta tomów, pod­mie­nio­na jest tyl­ko foto­gra­fia. Guglu­ję, jak wyglą­da wer­sja ory­gi­nal­na: nie­miec­ki mini­ma­lizm został dopro­wa­dzo­ny do eks­tre­mum, to pro­ste czer­wo­ne liter­nic­two na bia­łym tle (wyda­nie „po pro­stu” w sza­cie gra­ficz­nej wła­ści­wej wydaw­nic­twu Ver­bre­cher Ver­lag). Kupu­ję i czy­tam pisa­ną cią­giem, zerwa­ną ze smy­czy opo­wieść.

Kanarek chwieje się na drążku

I tym razem ese­ist­ka wycho­dzi od wyszu­ka­nej fak­to­gra­ficz­nej aneg­do­ty. Kon­cen­tru­je uwa­gę na tytu­ło­wym kanar­ku, któ­ry w XIX i XX wie­ku ostrze­gał gór­ni­ków na szych­cie przed zagro­że­niem. Dzię­ki wydol­ne­mu ukła­do­wi odde­cho­we­mu (Seri­nus cana­ria pobie­ra tlen zarów­no przy wde­chu, jak i przy wyde­chu) ten sta­ło­ciepl­ny i „poręcz­ny” gatu­nek pta­ka wcze­śniej od czło­wie­ka wykry­wał tok­sycz­ne gazy. Prze­rwa­ny śpiew i upa­dek z drąż­ka jaskra­wo­żół­te­go osob­ni­ka jak żywy czuj­nik sygna­li­zo­wa­ły niską ilość tle­nu – z wyprze­dze­niem pozwa­la­ją­cym gór­ni­kom wydo­stać się na powierzch­nię.

Scha­lan­sky korzy­sta z meta­fo­ry kanar­ka w kopal­ni jako ostrze­że­nia przed nie­uchron­nym nie­bez­pie­czeń­stwem, by pod­jąć temat zmian kli­ma­tu, degra­da­cji śro­do­wi­ska i, dobrze nam zna­nej, kata­stro­fy na Odrze. W tym kon­tek­ście całą dostęp­ną po pol­sku twór­czość inte­lek­tu­alist­ki znad Spre­wy widzę jako spój­ny pro­jekt, któ­re­go przed­mio­tem jest świat zagro­żo­ny. O ile jed­nak w przy­pad­ku poprzed­nich pozy­cji moż­na było mówić o ćwi­cze­niach z utra­ty, bra­ku dotkli­wym, ale takim, któ­ry do pew­ne­go stop­nia da się zwal­czyć pamię­cią, zmia­nie para­dyg­ma­tu bez stra­chu o zmia­nę dotych­cza­so­wej nar­ra­cji na nową, o tyle w Roz­chwia­nych kanar­kach… doły są nie tyl­ko głę­bo­kie, ale i nie do zasy­pa­nia.

By opi­sać naszą – czy­taj: świa­ta – bie­żą­cą sytu­ację, pisar­ka posłu­gu­je się ter­mi­nem tip­ping points, słu­żą­cym kli­ma­to­lo­gom i eko­lo­gom do okre­śla­nia punk­tów kry­tycz­nych mię­dzy dwo­ma sta­na­mi, w któ­rych docho­dzi do tak dale­ce posu­nię­tych zmian warun­ków śro­do­wi­sko­wych, że cały układ się zała­mu­je. Mimo nie­po­wstrzy­mal­ne­go mar­szu postę­pu uchwy­ce­nie momen­tów prze­kro­cze­nia punk­tów kry­tycz­nych pozo­sta­je nie­osią­gal­ne. Po każ­dym takim prze­kro­cze­niu (nastę­pu­ją­cym po cichu, sko­ko­wo, ale i sys­te­ma­tycz­nie) pew­ne jest, że nie będzie powro­tu do sta­nu sprzed, ale osta­tecz­nie nie­wie­le moż­na powie­dzieć o sta­nie po. Wszyst­ko to budzi nowe lęki, a tak­że pyta­nia natu­ry języ­ko­wej, egzy­sten­cjal­nej i onto­lo­gicz­nej. Czy w dobie per­ma­nent­ne­go kry­zy­su bicie na alarm ma jaki­kol­wiek sens? Kto lub co miał(o)by być naszym kanar­kiem w kopal­ni? Jak, o czym i dla­cze­go w ogó­le opo­wia­dać w cie­niu kata­stro­fy?

Metafora vs brzydkie pojęcie na A

Opo­wia­da­jąc o losach kanar­ka jako gatun­ku i jako meta­fo­ry, Scha­lan­sky ser­wu­je nam fascy­nu­ją­cą histo­rię świa­ta, poli­ty­ki i lite­ra­tu­ry. Na kar­tach ese­ju spo­ty­ka­ją się Pli­niusz, szkoc­ki fizjo­log John Scott Hal­da­ne, Johann Wol­fgang Goethe, Sig­mund Freud, Kurt Von­ne­gut, bio­loż­ka mor­ska Rachel Car­son, by wymie­nić tyl­ko kil­ka nazwisk wska­zu­ją­cych na roz­mach autor­ki. Nie chcę odbie­rać niko­mu fraj­dy z lek­tu­ry (bo mimo powa­gi tema­tu to wciąż inte­lek­tu­al­na fraj­da), prze­cho­dzę zatem do dru­gie­go, nie­ro­ze­rwal­nie sple­cio­ne­go ze świa­tem zagro­żo­nym, tema­tu Roz­chwia­nych kanar­ków…, jakim są gra­ni­ce dys­kur­su lite­rac­kie­go.

Mimo że sama potrze­bu­je jej do snu­cia opo­wie­ści, Scha­lan­sky twier­dzi, że meta­fo­ra się zuży­ła:

Nie ma odwro­tu. Kana­rek już się chwie­je. Jak­kol­wiek chwy­tli­wa jest ta meta­fo­ra, na nie­wie­le się teraz zda, bo prze­cież Zie­mia to nie kopal­nia, z któ­rej moż­na po pro­stu uciec w razie zagro­że­nia1.

Na prze­kór temu defe­ty­zmo­wi będę bro­nić meta­fo­ry jako narzę­dzia, któ­re pozwa­la uru­cho­mić myśle­nie. Pochwy­co­na w poję­cie rzecz (czy­li nie­ko­niecz­nie mate­rial­ny przed­miot nasze­go zain­te­re­so­wa­nia), sta­je się nasza, przez co (isto­to­wo) prze­sta­je być sobą. Przy­szpi­le­nie języ­ko­we, nie­zbęd­ne w komu­ni­ka­cji, jest de fac­to ilu­zją posia­da­nia tego, co chcie­li­śmy usi­dlić, fał­szu­ją­cym unie­ru­cho­mie­niem. Kie­dy rze­czy­wi­stość wymy­ka się upo­ję­cio­wie­niu, język w swej bez­rad­no­ści ofe­ru­je nam prze­no­śnię, któ­ra, jak pisze w Dorze­czach i docie­ka­niach (Gdańsk: sło­wo obraz/terytoria, 2025) Dobro­sław Kot, rów­nież „tłu­ma­czy, lecz pozwa­la inne­mu trwać w inno­ści”. Poję­cia poma­ga­ją oswo­ić, a więc i pod­po­rząd­ko­wać sobie świat, dzię­ki myśle­niu meta­fo­rycz­ne­mu (poprzez obra­zo­wa­nie i porów­ny­wa­nie) może­my stać obok tego, co inne, i w ten spo­sób dotknąć pomy­śla­nej rze­czy – a to klu­czo­we, zwłasz­cza w dobie kry­zy­su.

Autor­ka Atla­su wysp odle­głych pisze:

Ist­nie­je poję­cie, w ramach któ­re­go ludz­kie pra­gnie­nia i lęki dziw­nie się na sie­bie nakła­da­ją: antro­po­cen, ter­min stwo­rzo­ny przez czło­wie­ka, podob­nie jak wszyst­kie sło­wa, czy to łaska, Gaja, czy efekt wąskie­go gar­dła, nie­uzna­wa­ny przez ofi­cjal­ną komi­sję geo­lo­gów, ale pró­bu­ją­cy wyra­zić nie­po­ko­ją­cą praw­dę – tyleż eks­cy­tu­ją­cą, co prze­ra­ża­ją­cą świa­do­mość, że jeste­śmy tak potęż­ni i masyw­ni jak aste­ro­ida, że zosta­wia­my śla­dy, któ­rych nie zmy­je nawet naj­więk­sze tsu­na­mi, śla­dy nie do prze­ocze­nia, tok­sycz­ne i radio­ak­tyw­ne mar­ke­ry geo­lo­gicz­ne w osa­dach.

By posłu­żyć się języ­kiem nauki: czło­wiek nie­od­wra­cal­nie prze­kształ­cił kulę ziem­ską, prze­kro­czył gra­ni­ce pla­ne­tar­ne, unie­moż­li­wia­jąc powrót do holo­ce­nu. Mimo solid­nych pod­staw do posta­wie­nia tej dia­gno­zy – obok lęku pra­cu­je w niej mit. Czy nie jest tak, że usi­łu­je­my w ten spo­sób utrwa­lić pozy­cję nasze­go gatun­ku jako domi­nu­ją­ce­go, pod­sy­cić prze­ko­na­nia o ludz­kiej wszech­mo­cy, zneu­tra­li­zo­wać typo­we dla kra­jów roz­wi­nię­tych dra­pież­ne zacho­wa­nia jako zako­do­wa­ne w natu­rze czło­wie­ka? – reto­rycz­nie pyta Scha­lan­sky. Dyle­mat zwią­za­ny z poję­ciem antro­po­ce­nu przy­po­mi­na, że „żaden opis nie jest wol­ny od war­to­ścio­wa­nia”.

Literatura wyczerpania à rebours

W Roz­chwia­nych kanar­kach… Scha­lan­sky testu­je ade­kwat­ność języ­ka i wydol­ność lite­ra­tu­ry w obli­czu pogłę­bia­ją­ce­go się kry­zy­su kli­ma­tycz­ne­go. Pisze wprost, że obcy jest jej spo­łecz­no-poli­tycz­ny akty­wizm („Łatwo jest sta­wiać wykrzyk­ni­ki, zwłasz­cza gdy wypi­su­je się wznio­słe hasła na żół­tych trans­pa­ren­tach. Im bar­dziej się nimi jed­nak sza­fu­je, tym szyb­ciej się zuży­wa­ją”), jed­nak – to już nie wprost – lite­ra­tu­rze i sobie jako jej emi­sa­riusz­ce w przed­dzień kolej­ne­go z koń­ców świa­ta wyzna­cza kon­kret­ne obo­wiąz­ki.

Ese­ist­ka zży­ma się na usta­le­nia z Poety­ki Ary­sto­te­le­sa (czy­ta­nej frag­men­ta­rycz­nie i otwie­ra­nej tak­że przy­pad­ko­wo), poczy­na­jąc od tego, że „sztu­ka poetyc­ka pole­ga nie na przed­sta­wie­niu wyda­rzeń rze­czy­wi­stych, lecz takich, któ­re mogły­by się zda­rzyć”2. W teraź­niej­szo­ści spod zna­ku per­ma­nent­ne­go kry­zy­su i sta­nów wyjąt­ko­wych zasa­dę tę uzna­je za nie­ak­cep­to­wal­ną. Podzie­lam tę potrze­bę nazy­wa­nia rze­czy po imie­niu, prze­świe­tla­nia teraź­niej­szo­ści i ana­li­zo­wa­nia zacho­dzą­cych zja­wisk w dys­kur­sie. Nie mniej waż­ny wyda­je mi się jed­nak namysł nad tym, co mogło­by się zda­rzyć, nawet jeśli – to rów­nież z Poety­ki – „poeta powi­nien przed­sta­wiać raczej zda­rze­nia nie­moż­li­we, lecz praw­do­po­dob­ne, niż moż­li­we, ale nie­praw­do­po­dob­ne”. Ta idea wpra­wia Scha­lan­sky w „szcze­gól­ne przy­gnę­bie­nie”, według mnie nato­miast odzna­cza się prze­ni­kli­wo­ścią, i bynaj­mniej nie mam filo­zo­fa za pięk­no­du­cha (choć i pięk­no­du­cho­stwa potrze­bu­je­my, po pro­stu, po to, by nie zwa­rio­wać). Pisar­ską powin­no­ścią jest w uję­ciu Sta­gi­ry­ty nie tyl­ko zmy­śle­nie, ale tak­że wybie­ga­nie naprzód, prze­czu­wa­nie przy­szłych lęków, dostrze­ga­nie wyzwań, choć­by tych poten­cjal­nie naj­bar­dziej odle­głych. Nie­moż­li­we wyda­rza się na naszych oczach, i to raz za razem. Kie­dy w 1959 roku uka­za­ła się Czwar­ta epo­ka autor­stwa japoń­skie­go pisa­rza Kōbō Abe­go (tłum. Miko­łaj Mela­no­wicz, nowe wyda­nie – Kra­ków: Karak­ter, 2025), powieść zosta­ła uzna­na za nie­groź­ny kry­mi­nał scien­ce fic­tion. Dziś, czy­ta­jąc o kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej, sztucz­nej inte­li­gen­cji (jego super­kom­pu­ter zapo­wia­da Chat GPT) i eks­pe­ry­men­tach gene­tycz­nych, nazy­wa­my twór­cę wizjo­ne­rem.

Kry­ty­ka sche­ma­tu dra­ma­tycz­ne­go Ary­sto­te­le­sa, opi­su­ją­ce­go kla­sycz­ną struk­tu­rę opo­wie­ści (ekspozycja–rozwój akcji–punkt kulminacyjny–rozwiązanie–katastrofa), zda­niem Scha­lan­sky dalej uzna­wa­ne­go za powszech­nie obo­wią­zu­ją­cy, w Roz­chwia­nych kanar­kach… zbie­ga się ze sprze­ci­wem histo­rio­zo­ficz­nym:

Jak­że łak­nę­łam uciecz­ki od takiej kolei rze­czy, jak usil­nie marzy­łam o alter­na­tyw­nej wer­sji histo­rii, o jakiejś dro­dze wyj­ścia. Osta­tecz­nie dzie­je świa­ta mogły się prze­cież poto­czyć zupeł­nie ina­czej. Gdy­by nie patriar­chat, gdy­by Inko­wie pod­bi­li Euro­pę, gdy­by miłość do zwie­rząt i rozu­mie­nie przy­ro­dy świę­te­go Fran­cisz­ka zna­la­zły wię­cej naśla­dow­ców… Nie od dziś wia­do­mo, że każ­de życie skry­wa w sobie nie­skoń­cze­nie dużo gdy­by.

Trud­no mi się pozbyć prze­ko­na­nia, że Sta­gi­ry­ta dosta­je cię­gi nie za pod­wa­li­ny pod roz­wa­ża­nia geno­lo­gicz­ne, ale za to, jak poto­czy­ła się histo­ria. A jak­kol­wiek dużą rolę przy­pi­sy­wa­li­by­śmy filo­zo­fom i języ­ko­wi, inny spo­sób opi­su prze­szło­ści nie odwró­ci bie­gu dzie­jów. Samo gdy­ba­nie nato­miast odby­wa się w lite­ra­tu­rze jako reali­za­cja powie­rzo­ne­go poecie zada­nia.

Jako alter­na­ty­wę wobec line­ar­nej nar­ra­cji Ary­sto­te­le­sa Scha­lan­sky pro­po­nu­je wor­ko­wą teo­rię fik­cji Ursu­li K. Le Guin. Zamiast zmie­rza­ją­cej do okre­ślo­ne­go celu włócz­ni – worek; zamiast linio­wej fabu­ły – mozai­kę; zamiast kon­kret­nych posta­ci – trans­gre­sję boha­te­rów. Zafa­scy­no­wa­na post­mo­der­ni­stycz­nym punk­tem widze­nia, a wła­ści­wie oczo­plą­sem, i podzie­la­ją­ca hum­bold­tow­skie prze­ko­na­nie, że wszyst­ko jest ze sobą sprzę­żo­ne i od sie­bie zależ­ne, szyb­ko uzna­je tego rodza­ju pisa­nie za nie w peł­ni moż­li­we. Odtwo­rze­nie w języ­ku tak zawi­łej grzyb­ni zda­niem pisar­ki nie wcho­dzi w grę, choć­by z powo­dów gra­ma­tycz­nych. Nie spo­sób, zwłasz­cza w „jej” niem­czyź­nie, uło­żyć zda­nia roz­bi­ja­ją­ce­go sztyw­ną tria­dę podmiot–orzeczenie–dopełnienie. Nawet jeśli inna opo­wieść jest moż­li­wa – jako przy­kład Scha­lan­sky poda­je poli­ne­zyj­skie mity i nie­któ­re księ­gi Sta­re­go Testa­men­tu – czy­tel­nicz­ka mimo­wol­nie się od niej odbi­ja. „Być może trze­ba mieć cyklicz­ne poczu­cie cza­su, aby zagu­sto­wać w takich tek­stach, zako­rze­nio­nych z regu­ły w tra­dy­cjach ust­nych”, kon­sta­tu­je roz­cza­ro­wa­na.

Okładka książki Judith Schalansky pod tytułem „Rozchwiane kanarki, głębokie doły”.
Judith Schalansky, „Rozchwiane kanarki, głębokie doły”, tłum. Kamil Idzikowski, Kraków: Wydawnictwo Ha!art, 2025.

Gatunek najmniejszej troski

Ze scep­ty­cy­zmu wobec włócz­ni Ary­sto­te­le­sa i nie­peł­nej reali­zo­wal­no­ści wor­ka Le Guin autor­ka Szyi żyra­fy wycią­ga oso­bli­we wnio­ski. Okre­ślo­ną jako for­mę „miesz­czań­ską i indy­wi­du­ali­stycz­ną” powieść (toż­sa­mą w tym przy­pad­ku z fabu­łą) prze­ciw­sta­wia fawo­ry­zo­wa­ne­mu ese­jo­wi, w któ­rym „fak­ty i fik­cja sta­pia­ją się w jed­ną nie­ro­ze­rwal­ną całość”. Prze­cież i powieść to umoż­li­wia, podob­nie jak poemat, dra­mat czy wie­le innych form. Depre­cjo­nu­jąc ten gatu­nek za jego indy­wi­du­ali­stycz­ny cha­rak­ter, nie spo­sób racjo­nal­nie opto­wać za ese­jem, któ­ry w swych zało­że­niach pole­ga na przed­sta­wie­niu indy­wi­du­al­ne­go punk­tu widze­nia, zapro­po­no­wa­niu jed­nost­ko­wej inter­pre­ta­cji.

Badacz­ka języ­ko­wej ade­kwat­no­ści for­mu­łu­je rów­nież tezę, zgod­nie z któ­rą gatun­ki lite­rac­kie dyk­tu­ją (spo­sób) opo­wie­ści o naszych życio­ry­sach (na przy­kład jeśli zamie­rza­my pisać o karie­rze, zde­cy­du­je­my się na kon­wen­cję bil­dung­sro­man lub powie­ści łotrzy­kow­skiej). Myśl tę puen­tu­je sło­wa­mi:

Bez odnaj­dy­wa­nia ana­lo­gii i przy­pi­sy­wa­nia zna­czeń, bez kon­den­so­wa­nia i uogól­nia­nia, bez ucie­ka­nia się do prze­sa­dy, ujed­no­li­ca­nia i ide­ali­za­cji życie, a przy­naj­mniej życie ludz­kie, było­by nie do pomy­śle­nia.

To defi­ni­cja homo nar­ra­ti­vus, któ­rym bez wąt­pie­nia jest każ­dy z nas. Zgo­da, opo­wie­ści reali­zu­ją­ce line­ar­ne sche­ma­ty i powie­la­ją­ce wzor­ce gatun­ko­we mają się dobrze. Ozna­cza to, że teo­ria wciąż dzia­ła, ale zacho­wy­wa­ne jest tak­że pew­ne dzie­dzic­two, a w dzie­jach lite­ra­tu­ry toczy się dia­log. Roz­po­zna­wa­nie przy­ję­tej kon­wen­cji daje też poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, i to po obu stro­nach książ­ki.

Jed­nak model myśle­nia, czy­li język i for­ma tek­stu, to wybór, nie opre­sja; inne spo­so­by pisa­nia są moż­li­we. Wystar­czy krót­ka wizy­ta w księ­gar­ni, by prze­ko­nać się, że kra­jo­braz lite­rac­ki jest dużo bar­dziej zróż­ni­co­wa­ny. Ose­bol (tłum. Justy­na Cze­chow­ska, Wro­cław: Osso­li­neum, 2024) to repor­taż w for­mie poema­tu skom­po­no­wa­ny z wypo­wie­dzi nie­mal wszyst­kich miesz­kań­ców pusto­sze­ją­cej szwedz­kiej wsi, w któ­rej dora­sta­ła jego autor­ka Marit Kapla. Z histo­rii mówio­nych powsta­ła poli­fo­nicz­na opo­wieść o codzien­nym tru­dzie życia, cza­sie, sta­ło­ści i zmia­nach, a w szer­szym pla­nie „ele­gia na cześć odcho­dzą­ce­go świa­ta”. Tytu­ło­we Rom­bo z powie­ści Esther Kin­sky (tłum. Zofia Suchar­ska, Oko­ni­ny: Drza­zgi, 2024) jest pomru­kiem zapo­wia­da­ją­cym serię trzę­sień zie­mi, któ­re w 1976 roku nawie­dzi­ły pół­noc­ne Wło­chy. Z peł­nej prze­sko­ków cza­so­wych, nar­ra­cyj­nych i gatun­ko­wych opo­wie­ści dowia­du­je­my się, jak kata­klizm wpły­nął na życie miesz­kań­ców Udi­ne. Kil­ko­ro z nich (to posta­ci fik­cyj­ne) opo­wia­da o oko­licz­no­ściach dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń, sile natu­ry i swo­jej trau­mie. Peł­no­praw­ny­mi boha­te­ra­mi obok ludzi są tu rośli­ny, pta­ki, pewien gatu­nek węża, miej­sco­we legen­dy oraz pej­zaż.

W 2023 roku uka­za­ły się rumo­wi­ska Wita Szo­sta­ka (War­sza­wa: Power­graph), powieść rów­nież wie­lo­gło­so­wa (z zasad­nym pyta­niem, kto te histo­rie opo­wia­da, w tle), z któ­rej nur­tem wart­ko zle­wa się myśla­ny esej o rze­ce. Opo­wie­ści-stru­mie­nie ludz­kich losów mają róż­ne źró­dła, choć na pew­nych odcin­kach ich wody się mie­sza­ją. Co pewien czas potok słów mean­dru­je, obja­wia­jąc się pota­mo­lo­gicz­nym odau­tor­skim lub bez­oso­bo­wym meta­ko­men­ta­rzem, nio­są­cym reflek­sje o natu­rze języ­ka i mito­lo­gii rze­ki. Dwa lata póź­niej Dobro­sław Kot ogło­sił dru­kiem wspo­mnia­ne już Dorze­cza i docie­ka­nia, esej czy­stej wody, w któ­rym filo­zof zasta­na­wia się, jak pytać o rze­kę. Gra­ma­tycz­nie rze­ka to rze­czow­nik, ale nie jest prze­cież żad­ną rze­czą, nie jest też żad­nym miej­scem. Mimo to jest cią­gle i nigdzie. A zatem, docie­ka myśli­ciel, może rze­ka jest cza­sow­ni­kiem? Boha­ter­ka ese­ju, sta­jąc się na prze­mian zna­czo­ną i zna­czą­cą, odsła­nia indo­len­cję nasze­go myśle­nia i ujaw­nia ogra­ni­cze­nia kate­go­rii kla­sycz­nej filo­zo­fii. Jestem prze­ko­na­na, że Judith Scha­lan­sky doga­da­ła­by się z Dobro­sła­wem Kotem. Uznaw­szy, że myśle­nie jest rodza­jem opo­wie­ści, a filo­zo­fo­wie opo­wia­da­ją swo­je świa­ty, Kot doj­dzie do poro­zu­mie­nia z Witem Szo­sta­kiem. Pyta­nie, co Szo­stak powie­dział­by na tak sil­ne osła­bia­nie fabu­ły przez Scha­lan­sky.

Kasandra

Fak­ty są takie: nie ma już kanar­ków w kopal­ni, coraz mniej jest pta­ków w ogó­le. Odwró­ce­nie gło­śne­go bicia na alarm, zauwa­ża inte­lek­tu­alist­ka, sku­tecz­ne jest tyl­ko wów­czas, kie­dy potra­fi­my usły­szeć, cze­go bra­ku­je. Jak w Spi­sie paru strat, nie­obec­ność moż­na odno­to­wać jedy­nie wte­dy, gdy znik­nię­te zaj­mu­je miej­sce w naszej pamię­ci. A jeśli już posły­szy­my – gło­śno lub nie­mo – wyją­cy alarm, czy ktoś dostar­czy nam instruk­cji, co robić? Zda­niem Scha­lan­sky szcze­gól­ny sens mają dziś książ­ki łączą­ce lite­rac­ką empa­tię, nauko­wą prze­ni­kli­wość, dane i bada­nia, któ­re mogą real­nie rato­wać życie istot, mię­dzy inny­mi przez pod­no­sze­nie świa­do­mo­ści spo­łecz­nej i wpływ na kształt pra­wa. Usta­wy i roz­po­rzą­dze­nia trak­tu­je autor­ka jako pewien rodza­jem lite­ra­tu­ry, „o któ­rej walo­ry, aktu­al­ność i wła­ści­wą inter­pre­ta­cję spie­ra­ją się sędzio­wie i ław­ni­cy”.

W koń­ców­ce ese­ju poja­wia się postać Kur­ta Von­ne­gu­ta, któ­ry w 1969 roku wygło­sił dla Ame­ri­can Phy­si­cal Socie­ty odczyt na temat roli arty­stów dla świa­ta. Autor Syren z Tyta­na (któ­ry ze wzglę­dów prag­ma­tycz­nych w prze­szło­ści stu­dio­wał mię­dzy inny­mi che­mię) przed­sta­wił wów­czas the cana­ry-in-the-coal-mine the­ory of the arts, dowo­dząc, że ludzie sztu­ki są spo­łecz­nie uży­tecz­ni z powo­du ich szcze­gól­nej wraż­li­wo­ści. Pisarz wyznał w audy­to­rium, że naj­przy­dat­niej­sze, co mógł­by zro­bić, to spaść z drąż­ka – tym­cza­sem arty­ści robią to każ­de­go dnia, nie­zau­wa­ża­ni. Ostat­nio coraz czę­ściej mówi się o tej kasan­drycz­no­ści, czy­li prze­czu­wa­niu nie­po­koi bądź – po ary­sto­te­le­sow­sku – poka­zy­wa­niu poten­cja­łów, lite­ra­tu­ry. Scha­lan­sky ze spo­rą dozą iro­nii rela­cjo­nu­je prze­bieg tam­te­go wie­czo­ru, by przejść do reflek­sji na temat wyda­nej w tym samym roku Rzeź­ni numer pięć, w któ­rej Von­ne­gut usi­ło­wał oddać wła­sne doświad­cze­nia wojen­ne z cza­su bom­bar­do­wa­nia Dre­zna. Bez stresz­cza­nia kul­to­wej powie­ści prze­cho­dzę do komen­ta­rza Scha­lan­sky, któ­ra uzna­je, że nar­ra­tor, alter ego auto­ra, zda­je raport z poraż­ki. Jest wzię­tym pisa­rzem, spe­cja­li­stą od tych wszyst­kich spraw­dzo­nych ele­men­tów nar­ra­cyj­nych, a mimo to nie potra­fi opo­wie­dzieć wła­snych wojen­nych prze­żyć. Myśla­łam kie­dyś podob­nie o zupeł­nie innej wiel­kiej pro­zie. Męczy­ło mnie zda­ją­ce się nie mieć koń­ca brnię­cie przez śnieg, grzę­złam w nim wraz z boha­te­rem, poty­ka­łam się, fizycz­nie wręcz odczu­wa­jąc opór sta­wia­ny mi przez kolej­ne poła­cie tek­stu. Dziś wiem, że wła­śnie dzię­ki takie­mu kształ­to­wi opo­wie­ści czy­tel­nicz­ka może zro­zu­mieć, co dla jej boha­te­ra ozna­cza dotar­cie na zamek. A Von­ne­gut? Opo­wie­dział o pie­kle woj­ny, tyl­ko nie wprost, two­rząc jeden z naj­sil­niej dzia­ła­ją­cych anty­wo­jen­nych mani­fe­stów.

Za rapor­tem Klu­bu Rzym­skie­go, „think-tan­ku wcze­sne­go ostrze­ga­nia”, Scha­lan­sky poda­je, że naj­więk­szym wyzwa­niem naszych cza­sów jest nie­zdol­ność do odróż­nia­nia praw­dy od fik­cji. Ta ostat­nia pod posta­cią fake new­sów domi­nu­je w prze­strze­ni publicz­nej. Tak­że dla­te­go ese­ist­ka wyzna­cza lite­ra­tu­rze zada­nie szu­ka­nia nowych, głów­nie nie­fik­cjo­nal­nych, reje­strów. Według Scha­lan­sky pisa­nie może oca­lać, jeśli dzie­li pasję z odpo­wie­dzial­no­ścią i prze­cie­ra nowe szla­ki myśli.

Rozu­miem, dla­cze­go autor­ka pusz­cza, dla­cze­go po jej pedan­tycz­nej wir­tu­oze­rii z poprzed­nich publi­ka­cji nie ma śla­du. Pisar­ka jest kanar­kiem w kopal­ni, a jej tekst – mani­fe­stem, jak­kol­wiek by się przed tym wzbra­nia­ła. Z począt­ku Roz­chwia­ne kanar­ki, głę­bo­kie doły były dla mnie książ­ką wybra­ko­wa­ną, noszą­cą zna­mio­na nie­obec­no­ści szny­tu tam­tych opo­wie­ści. Widzę już, że to nie brak for­my, ale inna for­ma. Jak naj­bar­dziej ade­kwat­na, ale nie­je­dy­na. Potrze­ba nam dziś odwa­gi w myśle­niu: nie jakie­goś kon­kret­ne­go języ­ka, róż­nych języ­ków. Zbyt dużo nie­me­ta­fo­rycz­nych gatun­ków stra­ci­li­śmy, by samo­dziel­nie pozba­wiać się biblio­róż­no­rod­no­ści.

 

1 Wszel­kie tłu­ma­cze­nia cyta­tów, o ile nie poda­no ina­czej, za: J. Scha­lan­sky, Roz­chwia­ne kanar­ki, głę­bo­kie doły, tłum. K. Idzi­kow­ski, Kra­ków: Ha!art, 2025.

2 Ten i kolej­ne cyta­ty z Poety­ki Ary­sto­te­le­sa poda­ję, za Kami­lem Idzi­kow­skim, w tłu­ma­cze­niu Hen­ry­ka Pobiel­skie­go. Cyt. za: J. Scha­lan­sky, Roz­chwia­ne kanar­ki

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.