Uśmiechnięta rozpacz. O nadwyżce „Minotaura albo popasu w Oranie” Alberta Camusa

„Zachwyt i roz­pacz to moje zna­ki szcze­gól­ne”, pisa­ła w wier­szu noblist­ka. Znam jesz­cze przy­naj­mniej jed­ne­go auto­ra z wyróż­nie­niem Aka­de­mii Szwedz­kiej, któ­ry mógł­by napi­sać te sło­wa, choć pew­nie w tym przy­pad­ku roz­pacz wyprze­dzi­ła­by zachwyt. To, co zapi­sa­łam poni­żej, sta­no­wi garść reflek­sji poczy­nio­nych na mar­gi­ne­sie jed­ne­go z przy­ku­rzo­nych tek­stów kochan­ka Śród­ziem­no­mo­rza – Alber­ta Camu­sa.

Rękopis znaleziony

W prze­past­nych zbio­rach Fonds Albert Camus znaj­du­je się sto pięć­dzie­siąt pudeł z dorob­kiem piśmien­ni­czym auto­ra Dżu­my: ręko­pi­sa­mi, maszy­no­pi­sa­mi z adno­ta­cja­mi, tek­sta­mi publi­cy­stycz­no-poli­tycz­ny­mi, arty­ku­ła­mi, przed­mo­wa­mi, wykła­da­mi, roz­pro­szo­ny­mi notat­ka­mi i kore­spon­den­cją. Nie­wie­le mniej kar­to­nów zaj­mu­ją opra­co­wa­nia jego twór­czo­ści, impo­nu­ją­ce mate­ria­ły zgro­ma­dzo­ne przez Oli­vie­ra Tod­da i róż­ne­go rodza­ju arte­fak­ty pozwa­la­ją­ce zacho­wać pamięć o myśli i życiu algier­sko-fran­cu­skie­go pisa­rza i filo­zo­fa. Dostać się do archi­wum Alber­ta Camu­sa w Aix-en-Pro­ven­ce nie jest łatwo. Zgod­nie z instruk­cja­mi przy­go­to­wu­ję spój­ny pro­jekt badaw­czy, wska­zu­ję mate­ria­ły, któ­re chcia­ła­bym otrzy­mać do wglą­du, wymy­ślam spek­ta­ku­lar­ne efek­ty moich ana­liz – i cze­kam na decy­zję. Po kil­ku mie­sią­cach otrzy­mam od cór­ki pisa­rza Cathe­ri­ne Camus zgo­dę na dostęp do archi­wum. Cza­su pozo­sta­je nie­wie­le, osta­tecz­nie w Biblio­thèque Méja­nes we fran­cu­skiej Pro­wan­sji spę­dzam trzy, oto­czo­ne week­en­dem i świę­ta­mi, let­nie dni. Jako pierw­szą otrzy­mu­ję tecz­kę opi­sa­ną „Le Mino­tau­re ou la Hal­te d’Oran”. Tekst prze­ze mnie wybra­ny, ale wca­le nie naj­waż­niej­szy spo­śród innych znaj­du­ją­cych się na mojej liście. Poświę­cam mu cały dzień, bo choć wiem, że w takim tem­pie nie zdą­żę prze­czy­tać wszyst­kie­go, nie mogę się od nie­go ode­rwać:

Począ­tek napi­sa­ny odręcz­nie, na papie­rze fir­mo­wym pary­skie­go Com­bat. Papier jest gład­ki, tekst zwar­ty, z poje­dyn­czy­mi tyl­ko skre­śle­nia­mi. Pismo pro­ste, raczej czy­tel­ne, ale nie pedan­tycz­ne, to pisa­nie dla sie­bie. Dalej maszy­no­pis z odręcz­ny­mi skre­śle­nia­mi i dopi­ska­mi. Odręcz­na czę­sto inter­punk­cja, cza­sem rów­nież akcen­to­wa­nie1.

Zamknię­ty w Lecie (tomie ese­jów Camu­sa, poza pierw­szym wyda­niem na trwa­łe połą­czo­nym wydaw­ni­czo z wcze­śniej­szy­mi Zaślu­bi­na­mi) Mino­taur albo popas w Ora­nie uka­zu­je się dru­kiem w Gal­li­mar­dzie w 1959 roku. Zagad­ką pozo­sta­je rze­czy­wi­sty czas pra­cy nad szki­cem, ponie­waż choć autor opa­tru­je go datą 1939, redak­tor Œuvres com­plètes, czy­li dzieł zebra­nych Camu­sa, Roger Quil­liot za bar­dziej praw­do­po­dob­ne uzna­je, że pisarz pra­cę nad nim roz­po­czął pod­czas poby­tu w Ora­nie rok póź­niej. Tekst został popra­wio­ny w 1941 roku, a osta­tecz­nie zre­wi­do­wa­ny przez Camu­sa dwa­na­ście lat póź­niej. Pol­sz­czy­zna zawdzię­cza go Marii Leśniew­skiej (małą wiel­ką książ­kę w 1981 roku opu­bli­ko­wa­ło Wydaw­nic­two Lite­rac­kie)2.

Wyjąt­ko­wy jest spo­sób, w jaki Camus wyra­ża myśli w Mino­tau­rze… Poezja spo­ty­ka się tu z pro­zą życia, dosłow­nie, Camus-filo­zof z afo­ry­stycz­nym zacię­ciem z Camu­sem-dzien­ni­ka­rzem. W tej dru­giej roli autor Obce­go debiu­tu­je w grud­niu 1938 roku w nowo powsta­łym dzien­ni­ku „Alger Répu­bli­ca­in”3, i choć w tym tek­ście nie będę rekon­stru­ować spo­strze­żeń doty­czą­cych Ora­nu tam­te­go cza­su, war­to odno­to­wać, jak uważ­nym obser­wa­to­rem i kro­ni­ka­rzem był Camus. Dosta­je­my tekst przy­ziem­nie sen­su­al­ny: jego boha­te­rem (niby) jest roz­grza­ny przez słoń­ce, odwró­co­ny ple­ca­mi do morza, zaku­rzo­ny i ska­mie­nia­ły Oran, a jed­no­cze­śnie (w rze­czy­wi­sto­ści) są nim zawie­szo­ne w cza­sie i prze­strze­ni roz­wa­ża­nia o byciu w świe­cie. Dosta­je­my tekst filo­zo­ficz­ny, nie­wąt­pli­wie zdra­dza­ją­cy wio­dą­ce aspek­ty myśli Camu­sa. Dosta­je­my tekst, któ­ry, jak mi się zda­je, będzie tyl­ko coraz bar­dziej aktu­al­ny – to lite­rac­ki repor­taż „z nad­wyż­ką”, by posłu­żyć się idio­mem Han­ny Krall. Będzie więc o tej nad­wyż­ce.

Zaludniona samotność

Bez jakie­go­kol­wiek roz­bie­gu Camus wrzu­ca czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ni­ków w przed­miot swo­ich egzy­sten­cjal­nych utra­pień już w otwie­ra­ją­cym szkic aka­pi­cie:

Nie ma już pustyń. Nie ma już wysp. A prze­cież odczu­wa­my ich potrze­bę. Aby zro­zu­mieć świat, trze­ba się cza­sem odwró­cić od nie­go; aby lepiej słu­żyć ludziom – trzy­mać się od nich przez chwi­lę z dala. Ale gdzie zna­leźć samot­ność nie­zbęd­ną dla siły, dłu­gi oddech, by sku­pić umysł i zmie­rzyć odwa­gę?4

I dalej:

Nawet pusty­nia nabra­ła sen­su, prze­ła­do­wa­no ją poezją. Jest Mek­ką dla wszyst­kich cier­pień świa­ta. Ale w pew­nych chwi­lach ser­ce pra­gnie aku­rat miejsc bez poezji.

Poczu­cie oblę­że­nia, cia­sno­ty, zabe­to­no­wa­nia, upo­rczy­we­go wypeł­nia­nia tre­ścią i nada­wa­nia zna­czeń to jak­że traf­ny opis nasze­go kra­jo­bra­zu – tak zewnętrz­ne­go, jak i wewnętrz­ne­go. Camu­so­wi jed­nak ten stan towa­rzy­szył już lata temu. W dekla­ro­wa­nym cza­sie pisa­nia, czy­li w 1939 roku, przy­szły pisarz miesz­ka jesz­cze w rodzin­nym Algie­rze, rok póź­niej wyje­dzie do Pary­ża. Kie­dy mia­sto zaj­mą Niem­cy, prze­nie­sie się do Lyonu, a stam­tąd na krót­ko wró­ci do Algie­rii, wła­śnie do Ora­nu. W 1942 roku przy­je­dzie do sto­li­cy Fran­cji na sta­łe, do ojczy­zny już nie wró­ci.

Choć przez całe póź­niej­sze życie zabie­gał o akces do wspól­no­ty, mło­dy Camus szu­ka w samot­no­ści wytchnie­nia i rege­ne­ra­cji. To zna­mien­ne, zwłasz­cza gdy prze­śle­dzi się wyda­ne wła­śnie po raz pierw­szy w cało­ści po pol­sku Notat­ni­ki5, w któ­rych „samot­ność” (cią­żą­ca, doj­mu­ją­ca) odmie­nia­na jest przez wszyst­kie przy­pad­ki. A może wca­le nie ma tu koli­zji, sko­ro pro­kla­mo­wa­na samot­ność jest mu potrzeb­na do tego, by „zro­zu­mieć świat” i „lepiej słu­żyć ludziom”; jest przy­stan­kiem w dro­dze do bycia razem i bycia dla. Na zawie­szo­ne pyta­nie: „Gdzie zna­leźć samot­ność?”, Camus odpo­wia­da: w wiel­kich mia­stach, choć nie każ­de z nich się do tego nada­je. Paryż, Flo­ren­cja, Pra­ga, Sal­zburg, Wie­deń (sło­wem: Zachód) odpa­da­ją jako „zbyt peł­ne zgieł­ku prze­szło­ści, [gdzie] ciszy w nich nie dosta­je”. Nie zmie­nia to fak­tu, że „zalud­nio­nej samot­no­ści” wła­śnie tam się szu­ka. Ese­ista, któ­re­mu zna­na jest wspól­no­ta jako gra – na boisku i w teatrze – pisze więc o gre­mial­nym uczest­nic­twie w tej bez­piecz­nej samot­no­ści z wybo­ru. Wspo­mnia­ne mia­sta dawa­ły („Ileż umy­słów nurza­ło się w tej podró­ży mię­dzy poko­jem hote­lo­wym a sta­ry­mi kamie­nia­mi Wyspy Świę­te­go Ludwi­ka”) i wciąż dają moż­li­wość wybra­nia sobie towa­rzy­stwa z dosko­ku, wspól­nej zaba­wy i bez­tro­skie­go zerwa­nia w chwi­li, gdy naj­dzie nas na to ocho­ta (nie­odbie­ra­ne­go więc jako zerwa­nie). W tego rodza­ju aglo­me­ra­cjach moż­na zarów­no „[z]ginąć z osa­mot­nie­nia”, jak i – to o tych, któ­rzy wie­dzą, cze­go chcą – „[zna­leźć] powo­dy dla wzro­stu i samo­po­twier­dze­nia”. Tyl­ko na wła­snych warun­kach, zauwa­ża Camus, moż­na „być i nie być samot­nym”.

Opi­su­jąc to spe­cy­ficz­ne kur­cze­nie się kra­jo­bra­zu, autor Lata pod­su­wa przy­pa­dek Kar­te­zju­sza, któ­ry w naj­pręż­niej­szym pod wzglę­dem han­dlo­wym mie­ście ówcze­snej epo­ki odna­lazł pusty­nię mil­czą­cą, taką, któ­rą dopie­ro on sam wypeł­nił wiel­kim poema­tem, jak okre­śla Roz­pra­wę o meto­dzie. Amster­dam zna­ny Camu­so­wi jest już pusty­nią ska­żo­ną, a sto­su­nek pisa­rza do tego mia­sta widać w pej­za­żu nega­tyw­nym; powie­ścio­wo zary­so­wał go w Upad­ku6. Stąd kon­klu­zja: „Trze­ba innych pustyń, by umknąć poezji i odna­leźć spo­kój kamie­ni, innych miejsc bez duszy i bez nadziei”. Za wła­śnie takie miej­sce uwa­ża Oran. Daj­cie się zabrać na jego uli­cę, do skle­pów o eks­tra­wa­ganc­kim i absur­dal­nym wyglą­dzie, do kawiarń, zakła­dów foto­gra­ficz­nych i – nie ma tek­stu Camu­sa bez spoj­rze­nia na śmierć – zakła­dów pogrze­bo­wych7. W mię­dzy­cza­sie notu­ję:

Czy­tam dalej maszy­no­pis, wresz­cie napo­ty­kam duży frag­ment o Ora­nie, nie­mal stro­nę, cała skre­ślo­na. A potem stro­na napi­sa­na odręcz­nie. Tam kolej­ne skre­śle­nie. Pismo ule­ga zmia­nie, być może pió­ro towa­rzy­szy dło­ni zmę­czo­nej. Albo nie tyle zmę­czo­nej, ile notu­ją­cej w więk­szym pośpie­chu, jak­by w oba­wie, że myśl, opis pusty­ni Ora­nu ule­ci z ser­ca i z gło­wy.

Rezygnacja z wzniosłości i nuda

Od Ora­nu jed­nak nie uciek­nie­my, a żeby dalej krę­cić się po tym luna­tycz­nym i fre­ne­tycz­nym mie­ście, przy­dat­na może oka­zać się Camu­sow­ska pocz­tów­ka. W Mino­tau­rze… wyli­cza na jed­nym wde­chu:

San­ta Cruz wyrzeź­bio­na w ska­le, góry, pła­skie morze, gwał­tow­ny wiatr i słoń­ce, wiel­kie żura­wie w por­cie, pocią­gi, doki, bul­wa­ry nabrzeż­ne i gigan­tycz­ne ram­py wspi­na­ją­ce się na ska­łę miej­ską, a w mie­ście wiecz­ne zaba­wy i nuda, zgiełk i samot­ność.

Na iro­nicz­nie woła­nie o wznio­słość, któ­re powra­ca w ese­ju niczym refren – idei, kul­tu­ry, sty­lu życia – pada poważ­na odpo­wiedź:

Może istot­nie wszyst­ko tu nie jest dość wznio­słe, ale wiel­ką zale­tą tych prze­lud­nio­nych wysp jest fakt, że ser­ce się w nich obna­ża. Cisza jest już moż­li­wa jedy­nie w hała­śli­wych mia­stach.

Ten „cudow­ny kra­jo­braz”, do któ­re­go Camus oprócz pięk­na natu­ry przy­tom­nie włą­cza pra­cę ludz­kich rąk na rzecz swo­je­go i następ­nych poko­leń, zosta­je strza­ska­ny przez nie­zro­zu­mia­ły zamysł archi­tek­to­nicz­ny. W prze­ci­wień­stwie do Algie­ru Oran to mia­sto „zwró­co­ne ple­ca­mi do morza”, od wody oddzie­la­ją go nie­zli­czo­ne kli­fy, nad­brze­ża, mola i base­ny, „[mia­sto] powsta­łe na modłę śli­ma­ka, obra­ca­ją­ce się wokół sie­bie same­go”, „wiel­ki, okręż­ny mur, żół­ty, nakry­ty twar­dym nie­bem”. Ni stąd, ni zowąd w raju zja­wia się potwór:

Począt­ko­wo błą­dzisz w labi­ryn­cie, szu­kasz morza jak zna­ku Ariad­ny, ale krę­cisz się w kół­ko w dzi­kich przy­tła­cza­ją­cych uli­cach, aż w koń­cu Mino­taur poże­ra orań­czy­ków: jest nim nuda. Orań­czy­cy od daw­na już nie błą­dzą. Zgo­dzi­li się na to, by ich pożar­to.

Przyj­ścia potwo­ra nic nie zwia­sto­wa­ło, może poza samym tytu­łem, choć już zesta­wie­nie Mino­tau­ra z popa­sem osła­bia gro­zę mitycz­nej kre­atu­ry. Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie odpo­czy­wa w miej­scu, w któ­rym oba­wia się o swo­je bez­pie­czeń­stwo. Wyj­ście z kamien­ne­go labi­ryn­tu znaj­du­je się – być może – u kre­su przy­to­czo­nej wyli­czan­ki: wiecz­ne zaba­wy i nuda, zgiełk i samot­ność. Nie zna­jąc podwój­no­ści natu­ry Camu­sow­skiej samot­no­ści, moż­na by pomy­śleć, że pierw­sze czło­ny wymie­nio­nych par: wiecz­ne zaba­wy i zgiełk są nace­cho­wa­ne dodat­nio, ponie­waż ozna­cza­ją ruch, ponie­waż wska­zu­ją na to, że coś się dzie­je. Dru­gie czło­ny, czy­li nuda i samot­ność, mają zaś kono­ta­cje nega­tyw­ne. Sko­ro jed­nak cisza przy­słu­gu­je jedy­nie hała­śli­wym mia­stom, a samot­ność moż­li­wa jest tyl­ko w zgieł­ku, sko­ro moż­na chcieć i nie chcieć samot­no­ści (to o Camu­sie), być i nie być samot­nym (to o zalud­nio­nej samot­no­ści), to może rów­nież nuda nie musi wcho­dzić w kon­flikt z wiecz­ny­mi zaba­wa­mi. Fer­nan­do Pes­soa, któ­ry uczy­nił nudę jed­nym z głów­nych tema­tów Księ­gi nie­po­ko­ju spi­sa­nej przez Ber­nar­da Soare­sa, pomoc­ni­ka księ­go­we­go w Lizbo­nie, przed­sta­wia róż­ne jej obli­cza, nuda za każ­dym razem ina­czej mu się obja­wia, w koń­cu pod­su­mo­wu­je: „Osta­tecz­nie cho­dzi tyl­ko o to, aby tak odczu­wać nudę, żeby przy tym nie bola­ła”8. A sko­ro nuda będzie trwać, to nie ma zna­cze­nia, ponie­waż osta­tecz­nie nie­wie­le róż­ni się od wiecz­nych zabaw, na któ­re tak­że prze­cież obo­jęt­nie­je­my, porzu­ca­jąc je bez poczu­cia stra­ty.

Jeśli w micie wiecz­ne­go mia­sta Camu­sa poja­wia się Mino­taur, musi być i Ariad­na, ale jej atry­bu­tem nie jest nić, lecz kamień, któ­re­mu pisarz przy­zna­je pano­wa­nie nad Ora­nem. Kamień Ora­nu, a i jego kurz zdo­by­ły to mia­sto bez prze­szło­ści. Potwier­dza­ją to tutej­sze cmen­ta­rze (bynaj­mniej nie łagod­ne, jak choć­by arab­skie nekro­po­lie Algie­ru), pola kre­do­wych kamie­ni, jako jedy­ne usta­wio­ne fron­ta­mi do morza, bez­względ­nie odróż­nio­ne więc od żyją­cych. Życia przy­da­je tu sam kra­jo­braz, pur­pu­ro­we gera­nium, koja­rzą­ce się Camu­so­wi ze świe­żą krwią. Naj­wy­raź­niej mia­sto to ma wie­lu bogów, znaj­du­je się tak­że pod jurys­dyk­cją nie­ba: „Jeśli moż­na okre­ślić pusty­nię jako miej­sce bez duszy, gdzie jedy­nym wład­cą jest nie­bo, to Oran ocze­ku­je swo­ich pro­ro­ków”. W krót­kich momen­tach, kie­dy pod­da­my się nudzie, a słoń­ce usta­wi się pod odpo­wied­nim kątem, jego pro­mień może sta­no­wić dla Ariad­ny nić. To moja impre­sja, ale kore­spon­du­ją­ca z myślą czło­wie­ka Śród­ziem­no­mo­rza. Tyl­ko mówiąc Mino­tau­ro­wi „tak”, moż­li­we jest oca­le­nie. Tyl­ko wów­czas otwie­ra­my się na przy­go­dę życia, osta­tecz­nie wymy­ka­jąc się z objęć potwo­ra:

Mine­ral­ne nie­bo Ora­nu, jego uli­ce i drze­wa w powło­ce kurzu – wszyst­ko sprzy­ja powsta­niu tego świa­ta gęste­go i nie­wzru­szo­ne­go, w któ­rym ser­ce i rozum nie mogą się ode­rwać od sie­bie ani od swe­go jedy­ne­go przed­mio­tu, czło­wie­ka.

Orań­czyk jest jed­no­cze­śnie wygna­ny i nie­usu­wal­ny z tego świa­ta pozba­wio­ne­go wznio­sło­ści, nie­po­bu­dza­ją­ce­go umy­słu. „Pust­ka, nuda, obo­jęt­ne nie­bo – jakież są uro­ki tej kra­iny?”, pyta Camus. „Zapew­ne samot­ność, a może i stwo­rze­nie”. O takie ist­nie­nie, taką samot­ność i taką nudę orań­czyk wal­czy na jed­nym rin­gu z algier­czy­kiem, bro­niąc „sty­lu życia”, któ­ry został mu nada­ny i z któ­re­go nie potra­fi zre­zy­gno­wać. O tym zaświad­cza­ją pomni­ki Ora­nu i zma­ga­nia jego miesz­kań­ców z kamie­niem – budo­wa por­tu wiecz­ne­go mia­sta nad bez­dusz­ną zato­ką sta­je się aż nad­to wymow­nym aktem.

„Kamyk gładki jak asfodel”

Weź­my ostat­ni, tym razem żywy sym­bol, któ­rych w Mino­tau­rze… jest o wie­le wię­cej. Pla­że Ora­nu znaj­du­ją­ce się przy bra­mach mia­sta, wylud­nio­ne jedy­nie zimą i wio­sną, są poro­śnię­te asfo­de­la­mi. Być może dokład­nie te same kwia­ty poja­wia­ją się w wyda­nym w 1942 roku Obcym. Mimo że Camus fabu­lar­nie prze­no­si je na przed­mie­ścia Algie­ru, Todd ze szcze­gó­ła­mi opi­su­je epi­zod, któ­ry zjed­nu­je opi­sa­ne w obu tek­stach sce­ne­rie. Pod­czas poby­tu w Ora­nie w 1940 roku Camus spę­dza dużo cza­su ze swo­im dobrym kole­gą, Pierre’em Galin­dem, któ­re­mu osta­tecz­nie dedy­ku­je Mino­tau­ra… Pew­ne­go dnia wybie­ra­ją się na pla­żę Bouis­se­vil­le, znaj­du­ją­cą się na przed­mie­ściach Ora­nu. Wypad ten, a kon­kret­nie pozna­na wów­czas histo­ria, oka­że się dla Camu­sa waż­na do tego stop­nia, że Mer­sault z jego debiu­tanc­kiej, wyda­nej już nie za jego życia Śmier­ci szczę­śli­wej sta­nie się słyn­nym Meur­saul­tem z Obce­go. To wła­śnie tam naj­praw­do­po­dob­niej w sierp­niu 1939 roku doszło do incy­den­tu z udzia­łem Pierre’a, jego kole­gów i dwóch Ara­bów, któ­ry od opi­sa­nej w powie­ści sce­ny szczę­śli­wie róż­ni się fina­łem. Ara­bo­wie ucie­ka­ją z pla­ży, nie­mniej agre­syw­ne prze­py­chan­ki i atry­bu­ty towa­rzy­szą­ce zgro­ma­dzo­nym męż­czy­znom (nóż, rewol­wer, skwar) dyk­tu­ją Camu­so­wi sce­na­riusz, któ­ry roz­sa­dzi dotych­cza­so­wy porzą­dek świa­ta Meur­saul­ta.

Wróć­my do momen­tu, w któ­rym boha­te­ro­wie Obce­go dopie­ro docie­ra­ją na pla­żę. Tłu­ma­cze, Maria Zeno­wicz i Marek Bień­czyk, odma­lo­wa­li nie­co odmien­ne wido­ki. Cytu­ję za Bień­czy­kiem, a więc now­szym prze­kła­dem, gdzie expres­sis ver­bis poja­wia się asfo­del (fr. aspho­dèle), któ­ry Zeno­wicz nazwa­ła zło­to­gło­wem (to ta sama rośli­na, choć zło­to trud­no uzgod­nić z cha­rak­te­ry­zu­ją­cą ją bie­lą):

Wysie­dli­śmy na przed­mie­ściu Algie­ru. Pla­ża znaj­du­je się nie­opo­dal przy­stan­ku. Ale trze­ba było naj­pierw poko­nać małe pła­sko­wzgó­rze, któ­re wzno­si się nad morzem i opa­da ku pla­ży. Pokry­wa­ły je żół­te kamy­ki i asfo­de­le, tak bia­łe na tle moc­ne­go już lazu­ru9.

Jako wybit­ny pej­za­ży­sta w opi­sach bota­nicz­nych był ultra­pre­cy­zyj­ny. Jeśli pisze o asfo­de­lach, z pew­no­ścią ich sobie nie wymy­ślił, nie­mniej Camus śród­ziem­no­mor­ski, Camus zanu­rzo­ny w kul­tu­rze antycz­nej musiał chwy­tać zna­cze­nie asfo­de­la dla sta­ro­żyt­ne­go Gre­ka: rośli­ny pora­sta­ją­cej łąki, na któ­re tra­fia­my po śmier­ci. To kwiat zmar­łych, sadzo­ny nie­gdyś na cmen­ta­rzach; kie­dy prze­kwi­ta, jego bia­łe płat­ki przy­bie­ra­ją bar­wę popio­łu. W dzie­łach Home­ra dusze hero­sów spo­czy­wa­ły na polach asfo­de­lo­wych sym­bo­li­zu­ją­cych kra­inę wiecz­nej szczę­śli­wo­ści. W obra­sta­ją­cym śmier­cią Obcym (M. umie­ra mama, M. zabi­ja Ara­ba, M. cze­ka na śmierć) i w wiecz­nym mie­ście Ora­nie nama­lo­wa­nym w Mino­tau­rze… asfo­del sta­je się para­dok­sal­nym sym­bo­lem: śmier­ci i nie­śmier­tel­no­ści zara­zem.

A co z roz­pa­czą i zachwy­tem? Poja­wia­ją­cy się w świe­cie i zamknię­ci w obłęd­nie pięk­nym kra­jo­bra­zie orań­czy­cy odcho­dzą na pola kre­do­wych kamie­ni albo dalej, na asfo­de­lo­wą łąkę, w zależ­no­ści od ich otwar­cia na trans­cen­den­cję. Tym, co trwa, jest „obo­jęt­ny dia­log” zie­mi i morza. Camus zwra­ca uwa­gę na sprzecz­ność uczuć, jaką w czło­wie­ku budzi ta nie­zmien­ność świa­ta:

Dopro­wa­dza go do roz­pa­czy i do zachwy­tu. Świat zawsze mówi tyl­ko jed­no, naj­pierw inte­re­su­je, potem nuży. Ale w koń­cu zwy­cię­ża na mocy upo­ru. Ma zawsze rację.

Nie­dłu­go póź­niej, w 1942 roku, filo­zof powtó­rzy tę myśl, pisząc w Micie Syzy­fa, że „absurd rodzi się z kon­fron­ta­cji: ludz­kie­go woła­nia i mil­cze­nia świa­ta”10. Z począt­ku esej ten nosić miał zupeł­nie inny tytuł: Uśmiech­nię­ta roz­pacz albo szczę­ście w pie­kle.

Tekst maszy­no­pi­su – nie­znacz­nie, ale jed­nak odbie­ga od tek­stu opu­bli­ko­wa­ne­go. Widać tu ruch redak­cyj­ny (albo to auto­ko­rek­ta, nie wia­do­mo). Atra­ment maszy­ny jest nie­bie­ski, zapi­ski pió­rem czar­ne. Papier moc­no pożół­kły, zwłasz­cza ten z Com­bat. Poje­dyn­cze dopi­ski ołów­kiem, prze­kre­ślo­ne i nad­pi­sa­ne sło­wa.

W zaczy­ty­wa­nej w pro­wan­sal­skim archi­wum pierw­szej wer­sji szki­cu po przy­wo­ła­nym wyżej frag­men­cie Mino­tau­ra… napo­ty­kam dwa prze­kre­ślo­ne zda­nia: „et il fait lui don­ner raison. Il n’y a pas de gran­de œuvre sans mono­to­nie. C’est la signe de la véri­té”, co ozna­cza: „i trze­ba mu przy­znać rację. Nie ma wiel­kie­go dzie­ła bez mono­to­nii. To znak praw­dzi­wo­ści” (tłum. wła­sne). Dla­cze­go Camus wyco­fu­je te sło­wa? Bo uzna­je je za nad­wyż­kę? Bo osta­tecz­nie wypo­wia­da świa­tu rację, sta­jąc po stro­nie racji wła­snej, a nudzie wypo­wia­da jej wznio­słość? Bo ruch świa­do­mo­ści roz­mi­ja się z odru­chem cia­ła? Być może za odpo­wiedź posłu­żył­by ten frag­ment: „Wspa­nia­ła anar­chia ludz­ka prze­ciw­sta­wia się tutaj zawsze jed­na­kie­mu trwa­niu morza: dzię­ki temu ku dro­dze na zbo­czu góry wzbi­ja się osza­ła­mia­ją­cy zapach życia”11.

*

Pod­czas rewi­zji tek­stu w 1953 roku pisarz opa­tru­je go przy­pi­sem suge­ru­ją­cym, że wszel­kie jego nad­wyż­ki są pla­no­wa­ne, że po latach wciąż war­to go czy­tać:

Ten szkic pocho­dzi z roku 1939. Czy­tel­nik powi­nien o tym pamię­tać, by osą­dzić, czym może być Oran dzi­siaj. […] Oran, mia­sto szczę­śli­we i reali­stycz­ne, nie potrze­bu­je więc odtąd pisa­rzy – ocze­ku­je tury­stów.

Po tym, jak Camus śla­dem Kar­te­zju­sza wypeł­nił pusty­nię Ora­nu swo­im poema­tem, jak tam­tej­sza zie­mia zosta­ła nazna­czo­na postę­pem, moż­li­wa jest już tyl­ko zalud­nio­na samot­ność. Do tego Oran potrze­bu­je tury­stów, któ­rzy w wiecz­nych zaba­wach i zgieł­ku umoż­li­wią nudę i samot­ność z wybo­ru. Zresz­tą czy pora­dzi­li­by­śmy dziś sobie w samot­no­ści pozba­wio­nej sen­su pusty­ni? Zamiast odpo­wie­dzi wpusz­czam świa­tło z fina­łu Mino­tau­ra…: „Jutro być może odje­dzie­my razem”.

 

1 W pil­nie strze­żo­nym archi­wum nie moż­na robić zdjęć. Nie dzia­ła też kli­ma­ty­za­cja, a nie­zno­śny ukrop odre­al­nia moje doświad­cze­nie. Dla­te­go poza czy­ta­niem i kon­fron­to­wa­niem maszy­no­pi­su z opu­bli­ko­wa­ną wer­sją ory­gi­nal­ną, a gdy było to moż­li­we, tak­że z dostęp­nym prze­kła­dem, kom­pul­syw­nie noto­wa­łam wra­że­nia zwią­za­ne z obco­wa­niem z tek­stem. Kur­sy­wą, w nie­edy­to­wa­nej posta­ci przy­ta­czam zapi­ski zwią­za­ne z Mino­tau­rem…

2 W nie­da­le­kiej przy­szło­ści tekst wró­ci na księ­gar­skie pół­ki w nowym prze­kła­dzie dzię­ki Pań­stwo­we­mu Insty­tu­to­wi Wydaw­ni­cze­mu. Jest na co cze­kać.

3 Dzien­ni­kar­skie począt­ki Camu­sa szcze­gó­ło­wo i fascy­nu­ją­co opi­su­je jego bio­graf total­ny, Oli­vier Todd, w roz­dzia­łach 14 (Star­szy brat) i 15 (Wal­ka) monu­men­tal­ne­go dzie­ła, jakim jest księ­ga Albert Camus. Bio­gra­fia, tłum. J. Kor­tas, War­sza­wa: Wydaw­nic­two W.A.B., 2009.

4 Wszel­kie tłu­ma­cze­nia cyta­tów, o ile nie poda­no ina­czej, za: A. Camus, Mino­taur albo popas w Ora­nie, [w:] tegoż, Zaślu­bi­ny. Lato, tłum. M. Leśniew­ska, Kra­ków: Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, 1981.

5 Ten­że, Notat­ni­ki, tłum. K. Umiń­ski, T. Swo­bo­da, J.M. Kło­czow­ski, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 2025.

6 Ten­że, Upa­dek, tłum. A. Wasi­lew­ska, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 2022. Z kon­klu­zji poświę­co­ne­go Amster­da­mo­wi mono­lo­gu Jeana-Baptiste’a Clemence’a: „Chciał­bym też, żeby dobrze zro­zu­miał pan to mia­sto i ser­ce rze­czy! Bo jeste­śmy w ser­cu rze­czy! […] kon­cen­trycz­ne kana­ły Amster­da­mu przy­po­mi­na­ją krę­gi pie­kła? Pie­kła miesz­czań­skie­go, oczy­wi­ście, zalud­nio­ne­go zły­mi sna­mi. Kie­dy przy­by­wa się z zewnątrz i prze­cho­dzi przez kolej­ne krę­gi, życie, a zatem tak­że jego występ­ki, nabie­ra gęsto­ści, mrocz­nie­je. Tutaj jeste­śmy w ostat­nim krę­gu. […] śro­dek rze­czy jest wła­śnie tutaj, cho­ciaż znaj­du­je­my się na krań­cu kon­ty­nen­tu. […] W każ­dym razie czy­tel­ni­cy gazet i roz­pust­ni­cy [jak Cle­men­ce defi­niu­je pary­żan] nie mogą pójść dalej. […] Zmar­z­nię­ci zja­wia­ją się w Mexi­co-City i zama­wia­ją gin we wszyst­kich języ­kach świa­ta”. Zgi­ną z osa­mot­nie­nia czy znaj­dą powo­dy dla wzro­stu i samo­po­twier­dze­nia? Tego nie wie­my, pew­ne jest jed­nak, że głów­ny boha­ter, sędzia pokut­nik, dozna­je doj­mu­ją­cej samot­no­ści – samot­no­ści, któ­rej świa­do­mie wybrać chy­ba nie spo­sób.

7Zeszy­cie III pierw­sze­go z Notat­ni­ków Camu­sa znaj­du­ją się roz­le­glej­sze opi­sy Ora­nu, poczy­nio­ne przez nie­go pod­czas dwóch podró­ży do tego mia­sta. Mino­taur… zawie­ra póź­niej­szy skrót tych obser­wa­cji.

8 F. Pes­soa, Księ­ga nie­po­ko­ju spi­sa­na przez Ber­nar­da Soare­sa, pomoc­ni­ka księ­go­we­go w Lizbo­nie, tłum. M. Lip­szyc, Kra­ków: Wydaw­nic­two Loka­tor, 2013.

9 A. Camus, Obcy, tłum. M. Bień­czyk, War­sza­wa: Pań­stwo­wy Insty­tut Wydaw­ni­czy, 2022.

10 Ten­że, Mit Syzy­fa i inne ese­je, tłum. J. Guze, War­sza­wa: War­szaw­skie Wydaw­nic­two Muza SA, 2004.

11 Ten­że, Mino­taur…

– filozofka, aktywistka literacka, redaktorka książek.

więcej →

Albert Camus

– francuski prozaik, eseista i dramaturg.

więcej →

Powiązane teksty

19.01.2026
Szkice

Z plastikowej Wenus na cyfrowe wydmy Regis III. Adaptacje i gradaptacje beletrystyki Lema

Przed przystąpieniem do analizy gradaptacji dzieła Lema warto zauważyć, że także inni, współcześni mu klasycy literackiej SF nie zawsze mogli liczyć na udane adaptacje swoich fabuł do formuły gry wideo – o teatralnych, filmowych i komputerowych realizacjach twórczości Stanisława Lema piszą Natalia Kańduła, Szymon Piotr Kukulak i Jakub Gomułka.

13.01.2026
Recenzje

W gorsecie z emocji. Zespalanie światów według Maxa Blechera

Wierzę, że spotkanie z prozą Blechera pozostawia w nas głęboki ślad, dotykając naszych największych atawistycznych lęków – tych związanych z chorobą, samotnością, śmiercią. Równocześnie skłania nas do refleksji nad tym, jak korzystać z życia i mimo wszystko dążyć do względnego dobrostanu – o Dziełach zebranych Maxa Belchera pisze Olga Bartosiewicz-Nikolaev.