Druga książka poetycka albo utwierdza środowisko w przekonaniu o czyimś talencie, albo, co lepsze, okazuje się bombą, która rozsadza nieostrożne oczekiwania – bądź też, w najgorszym razie, rozczarowuje powtarzalnością pomysłu i brzmienia. Po bardzo dobrze przyjętym debiucie Marleny Niemiec (cierpkie, Biuro Literackie, 2022) zastanawiałam się więc, jak potoczą się dalsze losy jej języka poetyckiego.
Skroń mnie jednak zaskoczyła. Najwyraźniej wciąż ulegamy złudzeniu, że poetyka debiutanta rozwija się liniowo, zgodnie z naszym intuicyjnym „ciągiem dalszym”. Absolutnie nie spodziewałam się tu podmiotu przesiąkniętego lękiem. Tom cierpkie, mimo wyczuwalnego mroku, emanował również pogodą oraz bezdyskusyjną wyrazistością mówiącego „ja”. Wydawało mi się zatem, że nowy projekt powita mnie raczej symboliką gwiazdy porannej, jakiejś archetypicznej planety, stabilnego ciała niebieskiego o stałym promieniowaniu. Tymczasem Skroń nie jest rozbłyskiem; jest raczej morską otchłanią. Choć nie rozświetla nieba, z pewnością nie zamierza gasnąć. Już w pierwszym wierszu tomu, nader, niemal natychmiast pojawiają się wersy, które kierują nas ku neurobiologii, czyli obszarowi dla humanisty dość nieprzejrzystemu:
Słowo ręczność istnieje, choć robi to niepozornie.
Słowo ręczność istnieje, choć jest nieistotne1.
Jak czytamy w periodyku „Kosmos. Problemy Nauk Biologicznych”2, dominacja ręki nie determinuje automatycznej organizacji języka w mózgu. Wnioski neurobiologów sugerują wręcz, że zaburzenia językowe (takie jak afazja) nie muszą iść w parze z zaburzeniami ręczności czy preferencji ręki. Daje to podstawę, by traktować ręczność i język jako układy odrębne, choć blisko spokrewnione.
Poetka zatem już na samym wstępie w niezwykle interesujący sposób przesuwa granicę między materią a systemem znaków, między znaczącym a znaczonym. Czy substancja poezji składa się przede wszystkim z języka? A jeśli tak – jak nim „poruszyć”? Może przez coś najbardziej pierwotnego: lęk, drżenie, impuls nerwowy? Lęki oraz drgania – zarówno jako emocje, jak i jako sproblematyzowane pojęcia – powodują, że klasycznie binarna systematyzacja języka ulega rozpadowi.
Skroń zdaje się ten stan nie tylko odsłaniać, lecz wręcz przywoływać. Pomaga mu wybrzmieć w bardzo przemyślanej estetyce. Filozofia tomu opiera się bowiem na założeniu, że każde powitanie podszyte jest lękiem. Chociażby w drugim wierszu, dzień dobry puszku, czytamy, że drobny opłatek zanurzony w ślinie zanika w ogniwie większej całości, że wąska ścieżka w ciemnym lesie niknie w oku, a chorągiewki są wrażliwe na każdy powiew powietrza. Jak zasugerował mi Jakub Skurtys w prywatnej rozmowie, tego rodzaju percepcja rozwinięta została w polskiej poezji przede wszystkim przez katastrofistów lat 30. Używali oni zdrobnień, które imitują język kruchości: język dziecka, osoby przestraszonej, kogoś dotykającego świata, który zaraz może zniknąć. Dzięki temu zabiegowi zmniejszali skalę zjawisk, a zarazem wytwarzali napięcie; miękkość okazywała się bardziej przerażająca niż patos, jak w wierszu Józefa Czechowicza na wsi z tomu Kamień:
księżyc idzie srebrne chusty prać
świerszczyki świergocą w stogach
czegóż się bać3.
Marlena Niemiec kreuje podmiot zanurzony w katastrofizmie intymnym, mikroskopowym, w którym to nie świat się wali, lecz kruche ludzkie cząstki odsłaniają własną podatność na rozpad. Dzięki temu lęk staje się nie tyle stanem emocjonalnym, ile metodą patrzenia. Sposobem poznania świata poprzez jego najmniejsze, drżące elementy.
Alfons Mazurkiewicz, autor monochromatycznych, teksturowych obrazów, miał z kolei twierdzić, że dobrze spędzić lato to obserwować codziennie jedno źdźbło trawy. Wydaje się to decyzją wymagającą sporego wysiłku percepcyjnego. Skroń Marleny Niemiec to książka, w której autorka podejmuje jednak podobny trud. Ten tom jest jak lupa, za pomocą której podmiot bada tkankę własnego idiomu. Pełno tu pozorów czułości, zdrobnień, powitań i pożegnań. To praktyka językowego field recordingu, uważność na każdy zarejestrowany dźwięk, na każdy splot znaczeń, co rusz wikłająca się w homonimach.
To także konsekwentna archeologia umysłu pozbawionego początku i zbudowanego z konstelacji drżących nitek doświadczenia oraz wielu rodzajów pamięci. Bo jak może istnieć początek historii partykularnego podmiotu, skoro ten ostatecznie znika w głębinie własnej stylizacji? Gdy „ja” się rozmywa, roztapia, ulega kruchości?
A jednak podmiot zdaje się odnajdywać coś, co go pociesza. Tam, na dnie, w mroku, może wciąż wymacać własne żebro – ostatni, najbliższy punkt orientacyjny. Elementarną część siebie.
Katastroficzne widzenie świata w Skroni nie przejawia się w obrazach zagłady ani w wysokim rejestrze apokaliptycznym, lecz w sferze radykalnie zmysłowej. O ile katastrofiści lat 30. rejestrowali pęknięcia cywilizacji, o tyle w tomie Niemiec katastrofa rozgrywa się w skali mikro: w nerwach, w drżeniu skóry, w przepalonych drogach języka. To katastrofizm intymny, cielesny, w którym świat nie wali się z hukiem, lecz rozszczelnia w percepcyjnych atomach. Podmiot reaguje na drobne przesunięcia – topnienie opłatka, niknięcie w oku ścieżki, powiew powietrza – jakby każde z nich było zapowiedzią czegoś większego i nieuchronnego. Lęk nie jest tu stanem emocjonalnym, ale metodą patrzenia, sposobem poznania, jedyną formą uważności, która wydaje się podmiotowi bliska.
Ten rodzaj lęku został doskonale odzwierciedlony w wierszu oset, pod względem formy jednym z najbardziej precyzyjnych utworów w całym tomie. Zaczyna się od pozornie spokojnego gestu: „oglądać znów to samo, tylko zmieniać oczy”. Ale te oczy „przewodzą język jak zetlały drucik” – są więc przepalone, zmęczone, nadwrażliwe. Lęk nie jest tu reakcją na rzeczywistość, lecz narządem percepcji. Podmiot nie tyle po prostu widzi świat, ile widzi go poprzez własne pęknięcia. Stąd pragnienie, by „zamieszkać w słowach i wynieść się z głosu”, znaleźć schronienie w języku kosztem utraty cielesnej obecności. To paradoks znamienny dla całej Skroni, podmiot chowa się tu w leksyce, ponieważ głos już go nie podtrzymuje.
Metafora „wiersza spisanego z błędów” odsłania jeszcze więcej. W zbiorze Niemiec to, co w języku kruche lub wadliwe – przejęzyczenie, powtórzenie, homonimiczna szczelina – staje się fundamentem podmiotu. Jeżeli świat ma się rozsypać, to nie w spektakularnym wybuchu, lecz w małych zacięciach percepcji. Lęk funkcjonuje tu jak łuczywo, konieczne do utrzymania uwagi; dlatego refren „nie starczy ci lęku” nie oznacza uspokojenia, lecz zagrożenie utratą czujności.
Mamy tu katastrofę składni, ruch spiralny, w którym słowa wracają, ale już uszkodzone, nieprzystające, coraz bardziej obce. W tym sensie oset ukazuje esencję poetyki Niemiec. Lęk działający od środka, nie jako główny temat, lecz jako mechanizm językowy, który przepala oczy, podmienia gesty i wprowadza percepcję na poziom nano:
W tej wnęce jest klęska. Trud, który oddał cię światu,
twarda powierzchnia łamiąca się pod naporem siły.
Naiwność to pokój wypełniony światłem, które zmienia
swoją barwę bez wyraźnego powodu. To zaciąganie długów
w miejscu, gdzie spada widoczność. W tej niecce jest uraz,
ptaki związane kluczem, precyzja głosu, który łowi ciszę4.
Klęska nie jest zatem w Skroni monumentalna ani spektakularna; objawia się w chwili, gdy światło zmienia barwę „bez wyraźnego powodu”, gdy język nie nadąża za wrażliwością, a percepcja staje się zbyt czuła, by nie pękać. Skroń to zapis napięcia w poezji, która rejestruje ruchy drżącego nerwu, mikroskopijne urazy, zaciągane długi widoczności. To książka o kruchej precyzji percepcji, o podmiocie, który nieustannie czuje pod sobą twardą, łamiącą się powierzchnię i mimo to próbuje mówić dalej, łowiąc ciszę jak jedyny możliwy kształt ocalenia.
1 M. Niemiec, Skroń, Warszawa: Convivo, 2025, s. 7.
2 G. Króliczak, W. Potok, A.M. Nowik, Język, praksja i ręczność: delikatna triada z perspektywy leworęczności, „Kosmos. Problemy Nauk Biologicznych” 2020, t. 69, nr 1: Jak powstaje umysł, online: Język, praksja i ręczność: delikatna triada z perspektywy leworęczności: Język, praksja i ręczność | Kosmos [dostęp: 5.02.2026].
3 J. Czechowicz, na wsi [w:] tegoż, Wybór poezji, oprac. T. Kłak, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk–Łódź: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1985, s. 10.
4 M. Niemiec, Skroń, s. 27.
