Opłatek miętowy

Uwiel­biam czy­tać o jedze­niu. Jest coś satys­fak­cjo­nu­ją­ce­go w opi­sie zapa­chu, sma­ku, tek­stu­ry i wyglą­du pokar­mów – tak dla życia pod­sta­wo­wych, a jed­no­cze­śnie tak remi­ni­scen­cyj­nych. Znam wie­le histo­rii, w któ­rych posił­ki odgry­wa­ły głów­ną rolę, i jesz­cze wię­cej aneg­dot opo­wia­da­nych przy śnia­da­niu (o snach), obie­dzie (o roz­ma­itych zda­rze­niach) i kola­cji (doty­czą­cych wspo­mnień). Bogac­two koja­rzy mi się z suto zasta­wio­nym sto­łem, z ugi­na­ją­cy­mi się pod cię­ża­rem sło­ików pół­ka­mi w spi­żar­ni i z dedu­ko­wa­niem: „co tak pach­nie?”. Przy­wo­dzi mi jed­nak rów­nież na myśl peł­ne uwa­gi spoj­rze­nia i roz­mo­wy.

Nie jest łatwo pisać o jedze­niu. Moż­na z bie­sia­dy zro­bić sty­pę, a z powo­du prze­sy­tu dostać mdło­ści. Dla kogoś buł­ka z cien­kim pla­strem szyn­ki kolo­ry­stycz­nie przy­po­mi­na­ją­cej mie­lon­kę, topią­ca się w hoj­nej por­cji masła (gdy się wgryźć, zło­ci­sta maź, słod­ko-sło­na, wypły­wa boka­mi) jest wspo­mnie­niem śnia­dań szy­ko­wa­nych do szko­ły, prze­ką­sek z dłu­gich podró­ży, z wędró­wek gór­skich. Dla kogoś inne­go jest po pro­stu obrzy­dli­wo­ścią. Jeden zje ze sma­kiem, dru­gi – od bie­dy się sku­si, trze­ci – podzię­ku­je.

Byłam tego wszyst­kie­go świa­do­ma, gdy roz­po­czy­na­łam lek­tu­rę Trze­wi autor­stwa Alek­san­dry Paduch. Do się­gnię­cia po tę książ­kę zachę­ci­ła mnie obiet­ni­ca pol­skiej banal­nej mądro­ści: „przez żołą­dek do ser­ca”. Ale czy rów­nież „przez tru­dy do gwiazd”? Nie, ponie­waż nie jest to opo­wieść o jedze­niu, bogac­twie i przy­szło­ści, lecz wła­śnie o tru­dzie – i na nim się koń­czy.

Mamy tutaj zatem histo­rię z nar­ra­cją pierw­szo­oso­bo­wą, w któ­rej nar­ra­tor­ka nie­mal wyco­fu­je się w trze­cią oso­bę, aż zosta­ją tyl­ko prze­szłość, jedze­nie i rodzi­na. Prze­szłość powra­ca poprzez odwo­ła­nia do lat 90., a tak­że do wojen­nych doświad­czeń dziad­ków, ich prze­sie­dleń i strat, odkry­wa­nych stop­nio­wo, na począt­ku wyłącz­nie za pośred­nic­twem imion/tytułów: „dzia­dek z Cho­dzie­ży / domów dziec­ka / Gdań­ska”1 czy „bab­cia z Łodzi / Gdy­ni / Gdań­ska”2. Jedze­nie to dla boha­ter­ki spo­sób na zapy­cha­nie dziur – wyna­gro­dze­nie sobie cze­goś, ale też opa­no­wa­nie stra­chu przed nie­do­stat­kiem; zaja­da­nie emo­cji pro­wa­dzi jed­nak do nad­wa­gi dziew­czy­ny i do sze­re­gu kom­pli­ka­cji, o któ­rych nar­ra­tor­ka pisze w swo­im pamięt­ni­ku. Zosta­je rodzi­na, a jej nie­szczę­ście ude­rza czy­tel­ni­ka już na samym począt­ku opo­wie­ści. Przy­po­mi­na­ją się tu sło­wa Edga­ra Alla­na Poego, któ­ry w Filo­zo­fii kom­po­zy­cji napi­sał, że „[ś]mierć pięk­nej kobie­ty jest bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej poetyc­kim tema­tem na świe­cie”3. Jeśli rze­czy­wi­ście tak jest, śmierć dziec­ka musi być więc tema­tem naj­bar­dziej tra­gicz­nym, zwłasz­cza od cza­su Tre­nów Jana Kocha­now­skie­go.

Powieść Paduch jest utrzy­ma­na w dość poetyc­kim sty­lu. Nad nie­któ­ry­mi frag­men­ta­mi uno­si się aro­mat Skle­pów cyna­mo­no­wych Bru­no­na Schul­za. Trze­wia mogą koja­rzyć się rów­nież z wier­szem 34. Mał­go­rza­ty Leb­dy ze zbio­ru Dunaj. Chy­łe pola – w tym tek­ście pod­miot lirycz­ny poda­je prze­pis na wegań­ski ramen, lecz lista skład­ni­ków co chwi­lę mie­sza się z przej­mu­ją­cym refre­nem:

Kolen­dra, dużo świe­żej kolen­dry, rwać tak,
żeby dło­nie – mój brat leży w ciem­nej trum­nie,
w ciem­nym gro­bie, zim­nym gro­bie, zim­nej trum­nie,
usta ma bia­łe czy sine? – pach­nia­ły, do tego szczy­pior,
wywar warzę od wczo­raj: mar­chew, por, opa­la­na […]4.

W powie­ści i w przy­wo­ła­nym wier­szu moty­wy stra­ty i jedze­nia zasad­ni­czo dzia­ła­ją w odmien­ny spo­sób, ale peł­nią też jed­ną wspól­ną funk­cję: mają wza­jem­nie odwra­cać od sie­bie uwa­gę. W utwo­rze Leb­dy goto­wa­nie sta­no­wi zwrot do „tu i teraz”, do życia, któ­re trze­ba kar­mić. Natręt­ne myśli, śmierć zaglą­da­ją­ca przez ramię, pod­czas gdy pod­miot wyko­nu­je pod­sta­wo­we czyn­no­ści, są natu­ral­ne dla trwa­nia „po”. W Trze­wiach Paduch jedze­nie to z kolei kość sta­ją­ca w gar­dle – zatrzy­mu­je boha­ter­kę w prze­szło­ści. Nie ma tu postę­pu, nie two­rzy się nicze­go na nowo, nie pró­bu­je się wykar­mić sie­bie: kar­mi się stra­tę. Prze­szłość oży­wa i to wła­śnie ona – za pośred­nic­twem zapo­wia­da­nej przez nar­ra­tor­kę powie­ści – kie­ru­je dziew­czy­ną. Jak we frag­men­cie opi­su­ją­cym pogrzeb bra­ta nar­ra­tor­ki:

Róż­ne męt­ne spoj­rze­nia spo­czy­wa­ły na mnie, na czer­wo­nej róży w mojej ręce. Mia­łam być pierw­sza.
Wbi­łam różę w zie­mię tam, gdzie leża­ła gło­wa moje­go bra­ta5.

Łody­ga dzia­ła jak pau­za, kre­ska pro­sto­pa­dła do pasa świe­żej zie­mi, nie­mal wbi­ja­ją­ca się w gło­wę – w pamięć. Obraz ów zasty­ga, zosta­je utrwa­lo­ny. Tak koń­czy się roz­dział. Czy­tel­nik prze­wra­ca kolej­ne stro­ny, jak gdy­by oglą­dał album foto­gra­ficz­ny, do któ­re­go wetknię­to kil­ka kar­tek z pamięt­ni­ka. Atmos­fe­ra opo­wie­ści jest kame­ral­na, sekwen­cje scen – sta­tycz­ne. W pamięć zapa­da frag­ment doty­czą­cy roz­dep­ty­wa­nia śli­ma­ków skry­tych w sko­rup­kach. Obrzy­dli­wość, ohy­da poja­wia­ją się w nar­ra­cji nie­przy­pad­ko­wo; poczu­cie odra­zy doświad­cza­nej przez czy­tel­ni­ka nara­sta w toku lek­tu­ry nie­któ­rych par­tii tek­stu. To spe­cy­ficz­na for­ma prze­ka­zu – pod­szy­te wsty­dem, zawo­alo­wa­ne wyzna­nie.

Okładka powieści Aleksandry Paduch pod tytułem „Trzewia”.
Aleksandra Paduch, „Trzewia”, Wołowiec: Czarne, 2025.

O tym, że prze­szłość odgry­wa tu głów­ną rolę, zda­je się świad­czyć decy­zja o ponu­me­ro­wa­niu roz­dzia­łów wspak: zaczy­na­my od 100. i koń­czy­my na 1., a zatem cią­gle się cofa­my. Cofa­nie uru­cha­mia histo­rię, napę­dza ją – śmierć bra­ta, losy dziad­ków, minio­ne lata 90. Może Trze­wia nale­ży czy­tać od koń­ca?

Praw­do­po­dob­nie nie od rze­czy było­by połą­cze­nie tema­tu doświad­czeń zewnętrz­no-wewnętrz­nych z lejt­mo­ty­wem poży­wie­nia; znaj­du­je się ono na tale­rzu (przed nami), w żołąd­ku (w nas) i w wyobraź­ni. Nie­ste­ty jedze­nie – ku moje­mu roz­cza­ro­wa­niu – zosta­ło w książ­ce Paduch potrak­to­wa­ne po maco­sze­mu i to na nie zrzu­ca się tu cię­żar poczu­cia nie­ade­kwat­no­ści. Posta­cie są szczo­dre w dzie­le­niu się pokar­mem, ale ską­pe w oka­zy­wa­niu uczuć, w szcze­ro­ści, w wyro­zu­mia­ło­ści. Czę­stu­ją i ganią. Ucztu­ją i chłod­no odma­wia­ją, jak dzia­dek z Boratyna/Reblina/Słupska, któ­ry hucz­nie obcho­dził dzie­więć­dzie­sią­te uro­dzi­ny, ale „[n]a ślub ojca nie przy­szedł, bo prze­cież liczy się tyl­ko ten pierw­szy”6. Nie­da­le­ko pada jabł­ko od jabło­ni, syn boha­te­ra rów­nież wsty­dzi się za cór­kę:

[…] mówił, żebym szła dzie­sięć metrów za nim lub przed nim.
Mia­łam trzy­mać dystans, żeby nie musiał się za mnie wsty­dzić, jak ten jeden raz, kie­dy poszedł ze mną do orto­pe­dy, a ja mia­łam podar­te majt­ki7.

Czy widać tutaj dycho­to­mię życia rodzin­ne­go? Widać. Czy jed­nak jest to jego wier­ny obraz? Czy napraw­dę da się zawrzeć to, czym jest/była pol­ska rodzi­na lat 90., na stu dwu­dzie­stu stro­nach i nazwać ten opis pre­cy­zyj­nym? Nie­wąt­pli­wie książ­ka jest auto­fik­cją, ale nawet jako auto­bio­gra­fia w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu nie mogła­by sta­no­wić rekon­struk­cji obra­zu tam­te­go minio­ne­go świa­ta. Wbrew pozo­rom Sens życia według Mon­ty Pytho­na8 nie jest rze­tel­ną instruk­cją byto­wa­nia. Trze­wia zaś to mikro­pro­za i mikro­obraz uka­zu­ją­ce makro­świat nar­ra­tor­ki, boha­ter­ki i zara­zem pisar­ki. Jeśli oglą­da się wnę­trze poko­ju przez dziur­kę od klu­cza, moż­na odnieść wra­że­nie, że widzi się pomiesz­cze­nie dosko­na­le. Nie dostrze­ga się jed­nak wszyst­kie­go.

Pro­blem zwią­za­ny z auto­fik­cją jest zło­żo­ny (nie będę go tu szcze­gó­ło­wo oma­wiać), a samo okre­śle­nie „auto­fik­cja” – nad­uży­wa­ne. Tego rodza­ju for­ma bywa zresz­tą czę­sto wybie­ra­na przez debiu­tan­tów. Co nato­miast wyróż­nia Trze­wia na tle innych debiu­tów? Mini­ma­lizm. Len­to. Slow, nawet w wypad­ku odnie­sień do kolo­ro­wych i dyna­micz­nych maga­zy­nów, takich jak „Bra­vo” czy „Popcorn”. Głę­bo­ki oddech, następ­nie coś jak błysk fle­sza i uchwy­ce­nie zasty­głych obra­zów – tak wyobra­żam sobie stra­te­gię dzia­ła­nia Paduch, przed­sta­wia­ją­cej w Trze­wiach impre­sjo­ni­stycz­ne wspo­mnie­nia boha­ter­ki. Mini­ma­lizm tego rodza­ju histo­rii nazwa­ła­bym „opłat­kiem mię­to­wym”. Wyda­je się, że język i for­ma powie­ści dobrze speł­nia­ją tu swo­ją funk­cję, w pew­nym sen­sie poma­ga­ją oswo­ić doświad­cze­nia boha­ter­ki. Jed­no oszczęd­ne zda­nie może nie­kie­dy wybrzmie­wać moc­niej i wyra­żać wię­cej tre­ści niż sto roz­bu­do­wa­nych opi­sów. W tym nie­po­zor­nym utwo­rze Paduch odsła­nia ukry­wa­ne prze­ży­cia dziew­czy­ny, któ­ra się prze­bu­dza i wresz­cie napraw­dę dostrze­ga to, na co patrzy­ła przez lata. W wyni­ku tego pro­ce­su nar­ra­tor­ka zwra­ca się ku pisa­niu. By jesz­cze raz posłu­żyć się meta­fo­rą zwią­za­ną z poży­wie­niem – pisa­nie sta­je się dla boha­ter­ki for­mą tra­wie­nia (doświad­czeń i emo­cji), a tak­że dzie­le­nia się sobą i sło­wem z inny­mi. To oczysz­cze­nie trze­wi, w któ­rych zagnieź­dzi­ło się coś, cze­go nie mogła pomie­ścić gło­wa. Oszczęd­na w środ­kach pro­za Paduch sta­no­wi rodzaj kon­tem­pla­cji, któ­ra może inspi­ro­wać odbior­ców do samo­re­ali­za­cji, do odzy­ski­wa­nia spraw­czo­ści i do poszu­ki­wa­nia sen­su życia.

Choć w cza­sie lek­tu­ry książ­ki Paduch byłam odro­bi­nę znu­dzo­na i mia­łam wra­że­nie wpro­sze­nia się do nie­ukoń­czo­nej histo­rii, a przede wszyst­kim męczył mnie nie­do­syt – cho­ciaż opła­tek mię­to­wy nie może zaspo­ko­ić gło­du – zarów­no Trze­wia, jak i zwią­za­ne z tą opo­wie­ścią reflek­sje dowo­dzą, że sens ist­nie­je i war­to go szu­kać. W tym zaś tkwi praw­dzi­we pięk­no lapi­dar­no­ści.

 

1 A. Paduch, Trze­wia, Woło­wiec: Czar­ne, 2025, s. 17.

2 Tam­że.

3 E.A. Poe, Filo­zo­fia kom­po­zy­cji, tłum. M. Żurow­ski, „Prze­gląd Huma­ni­stycz­ny” 1972, t. 16, nr 5 (92), s. 35–47.

4 M. Leb­da, Dunaj. Chy­łe pola, Wro­cław: Wydaw­nic­two War­stwy, 2025, s. 40.

5 A. Paduch, Trze­wia, s. 53.

6 Tam­że, s. 82.

7 Tam­że, s. 77.

8 Sens życia według Mon­ty Pytho­na, skecz: Wiek śred­ni, reż. T. Jones, T. Gil­liam, 1983.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

15.01.2026 Teksty pierwsze

Praca trwa między wersami

Kilka fenomenalnych fraz, które ze mną zostały: „Nasze uszy nie mają powiek” czy „Może to co robimy to pluskanie się w deszczówce”. Zachowuję te piękne wersy i myślę o nich tak, jakby wyszeptała mi je rzeka – o debiucie poetyckim Natalii Roguz pisze Zuzanna Śliwińska.

17.08.2026 Recenzje

Trochę się zestarzejemy, trochę nie

Stara kobiecość budzi przerażenie i lęk. Ale sama kobiecość ma w sobie wiele cech, które są przypisywane starości. Segal wymienia wśród nich empatię, kruchość, znoszenie częstych upokorzeń, ponoszenie trudu opieki nad innymi – o książce Lynne Segal pisze Olga Sabała.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.