Sztuka noweli – o „Być może się wydarzyło” Lu Min

Być może się wyda­rzy­ło – w two­im mie­ście, na two­im osie­dlu, wśród two­ich bli­skich czy zna­jo­mych. To prze­sła­nie towa­rzy­szy czy­tel­ni­ko­wi nowe­li Lu Min od pierw­szej aż do ostat­niej stro­ny. Z opo­wie­ści pły­nie prze­stro­ga przed zatra­ce­niem sie­bie w wal­ce z wyzwa­nia­mi, jakie nie­sie życie w metro­po­lii XXI wie­ku. Trud­no nie odczy­tać Być może się wyda­rzy­ło jako traf­nie posta­wio­nej dia­gno­zy współ­cze­sne­go spo­łe­czeń­stwa – nie tyl­ko chiń­skie­go, bowiem autor­ka mówi gło­sem całe­go poko­le­nia wycho­wa­ne­go w dobie nie­po­ha­mo­wa­ne­go postę­pu tech­no­lo­gicz­ne­go, któ­re żyje w rze­czy­wi­sto­ści wir­tu­al­nych rela­cji, WeCha­ta i despe­rac­kiej pogo­ni za bli­sko­ścią.

Bez­i­mien­ny boha­ter nowe­li to eve­ry­man, nie­speł­nio­ny dzien­ni­karz o wygó­ro­wa­nych ambi­cjach, któ­re­go zma­ga­nia z pro­ble­mem łysie­nia przy­po­mi­na­ją wal­kę z wia­tra­ka­mi. Męż­czy­zna marzy o napi­sa­niu sen­sa­cyj­ne­go arty­ku­łu, któ­ry zdo­był­by tysią­ce odsłon, a jemu same­mu przy­niósł­by dłu­go wycze­ki­wa­ne uzna­nie w dzien­ni­kar­skich krę­gach. Szan­sy na prze­łom w swo­jej karie­rze boha­ter upa­tru­je w nie­wy­ja­śnio­nej spra­wie samo­bój­stwa mło­dej Mimi. Każ­dy roz­dział nowe­li to opis jed­ne­go z sze­ściu dni (od dnia zero­we­go do pią­te­go), w cią­gu któ­rych dzien­ni­karz, wypo­sa­żo­ny w „Zie­lo­ną książ­kę” – pod­ręcz­nik aka­de­mic­ki do pisa­nia non-fic­tion – usi­łu­je dociec praw­dy na temat samo­bój­czej śmier­ci dziew­czy­ny. Z nie­po­praw­nym opty­mi­zmem liczy na odkry­cie szo­ku­ją­cych fak­tów doty­czą­cych życia Mimi, rzu­ca się więc w wir poszu­ki­wań jakich­kol­wiek infor­ma­cji o niej i jej bli­skich. Z każ­dą mija­ją­cą godzi­ną dzien­ni­kar­skie­go śledz­twa stop­nio­wo uświa­da­mia sobie jed­nak, że Mimi pro­wa­dzi­ła aż nazbyt prze­cięt­ne, wręcz prze­raź­li­wie zwy­czaj­ne życie, a powód jej samo­bój­czej śmier­ci wca­le nie musi być sen­sa­cją god­ną arty­ku­łu na pierw­szej stro­nie gaze­ty.

Czy­tel­nik, towa­rzy­szą­cy boha­te­ro­wi w jego wędrów­ce od drzwi do drzwi zna­jo­mych i rodzi­ny zmar­łej, może odnieść wra­że­nie, że dziew­czy­na już przed śmier­cią była niczym duch wśród żywych. Samo­bój­stwo Mimi oka­zu­je się wyda­rze­niem zupeł­nie obo­jęt­nym jej – rze­ko­mo naj­lep­szej – przy­ja­ciół­ce Hat­su­ne. Ojciec otwar­cie przy­zna­je, że nie był szcze­gól­nie zży­ty z cór­ką, podob­nie zresz­tą jak z żoną; mar­twi go głów­nie kwe­stia poten­cjal­nych trud­no­ści ze sprze­da­żą miesz­ka­nia, w któ­rym doszło do samo­bój­czej śmier­ci. Bli­scy nie mają też zdjęć dziew­czy­ny; boha­te­ro­wi uda­je się zoba­czyć Mimi tyl­ko raz, na sel­fie z jej mat­ką – na foto­gra­fii twa­rze oby­dwu kobiet, ozdo­bio­ne moc­nym maki­ja­żem i wyre­tu­szo­wa­ne za pomo­cą fil­tra, są prak­tycz­nie nie­odróż­nial­ne. Bez­na­mięt­ny sto­su­nek do samo­bój­stwa Mimi prze­ja­wia rów­nież jej chło­pak – fajt­ła­po­wa­ty Zhi­hua, któ­ry sam przy­zna­je, że nie łączy­ła ich miłość, a dwo­ma fila­ra­mi tej (prze­ry­wa­nej wie­lo­krot­ny­mi roz­sta­nia­mi) rela­cji były gry kom­pu­te­ro­we oraz seks. Hat­su­ne, „przy­ja­ciół­ka” i zara­zem kole­żan­ka z pra­cy Mimi, szy­der­czo stwier­dza, że powo­dów do samo­bój­stwa dziew­czy­na mia­ła aż nad­to. Głów­ne­mu boha­te­ro­wi nie uda­je się jed­nak wycią­gnąć od kobie­ty żad­nych kon­kre­tów ani spo­tkać z nią twa­rzą w twarz. Wszyst­kie ich kon­wer­sa­cje odby­wa­ją się bowiem za pośred­nic­twem naj­po­pu­lar­niej­szej, wszech­obec­nej w Chi­nach super­a­pli­ka­cji WeChat; za jej pomo­cą Chiń­czy­cy komu­ni­ku­ją się głów­nie wia­do­mo­ścia­mi gło­so­wy­mi oraz uro­czy­mi, prze­sło­dzo­ny­mi i momen­ta­mi aż nazbyt pomy­sło­wy­mi obraz­ka­mi i GIF-ami (użyt­kow­ni­cy WeChat mają do dys­po­zy­cji impo­nu­ją­cy wachlarz nakle­jek-reak­cji na każ­dą moż­li­wą oka­zję). Boha­ter liczy na zbli­że­nie się do Hat­su­ne, w któ­rej upa­tru­je brat­niej duszy, podob­nie jak on samot­nie dry­fu­ją­cej mię­dzy wir­tu­al­ny­mi namiast­ka­mi szcze­rych rela­cji a nie­speł­nio­nym pra­gnie­niem dąże­nia do praw­dzi­we­go życio­we­go celu. Kobie­ta roz­wie­wa jed­nak nadzie­je dzien­ni­ka­rza, począt­ko­wo zby­wa go coraz bar­dziej zdaw­ko­wy­mi odpo­wie­dzia­mi w for­mie GIF-ów i nakle­jek, a osta­tecz­nie milk­nie.

Miesz­kań­cy Nan­ki­nu – bo to wła­śnie tu, w rodzin­nym mie­ście autor­ki, roz­gry­wa się akcja nowe­li – two­rzą spo­łecz­ność ludzi nie­szczę­śli­wych, ponie­kąd pogo­dzo­nych z pogrą­że­niem w mara­zmie i bra­kiem speł­nie­nia. Nie zna­czy to bynaj­mniej, że nie silą się na stwa­rza­nie pozo­rów. Współ­lo­ka­tor głów­ne­go boha­te­ra, Tie Gang, to czło­wiek suk­ce­su pod każ­dym wzglę­dem: dobrze zara­bia­ją­cy, wyspor­to­wa­ny, zatrud­nio­ny na wyso­kim sta­no­wi­sku, z kobie­tą ide­al­ną u boku. Per­fek­cyj­ny obraz Tie Gan­ga pęka, gdy głów­ny boha­ter znaj­du­je w szu­fla­dzie przy łóż­ku męż­czy­zny tablet­ki anty­de­pre­syj­ne. Sam dzien­ni­karz nie­stru­dze­nie sta­ra się wal­czyć z postę­pu­ją­cym łysie­niem, raz po raz sto­su­jąc kolej­ne nowa­tor­skie spe­cy­fi­ki i mie­szan­ki wła­snej pro­duk­cji – wsty­dli­wa przy­pa­dłość jest zara­zem meta­fo­rą jało­wej sfe­ry rela­cji dam­sko-męskich w jego życiu towa­rzy­skim. Boha­ter jed­nak nie oszu­ku­je się w abso­lut­nie każ­dej kwe­stii. Mimo że począt­ko­wo żywi szcze­re nadzie­je na napi­sa­nie sen­sa­cyj­ne­go arty­ku­łu, z cza­sem coraz trzeź­wiej oce­nia swo­ją sytu­ację i stop­nio­wo tra­ci wia­rę w poten­cjał pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa. Pre­sja cza­su i rosną­ca świa­do­mość nie­chyb­nie nad­cho­dzą­ce­go fia­ska spra­wia­ją, że boha­ter zaczy­na poważ­nie roz­wa­żać celo­we pod­ko­lo­ry­zo­wa­nie histo­rii Mimi, posłu­że­nie się wska­zów­ka­mi z „Zie­lo­nej książ­ki” – prze­cież ludzie chcą czy­tać o spra­wach wstrzą­sa­ją­cych, praw­da? A może jed­nak war­to napi­sać wła­śnie o nie­zno­śnie mono­ton­nej rze­czy­wi­sto­ści zwy­kłe­go czło­wie­ka, roz­dar­te­go mię­dzy życiem w nowo­cze­snej metro­po­lii a uciecz­ką w wir­tu­al­ny oce­an masko­wa­nej samot­no­ści? Może ktoś… może wszy­scy powin­ni prze­czy­tać histo­rię do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cą ich wła­sną codzien­ność?

Okładka noweli Lu Min pod tytułem „Być może się wydarzyło”.
Lu Min, „Być może się wydarzyło”, tłum. Katarzyna Sarek, Kraków: Znak Literanova, 2026.

Ta dru­ga myśl rzu­ca nowe świa­tło na prze­sła­nie opo­wie­ści Lu Min. Wła­ści­wie każ­dy z jej boha­te­rów budzi w czy­tel­ni­ku współ­czu­cie, nie­któ­rzy wręcz poli­to­wa­nie. Rów­no­cze­śnie wszy­scy są tu nie­zwy­kle ludz­cy i praw­dzi­wi – ze swo­imi nie­speł­nio­ny­mi marze­nia­mi, z ambi­cja­mi na wyrost, zbyt duży­mi niczym źle skro­jo­ne ubra­nie, któ­re­go z sen­ty­men­tu szko­da wyrzu­cić. Pro­ble­my boha­te­rów nowe­li są uni­wer­sal­ne; po lek­tu­rze odbior­ca mie­rzy się ze słod­ko-gorz­kim poczu­ciem zro­zu­mie­nia i świa­do­mo­ścią, że być może jego wła­sne tro­ski są w grun­cie rze­czy cho­ro­bą nie jed­nost­ki, lecz całe­go ota­cza­ją­ce­go ją świa­ta. Świa­ta, któ­ry powo­li i cicho zasy­pia i gaśnie – tak jak zasnę­ła Mimi, tak jak zga­sła jej zupeł­nie zwy­czaj­na histo­ria.

Treść Być może się wyda­rzy­ło w satys­fak­cjo­nu­ją­cy spo­sób współ­gra z for­mą nowe­li, gatun­ku pro­zy, któ­ry, jak zauwa­ża w posło­wiu tłu­macz­ka Kata­rzy­na Sarek, jest obec­nie pra­wie nie­upra­wia­ny w Pol­sce. Lu Min na stu dzie­więć­dzie­się­ciu stro­nach książ­ki mistrzow­sko kon­tro­lu­je tem­po roz­wo­ju akcji – cała histo­ria roz­gry­wa się w cią­gu sze­ściu dni, peł­nych zarów­no nara­sta­ją­cej eks­cy­ta­cji głów­ne­go boha­te­ra, jak i jego głę­bo­kich reflek­sji. Spo­sób, w jaki autor­ka pro­wa­dzi nar­ra­cję, spra­wia przy tym, że opi­sa­ny nastrój udzie­la się czy­tel­ni­ko­wi. Czas w nowe­li zda­je się pły­nąć na kil­ku płasz­czy­znach. Pędzi jak sza­lo­ny ku nie­chyb­nie nad­cią­ga­ją­ce­mu deadline’owi (napi­sa­nie prze­ło­mo­we­go arty­ku­łu), a zara­zem wle­cze się ocię­ża­le, gdy coraz bar­dziej sfru­stro­wa­ny dzien­ni­karz odby­wa dłu­gie i bez­owoc­ne roz­mo­wy ze zna­jo­my­mi i rodzi­ną Mimi. Autor­ka momen­ta­mi czy­ni z cza­su boha­te­ra opo­wie­ści, i to boha­te­ra wszech­obec­ne­go i klu­czo­we­go, któ­ry na każ­dym kro­ku zazna­cza swo­ją obec­ność – naj­pierw łasi się do nóg dzien­ni­ka­rza jak roz­le­ni­wio­ny kot, następ­nie przy­spie­sza niczym cię­ża­rów­ka czy skład metra, by wresz­cie runąć na męż­czy­znę z impe­tem roz­pę­dzo­ne­go pocią­gu. W rze­czy­wi­sto­ści bły­ska­wicz­nej komu­ni­ka­cji i nie­usta­ją­cej wymia­ny wia­do­mo­ści onli­ne pla­stycz­ny czas igra z głów­nym boha­te­rem; raz dzia­ła na jego korzyść, innym razem go zwo­dzi. Wyda­je się nie­mal zupeł­nie zatrzy­my­wać w momen­tach, gdy zre­zy­gno­wa­ny dzien­ni­karz w despe­ra­cji i rosną­cym poczu­ciu bez­na­dziei roz­wa­ża samo­dziel­ne nada­nie posta­ci Mimi oso­bo­wo­ści i głę­bi, stwo­rze­nie cie­kaw­szej, pod­ko­lo­ry­zo­wa­nej histo­rii jej samo­bój­stwa. Męż­czy­zna pró­bu­je odrzu­cić ten zamysł – uświa­da­mia sobie, że cała spra­wa naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zaczę­ła go prze­ra­stać. Za pomo­cą tego zabie­gu oraz otwar­te­go zakoń­cze­nia nowe­li autor­ka skła­nia czy­tel­ni­ka do pod­ję­cia pró­by odpo­wie­dzi na dwa klu­czo­we pyta­nia: czy wokół nas tak trud­no jest zna­leźć podob­ną Mimi? I czy fak­tycz­nie tak trud­no ją zro­zu­mieć?

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

09.09.2026 Szkice

Każdy elementarz jest książką o przyszłości. A jak Antyfaszyzm. Anarchia. Alfabet. Amster

Właśnie dlatego ta wystawa jest tak ważna. Nie dlatego, że odkrywa zapomnianego grafika. Takich wystaw powstaje wiele. Ta pokazuje coś znacznie ciekawszego: moment, w którym sztuka, polityka, edukacja i wojna zlewają się w jeden przedmiot wielkości niewielkiego notesu – o wystawie w Instytucie Cervantesa poświęconej Elementarzowi antyfaszystowskiemu pisze Maria Strzelecka.

08.09.2026 Laba

Tu nie ma żadnego Sikornika

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy tekst Jakuba Korhnausera.

07.09.2026 Recenzje

Dunham vs „Dunham”

Famesick, czyli (w wolnym tłumaczeniu, bo książka nie ukazała się jeszcze po polsku) „Chora na sławę”, jest autobiograficzną opowieścią o odzyskiwaniu własnej historii – o książce Leny Dunham pisze Marcin Wilk.

06.09.2026 Hiperteksty

Karuzela z morderstwami

Narracja powieści jest polifoniczna, rozciągnięta w czasie na piętnaście lat i podzielona pomiędzy Kingston, Montego Bay, Miami i Nowy Jork, a mimo że niemal bez przerwy ktoś kogoś morduje i wszyscy mówią do nas naraz, nie mamy poczucia zagubienia: rządzi nią żelazna dyscyplina – o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa pisze Elżbieta Binczycka-Gacek.