Ojcowie, duchy i stół

Od śmier­ci Paw­ła Huel­le­go mija­ją led­wie dwa lata. Jego debiu­tanc­ka powieść już za życia auto­ra sta­ła się książ­ką kla­sycz­ną i legen­dar­ną, lecz mimo to łatwo odnieść wra­że­nie, że osta­tecz­nie pozo­sta­li­śmy z niczym, że zupeł­nie nie potrze­ba nam Weise­rów ani Castor­pów. Przy­pusz­czal­nie nie­wie­lu zasko­czy enu­me­ra­cja sko­ja­rzeń przy­le­głych do syl­wet­ki tego pisa­rza: mistrz opo­wie­ści, skłon­ny do for­mal­nych archa­izmów uczeń Tho­ma­sa Man­na oraz Jaro­sła­wa Iwasz­kie­wi­cza, piew­ca małych ojczyzn, zanu­rzo­ny w wie­lo­kul­tu­ro­wej tra­dy­cji eru­dy­ta z kon­cy­lia­cyj­nym uspo­so­bie­niem przy­po­mi­na­ją­cym reto­ry­kę Pau­la Ricœu­ra czy Han­sa-Geo­r­ga Gada­me­ra, dru­gi obok Ste­fa­na Chwi­na pra­wo­daw­ca powo­jen­nej gdań­skiej mito­lo­gii, oso­bo­wość sta­tycz­na.

1.

Paweł Huel­le zawsze jawił mi się jako pewien arche­typ pisa­rza. Jak więc dziś, kie­dy arche­ty­pów już nie ma, jest tyl­ko swe­go rodza­ju melan­cho­lia, przed­sta­wić tę postać? Na któ­rej pla­ży ją przy­ła­pać? A jeśli się ją przy­ła­pie, to co z nią zro­bić? O czym mówi nam Huel­le i czy ist­nie­je szan­sa, żeby te barw­ne opo­wie­ści cze­goś nas nauczy­ły? Po wie­lo­kroć: nie wiem. To wszyst­ko, co zapi­sa­łem powy­żej – te pyta­nia i nie­wia­do­me, pyta­nia rodzą­ce pyta­nia o ich pocho­dze­nie, choć wpraw­dzie po czę­ści słu­żą jako reto­rycz­na pro­te­za, to obra­zu­ją mój para­liż wobec całej sytu­acji; roz­strzy­gnię­cie sygna­li­zo­wa­nych wąt­pli­wo­ści jest zara­zem nie lada wyzwa­niem. Myślę, że war­to się go pod­jąć. Z nie do koń­ca zna­nych mi powo­dów w ramach czy­tel­ni­czo-lite­rac­kie­go fla­ne­ry­zmu chcę pozo­stać na moment przy Huel­lem – zja­wie dale­ce histo­rycz­nej, jak­by z zupeł­nie innej epo­ki. Może im bar­dziej ktoś lub coś popa­da w zapo­mnie­nie, pokry­wa się paty­ną cza­su, im dalej jest poza naszym zasię­giem, tym więk­sze budzi pra­gnie­nia, pro­wo­ku­je tym roz­le­glej­sze per­wer­sje. Żeby zre­ali­zo­wać wspo­mnia­ne przed­się­wzię­cie, nie potrze­bu­ję narzę­dzi wykwa­li­fi­ko­wa­ne­go histo­ry­ka, map cekań­skie­go Lwo­wa ani Wol­ne­go Mia­sta Gdań­ska. W żad­nej mie­rze nie kusi mnie żmud­ne ana­li­zo­wa­nie roz­bu­do­wa­nych, mniej lub bar­dziej szla­chet­nych rodo­wo­dów cesar­skich ofi­ce­rów. Sko­ro już poda­łem w wąt­pli­wość swój pro­fe­sjo­na­lizm, zacznę jesz­cze raz, gra­nicz­nie, brze­giem morza.

2.

Paweł Huel­le w prze­ci­wień­stwie do swo­je­go ojca przy­szedł na świat w Trój­mie­ście. Pocho­dził z rodzi­ny o austriac­kich korze­niach, któ­ra spo­lo­ni­zo­wa­ła się w wyni­ku wojen­nej zawie­ru­chy. Ojciec pisa­rza, Tade­usz, tra­fił do Gdań­ska, mia­sta, któ­re­mu syn poświę­cił póź­niej znacz­ną część swo­jej twór­czo­ści. Ktoś zapy­ta może: i co z tego? Po kolei. W opo­wia­da­niach Stół oraz Win­nicz­ki, kału­że, deszcz wraz z nar­ra­to­rem-dziec­kiem tra­fia­my do głę­bo­kiej PRL, sło­wem: do świa­ta powszech­nej bez­na­dziei. Boha­ter jest świad­kiem domo­wych face­cji i – jak przy­sta­ło na jego wiek – odda­je się nie­prze­wi­dy­wal­nym roz­ryw­kom wyobraź­ni, roz­bu­dza­nej przez bez­brzeż­ną nudę tam­tych cza­sów. Sytu­acja się oży­wia, kie­dy ojciec nar­ra­to­ra (pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na­ją­cy ojca same­go Huel­le­go) podej­mu­je się reali­za­cji kolej­nych przed­się­wzięć, któ­re mają popra­wić los jego bli­skich. „Byłem samot­ny i szczę­śli­wy. Mój ojciec też był samot­ny, lecz na pew­no nie był w tym szczę­śli­wy” – oto pod­sta­wo­wa róż­ni­ca. Nie ule­gaj­my jed­nak złu­dze­niu, że cho­dzi tu wyłącz­nie o zwy­czaj­ną kon­dy­cję z góry ska­za­ne­go na szczę­ście dziec­ka. „Byli­śmy więc samot­ni, choć każ­dy ina­czej” – dla­cze­go? Otóż wszyst­ko zasa­dza się na pyta­niach doty­czą­cych kwe­stii cią­gło­ści i toż­sa­mo­ści. Mimo że zde­kla­so­wa­ny inży­nier „poko­chał to mia­sto”, naj­więk­szą, a nie­ste­ty rów­nież roz­pacz­li­wą przy­jem­no­ścią męż­czy­zny, okre­śla­ną jako „oso­bli­wa chwi­la”, sta­je się czas spę­dzo­ny przy sto­le na prze­glą­da­niu sta­rych foto­gra­fii. Ten pozor­nie nie­szko­dli­wy zwy­czaj prze­mie­nia się w rytu­ał wspo­mi­na­nia – melan­cho­lij­na pust­ka sta­no­wi tu prze­strzeń otwar­tą dla cudow­nych obra­zów i dźwię­ków: ofen­sy­wy austriac­kiej w Kar­pa­tach Wschod­nich, melo­dii Mar­sza Radetzky’ego, zaopa­trzo­nych w kufle piwa posta­ci dziad­ka Karo­la oraz baro­na von Mol­la. Do tego rodza­ju sean­su spi­ry­ty­stycz­ne­go potrzeb­ny jest okrą­gły stół, ale tutaj losy owe­go mebla są nader nie­oczy­wi­ste. W pro­zie otwie­ra­ją­cej tom Opo­wia­dań na czas prze­pro­wadz­ki stół poja­wia się dwu­krot­nie. W pierw­szej odsło­nie ten odzie­dzi­czo­ny po panu Pola­ske ele­ment wypo­sa­że­nia domu, według mat­ki ska­żo­ny nie­miec­kim pocho­dze­niem, sta­je się powo­dem dość nie­ty­po­we­go pro­ble­mu. Nie spo­sób wyrów­nać mu nóg, więc w rezul­ta­cie cią­głe­go ich przy­ci­na­nia osta­tecz­nie pozo­sta­je sam blat. W dru­giej odsło­nie zaś mebel począt­ko­wo wyda­je się nie do zdo­by­cia. Kie­dy jed­nak rodzi­na wresz­cie wcho­dzi w jego posia­da­nie, odczu­wa spo­ry zawód: stół jest bowiem zupeł­nie nie­do­sto­so­wa­ny do potrzeb domow­ni­ków. By roz­wią­zać ów pro­blem, ojciec posta­na­wia zło­żyć zamó­wie­nie u – zatkaj­cie uszy – pry­wa­cia­rza. W tym celu wybie­ra się wraz z synem za mia­sto, do tajem­ni­cze­go Kaspa­ra. Ale spra­wa nie jest wca­le taka pro­sta. Męż­czyź­ni spę­dza­ją całą noc – moż­na by rzec – po pol­sku: piją alko­hol i biją świ­nię. Czas upły­wa im na roz­mo­wach o już nie­ist­nie­ją­cym świe­cie – sto­larz wspo­mi­na kra­inę swo­je­go dzie­ciń­stwa („mia­sto naj­pięk­niej­sze […], mia­sto kościo­łów i syna­gog, łagod­nych wzgórz i sosno­wych borów ota­cza­ją­cych przed­mie­ścia, mia­sto […], któ­re teraz zna­la­zło się pod bol­sze­wic­ką oku­pa­cją”), opo­wia­da o men­no­ni­tach i drę­czą­cych go kosz­ma­rach sen­nych. Naza­jutrz, po całej serii innych zajść, w któ­rych uczest­ni­czy nar­ra­tor, boha­te­ro­wie wra­ca­ją do Gdań­ska, a po tygo­dniu stół tra­fia do ich miesz­ka­nia.

Może­my więc podej­rze­wać, choć nigdy nie zyska­my cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że stół z Win­nicz­ków… to dzie­ło wspo­mnia­ne­go Kaspa­ra. Jeśli rze­czy­wi­ście tak jest, to mebel naj­wy­raź­niej skry­wa w sobie pew­ną pamięć, a raczej sku­pia wokół sie­bie – para­dok­sal­nie, prze­cież został wyko­na­ny ponie­kąd na pocze­ka­niu – tęsk­no­ty oraz nosi zna­mio­na wszel­kich wyko­rze­nień. Stół jest mostem, po któ­rym ojciec swo­bod­nie wędru­je z teraź­niej­szo­ści do cza­su bru­tal­nie odcię­te­go przez woj­nę, a nawet dwie woj­ny. Stół jest zawró­co­nym bie­giem Dunaj­ca, któ­re­go nurt uno­si ojca w prze­szłość. Pod­trzy­mu­je upa­dłe hie­rar­chie: gło­wa rodzi­ny zasia­da przy sto­le i myśli, wspo­mi­na, rachu­je, je obiad przy­rzą­dzo­ny przez mat­kę, tłu­ma­czy domow­ni­kom, na czym świat stoi. Może­my wyobra­zić sobie, przy­wo­łać pier­wot­ne wspo­mnie­nie: ojciec gra, a może jedy­nie pró­bu­je grać w ping-pon­ga z odle­gły­mi histo­rycz­nie zja­wa­mi krew­nych. Nie­mniej rywa­le tak wiel­kie­go for­ma­tu, wokół któ­rych roz­ta­cza się nie­le­d­wie sakral­na aura uwiel­bie­nia, krę­pu­ją jego ruchy. Ojciec wra­ca do rze­czy­wi­sto­ści na ułam­ki sekund, tyl­ko po regu­lar­nie wypa­da­ją­cą z pola gry piłecz­kę. Dziec­ko – prze­by­wa­ją­ce pod sto­łem lub w innym miej­scu w pomiesz­cze­niu, gdzie zaj­mu­je się swo­imi zaba­wa­mi – kątem oka zauwa­ża ułom­ną wymia­nę. Duchy two­rzy po swo­je­mu, z dystan­sem i lek­ko­ścią. Oto zna­na każ­de­mu z nas cien­ka, lecz nie­na­ru­szal­na linia demar­ka­cyj­na chro­nią­ca prze­strzeń doro­słych. Zja­wy przy­cho­dzą z innych stron, syn nie wie nic o ich toż­sa­mo­ści. To spo­tka­nie odby­wa się poza zasa­da­mi gry, w prze­past­nych gęstwi­nach lasu odda­lo­nych od sym­bo­licz­nych limes. W prze­ci­wień­stwie do pogra­nicz­ni­ka rodzin­nych prze­ka­zów mło­dy boha­ter nicze­go nie strze­że, pozo­sta­je mu więc roz­mo­czyć opo­wie­ści w gdań­skiej kału­ży.

Ojców łączy sza­lo­ne i nie­od­par­te pra­gnie­nie powro­tu, ale czy nar­ra­tor-dziec­ko, nar­ra­tor bez doświad­cze­nia przed­woj­nia nosi w sobie tę samą tra­dy­cję i tę samą pamięć? Oczy­wi­ście naj­ła­twiej było­by nam przy­jąć takie zało­że­nie, nie dzi­wi więc dotych­cza­so­wa prak­ty­ka inter­pre­to­wa­nia twór­czo­ści Huel­le­go. Jed­nak, jak prze­ka­zał nam Jacqu­es Der­ri­da, w pro­ce­sie dzie­dzi­cze­nia nie­odzow­ni są nota­riu­sze, papie­ry, pie­czę­cie, bra­ter­skie i sio­strza­ne spo­ry. Nar­ra­tor-syn pamię­ta o pamię­ci ojców, ale to nie zna­czy, że jego głów­nym zada­niem jest zde­po­no­wa­nie, a tym samym zre­du­ko­wa­nie ich sen­ty­men­tów. Sen­ty­men­ty nigdy się nie zasy­mi­lu­ją: „Czas odtąd pły­nął ina­czej i tyl­ko ja wie­dzia­łem dla­cze­go”.

3.

Paweł Huel­le, ina­czej niż jego przod­ko­wie, uro­dził się na gro­bach Wol­ne­go Mia­sta Gdań­ska. I co z tego? Sko­ro ojciec znów prze­pa­da w gąsz­czu sza­lo­nych roz­mów, zawsze z odnie­sie­niem do „kie­dyś”, do prze­szło­ści: do pra­dziad­ka Tade­usza, do pan­cer­ni­ka „Kaiser Max”, do fre­ga­ty „Radetz­ky”… Tym­cza­sem głów­ny boha­ter w kału­ży przed blo­kiem wymy­śla na nowo cudow­ne rej­sy krą­żow­ni­kiem „Spa­la­to”, czy­li wła­śnie to, cze­mu sta­ry odda­je się z wiel­ką namięt­no­ścią. Powra­ca róż­ni­ca mię­dzy „samot­nym” a „samot­nym i szczę­śli­wym”. Prze­paść oddzie­la­ją­ca przod­ków od dziec­ka spra­wia, że może ono stać się spad­ko­bier­cą inne­go rodza­ju. Roz­ziew mię­dzy prze­szło­ścią a teraź­niej­szo­ścią jest koniecz­ny, żeby boha­ter – zamiast budo­wać para­li­żu­ją­cą toż­sa­mość, któ­ra osta­tecz­nie ska­że go na wyob­co­wa­nie – zna­lazł szczę­ście: Nie­tz­sche­ań­skie Ja-Sagen!, moż­li­we do usły­sze­nia we Fre­ie Stadt Dan­zig:

[…] myśla­łem o dziad­ku Karo­lu, któ­ry nie lubił przy­jeż­dżać do nasze­go mia­sta, myśla­łem o moim ojcu, któ­ry z kolei poko­chał to mia­sto, i myśla­łem o sobie, że jestem pomię­dzy nimi jak ktoś na skrzy­żo­wa­niu dróg obok kamien­ne­go dro­go­wska­zu, na któ­rym woda, pia­sek i wiatr zatar­ły daw­no wszyst­kie lite­ry.

Jak pod­trzy­mać ten życio­daj­ny splot? Być może trze­ba roz­ma­czać, zacie­rać imio­na ojców. Imio­na, któ­re upar­cie nie chcą uznać świa­ta. Być może trze­ba przy­jąć swo­je wyko­rze­nie­nie, to zna­czy pozo­stać wier­nym zja­wia­ją­ce­mu się w ruinach ducho­wi dumy Han­zy. Wspól­no­ty han­ze­atyc­kie przo­do­wa­ły w zry­wa­niu z usta­lo­ny­mi, meta­fi­zycz­nie zabez­pie­czo­ny­mi podzia­ła­mi spo­łecz­ny­mi w śre­dnio­wiecz­nej Euro­pie. Ale prze­cież ten duch nie przy­by­wa z odle­głe­go impe­rium austro-węgier­skie­go. Wca­le nie przy­by­wa z prze­szło­ści. Wręcz prze­ciw­nie, prze­kra­cza melan­cho­lię Lucja­na z opo­wia­da­nia Gute Luisa, a tak­że ojca z innych utwo­rów (w pew­nym momen­cie jego życia): wyzna­cza nową, gdań­ską przy­szłość rodzi­ny.

4.

„Trzy razy zmie­ni­łem oby­wa­tel­stwo, dwu­krot­nie język i dwa razy utra­ci­łem stro­ny rodzin­ne. Wszyst­ko to w cho­rym i nader nie­spo­koj­nym ser­cu Euro­py” – tak wła­śnie cze­sko-nie­miec­kie­go pisa­rza Otę Fili­pa „zła­ma­ła, prze­mie­li­ła, po czym wyplu­ła na resz­tę życia skur­wio­na histo­ria, pod­ów­czas we wła­dzy zbrod­nia­rzy Hitle­ra i Sta­li­na”1. W krót­kich pro­zach Huel­le­go brak rów­nie zaja­dłych pas­su­sów, nie­mniej w opo­wie­ściach tych moż­na tra­fić na poja­wia­ją­ce­go się tu i tam ducha dzie­jów, odpo­wie­dzial­ne­go za nie­moż­li­we dzie­dzic­two, ostat­ki dumy Han­zy czy inne miej­sce uro­dze­nia. Szu­ka­jąc wła­śnie tego ter­mi­nu, znaj­dzie­my figu­rę, któ­ra zawsze peł­ni funk­cję meta­fo­ry PRL lub po pro­stu tren­dów oraz płyt­kich aktu­al­no­ści. Jest prze­kleń­stwem eru­dy­ty Lucja­na i wyeman­cy­po­wa­nej Idy, a tak­że sym­bo­lem hege­mo­nii kul­tu­ry popu­lar­nej. Poznaj­cie sto­su­nek nar­ra­to­ra jed­ne­go z opo­wia­dań do scien­ce fic­tion: „[…] w upodo­ba­niach lite­rac­kich jestem nie­po­praw­nym kon­ser­wa­ty­stą szczel­nie impre­gno­wa­nym na ducha cza­su”. Czy aby na pew­no? Gdzie kupić taki impre­gnat? Maska uczo­ne­go, któ­rą zakła­da Huel­le, iry­tu­je; zwłasz­cza wspo­mnia­ny wcze­śniej Lucjan lub mode­lo­wo oczy­ta­ny nar­ra­tor opo­wia­da­nia Cadyk dosko­na­le repre­zen­tu­ją inte­li­genc­ko-ary­sto­kra­tycz­ny upór. Pisarz sta­je w jed­nym sze­re­gu z Mila­nem Kun­de­rą czy Cze­sła­wem Miło­szem, któ­rzy chcie­li stwo­rzyć eks­klu­zyw­ną środ­ko­wo­eu­ro­pej­ską mito­lo­gię opar­tą na wiel­kich tek­stach kul­tu­ry, zapo­mi­na­li jed­nak przy tym, że wła­śnie ten region zawsze będzie, jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, „cho­rym i nader nie­spo­koj­nym” here­ty­kiem odsta­ją­cym od zachod­niej tra­dy­cji.

Tym­cza­sem duch tchnie, kędy chce, i w innych tek­stach auto­ra Tali­ty łatwo zauwa­żyć afir­ma­cję tego, co hete­ro­ge­nicz­ne, pod­rzęd­ne, dobrze powie­dzieć – nie­pra­we. Sło­necz­ny dzień (nie mogło­by być ina­czej, ponie­waż tutaj zamiast o duchu dzie­jów mowa o Ruah Elo­him, ale to już osob­na histo­ria) trak­tu­je o obda­rzo­nym nie­zwy­kły­mi umie­jęt­no­ścia­mi wokal­ny­mi Cha­skie­lu. Dla jego gło­su chrze­ści­jan­ki przy­cho­dzą do syna­go­gi, gdzieś obok prze­klę­ty przez rabi­na Baal Szem Tow ini­cju­je pol­ski cha­sy­dyzm, sam Sefar­dyj­czyk zaś po kry­jo­mu jeden raz uda­je się do kościo­ła, żeby zoba­czyć spoj­rze­nie Madon­ny z odno­wio­ne­go obra­zu. Nie będzie­my teraz roz­wa­żać licz­nych mistycz­nych mean­drów, zaga­dek i boga­tych odnie­sień zawar­tych w kil­ku­stro­ni­co­wym tek­ście. Inte­re­su­ją­ce jest zwłasz­cza to, że w tym frag­men­cie (a tak­że w paru innych) to wła­śnie bunt wobec tra­dy­cji, pew­ne­go rodza­ju ludo­wość, nie­pi­śmien­ność, a w każ­dym razie nie­orto­dok­syj­ność – otóż wła­śnie to wszyst­ko zosta­je dowar­to­ścio­wa­ne. W cen­trum zain­te­re­so­wa­nia znaj­du­ją się losy Cha­skie­la, jego zdra­dy, urze­czy­wist­nia­ne przez kon­tak­ty z rebem Besz­tem, oraz wybo­ry. Na cze­le z tym jed­nym: zamiast postę­po­wać zgod­nie z lite­rą boskie­go pra­wa, trze­ba wejść w grzą­ską mate­rię życia.

Może więc to nie eli­ta­ryzm cha­rak­te­ry­zu­je twór­czość Huel­le­go, ale zgo­ła inne pra­gnie­nie. Pierw­sza miłość, Pierw­sze latoWuj Hen­ryk – i tak dalej: wszyst­kie te opo­wia­da­nia są prze­ła­do­wa­ne aurą nie­sa­mo­wi­to­ści, cza­sem eks­ta­tycz­no­ści, kie­dy indziej sza­lo­nej inten­syw­no­ści życia, a ści­ślej mówiąc – wła­ści­wych mu ini­cja­cji. Wbrew licz­nym dekla­ra­cjom wszech­obec­ne sen­ty­men­ty i nostal­gia wyni­ka­ją z fak­tu, że to wła­śnie ów „pierw­szy raz” jest nie­po­wta­rzal­ny, że nie wia­do­mo, czy ponow­nie uda się wejść w świat, zdo­być nowe doświad­cze­nie lub zre­wi­ta­li­zo­wać to, co już zna­ne i prze­wi­dy­wal­ne. Pro­po­no­wa­ne przez nowo powsta­ją­ce ruchy reli­gij­ne prze­mia­ny idei, przy­go­dy dzie­ciń­stwa, mło­dzień­cze pod­glą­dac­two, ide­owy zamęt każ­dych cza­sów – wszyst­ko to skła­da się na wciąż żywot­ną lite­ra­tu­rę.

5.

W grun­cie rze­czy ile­kroć autor odwo­łu­je się do przed­wo­jen­nej histo­rii, nie postu­lu­je restau­ra­cji jakie­goś pseu­do­idyl­licz­ne­go ładu, być może nawet nie tęsk­ni spe­cjal­nie do tam­te­go świa­ta. Kie­dy pod koniec XX i na począt­ku XXI wie­ku duch dzie­jów na krót­ko wypa­ro­wał i pra­wie wszy­scy zosta­li prze­ko­na­ni o koń­cu histo­rii, Huel­le przez cią­głe nawią­zy­wa­nie do wie­lo­kul­tu­ro­wej ceka­nii oraz archi­miesz­czań­skie­go Gdań­ska przy­po­mi­nał, że nawet naj­lep­sze świa­ty są kru­che, a na sku­tek zewnętrz­nych czy wewnętrz­nych przy­czyn pręd­ko obró­cą się w ruinę. Pisarz dowo­dził jed­no­cze­śnie, że w sta­ra­niach o ulep­sze­nie rze­czy­wi­sto­ści, o kształ­to­wa­nie otwar­tych i demo­kra­tycz­nych państw oraz spo­łe­czeństw nigdy nie posta­wi­my ostat­nie­go kro­ku. Teraz może­my przy­znać Huel­le­mu rację: w dobie róż­no­ra­kich kul­tur­kamp­fów wypar­li­śmy, zresz­tą i tak szcząt­ko­wy, etos wie­lo­et­nicz­nych wspól­not. Owład­nię­ci trwo­gą przed demo­na­mi nowych rady­ka­li­zmów, porzu­ci­li­śmy marze­nie auto­ra Śpie­waj ogro­dy. Nie­wie­le więc zosta­ło z jego prze­sła­nia.

Paweł Huel­le – w odróż­nie­niu od swo­je­go ojca – uro­dził się w Gdań­sku. Ilu ludzi dzi­siaj przy­cho­dzi na świat w obcych mia­stach, poza gra­ni­ca­mi swo­ich państw? Ilu jest na to ska­za­nych? Oczy­wi­ście wszyst­kie tego rodza­ju przy­pad­ki może­my zło­żyć na karb ducha dzie­jów, ale to sła­ba wymów­ka.

 

1 O. Filip, Siód­my życio­rys, wstęp A.S. Jago­dziń­ski, tłum. J. Sta­chow­ski, Woło­wiec: Wydaw­nic­two Czar­ne, 2022, s. 19.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

28.09.2025 Recenzje

Błękitne światło tasmańskiego popołudnia

Przez grzebanie w czasie, przypominanie zapomnianych, nierzadko zakazanych historii, prowadzenie wyrafinowanych gier z literackimi tradycjami autor ukazuje niezwykle skomplikowane, tragiczne losy bohaterów, a zarazem opowiada równie niejednoznaczne, pełne przemocy dzieje Australii – o Ścieżkach Północy Richarda Flanagana pisze Szymon Kowalski.

16.08.2026 Recenzje

„Sztuką nie lada, prawdziwym osiągnięciem, jest zapomnienie o swoim ojcu” – „Moi przyjaciele” Hishama Matara

Ojcowie w powieści Matara stają się punktem wyjścia dla tożsamości, lecz także jej napięcia i załamania. Relacje ojciec–syn są metaforą relacji między przeszłością a przyszłością. To, co zostaje odziedziczone, nieustannie domaga się opowiedzenia, a jednocześnie nie zawsze daje się w pełni wypowiedzieć – o powieści Hishama Matara pisze Aleksandra Samonek.

15.08.2026 Recenzje

Fantastyka społecznego podmiotu

Należy podkreślić, że przy całym bogactwie refleksji, jakie oferuje powieść Wang, jest to wciąż klasyczna literatura fantasy, oparta głównie na seriach dramatycznych wydarzeń, choć nie brakuje tutaj również rozbudowanych, wielostronicowych dialogów – o Krwi nad jasną przystanią M.L. Wang pisze Marcin Świątkowski.

14.08.2026 Szkice

Ja jednak widzę krew Marksa. Ja ciągle widzę krew Marksa

Lekturę Społeczeństwa spektaklu… traktuję jako przeżycie zaskakująco niekomfortowe. Wcielając się w rolę uważnego czytelnika, krytyka „Dziennika Literackiego”, który ma obowiązek przeprowadzenia subiektywnej, lecz sprawiedliwej analizy debordowskiego tekstu, wpadam w niezamierzone rejestry parodii aktorstwa metodycznego – pisze Łukasz Krajnik.