Tam, gdzie Karawanki, czyli w Austrii

Tytuł debiu­tanc­kiej powie­ści Austriacz­ki Julii Jost na pierw­szy rzut oka może się wyda­wać nie­zro­zu­mia­ły. Tam, gdzie naj­ostrzej­szy kieł Kara­wan­ków szcze­rzy się ku nie­bu to histo­ria osa­dzo­na w austriac­kim Heima­cie, któ­ry jesz­cze pod koniec XX wie­ku był nabrzmia­ły od nacjo­na­li­stycz­nych resen­ty­men­tów, hipo­kry­zji i tęsk­no­ty za nazi­zmem. Pozna­je­my go z per­spek­ty­wy queero­wej dziew­czyn­ki kry­ją­cej się w cza­sie gry w cho­wa­ne­go pod cię­ża­rów­ką i wła­śnie ta per­spek­ty­wa spra­wia, że nie jest to kolej­na typo­wa anty­oj­czyź­nia­na pro­za austriac­ka tyl­ko powiew świe­że­go powie­trza prze­do­sta­ją­cy się do lite­ra­tu­ry roz­li­cze­nio­wej.

Zacznij­my jed­nak od począt­ku, czy­li od tytu­łu. Kara­wan­ki to jed­no z naj­dłuż­szych pasm gór­skich wyzna­cza­ją­ce gra­ni­cę mię­dzy Austrią a Sło­we­nią. Po austriac­kiej stro­nie leży region Karyn­tia, któ­ry jest waż­nym boha­te­rem powie­ści. W górach czas bie­gnie ina­czej, histo­ria toczy się wol­niej, a na prąd, asfal­to­we uli­ce czy nowin­ki tech­nicz­ne trze­ba cze­kać dłu­żej. Mamy rok 1994 i co nie­któ­rzy miesz­kań­cy wciąż czu­ją dumę ze swo­je­go aryj­skie­go pocho­dze­nia, wspo­mi­na­ją, jak to ich wio­ska cał­ko­wi­cie popie­ra­ła Anschluss Austrii do Nie­miec w 1938 roku, i sym­pa­ty­zu­ją z nazi­sta­mi. Karyn­tia w książ­ce Jost to oto­czo­ny ze wszyst­kich stron góra­mi zamknię­ty krąg; żeby być stąd, trze­ba się tu uro­dzić. W sza­fach miesz­kań­ców wciąż kry­ją się śmier­dzą­ce tru­py histo­rii Euro­py.

Skąd ta książ­ka w ogó­le wzię­ła się na pol­skim ryn­ku wydaw­ni­czym? Dzię­ki tłu­macz­ce Zofii Suchar­skiej, któ­ra po lek­tu­rze powie­ści na wła­sną rękę zaję­ła się szu­ka­niem dla niej wydaw­cy w Pol­sce. Zain­te­re­so­wa­ły się dwa wydaw­nic­twa, Cyran­ka wygra­ła. Na pyta­nie, dla­cze­go tak zale­ża­ło jej na tej książ­ce, tłu­macz­ka w roz­mo­wie ze mną odpo­wia­da:

Ta powieść wpi­su­je się w tra­dy­cję lite­rac­ką, któ­rą czy­tel­ni­cy w Pol­sce zna­ją i cenią – mam na myśli austriac­ką lite­ra­tu­rę roz­li­cze­nio­wą i nazwi­ska takie jak Bern­hard. To wyda­ło mi się dobrym punk­tem zacze­pie­nia i argu­men­tem dla poten­cjal­ne­go pol­skie­go wydaw­cy. Książ­ka Jost wpi­su­je się w ten nurt, ale jed­no­cze­śnie opo­wia­da queero­wą histo­rię o dora­sta­niu. Do tego mamy tutaj spo­ro wąt­ków, któ­re zna­my z pol­skie­go podwór­ka – kon­ser­wa­tyzm, patriar­chat, rolę Kościo­ła kato­lic­kie­go w mniej­szych spo­łecz­no­ściach, skręt na pra­wo. Autor­ka pisze o tych trud­nych tema­tach w spo­sób bły­sko­tli­wy, z poczu­ciem humo­ru, raz po raz pusz­cza­jąc do czy­tel­ni­ka oko. Tym wła­śnie mnie uję­ła.

Głów­ną boha­ter­ką powie­ści jest jede­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka, nie zna­my jej imie­nia. Wraz z rodzi­ną wypro­wa­dza się wła­śnie z karync­kiej wio­ski. To pró­ba uciecz­ki z archa­icz­ne­go świa­ta i od duchów prze­szło­ści, ale tak­że szan­sa na awans spo­łecz­ny: boga­ci chcą się stąd wyrwać, zacząć życie gdzie indziej. Dziec­ko cho­wa się pod cię­ża­rów­ką, do któ­rej tra­fia doby­tek rodzi­ny, i obser­wu­je doro­słych. Widzi zna­jo­me posta­ci, roz­po­zna­je sąsia­dów po łyd­kach i wspo­mi­na dzie­ciń­stwo na wsi: peł­ne wol­no­ści, przy­ro­dy i bez­tro­ski. Per­spek­ty­wa dziec­ka patrzą­ce­go „z dołu” jest może nie­co naiw­na, ale ma zna­cze­nie w kon­struk­cji powie­ści. Wypro­wadz­ka to też przy­czy­na żało­by po pierw­szym zadu­rze­niu. W gospo­dzie rodzi­ców zosta­je cór­ka gastar­be­ite­ra z Bośni – Luca, któ­ra jest obiek­tem wes­tchnień głów­nej boha­ter­ki. Zauro­cze­nie mię­dzy dziew­czyn­ka­mi jest deli­kat­ne, nowe, a rów­no­cze­śnie zaka­za­ne w tej spo­łecz­no­ści, postrze­ga­ne jako brud­ne. Nazna­czo­ne poczu­ciem wsty­du, winy i odsta­ją­ce od nor­my. Inność jest w Karyn­tii nie­do­zwo­lo­na. Podob­nie jak to, by chłop­cy nosi­li dłu­gie wło­sy i oka­zy­wa­li emo­cje, a dziew­czyn­ki gra­ły dobrze w pił­kę noż­ną.

Nar­ra­tor­ka opo­wia­da histo­rie rodzi­ców, dziad­ków, sąsia­dów. Te wiją się niczym szla­ki gór­skie, są nie­rów­ne, krę­te, wyma­ga­ją sku­pie­nia i kon­dy­cji. Dla­te­go tej książ­ki nie czy­ta się tak łatwo. Oprócz pięk­na natu­ry, sza­cun­ku do gór, tra­dy­cji i dia­lek­tu, w świe­cie austriac­kim opi­sa­nym przez Jost panu­ją nacjo­na­lizm, popu­lizm i nazi­stow­skie resen­ty­men­ty, a trium­fy świę­ci poli­tyk Jörg Heider – pre­mier Karyn­tii, prze­ciw­nik UE oskar­ża­ny o kse­no­fo­bię. Nie jest to jed­nak powieść poli­tycz­na. Codzien­ne życie mija tu na bie­sia­dach w gospo­dzie, inte­re­sy zała­twia się przy alko­ho­lu, o wszyst­kich występ­kach wie ksiądz. Każ­dą kel­ner­kę moż­na obma­cać, na każ­de­go męż­czy­znę w domu będzie cze­kać wier­na żona wycho­wu­ją­ca potom­stwo w kul­cie tra­dy­cji. Dzie­ci nato­miast moż­na zbić, gdy powie­dzą coś nie­od­po­wied­nie­go lub po pro­stu nie chcą wyglą­dać i zacho­wy­wać się jak pozo­sta­li. Po dru­giej stro­nie gór, na Bał­ka­nach toczy się wła­śnie woj­na, giną ludzie, ale to dale­ko i Karyn­tii nie doty­czy, ba nie­któ­rzy, jak ojciec głów­nej boha­ter­ki, potra­fią się na tym nawet wzbo­ga­cić.

Są jed­nak momen­ty, któ­re wstrzą­sa­ją spo­łecz­no­ścią, jak na przy­kład śmierć chłop­ca, Fran­zie­go. Nie­win­na zaba­wa wiej­skich dzie­ci pozba­wio­nych opie­ki doro­słych koń­czy się dla nie­go tra­gicz­nie. Sce­ny poprze­dza­ją­ce wypa­dek oraz opis pogrze­bu dziec­ka na dłu­go pozo­sta­ją w pamię­ci. Jest w nich coś z reali­zmu magicz­ne­go Maria­ny Leky ze Snu o oka­pi. Tam śmierć dziec­ka wywo­ła­ła jed­nak pozy­tyw­ne zmia­ny wśród boha­te­rów, u Jost wręcz prze­ciw­nie – marazm i życie w obłu­dzie jesz­cze się umac­nia­ją.

Okładka książki Julii Jost pod tytułem „Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanków szczerzy się ku niebu”.
Julia Jost, „Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanków szczerzy się ku niebu”, tłum. Zofia Sucharska, Warszawa: Wydawnictwo Cyranka, 2026.

Nar­ra­cja jede­na­sto­let­niej dziew­czyn­ki jest pozba­wio­na reflek­sji czy emo­cji, ale w tym tkwi jej siła. Pozna­je­my świat ocza­mi dziec­ka, któ­re nie zna innej rze­czy­wi­sto­ści i nie może się poskar­żyć lub mieć inne­go punk­tu opar­cia niż bez­po­śred­nie oto­cze­nie. Dora­sta w zamknię­tej spo­łecz­no­ści, w któ­rej doro­śli czę­sto w ogó­le nie przej­mu­ją się dzieć­mi. Tu nie roz­ma­wia się o emo­cjach, nikt nie inte­re­su­je się psy­cho­lo­gią czy peda­go­gi­ką. Ojciec tyl­ko raz po kry­jo­mu zapła­cze, mat­ka szu­ka pocie­sze­nia w Koście­le i modli­twie. Zamiast szu­kać wspar­cia u bli­skich obcu­je się z natu­rą, w momen­cie kry­zy­su idzie się po pro­stu w góry lub leży na tra­wie: „Cza­sem godzi­na­mi leżę na łóż­ku z mchu, z zabar­wio­ny­mi od jagód usta­mi, w któ­rych trzy­mam żołę­dzio­wą faj­kę. Leżę na pola­nie, któ­rą moż­na rów­nież nazwać bło­nia­mi albo, jak mawia­ją na nią star­si, popa­sem, jestem małym, nic nie­zna­czą­cym leśnym paso­ży­tem i pod wierz­choł­ka­mi drzew odda­ję się fan­ta­zjo­wa­niu”1. Nie­któ­re sce­ny życia w alpej­skiej wio­sce przy­po­mi­na­ją try­lo­gię innej Austriacz­ki Moni­ki Hel­fer, któ­rej pro­zę pol­scy czy­tel­ni­cy przy­ję­li z dużym zain­te­re­so­wa­niem (prze­tłu­ma­czo­ne przez Arka­diu­sza Żychliń­skie­go Hała­strę, Tatu­siaLwie ser­ce wyda­ło Wydaw­nic­two Fil­try) jed­nak Hel­fer posłu­gu­je się prost­szym, kon­kret­nym i pozba­wio­nym ozdob­ni­ków języ­kiem, pod­czas gdy u Jost malow­ni­cze pej­za­że gór­skie kon­tra­stu­ją z pro­zą życia i prze­mo­cą czy pijań­stwem. Jej język bywa ostry, nie­przy­jem­ny, cza­sem zno­wu jest wyjąt­ko­wo poetyc­ki, momen­ta­mi nie­pa­su­ją­cy do per­cep­cji dziec­ka. Autor­ka bawi się nim, łączy dia­lekt z współ­cze­snym języ­kiem, obco brzmią­ce sło­wa bośniac­kie z karync­ki­mi przy­śpiew­ka­mi ludo­wy­mi.

Julia Jost sama pocho­dzi z Karyn­tii i mogła­by być boha­ter­ką swo­jej debiu­tanc­kiej powie­ści, jed­nak w wywia­dach pod­kre­śla, że nie jest to histo­ria auto­bio­gra­ficz­na, i dystan­su­je się od nar­ra­tor­ki. Podob­nie jak star­sza od niej o ponad trzy­dzie­ści lat Hel­fer, Jost czer­pa­ła z histo­rii regio­nu, o któ­rym pisze, i opo­wie­ści rodzin­nych, nie­któ­re zda­rze­nia z książ­ki wyda­rzy­ły się napraw­dę, inne powsta­ły tyl­ko w jej gło­wie. Hel­fer w swo­jej twór­czo­ści wska­zu­je na rolę pamię­ci, Jost za to, podob­nie jak jej jede­na­sto­let­nia boha­ter­ka, fan­ta­zju­je.

Książ­kę opu­bli­ko­wa­ło w 2024 roku jed­no z naj­więk­szych nie­miec­kich wydaw­nictw – Suhr­kamp, a o tym, że kul­tu­ra Karyn­tii i jej dia­lekt nie są dla nie­miec­ko­ję­zycz­nych czy­tel­ni­ków czymś oczy­wi­stym niech świad­czy fakt, iż w nie­miec­kim wyda­niu zawar­ty jest słow­ni­czek wyja­śnia­ją­cy nie­któ­re sło­wa, a wypo­wie­dzi w dia­lek­cie zazna­czo­ne są kur­sy­wą. Była to też naj­więk­sza trud­ność dla tłu­macz­ki. Zofia Suchar­ska zde­cy­do­wa­ła się na zmięk­cza­nie, prze­cią­ga­nie samo­gło­sek, aby karync­ki dia­lekt wybrzmiał po pol­sku melo­dyj­nie, śpiew­nie. Z począt­ku jest to dla czy­tel­ni­ka nie­na­tu­ral­nie, ale po pew­nym cza­sie nada­je dia­lo­gom wię­cej regio­nal­ne­go kolo­ry­tu: „Bab­ciu, jak duobrze ciję widzieć! Przy­da nam się kuaż­da para ruąk do pomo­cy! Na pew­no chcesz pono­usić z nami pudła?”2 mówi brat nar­ra­tor­ki do bab­ci.

Julia Jost dołą­czy­ła do nur­tu austriac­kich anty­oj­czyź­nia­nych pisa­rzy, nawet jeśli nie było to jej inten­cją. W swo­jej powie­ści do roz­li­czeń histo­rycz­nych doda­ła tro­chę powie­wu mło­do­ści, humo­ru, iro­nii i queeru. Nie sku­pia się na nazi­zmie, ale przy­po­mi­na o popu­li­zmie i kse­no­fo­bii obec­nych w Austrii pod koniec XX wie­ku. Jej sty­lu nie da się porów­nać z Tho­ma­sem Bern­har­dem, Elfri­de Jeli­nek czy Jose­fem Win­kle­rem (pocho­dzą­cym tak­że z Karyn­tii), a ona sama repre­zen­tu­je już zupeł­nie inne poko­le­nie. Histo­ria zawar­ta w książ­ce Tam, gdzie naj­ostrzej­szy kieł Kara­wan­ków szcze­rzy się ku nie­bu poka­zu­je, że kolej­ne gene­ra­cje Austria­ków się­ga­ją do histo­rii rodzi­ców i dziad­ków bez stra­chu, a raczej ze współ­czu­ciem i reflek­sją. Dowo­dzi też, że moż­na wyrwać się z mat­ni tra­dy­cji oraz histo­rii i żyć gdzie indziej, po swo­je­mu. Kto wie, może wła­śnie dla­te­go Julia Jost już daw­no opu­ści­ła Karyn­tię.

1 J. Jost, Tam, gdzie naj­ostrzej­szy kieł Kara­wan­ków szcze­rzy się ku nie­bu, tłum. Z. Suchar­ska, War­sza­wa: Wydaw­nic­two Cyran­ka, 2026, s. 129.

2 Tam­że, s. 31.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

22.07.2026 Recenzje

Kobiety i ich rzeczy

Mimo że Historia kobiet w 101 przedmiotach to książka wpisująca się w antropologię rzeczy, warto ją czytać także jako zbiór ciekawostek o tym, co nas otacza – o publikacji Annabelle Hirsch pisze Urszula Pieczek.

21.07.2026 Laba

Latem wracam do Prousta

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z artystką wizualną i malarką Katarzyną Wyszkowską rozmawia Małgorzata Bugaj.