Tomiszcze o tomach

Czy czy­ta­li­ście kie­dyś książ­kę, któ­rej boha­te­ra­mi są autor, powieść, inne gatun­ki bele­try­sty­ki, ich czy­tel­nicz­ki, a wresz­cie nie­mal wszy­scy czo­ło­wi twór­cy kano­nu świa­to­wej lite­ra­tu­ry? Oto ona: rzecz dość spe­cy­ficz­na, Tom & Tom ukra­iń­skie­go pisa­rza Wasy­la Słap­czu­ka.

Tomek i Tomek w jed­nym sta­li domu. Jeden na górze – dru­gi na dole. O wier­szy­ku Alek­san­dra Fre­dry nie mógł rzecz jasna myśleć autor książ­ki Tom & Tom Wasyl Słap­czuk, gdyż za pol­ską wer­sję tytu­łu odpo­wie­dzial­na jest tłu­macz­ka Hali­na Suro­wiec, któ­ra wyka­za­ła się tu wyśmie­ni­tą inwen­cją. Tytu­ło­wy kalam­bur z ory­gi­na­łu (Роман & Роман) zasa­dza się bowiem na podo­bień­stwie imie­nia Roman i okre­śle­nia „roman”, czy­li powie­ści po ukra­iń­sku. „Jeden Roman bie­ga, dru­gi leży” – żar­to­wał w 1929 roku mistrz ukra­iń­skiej bele­try­sty­ki Wale­rian Pid­mo­hyl­ny, wyko­rzy­stu­jąc tę samą homo­ni­mię i nawią­zu­jąc do imie­nia swo­je­go syna oraz do nie­mo­cy twór­czej, któ­rej doświad­czał w cza­sie two­rze­nia nowej powie­ści. Tłu­macz­ka – przy­wo­łam ją jesz­cze raz, bo na to zasłu­gu­je – świet­nie wybrnę­ła z pułap­ki teo­re­tycz­nej nie­prze­kła­dal­no­ści gry języ­ko­wej, któ­ra kon­sty­tu­uje cały utwór. Wyda­wa­ło­by się, że umarł w butach, gra słow­na zgi­nie w prze­kła­dzie, a z nią wła­ści­wie sens całej książ­ki. A tu Hali­na Suro­wiec wycho­dzi cało z kło­po­tu, wra­ca z dale­kiej podró­ży i jesz­cze zacho­wu­je łącz­ność brzmie­nio­wą z ory­gi­na­łem: cząst­kę „om”. Czyż­by nie­po­śled­nią? Bo może war­to – powta­rza­jąc to „Tom”, „roman” „om”, „om” – pomy­śleć o filo­zo­fii Wscho­du, lubia­nej chy­ba przez auto­ra?

Ale war­to tak­że zwró­cić uwa­gę na jed­ną dodat­ko­wą pod­po­wiedź, zawar­tą w tytu­le ory­gi­na­łu. Bo ukra­iń­ski „roman” moż­na prze­ło­żyć na pol­ski rów­nież jako romans – i to już nie w zna­cze­niu lite­rac­kim, lecz miło­snym. A powieść Słap­czu­ka jest wła­śnie opi­sem roman­su: mię­dzy auto­rem a czy­tel­nicz­ką (czy­tel­nicz­ka­mi?).

Słap­czuk jest posta­cią spe­cy­ficz­nie ulo­ko­wa­ną w ukra­iń­skim świe­cie lite­rac­kim. To wete­ran woj­ny w Afga­ni­sta­nie, któ­rej poświę­cił lwią część swo­jej twór­czo­ści. Po służ­bie w radziec­kiej armii został filo­lo­giem i pisa­rzem. Z jed­nej stro­ny to autor cichy, nie­udzie­la­ją­cy się w ukra­iń­skim życiu lite­rac­kim: nie uczest­ni­czy w festi­wa­lach czy­tel­ni­czych, nie wcho­dzi w śro­do­wi­sko­we dys­ku­sje. Z dru­giej stro­ny – w 2004 roku ode­brał Naro­do­wą Nagro­dę im. Tara­sa Szew­czen­ki, czy­li naj­waż­niej­szy pań­stwo­wy laur w dzie­dzi­nie kul­tu­ry. Zresz­tą nie dzi­wi mnie, że Słap­czuk nie poka­zy­wał się publicz­nie; prze­cież w ręku trzy­mam pisa­ną przez pięt­na­ście lat nie­mal sied­miu­set­stro­ni­co­wą cegłę jego autor­stwa, zawie­ra­ją­cą cyta­ty z co naj­mniej set­ki wiel­kich dzieł świa­to­wej lite­ra­tu­ry. Trud­no było­by pogo­dzić jej two­rze­nie z bry­lo­wa­niem na mię­dzy­na­ro­do­wych i kra­jo­wych salo­nach. Na mar­gi­ne­sie war­to zauwa­żyć, że autor ten jest posta­cią zasłu­żo­ną dla kul­tu­ry pol­skiej (ode­brał za to nagro­dę nasze­go mini­ster­stwa) i tłu­ma­czem kil­ku ksią­żek z języ­ka pol­skie­go. Sza­cu­nek.

Wróć­my do uni­wer­sum (w przy­pad­ku tak tęgiej kni­gi trud­no mówić o świe­cie przed­sta­wio­nym) Toma & Toma. Na jego szczy­cie stoi zamel­do­wa­ny na pierw­szym pię­trze domu Sta­ry. To demiurg, kształ­tu­ją­cy wszyst­ko, co znaj­du­je się poni­żej, a przy tym pozo­sta­ją­cy ze swo­imi wytwo­ra­mi w dość żywej rela­cji. Niżej miesz­ka Adam, prze­pra­szam – Tom, czy­li pierw­sze dzie­ło demiur­ga, naj­waż­niej­sze i uko­cha­ne, lecz nie­co błą­dzą­ce dziec­ko. Jako że nasz kre­ator nie opusz­cza swo­jej domo­wej samot­ni, Tom jest jego chłop­cem na posył­ki, spo­so­bem na kon­takt ze świa­tem, z czy­tel­nicz­ka­mi. Wresz­cie one. Autor przy­wo­łu­je sło­wa Stéphane’a Mal­lar­mégo; stwier­dza, że: „Są kobie­ty takie jak świat – kobie­ty któ­re powin­ny tra­fić do ksią­żek”. „To nie o niej” – kontr­uje Tom w odnie­sie­niu do pierw­szej z boha­te­rek powie­ści. Jest nią Myro­sła­wa, ponęt­na, roz­bu­cha­na ero­tycz­nie eks­hi­bi­cjo­nist­ka. Kochan­ko­wie na róż­ne spo­so­by skra­ca­ją jej imię: Tom „okrut­nie chciał zdo­być Sła­wę”, a gdy już ją posiadł, to się nią znu­dził; Sta­ry miał raczej chrap­kę na Mirę (zna­cze­nie tej for­my imie­nia nie gubi się w pol­skim prze­kła­dzie, choć dla ukra­iń­skie­go czy­tel­ni­ka jest bar­dziej czy­tel­ne, koja­rzy się z uko­je­niem, poko­jem). Dru­gą czy­tel­nicz­ką odwie­dza­ją­cą dom Toma i Sta­re­go jest mło­da dzien­ni­kar­ka o imie­niu Nowe­la, zachwy­co­na dorob­kiem tego dru­gie­go, stwo­rzo­na przez powie­ścio­we­go demiur­ga z żebra Toma. Trze­cią: Mila­dy, „kobie­ta ide­al­na”, naj­mniej zsek­su­ali­zo­wa­na. Swo­ją dro­gą, spo­sób, w jaki Słap­czuk opo­wia­da o kobie­tach i rela­cjach dam­sko-męskich, o sto­sun­kach mię­dzy pisa­rzem a zdo­by­wa­ny­mi przez nie­go dziew­czę­ta­mi, pozwa­la roz­po­znać w auto­rze ukra­iń­skie­go twór­cę uro­dzo­ne­go w latach 50. czy 60. XX wie­ku. Zbli­żo­ne podej­ście może­my dostrzec w Mosko­via­dzie… i Lek­sy­ko­nie miast intym­nych Juri­ja Andru­cho­wy­cza czy w tek­stach Juri­ja Wyn­ny­czu­ka. I raczej trud­no odna­leźć podob­ne zapi­sy w utwo­rach auto­rów młod­sze­go poko­le­nia.

No i jak tu bez niej – gdzieś w poło­wie powie­ści poja­wia się inna pan­na: Wojen­ka, któ­ra wzy­wa do sie­bie chłop­ca malo­wa­ne­go, Toma. Wła­ści­wie Tomów dwóch: Toma Z. i Toma S. Ten dru­gi boha­ter wojen­ny to, jak się oka­zu­je, Nowe­la, któ­ra na potrze­by woj­ny prze­szła korek­tę płci (wiem, nie­co kar­ko­łom­ny zwrot fabu­lar­ny). Nad­cho­dzi więc rok 2014. Dwaj pisa­rze cyto­wa­ni przez Sta­re­go, Lew Toł­stoj i Fio­dor Dosto­jew­ski, w tym momen­cie umie­ra­ją. Autor, mimo że żyje w wie­ży z kości sło­nio­wej, oto­czo­ny swo­imi wiel­ki­mi poprzed­ni­ka­mi po fachu, nie może woj­ny omi­nąć. „Mój kraj pro­wa­dzi woj­nę i pono­si zna­czą­ce stra­ty… Natu­ral­nie przej­mu­ję się tym i nie­po­ko­ję… Reagu­ję jedy­nie na zmia­ny w ota­cza­ją­cym mnie świe­cie. W moim świe­cie! Tu się nie da okien zasło­nić zasło­na­mi” – pisze. Choć przez lata two­rzył potęż­ną powieść nie­od­no­szą­cą się wła­ści­wie do codzien­no­ści ówcze­snej Ukra­iny, to woj­na nie pozwo­li­ła mu uciec od rze­czy­wi­sto­ści. Poja­wia­ją się fla­sh­bac­ki z Afga­ni­sta­nu, a szko­le­nie woj­sko­we dla rekru­tów wyglą­da, jak­by było pro­wa­dzo­ne w latach 80.

Okładka książki Wasyla Słapczuka pod tytułem „Tom & Tom”.
Wasyl Słapczuk, „Tom & Tom”, tłum. Halina Surowiec, Lublin: Wydawnictwo Warsztaty Kultury, 2025.

Wresz­cie – naj­bar­dziej w Słap­czu­ko­wym świe­cie roz­py­cha się pan­te­on kla­sy­ków, z któ­rych cyta­ty sta­no­wią mię­so powie­ści i mają pry­mar­ną pozy­cję wobec śla­do­wej fabu­ły tek­stu. „Sta­ry lubił robić wypi­sy z prze­czy­ta­nych ksią­żek” – i to jest ich źró­dło. Autor zgro­ma­dził bowiem afo­ry­zmy, bon moty, powie­dzon­ka, mruk­nię­cia i skrzy­dla­te myśli wiel­kich lite­ra­tów, pra­wie wyłącz­nie męż­czyzn, two­rzą­cych w XIX i XX wie­ku, w więk­szo­ści nie­ży­ją­cych, przede wszyst­kim pisa­rzy ame­ry­kań­skich, angiel­skich, rosyj­skich i fran­cu­skich, choć swo­je miej­sce w książ­ko­wym iko­no­sta­sie wywal­czy­li też nasi ludzie: Witold Gom­bro­wicz, Cze­sław Miłosz, Sta­ni­sław Lem i Olga Tokar­czuk. Obok nich spo­ty­ka­my cho­ciaż­by Gustave’a Flau­ber­ta, Umber­ta Eco, Lwa Toł­sto­ja, Niko­ła­ja Gogo­la, Tho­ma­sa Man­na, Fran­za Kaf­kę, Erne­sta Hemin­gwaya, Char­le­sa Bukow­skie­go czy Jeana-Pau­la Sartre’a. I jesz­cze co naj­mniej set­kę innych (nie liczy­łem). Chy­ba żad­na z ponad sze­ściu­set stron nie oby­ła się bez cyta­tu.

Tu war­to nad­mie­nić, jaki pro­blem trans­la­tor­ski wywo­łał Słap­czuk swo­ją książ­ką. „Panu to dobrze: pisze pan sobie, co chce, gro­ma­dzi, co sobie zaży­czy i wca­le się nie zasta­na­wia, kto po tym posprzą­ta…” – mówi Tom. A posprzą­tać musia­ła tłu­macz­ka. Bo kto dotrze do źró­deł tych wszyst­kich cyta­tów? Hali­na Suro­wiec zna­la­zła na to spo­sób – w poro­zu­mie­niu z auto­rem sama prze­ło­ży­ła przy­wo­ła­ne frag­men­ty dzieł innych pisa­rzy, zamiast wyszu­ki­wać cyta­ty z ist­nie­ją­cych pol­skich tłu­ma­czeń, do któ­rych nale­ża­ło­by dodać przy­pi­sy (te zaś zwięk­szy­ły­by pew­nie obję­tość książ­ki o parę­set stron). Jak twier­dzi redak­tor­ka Elż­bie­ta Soko­łow­ska, „[p]rzekład z prze­kła­du odkry­wa kolej­ne war­stwy tek­stu […], pozwa­la na wie­lość inter­pre­ta­cji”. Coś w tym może być.

Boha­te­ro­wie prze­rzu­ca­ją się więc cyta­ta­mi, żon­glu­ją nimi, wycią­ga­ją je w naj­mniej spo­dzie­wa­nej chwi­li z ręka­wa, żar­tu­ją za ich pomo­cą, wzru­sza­ją, pod­nie­ca­ją się i poucza­ją innych. Ponad sześć­set stron tek­stu skła­da się głów­nie z wyim­ków, czy­ta­my wiel­ką księ­gę cyta­tów skle­jo­nych fabu­łą. Trud­no zna­leźć powieść z więk­szą licz­bą nawią­zań inter­tek­stu­al­nych, przy­naj­mniej w lite­ra­tu­rze ukra­iń­skiej. Meto­da Słap­czu­ka jest więc arcy­po­st­mo­der­ni­stycz­na, a pro­ble­ma­ty­ka książ­ki – raczej moder­ni­stycz­na. Jest to bowiem cykl roz­mów pro­wa­dzo­nych przez kla­sy­ków lite­ra­tu­ry za pośred­nic­twem boha­te­rów powie­ści w celu omó­wie­nia rela­cji mię­dzy Twór­cą a świa­tem. Reflek­sje doty­czą takich tema­tów, jak: twór­ca a two­rzy­wo, autor a praw­da, pisarz i kobie­ty, i alko­hol, i czy­tel­nik, i misja, i życie; rze­mio­sło a talent, pra­co­wi­tość a natchnie­nie, praw­da a pięk­no. No i wspo­mnia­na woj­na, zasad­ność pisa­nia tek­stów lite­rac­kich w jej cza­sie – to też wiel­ki temat dwu­dzie­sto­wiecz­ne­go pisar­stwa.

Tom & Tom moż­na by nazwać lite­ra­tu­ro­znaw­czym ese­jem o pisar­stwie z dużą dozą kwe­stii bio­gra­ficz­nych zwią­za­nych z wiel­ki­mi auto­ra­mi, sple­cio­nym szcząt­ko­wą fabu­łą. Głów­nym tema­tem wyda­je się tu napię­cie mię­dzy nie­mo­cą twór­czą (i nie tyl­ko twór­czą) doj­rza­łe­go pisa­rza a jego chę­cią pod­su­mo­wa­nia swo­je­go dorob­ku i prze­my­śleń o lite­ra­tu­rze jako rze­czy w życiu naj­waż­niej­szej.

Po dłuż­szej lek­tu­rze afo­ry­stycz­nych szer­mie­rek Słap­czu­ka moż­na dojść do wnio­sku, że Sta­ry nie jest wyłącz­nie alter ego pisa­rza. Zda­je się czymś wię­cej. Sam demiurg przy­zna­je: „jestem sumą”. Tak odpo­wia­da na oskar­że­nie Mila­dy, jako­by „ukry­wał się za cyta­ta­mi”. Głów­ny boha­ter i nar­ra­tor powie­ści sta­no­wi więc esen­cję tego, co zosta­wi­li po sobie kla­sy­cy. W pew­nym momen­cie ukła­da wła­sny afo­ryzm – „Jestem tu tyl­ko dla­te­go, że ist­nie­je lite­ra­tu­ra” – a póź­niej gło­si: „Ja jestem lite­ra­tu­rą”. I to chy­ba klucz do kon­cep­tu Słap­czu­ka. Roz­wią­za­nie zagad­ki tomu, któ­re­go boha­te­rem mia­ła być lite­ra­tu­ra.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej „Inne tradycje”.

Czytaj także

22.07.2026 Recenzje

Kobiety i ich rzeczy

Mimo że Historia kobiet w 101 przedmiotach to książka wpisująca się w antropologię rzeczy, warto ją czytać także jako zbiór ciekawostek o tym, co nas otacza – o publikacji Annabelle Hirsch pisze Urszula Pieczek.

21.07.2026 Laba

Latem wracam do Prousta

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych (uwaga na wypowiedzi publiczności!), rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj z artystką wizualną i malarką Katarzyną Wyszkowską rozmawia Małgorzata Bugaj.

20.07.2026 Recenzje

Tam, gdzie Karawanki, czyli w Austrii

Główną bohaterką powieści jest jedenastoletnia dziewczynka, nie znamy jej imienia. Wraz z rodziną wyprowadza się właśnie z karynckiej wioski. To próba ucieczki z archaicznego świata i od duchów przeszłości, ale także awans społeczny – o Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanków szczerzy się ku niebu Julii Jost pisze Natalia Prüfer.