Dezintegracje. O tomie „gap” Dominiki Filipowicz

Przy­znam, że się­ga­łem po debiut Domi­ni­ki Fili­po­wicz z lek­kim nie­po­ko­jem. Czy­ta­łem już wcze­śniej poje­dyn­cze wier­sze autor­ki roz­sia­ne po inter­ne­to­wych cza­so­pi­smach – w tym w KONTENCIE1; podo­ba­ły mi się i byłem cie­kaw, jak będą współ­gra­ły z resz­tą książ­ki. Nie­mniej gdy tom już się uka­zał, stąd i zowąd zaczę­ły docho­dzić do mnie zapo­wie­dzi, któ­re w auto­bio­gra­ficz­nym klu­czu skle­ja­ły doświad­cze­nie Fili­po­wicz z opi­sy­wa­nym przez nią zagad­nie­niem: stu­dia­mi o nie­peł­no­spraw­no­ści. Może to moje uprze­dze­nia, może ste­reo­ty­py, ale oba­wia­łem się, że gap wpa­da w pułap­kę złe­go pisar­stwa mala­dycz­ne­go, któ­re­go w naj­now­szej pol­skiej lite­ra­tu­rze nie bra­ku­je – że nie wykra­cza poza jed­nost­ko­wą per­spek­ty­wę, jest za to for­mą szan­ta­żu emo­cjo­nal­ne­go sto­so­wa­ne­go wobec czy­tel­ni­ka: jeśli ci się nie podo­ba, naj­wy­raź­niej brak ci empa­tii i zro­zu­mie­nia. Na szczę­ście debiu­to­wi Fili­po­wicz dale­ko do jakich­kol­wiek prze­ja­wów mani­pu­la­cji emo­cjo­nal­nej. To napraw­dę dobra książ­ka, w któ­rej doświad­cze­nie cho­ro­by i nie­peł­no­spraw­no­ści – czy odno­szą­ce się do życio­ry­su autor­ki, to spra­wa dru­go­rzęd­na – sta­no­wi led­wie punkt wyj­ścia poetyc­kiej reflek­sji. Staw­ką gap jest bowiem wyj­ście poza per­spek­ty­wę jed­nost­ko­we­go doświad­cze­nia i pró­ba skon­stru­owa­nia pod­mio­to­wo­ści na nowo.

To, jaką per­spek­ty­wę obie­ra Fili­po­wicz na potrze­by książ­ki, ujaw­nia się z całą wyra­zi­sto­ścią już w wier­szu począt­ko­wym2. Moż­na by przy­pusz­czać, że przed­sta­wia on jed­ną kon­kret­ną sytu­ację; choć mgli­ście, to jed­nak zary­so­wu­je się w nim jakaś linia nar­ra­cyj­na. Boha­ter­ka mówi o „przy­sta­wia­niu paty­ka do szyi żądłem”, żeby w dru­giej stro­fie wspo­mnieć o „wbi­ja­niu igły” – mamy więc do czy­nie­nia z zabie­giem medycz­nym. Ale czy­tel­nik nie wie dokład­nie, jaki zabieg opi­su­je pod­miot­ka, może się tego naj­wy­żej domy­ślać na pod­sta­wie poroz­rzu­ca­nych tu i ówdzie suge­stii. Z punk­tu widze­nia stra­te­gii autor­skiej, obli­czo­nej na wywo­ła­nie w czy­tel­ni­ku wra­że­nia zna­jo­mo­ści okre­ślo­nej sytu­acji po to, żeby zaraz go zdez­o­rien­to­wać, jest to bowiem dru­go­rzęd­ne. Cho­dzi o uka­za­nie pod­da­wa­nia swo­je­go cia­ła ope­ra­cjom i o koniecz­ność zdy­stan­so­wa­nia się boha­ter­ki wobec tego pro­ce­su; o same uni­wer­sal­ne (czy może: sys­te­mo­we?) mecha­ni­zmy. Dla­te­go wła­śnie w wier­szu poja­wia­ją się zróż­ni­co­wa­ne kon­struk­cje gra­ma­tycz­ne: nie­oso­bo­we for­my cza­sow­ni­ka brzmią­ce jak instruk­cja (autor­ka nie wyróż­nia ich w żaden spo­sób kur­sy­wą czy cudzy­sło­wem) obok sfor­mu­ło­wa­nych w bez­oko­licz­ni­ku pole­ceń. Nawet wte­dy, gdy boha­ter­ka wypo­wia­da się w pierw­szej oso­bie, odno­si się do swo­je­go cia­ła jak do zdez­in­te­gro­wa­ne­go ele­men­tu wła­snej toż­sa­mo­ści: „roz­ry­so­wa­łam sobie klat­ką pier­sio­wą / podzie­li­łam na frag­men­ty w dzie­sią­ty wle­wa się che­mię jak zło­to”3.

Podob­ne zabie­gi gra­ma­tycz­ne, mają­ce zabu­rzyć jed­no­li­tość pod­mio­tu, zosta­ły zasto­so­wa­ne w całej książ­ce. Oczy­wi­ście koja­rzą się one – przez zbież­no­ści tema­tycz­ne – z ostat­ni­mi książ­ka­mi Karo­li­ny Kapu­sty i Anny Ada­mo­wicz (ta dru­ga nawet napi­sa­ła do gap blurb). Zarów­no w fuzji bor­do, jak i w Stłuc. Krę­go­słup Tyta­nii Skrzy­dło for­my nie­oso­bo­we cza­sow­ni­ków wprzę­gnię­te zosta­ją w stra­te­gie odpod­mio­to­wie­nia cho­ro­by. Nie ozna­cza to jed­nak, że Fili­po­wicz powie­la pew­ne gesty albo imi­tu­je poety­kę któ­rejś z dwóch wspo­mnia­nych twór­czyń. Wręcz prze­ciw­nie – autor­ce gap bar­dzo dale­ko do regu­lar­nej, kla­row­nej i chłod­nej (w zna­cze­niu: sku­pio­nej na dro­bia­zgo­wej ana­li­zie) dyk­cji Ada­mo­wicz; od Kapu­sty róż­ni ją z kolei dużo śmiel­sza wyobra­że­nio­wo, mniej refre­nicz­na, a bar­dziej roz­go­rącz­ko­wa­na (w zna­cze­niu: roz­chwia­na onto­lo­gicz­nie, momen­ta­mi sur­re­al­na) poety­ka. Pro­po­zy­cje wszyst­kich wymie­nio­nych auto­rek jedy­nie pozor­nie wyda­ją się podob­ne; tom Fili­po­wicz jest cał­ko­wi­cie odręb­ny od dwóch pozo­sta­łych.

W jaki jesz­cze spo­sób pod­miot­ka pró­bu­je zdy­stan­so­wać się wobec jed­nost­ko­we­go doświad­cze­nia? Para­dok­sal­nie – przez wyjąt­ko­wo subiek­tyw­ne, wizyj­ne wręcz obra­zy, któ­re czy­tel­nik otrzy­mu­je czę­sto w for­mie migo­czą­cych frag­men­tów i led­wie zasy­gna­li­zo­wa­nych afek­tów: „wśli­zga­na do góry po żuchwach po naszych żuwacz­kach / dra­bi­no pani z sąsied­nie­go łóż­ka dotkniesz palusz­kiem prze­kro­czysz zaświa­ty”4; „patrz wycię­te ze ścia­ny albu­my oble­pio­ne boaze­rią / tak kroi się twa­rze wzo­ro­wa­ne na kurzo­wych łap­kach”5.

Ktoś lub coś nie­ustan­nie patrzy, ale Fili­po­wicz robi wie­le, żeby czy­tel­nik nie zdo­łał odpo­wie­dzieć na pyta­nie, „kto?” lub „co?”. Może to per­so­nel medycz­ny albo – jeśli wziąć pod uwa­gę tytuł tomu – gapie? Może sama nie­peł­no­spraw­na pacjent­ka albo nie­peł­no­spraw­ny pacjent? Mimo że ogra­ni­cze­nie per­spek­ty­wy, któ­re przed­sta­wia w gap autor­ka, zda­je się ogra­ni­cze­niem jakiejś kon­kret­nej oso­by (a nie na przy­kład obiek­ty­wu kame­ry), to patrze­nie jest tu zupeł­nie nie­za­leż­ne od pod­mio­tu: roz­chwia­ne, wyraź­nie subiek­tyw­ne, ale osta­tecz­nie pro­wa­dzą­ce do zewnę­trza. Mon­ta­żo­wi pod­le­ga­ją zewnętrz­ne bodź­ce, pod­miot prze­ni­ka się z zewnętrz­nym przed­mio­tem, a punkt odnie­sie­nia sta­no­wi dla boha­te­rów zewnętrz­na prze­strzeń.

War­to w tym miej­scu wspo­mnieć o meto­ni­miach, któ­re kon­stru­uje w wier­szach Fili­po­wicz. Czę­sto są one moc­no skon­den­so­wa­ne, wewnętrz­nie dyna­micz­ne: „mia­ła nie palić / świa­tła w skur­czo­nych tęt­ni­cach”6; „skąd wzię­łam się na bia­łych pla­mach roz­la­nych pika­nia”7.

W wier­szach Fili­po­wicz nie są one ozdob­ni­ka­mi, lecz mają pod­kre­ślać dez­in­te­gra­cję. Tak jak ban­da­że, pal­ce, sta­wy, bio­dra czy język poja­wia­ją się jako osob­ne ele­men­ty, nie­ko­ja­rzo­ne w toku poetyc­kiej nar­ra­cji z jaką­kol­wiek cie­le­sną cało­ścią, tak samo ludz­kie czyn­no­ści zosta­ją tu uka­za­ne jako obce albo przy­sta­ją­ce do maszyn czy przed­mio­tów. Stąd też cha­rak­te­ry­stycz­ne obra­zo­wa­nie, jak gdy­by zako­rze­nio­ne w prze­ko­na­niu, że pro­ce­sy, sta­ny, cho­ro­by czy w koń­cu samo cia­ło moż­na posia­dać przy­god­nie jak rzecz: „chark­nąć całym roz­mia­rem moje­go roze­dr­ga­nia”8; „mam pod skó­rą próch­ni­cę trzy stop­nie i poziom morza”9; „te łóż­ka te łóż­ka na któ­rych leża­ło całe moje umie­ra­nie / przy­kła­dasz do powiek skrę­co­ne liście rodo­den­dro­nów”10.

Gdzie­nie­gdzie dez­in­te­gra­cja i zdy­stan­so­wa­nie wobec cia­ła są sygna­li­zo­wa­ne w nie­co zbyt dosad­ny i oczy­wi­sty spo­sób: „kosz­to­wa­no mnie z dba­ło­ścią o szcze­gó­ły”11; „byłam odpa­dem”12. Zresz­tą te fra­zy, któ­re ocie­ra­ją się o kli­sze języ­ko­we i nar­ra­cyj­ne, są naj­mniej inte­re­su­ją­cy­mi frag­men­ta­mi książ­ki. Widać to zwłasz­cza w powra­ca­ją­cych tu i ówdzie reflek­sach bil­dung­sro­man. Trud­no jed­nak było­by wska­zać kon­kret­ne tek­sty, któ­re odbie­ga­ły­by pozio­mem od śred­niej tomu – nawet jeśli poja­wia­ją się nie­co mniej uda­ne wer­sy, to od razu nik­ną w elip­tycz­nej, roz­pę­dzo­nej nar­ra­cji poetyc­kiej. Styl Fili­po­wicz jest dość jed­no­li­ty, co w przy­pad­ku gap oka­zu­je się zale­tą.

Okładka tomu wierszy Dominiki Filipowicz pod tytułem „gap”.
Dominika Filipowicz, „gap”, Warszawa: Stowarzyszenie Wspólny Pokój, 2025.

Wspo­mnia­łem o elip­tycz­no­ści; wie­le jest w tomie nie­do­koń­czo­nych zdań i wie­lo­znacz­nych kon­struk­cji gra­ma­tycz­nych. W takim gorącz­ko­wym pisa­niu Fili­po­wicz jest naj­cie­kaw­sza, zwłasz­cza gdy ma ono odzwier­cie­dle­nie w obra­zach defor­mu­ją­cej się prze­strze­ni, zle­wa­nia się ele­men­tów rze­czy­wi­sto­ści. Sko­ja­rze­nie z miło­ścią Kami­li Janiak nie było­by w tym kon­tek­ście bez­pod­staw­ne; tam rów­nież osa­cza­ją­ca, nie­przy­ja­zna prze­strzeń szpi­ta­la jest miej­scem nara­sta­ją­cej gro­zy. Zda­je się jed­nak, że Fili­po­wicz w swo­ich wier­szach świa­do­mie inten­sy­fi­ku­je cechy tej hor­ro­ro­wej kon­wen­cji. Zarów­no w twór­czo­ści Janiak, jak i w poezji autor­ki gap gro­za jest zako­rze­nio­na w reali­zmie (wyni­ka albo z oglą­du psy­cho­lo­gicz­ne­go boha­ter­ki, jak w miło­ści, albo z warun­ków panu­ją­cych w samych pla­ców­kach medycz­nych, jak w przy­pad­ku tek­stów Fili­po­wicz), ale to ta dru­ga autor­ka czę­ściej wykra­cza poza ramy mime­ty­zmu. O ile poja­wia­ją­ce się w jej utwo­rach mrów­ki czy plu­skwy rze­czy­wi­ście mogą sta­no­wić po pro­stu część szpi­tal­ne­go kra­jo­bra­zu, świad­czyć o zanie­dba­niach w służ­bie zdro­wia („roz­mno­żo­no je na dwo­je widzia­łam / idą uli­ca­mi szły mrów­ki czuł­ki w kawie”13; „wier­cę się mię­dzy ścia­na­mi te krę­gi / na skó­rze to ugry­zie­nia słon­ce pod podusz­kę wkła­da­li sobie plu­skwy”14), o tyle autor­ka nie poprze­sta­je na takich obra­zach, osa­dza podob­ne moty­wy w co dziw­niej­szych, bar­dziej oni­rycz­nych kon­fi­gu­ra­cjach („są dłoń­mi dziec­ka zie­lon­ka­we paznok­cie pognie­cio­ne / po bitwie w pia­skow­ni­cy sta­li naprze­ciw­ko sie­bie ludzie i pają­ki / wygrał chra­bąszcz z odwło­ka odra­sta­ją nóż­ki”15; „dwo­je sta­ło jak się stoi odnó­ża rów­niut­ko przy­strzy­żo­ne”16).

Co istot­ne, zna­cze­nie owa­dów dla kon­struk­cji tomu nie ogra­ni­cza się wyłącz­nie do obra­zo­wa­nia tego, co nie­chcia­ne i uzna­wa­ne za wstręt­ne. Wyda­je się, że Fili­po­wicz prze­chwy­tu­je część tego ima­gi­na­rium; pod­miot­ka oswa­ja się z owa­da­mi, wręcz w pewien spo­sób z nimi utoż­sa­mia, co osta­tecz­nie pozwa­la jej zacho­wać dystans do trud­nej sytu­acji i zdo­być się na iro­nię, któ­ra w opi­sy­wa­nych oko­licz­no­ściach peł­ni funk­cję mecha­ni­zmu obron­ne­go. Boha­ter­ka na swo­je potrze­by aran­żu­je „pik­ni­ki” i „uczty”: „wykwi­ta na ścia­nach gabi­ne­tów / mega­fo­ny: pik­nik jest przed­ni / miesz­kań­cy: plu­skwy”17; „tyl­ko kłaść obru­sik sia­dać i jeść śnia­da­nie”18. Tego rodza­ju obra­zy kon­tro­wa­ne są świa­dec­twa­mi zanie­dbań i fatal­nych warun­ków szpi­tal­nych: „czte­ry metry kwa­dra­to­we na jed­no osa­dzo­ne pro­si­my o wię­cej”19; „nie moż­na pozwo­lić by roz­la­zło się w szwach ale / się roz­ła­zi roz­ła­zi nie ma cza­su”20.

Nawet jeśli wyra­żo­nych wprost opi­sów tego, jak wyglą­da stan szpi­ta­li, nie ma w książ­ce zbyt wie­le, to prze­cież mówi się o tym w gap nie­ustan­nie: przez meta­fo­ry czy przez sam spo­sób kon­stru­owa­nia pod­mio­tu. Czy­tel­nik roz­po­zna­je kon­tekst, mniej wię­cej potra­fi się zorien­to­wać, w jakich prze­strze­niach poru­sza się autor­ka i jakie pro­ble­my ją zaj­mu­ją, jed­no­cze­śnie Fili­po­wicz wyko­rzy­stu­je to wra­że­nie oswo­je­nia, żeby za chwi­lę je zatrzeć, dez­orien­tu­jąc odbior­cę. Książ­ka wyra­ża ambi­cje powie­dze­nia cze­goś o pro­ble­mie spo­łecz­nym i rze­czy­wi­ście ten zamiar został w niej zre­ali­zo­wa­ny – w swo­iście poetyc­ki spo­sób: przez prze­kro­cze­nie auto­bio­gra­fii i zwrot ku innym for­mom zapo­śred­ni­cze­nia.

 

1 D. Fili­po­wicz, *** [„mam pod skó­rą próch­ni­cę trzy stop­nie i poziom morza”], onli­ne: https://kontent.net.pl/czytaj/23#_mam_pod_skr_prchnic [dostęp: 25.01.2026].

2 Taż, gap, War­sza­wa: Sto­wa­rzy­sze­nie Wspól­ny Pokój, 2025, s. 6.

3 Tam­że.

4 Tam­że, s. 22.

5 Tam­że, s. 23.

6 Tam­że, s. 9.

7 Tam­że, s. 11.

8 Tam­że, s. 33.

9 Tam­że, s. 8.

10 Tam­że, s. 23.

11 Tam­że, s. 13.

12 Tam­że, s. 18.

13 Tam­że, s. 37.

14 Tam­że, s. 12.

15 Tam­że, s. 32.

16 Tam­że, s. 10.

17 Tam­że, s. 12.

18 Tam­że, s. 21.

19 Tam­że s. 12.

20 Tam­że, s. 21.

 

– poeta, redaktor, krytyk literacki.

więcej →

Dominika Filipowicz

– poetka, redaktorka.

więcej →

Powiązane teksty