Umykać zastygnięciu, ponawiać stworzenie

Z Woj­cie­chem Kop­ciem, poetą i redak­to­rem, roz­ma­wia Patryk Kosen­da. O debiu­to­wa­niu, for­mie i odko­py­wa­niu czło­wie­ka z pra­cy.

 

Woj­ciech Kopeć: Cześć! Małe spro­sto­wa­nie: nie­ste­ty nie uro­dzi­łem się w Tar­no­brze­gu, tyl­ko w Sta­lo­wej Woli, ponie­waż w 1998 roku tar­no­brze­ski szpi­tal był w remon­cie. Więc nikt z moje­go rocz­ni­ka nie uro­dził się w tym mie­ście. Nato­miast rze­czy­wi­ście – pocho­dzę z Tar­no­brze­ga, miesz­ka­łem tam przez dzie­więt­na­ście lat.

Patryk Kosen­da: Cześć, prze­pra­szam za pomył­kę! Pozdra­wiam z tego miej­sca Jerze­go Jar­nie­wi­cza, któ­ry uro­dził się (jak ja) w Łowi­czu, ale nigdy tam nie miesz­kał… Wojt­ku, wsze­dłeś z kopa do pol­skiej poezji. Czte­ry lata, trzy książ­ki. Dobre tem­po.

Moja dro­ga do debiu­tu była dość szyb­ka. Tomik Przyjmę/oddam/wymienię: uka­zał się w 2021 roku dzię­ki kon­kur­so­wi Insty­tu­tu Lite­ra­tu­ry, rok po pierw­szych publi­ka­cjach w sie­ci. Trak­tu­ję pierw­szą książ­kę jako punkt, któ­ry dobrze mieć za sobą – potem świa­do­miej pod­cho­dzi się do pro­ce­su poetyc­kie­go. Zazwy­czaj debiut trak­to­wa­ny jest jako coś, nad czym nale­ży pra­co­wać kil­ka lat, co musi być bar­dzo prze­my­śla­ne, co wręcz dora­sta z tobą jako poetą.

W myśl zasa­dy, że debiu­tu­je się raz?

Tro­chę tak. Panu­je też prze­ko­na­nie, że od pierw­szej książ­ki bar­dzo dużo zale­ży. Oczy­wi­ście dobrze, jeśli debiut jest dopra­co­wa­ny (jak każ­da książ­ka, któ­rą się publi­ku­je), ale może to powo­do­wać pew­ną blo­ka­dę. Sam, jako czy­tel­nik, jeśli mam do czy­nie­nia z debiu­tanc­ką książ­ką, trak­tu­ję ją ina­czej niż tomi­ki póź­niej­sze, szu­kam w niej przede wszyst­kim poten­cja­łu. Potra­fię przy­mknąć oko na potknię­cia i w więk­szym stop­niu inte­re­su­je mnie, czy jest w tym coś wyjąt­ko­we­go na tle pozo­sta­łych nowych gło­sów, czy nie powie­la się róż­nych mód, któ­re postrze­gam jako mało inte­re­su­ją­ce.

Z kwe­stią uchwy­ce­nia poten­cja­łu tra­fiasz w sed­no. Oso­bi­ście szu­kam tek­stów ener­gicz­nych, eks­pe­ry­men­tal­nych, ale rów­no­cze­śnie wycho­dzą­cych do czy­tel­ni­ka, tak zwa­nej poezji do czy­ta­nia. Był debiut, a jest taki konik wyga­lo­po­wał w 2023 roku ze staj­ni wydaw­nic­twa papierw­do­le.

Napi­sa­łem tę książ­kę dość szyb­ko po debiu­cie. Przez chwi­lę pró­bo­wa­łem pisać w podob­ny spo­sób, ale nowe tek­sty były dużo gor­sze, potrze­bo­wa­łem zatem jakiejś zmia­ny. Chcia­łem, żeby pod­miot w tych wier­szach funk­cjo­no­wał ina­czej, obra­łem inną meto­dę, wte­dy poszło już spraw­nie. Mam wra­że­nie, że jest taki konik to w pew­nym sen­sie kon­ty­nu­acja debiu­tu. To odmien­na poety­ka i for­ma, roz­ma­itość gatun­ko­wa, ale podej­mu­je podob­ne wąt­ki. Przy wyda­wa­niu dru­giej książ­ki zary­so­wa­łem już moc­no kształt trze­ciej. Ponow­nie potrze­bo­wa­łem zmian, ale bar­dziej rady­kal­nych.

W pew­nym uprosz­cze­niu moż­na powie­dzieć, że w debiu­cie kró­lu­ją przed­mio­ty, w jest taki konik na pierw­szy plan wysu­wa­ją się rela­cje, w naj­now­szej książ­ce – Klif, dywiz i sesty­na, opu­bli­ko­wa­nej w 2024 roku w Disa­stra Publi­shing – pano­szą się moty­wy. A co łączy te trzy książ­ki poza oso­bą autor­ską?

Może to, że od pierw­szej książ­ki trak­tu­ję wiersz jak plan kom­po­zy­cyj­ny. Na przy­kład w Kli­fie… sta­ra­łem się, żeby wiersz co jakiś czas przy­po­mi­nał o swo­im ist­nie­niu, o tym, że jest samo­ist­nym bytem i że skła­do­we wier­sza, środ­ki for­mal­ne mogą ist­nieć na takiej samej zasa­dzie, jak choć­by meta­fo­ra czy obraz.

Od pierw­szej książ­ki istot­ne było dla mnie prze­ko­na­nie, że każ­dy wiersz dzia­ła na swo­ich zasa­dach. Że wiersz może być maszyn­ką, któ­rej zasa­dy dzia­ła­nia za każ­dym razem trze­ba usta­lić na nowo, i że jest pew­ną cało­ścią. Cza­sem jed­na fra­za deter­mi­nu­je to, jak powi­nien wyglą­dać cały wiersz. To poka­zu­je pew­ne poten­cjal­no­ści; jako autor wybie­rasz je i kon­stru­ujesz z nich wła­śnie jakąś całość, któ­ra dzia­ła według jakie­goś mecha­ni­zmu. Cza­sem to jest widocz­ne bar­dziej, cza­sem mniej, ale tak o tym myślę.

Czy twór­czość Kac­pra Bart­cza­ka jest dla cie­bie jakimś punk­tem odnie­sie­nia?

Kac­per Bart­czak jest poetą któ­re­go pro­zę [wyróż­nie­nie – P.K.] bar­dzo lubię [śmiech]. Jeśli cho­dzi o wier­sze, mam z nimi mały kło­pot, na przy­kład ope­ra­cje na fone­mach, na któ­rych się sku­pia Bart­czak – jakoś nie mogę się przez to prze­bić. Nato­miast jeśli cho­dzi o samo myśle­nie o wier­szu, świa­do­mość, wyra­zi­ste podej­ście do tego, jak jego wiersz powi­nien wyglą­dać – to jest mi już bliż­sze. Jeśli miał­bym wska­zać kon­kret­ną oso­bę, któ­ra przy­pusz­czal­nie myśli o wier­szu podob­nie jak ja, to być może była­by to Justy­na Kuli­kow­ska.

Obser­wu­je­my dzi­siaj mały rene­sans kla­sycz­nych form poetyc­kich. For­ma jest dla cie­bie czymś wię­cej niż este­tycz­nym wybo­rem, myślisz o wier­szu w spo­sób prze­strzen­ny, geo­me­trycz­ny?

Jasne, nie prze­ko­nu­je mnie posłu­gi­wa­nie się róż­ny­mi for­ma­mi jako cel sam w sobie. Teraz pra­cu­ję nad książ­ką, któ­rą piszę trzy­na­sto­zgło­skow­cem. Taka for­ma jest mi potrzeb­na, żeby przy zesta­wia­niu róż­nych obra­zów dążyć do jakiejś spój­no­ści. Chcę zesta­wiać ze sobą róż­ne fak­ty, pozor­nie nie­po­wią­za­ne, wycią­gać z nich nar­ra­cje, zda­rze­nia, feno­me­ny.

Bada­łem, jak cie­ka­wie dzia­ła juk­sta­po­zy­cja w two­ich sone­tach. Intry­gu­je mnie, w jaki spo­sób moż­na zamy­kać w dzia­ła­ją­cą całość zja­wi­ska, wyda­wa­ło­by się, cał­ko­wi­cie pokie­re­szo­wa­ne.

 

Myślenie o tym, jak może pracować forma, towarzyszyło mi też, gdy pisałem magisterkę o dadaizmie. Pisałem między innymi o twoich książkach, o twórczości Roberta „Ryby” Rybickiego. Szukałem w dadaistycznych kawałkach, wbrew powszechnym tendencjom, jakiegoś porządku. Poszukiwałem wzorów, zasad – na przykład w formie awangardowego manifestu, która pojawia się u Ryby.

Myślę, że może­my do tego odnieść mot­to, któ­rym się posłu­ży­łeś w Kli­fie…, pocho­dzi ono z Roz­dzia­łu dru­gie­go trak­ta­tu o życiu  Debo­ry Vogel: „musu­je moż­li­wo­ścia­mi”. Para­dok­sal­nie rygor for­mal­ny może być cza­sem bar­dziej otwie­ra­ją­cy niż nie­okieł­zna­na for­ma wier­sza, zwłasz­cza gdy pra­cu­jesz na „dziw­no­ści”. I chy­ba jest to przy­ja­zne pod wzglę­dem odbio­ru – jak­byś dawał czy­tel­ni­kom szkie­let, wokół któ­re­go docze­piasz jakieś ścię­gna, mię­śnie, tro­chę poetyc­kie­go tłusz­czy­ku nie­wia­do­me­go pocho­dze­nia. W ogó­le for­mę doce­nia się bar­dziej w mia­rę wła­sne­go z roz­wo­ju. Gdy zaczy­na­łem pisać wier­sze, we współ­cze­snej poezji zafa­scy­no­wa­ły mnie wła­śnie tak zwa­na wol­ność, poten­cjał roz­pa­sa­nia, gra nad­mia­rem. Bawi­łem się for­ma­mi, ale na swo­ich zasa­dach, na przy­kład pisa­łem wiersz w posta­ci pla­nu lek­cji czy w kształ­cie wid­mo­we­go wia­duk­tu. Kla­sycz­ne for­my koja­rzy­ły mi się ze szkol­no­ścią i gra­fo­ma­nią. Nie­mniej posłu­gi­wa­łem się for­ma­mi bez­re­flek­syj­nie, pisa­łem wier­sze bez prze­cin­ków – „bo tak”. Dopie­ro Krzysz­tof Sze­re­me­ta nauczył mnie sza­cun­ku do inter­punk­cji.

Pamię­tam, że kie­dy odkry­łem Pio­tra Janic­kie­go i Nata­lię Malek, musia­łem ich tro­chę pona­śla­do­wać. Na przy­kład impo­no­wa­ło mi, że zda­nia w Kor­dzie są od sie­bie bar­dzo odle­głe, ale jed­no­cze­śnie świet­nie brzmią. Byłem na począt­ku przy­go­dy pisar­skiej, abso­lut­nie nie wie­dzia­łem, co robię, zesta­wia­łem ze sobą rze­czy, żeby faj­nie brzmia­ły.

To też jest eks­pe­ry­ment.

Tak, coś otwie­ra­ją­ce­go, ale dopie­ro na pew­nym eta­pie roz­wo­ju pisar­skie­go zdo­łasz zadać sobie wła­ści­we pyta­nie: po co to robisz? Do cze­go takie zesta­wie­nie ci słu­ży?

Jasne, mam podob­ne doświad­cze­nie, przez jakiś czas krop­ka była jedy­nym zna­kiem inter­punk­cyj­nym, któ­rym się posłu­gi­wa­łem. Dla­cze­go? Bo gdzieś to zoba­czy­łem, wyda­wa­ło mi się, że nada­je to zwy­kłej pisa­ni­nie bar­dziej awan­gar­do­we­go szny­tu. Ale dość o epi­goń­stwie [śmiech].Kli­fie… Adam Lesz­kie­wicz wypo­wia­dał się: „Książ­kę Kop­cia dało­by się czy­tać jak rela­cja z two­rze­nia wła­sne­go idio­lek­tu, trans­mu­ta­cja roz­przę­żo­nych zna­czeń, obra­zów i fraz w two­rze­nie nowe­go języ­ka, któ­ry jest trud­no dostęp­ny, bo jest nowy, jed­nak musi pod­dać się jakimś wyła­nia­ją­cym się z nie­go regu­łom, żeby pozo­stać języ­kiem”.

Tak, istot­ne jest dla mnie zaini­cjo­wa­nie jakie­goś aktu języ­ko­we­go. To w dużej mie­rze książ­ka o języ­ku, pew­nie tak­że przez auto­te­ma­ty­zmy. Przy­ta­cza­łeś mot­to z Vogel, dru­gie mot­to mam z Ril­ke­go [„Tym, czym się było w dło­niach tak nie­skoń­cze­nie trwoż­nych, / nie być już wię­cej i nawet wła­sne swe imię / porzu­cić, jak się porzu­ca poła­ma­ną zabaw­kę”, tłum. M. Jastrun – przyp. PK]. U Ril­ke­go rów­nież, zwłasz­cza w Ele­giach, istot­ny był cią­gły pro­ces prze­kształ­ca­nia, umy­ka­nie zasty­gnię­ciu, pona­wia­nie stwo­rze­nia.

To jesz­cze jeden cytat o Kli­fie…, tym razem z Mar­ci­na Czer­ka­so­wa: „«Moty­wy» – poja­wia­ją­ce się w tytu­łach więk­szo­ści tek­stów – są prze­waż­nie abs­trak­cja­mi przy­wo­dzą­cy­mi na myśl spi­no­zjań­ską meto­dę more geo­me­tri­co. To w pew­nym sen­sie ele­men­tar­ne adap­ta­cje mowy na pozio­mie doświad­czeń limi­nal­nych”. Co jest tym doświad­cze­niem limi­nal­nym? Uwi­kła­nie pod­mio­tów w prze­strze­nie? Fakt, że final­nie musisz je zamknąć w języ­ku?

Doświad­cze­niem limi­nal­nym mogło­by być pod­da­wa­nie for­my kolej­nym prze­kształ­ce­niom i wzbu­rze­niom. Cho­dzi­ło­by o zamknię­cie ener­gii w pew­nych ramach, o cią­głą pra­cę i dyna­mi­kę. Z jed­nej stro­ny bar­dzo lubię porząd­ko­wa­nie i struk­tu­ry­zo­wa­nie, z dru­giej – sta­ram się tę ener­gię wyko­śla­wić, badać poten­cjal­no­ści.

Czy powtó­rze­nia, na przy­kład w teo­rii sesty­ny, o któ­rej pisa­łeś w „Sto­ne­rze Pol­skim”, mogą być języ­ko­wy­mi prze­strze­nia­mi limi­nal­ny­mi, któ­re w ramach róż­nych poten­cja­łów pro­wa­dzą pod­miot w nowe miej­sca?

Tak, zresz­tą jak wiesz, powtó­rze­nia mnie fascy­nu­ją – zarów­no w muzy­ce, jak i lite­ra­tu­rze. To, w jaki spo­sób roz­sze­rza­ją zna­cze­nia moty­wów, jak wpły­wa­ją na śro­do­wi­sko utwo­ru. W Kli­fie… umie­ści­łem pro­zę pod tytu­łem Nagra­nia tere­no­we i opa­trzy­łem ją mot­tem z utwo­ru Alvi­na Lucie­ra I Am Sit­ting in a Room. To kawa­łek, któ­rym byłem zafa­scy­no­wa­ny już w gim­na­zjum, sam po raz pierw­szy wte­dy pró­bo­wa­łem nagry­wać coś na kase­tę.

 

„Klif, dywiz i sestyna”, Poznań: Disastra Publishing, 2024

I gdybym miał w jakiś sposób łączyć swoje trzy książki, powiedziałbym, że ich spoiwem jest moja wyobraźnia, podbudowana właśnie przez to pierwsze doświadczenie nieco wykoślawionego, bo analogowego zapisu.

Lucier two­rzył nagra­nia nagrań, coraz moc­niej znie­kształ­co­ną pętlę. W koń­cu odbior­ca sły­szy jedy­nie tło, szum – i moż­na to sobie wyobra­zić jako pew­ne­go rodza­ju muzy­kę prze­strze­ni. Ten rodzaj wid­mo­wo­ści jest dla mnie inspi­ru­ją­cy.

Czy tytuł z Bar­ba­ry Buczek nada­ny two­jej Ane­ku­me­nie rów­nież wziął się z zafa­scy­no­wa­nia muzycz­no­ścią?

Tak, Bar­ba­ra Buczek jest nie­co zapo­mnia­ną, choć bar­dzo cie­ka­wą kom­po­zy­tor­ką, któ­ra two­rzy­ła zwłasz­cza w latach 70. i 80. XX wie­ku i anty­cy­po­wa­ła to, co po pew­nym cza­sie dzia­ło się w nowej muzy­ce zachod­niej, w nur­cie zwa­nym „Nową zło­żo­no­ścią” [styl cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się skraj­ną zło­żo­no­ścią – „mean­drycz­no­ścią” – fak­tu­ry i for­my oraz obec­no­ścią porząd­ków kon­struk­ty­wi­stycz­nych – przyp. P.K.). Jej Ane­ku­me­na to sied­mio­czę­ścio­wy utwór z nie­zmier­nie roz­bu­do­wa­ną orkie­strą – zda­je się, że wystę­pu­je tam osiem­dzie­siąt sie­dem instru­men­tów. Każ­dy z nich jest czę­ścią cało­ści, ale rów­nież powo­łu­je do ist­nie­nia nowe świa­ty. Odbior­ca doświad­cza cha­osu, ale jed­no­cze­śnie może usły­szeć, że z tego nie­ustan­ne­go ruchu wybi­ja­ją się na pierw­szy plan powtó­rze­nia i wzo­ry. Chcia­łem zro­bić coś podob­ne­go w swo­im poema­cie. Ane­ku­me­na to obszar cał­ko­wi­cie nie­za­miesz­ka­ny przez czło­wie­ka i nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ny gospo­dar­czo: pusty­nie czy szczy­ty gór­skie. Podo­ba mi się ta uto­pij­na meta­fo­ra, bo jest pró­bą zaini­cjo­wa­nia cze­goś nowe­go, czy­ste­go. Jed­no­cze­śnie poka­zu­je, że wszyst­ko uwi­kła­ne jest w sys­tem spo­łecz­ny. W poema­cie poja­wia się rów­nież kon­strukt płci uru­cha­mia­ją­cy limi­nal­ne wąt­ki, krą­żą­cy pomię­dzy zasty­gnię­ciem a płyn­no­ścią. Wszyst­kie wspo­mnia­ne czyn­ni­ki wpły­nę­ły na to, że utwór Buczek był dla mnie istot­ny.

Zgo­dził­byś się, że Klif… to two­ja naj­trud­niej­sza książ­ka?

Nie jestem pew­ny. Cóż, utwo­ry są dłuż­sze. Jest pro­za…

: …któ­ra oszu­ku­je czy­tel­ni­ków, że jest ostat­nim utwo­rem.

Tak! Być może wyma­ga naj­wię­cej sku­pie­nia spo­śród tych trzech ksią­żek. Two­rze­nie pro­zy było dla mnie nowym doświad­cze­niem. Pisa­łem ją naj­dłu­żej, nie­mal dwa mie­sią­ce, zazwy­czaj codzien­nie przez co naj­mniej godzi­nę. Pro­ces pisar­ski był nie­zwy­kle inten­syw­ny, dużo zmie­nia­łem w toku prac. To pierw­szy tekst, do któ­re­go robi­łem napraw­dę spo­ro nota­tek i któ­ry kosz­to­wał mnie naj­wię­cej ener­gii.

Zosta­łeś lau­re­atem pre­sti­żo­wej Nagro­dy Lite­rac­kiej Gdy­nia. Czy zmie­ni­ło to two­je postrze­ga­nie sys­te­mu nagród poetyc­kich w Pol­sce?

Nie. Nadal uwa­żam, że naj­lep­szą for­mą wspar­cia twór­ców był­by roz­wi­nię­ty sys­tem sty­pen­dial­ny. Oczy­wi­ście moż­na się spie­rać co do tego, jakie były­by szcze­gó­ły tego roz­wią­za­nia. Jestem rów­nież zwo­len­ni­kiem bez­wa­run­ko­we­go docho­du pod­sta­wo­we­go. To nie zna­czy, że nagro­dy nie powin­ny ist­nieć, powin­ny nato­miast mieć bar­dziej przej­rzy­ste kry­te­ria. Na przy­kład kate­go­ria „naj­lep­sza książ­ka roku” jest dość męt­na. Trud­no poważ­nie dys­ku­to­wać na temat pew­nych wybo­rów, kie­dy nie do koń­ca wie­my, z czym dys­ku­tu­je­my.

Na koniec pozwo­li­łem sobie przy­go­to­wać skrom­ną sto­ne­ro­wą ankie­tę. Jedzie­my?

Okej!

Pło­chli­wa sió­dem­ka. Cóżeś jej uczy­nił?

Roz­ma­wia­li­śmy o wyli­cza­niu i o tym, że sió­dem­ka być może nie jest tą sió­dem­ką, któ­rą się wyda­je, stąd – być może – jej pło­chli­wość.

Hmmm, to jak z sowa­mi.

Tak. Jak z sowa­mi.

Się­gam po atrak­cyj­ną meta­fo­ry­kę sza­cho­wych debiu­tów. Atrak­cyj­ną dla kogo?

Pew­nie dla debiu­tan­tów.

Rze­ka rzu­co­na skocz­kom. Co na to skocz­ko­wie. Ska­czą? Bie­gną?

Myślę, że mogą i ska­kać, i bie­gać. Wte­dy mamy do czy­nie­nia z kom­bi­na­cją nor­we­ską.

Jak dłu­go jesz­cze z pra­cy trze­ba będzie odko­py­wać czło­wie­ka?

Uwa­żam, że cał­kiem dłu­go – tak zupeł­nie poważ­nie mówiąc. Gdy­by przy­kła­do­wo wystę­po­wa­ło więk­sze uzwiąz­ko­wie­nie, to być może tego pia­chu i odko­py­wa­nia było­by teraz mniej.

Wymień trzy fak­ty o struk­tu­rze mię­sa.

Czy­tel­ni­ków i czy­tel­nicz­ki, któ­rzy są szcze­gól­nie zain­te­re­so­wa­ni fak­ta­mi na temat struk­tu­ry mię­sa, odsy­łam do książ­ki Rafa­ła Gawi­na Jem mię­so.

Tak, to prze­cie­ka­wa pozy­cja, prze­cie­ka­wy twór­ca. Ser­decz­nie pozdra­wia­my i pole­ca­my. Dzię­ku­ję za roz­mo­wę, Wojt­ku!

Dzię­ki, pozdra­wiam!

 

Zapis roz­mo­wy w stu­diu radio­wym z 27.11.2024

– poeta, redaktor, krytyk literacki.

więcej →

– poeta, działacz kulturalny. Redaktor „Dziennika Literackiego”. Twórca podkastu Światy czytamy nowe. Współzałożyciel Stowarzyszenia Kultura w Pracy.

więcej →

Powiązane teksty

04.04.2026
Rozmowy

Język odgrywa istotną rolę w odczłowieczaniu. Percival Everett jest tego świadomy

Percival Everett, świadomy magicznej mocy języka, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, bo polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, gdyż nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka – mówi Tomasz Macios, tłumacz Drzew, w rozmowie z Amelią Sarnowską.