Anna Sadowska: Przypominasz sobie może pierwszy moment, kiedy w twojej świadomości, czy to literaturoznawczyni, czy też w innej perspektywie, pojawiła się postać Róży Ostrowskiej? Przygotowując się do tej rozmowy, sama poszukiwałam podobnej chwili w czasie i uświadomiłam sobie, że być może takim pierwszym kontaktem dla mnie wcale nie była literatura, tylko nieistniejący już punkt na mapie Gdańska. To księgarnia imienia Róży Ostrowskiej w Oliwie, z ozdobną kratą w drzwiach.
Ewa Graczyk: Ciekawe, bo sama właśnie takiej chwili nie pamiętam, pewnie dlatego, że odkrywałam Różę dla siebie bardzo stopniowo. Jestem przekonana na przykład, że mogłam widzieć przedstawienie Przedwiośnia Stefana Żeromskiego w 1969 roku – ona była autorką adaptacji. Natomiast świadomie poznałam ją dużo później, kiedy przeczytałam Wyspę, a byłam już wtedy zupełnie dorosła, na początku lat 2000. Ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie, ale chyba dopiero gdy przeczytałam ją po raz drugi, zrozumiałam, że to jest wielki tekst.
Czyli nie zetknęłaś się z Wyspą w latach 60., gdy książka ukazała się po raz pierwszy?
Właśnie nie. Teraz, gdy tak patrzę z dzisiejszej perspektywy, to niestety oceniłabym siebie jako młodą bardzo snobistyczną osobę. Czytałam wtedy tylko to, co dalekie i „europejskie”. Natomiast to była pisarka stąd, a sama wtedy głęboko tym pogardzałam. Ta perspektywa wydaje mi się oczywiście zupełnie absurdalna, ponieważ dziś myślę dokładnie odwrotnie. To zresztą może typowe dla osób awansujących, aspirujących. Jako młoda osoba taka byłam, chciałam być kimś wybitnym, więc ci lokalni pisarze to nie był pułap, do którego dążyłam. Dzisiaj mnie to samą głęboko śmieszy, ten kompleks lokalnej pisarki, która nie ma nic do powiedzenia, bo przecież jest tutejsza.
Pamiętasz, kiedy nastąpiło to przewartościowanie?
Właściwie to odkryłam Różę Ostrowską, kiedy już byłam feministką i dzięki temu dopiero mogłam zobaczyć, że jej twórczość to mistrzostwo. Z tej perspektywy napisałam dwa teksty o Wyspie. Bardzo bym jeszcze chciała napisać o Wyspie i o Moim czasie osobnym łącznie, bo według mnie one się uzupełniają – według mnie razem są niesamowitymi tekstami.
Właśnie. Trzymam w ręku książkę, dzięki której udało ci się przywrócić Ostrowską polskiej literaturze. To oczywiście Rybka, Róża, bunt, pozycja wydana w zeszłym roku przez słowo/obraz terytoria. Zresztą od razu powiem: pięknie wydana i zaprojektowana, z roślinnymi akcentami na wyklejce, które przedostają się na okładkę, na ten zamglony liryczny portret Róży.
Piękna graficzna aluzja. Według mnie jest w tej roślinności nawiązanie do pierwszego wydania Wyspy, które jest wprawdzie skromne, ale bardzo ładne i odnoszące się do motywów akwarystycznych. To oczywiście też znak, sugestia relacji, które łączyły pisarkę z tym jeziornym krajobrazem, przyrodą Kaszub i szerzej – ze światem pozaludzkim w ogóle.
W książce znajdziemy cztery różne, wybrane przez ciebie teksty Róży Ostrowskiej – opowiadania, mikropowieści. Także tytuł, do którego za moment wrócę, jest twoim pomysłem. Czujesz się współautorką tego tomu?
Wybrałam te teksty ze spuścizny pisarki według pewnego klucza. I – nawiązując do terminologii sztuk wizualnych – czuję się kuratorką tej książki, tego wyboru. Stworzyłam pewną koncepcję tego, jak spojrzeć na jej twórczość, by ujawniła to, co w niej najwybitniejsze, w tym fakt, że Ostrowska jest pisarką zarazem „do czytania” i pisarką bardzo wybitną. Zastanawiałam się, jak współczesnym czytelniczkom i czytelnikom pokazać najciekawszą, reprezentatywną odsłonę jej twórczości.
Ponieważ istnieje także Róża Ostrowska, którą nazywam na swój użytek „kobietą pracującą”, zarabiającą pisaniem, a przez to chwilami nadaktywną. I choć nie wszystko, co napisała, jest równej jakości, to wiele rzeczy jest bardzo ciekawych.
W wyborze, który zaproponowałam, widać, mam nadzieję, największe zalety twórczości Ostrowskiej. Jako kuratorka tego wyboru tekstów czuję się, jakbym włączyła reflektor i skierowała snop światła na jej naprawdę wybitne teksty.
Wybrałaś do druku cztery utwory – bardzo różne, od pierwszego, debiutanckiego tekstu młodziutkiej dziewczyny do bardzo dojrzałego, nieukończonego. Od Itki Fejgus do Mojego czasu osobnego.
Klucz był dość prosty i wydaje mi się, że skuteczny. Miałam poczucie, że źródłem głównego światła na tej wystawie – by ponownie użyć metafory kuratorskiej – musi być postać autorki, dlatego są tu wszystkie teksty, które według mnie można czytać w kluczu autobiograficznym, za punkt odniesienia przyjmując dziewczynkę z podwileńskiej wsi, następnie zbuntowaną nastolatkę z klasztornej szkoły, dalej – młodą kobietę, a wreszcie osobę ciężko chorą, w kryzysie. Ten porządek chronologiczny i zarazem autobiograficzny oświetla całość i ciągle kieruje uwagę ku osobie autorki. Inny klucz dotyczy z kolei głębokiego związku z dwoma ośrodkami: Wilnem i Kaszubami. Dlatego też w tym wyborze nie znalazł się żaden tekst z Siódmego piętra, tomu drobnych opowiadań, których akcja toczy się w Paryżu.
Rybka, Róża, bunt – tytuł intrygujący, ale też tajemniczy.
„Róża” jest zrozumiała. Pozostałe dwa człony są bardziej nieoczywiste. „Rybka” – z powodu pewnej ukrytej strony metafizycznej, poetyckiej tych tekstów, bo wbrew pozorom nie chodzi tutaj o przyrodę czy rybołówstwo, ale o Rybkę Adama Mickiewicza z Ballad i romansów – ludową, pogańską metafizykę, związek z litewskim/polskim romantyzmem, z kurhanem, który pojawia się w Wyspie i który traktować można jako związek z pierwszym krajobrazem w życiu Róży Ostrowskiej. Rybka to też perspektywa silnie kobieca, wizja postaci na granicy świata wodnego i świata ludzkiego, bohaterki dokonującej transgresji, by co noc wracać i po prostu nakarmić dziecko.
Gdy o tym mówisz, sama także wyraźnie widzę ten poniekąd kurhan, stromy brzeg rzeki z Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej…
Tak, bo mam poczucie, że Ostrowska miała całą tę romantyczną mitologię z tyłu głowy, była jej świadoma. Zresztą scena, gdy Janek z Justyną są na Mogile, która ma charakter nie tylko religijny, ale i duchowy, metafizyczny…
A trzeci człon? „Bunt”.
Polityczna strona Róży, ale nie tylko polityczna. Cały sposób, w jaki Róża Ostrowska przeżyła życie. Jej bunt miłosny, kiedy zrezygnowała ze związków z mężczyznami, których – zgodnie z tym, co czuła – nie kochała, nie pożądała. Natomiast co do polityki – Róża zapłaciła wysoką cenę za to, że w marcu 1968 roku razem z dwójką kolegów zaprotestowała przeciwko antysemickiej nagonce.
Mogę tu przywołać słowa nieżyjącego już Pawła Huellego, który wiele lat temu w lokalnym periodyku „30 dni” napisał, że „żaden prominentny działacz kultury czy pisarz z regionu Gdańska, Pomorza nie poparł wówczas tego protestu. Wszyscy byli odwróceni. Bali się”.
Ten fragment dobrze oddaje duszny klimat marcowy, nagonki na Różę, bo był „zapis” na jej nazwisko. Ostrowska straciła pracę oficjalnie od stycznia 1969 roku, nie miała z czego żyć. Tak jak Huelle pisze: ludzie byli odwróceni. Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość.
Przypomina mi się retrospektywna scena z Wyspy, gdy jedna z aktorek odmawia zagrania czegoś kontrowersyjnego. Reszta milczy, to młodzi ludzie, a Monika, główna bohaterka, mówi o nich, że mieli „twarze szkolnych dyplomatów”.
Tak, tylko pamiętaj, że Róża tej sceny nie pisała po 1968 roku; opisywała sytuację jeszcze sprzed październikowej odwilży, pewnie z pierwszej połowy lat 50.
Ta ostrożna „dyplomacja” się w marcu 1968 roku powtórzy. Skutek tych wydarzeń widzimy w Moim czasie osobnym, prawda?
To już jest tekst osoby, która czuje się wyizolowana, na marginesie. A przecież była duszą towarzystwa, każdy, kto, się z nią zetknął, był pod wrażeniem jej niesamowitego uroku.
To osamotnienie, które ją w pewnym momencie spotkało, musiało być dla niej czymś potwornym.
A jednak, choć samotna i w Moim czasie osobnym zmuszona przez okoliczności do przyziemnej pracy, potrafi napisać: „wstaję rano i cały czas jest mój”. To brzmi dziś, w 2026 roku, jak absolutny luksus.
Bo może, choć ludzie już jej nie otaczają, jej wewnętrzne światło ciągle bije, prawda? Mój czas osobny można czytać jako opowieść o momentach, w których autorka, pomimo pustki naokoło, potrafi być szczęśliwa, potrafi świętować. I o tym też jest Wyspa, duża część tej powieści jest o tym, jak wspaniale jest być w dobrym dla siebie miejscu i tam przeżywać swoje życie. Rzecz jasna, to nie jest idealne, nie jest nieruchome, podlega ciągłej konfrontacji z czymś, co wcale tym nie jest.
Podzielasz przekonanie, że Wyspa to najwybitniejszy utwór Róży Ostrowskiej?
I tak, i nie. Najlepszy, bo zamknięty, ukończony, taki, który ona oddała w całości. Ale jednocześnie w Moim czasie… znajdziemy rzeczy bardzo nowatorskie, jak choćby stosunek do własnej cielesności. To niezwykła swoboda: narracja rozpoczyna się w wychodku, a bohaterka znajduje tam swój tekst jako papier toaletowy.
Uważasz, że to jej własny tekst? Bohaterka czyta go zachłannie, ale i bardzo krytycznie, niedowierzająco.
Myślę, że to jest własny tekst narratorki, Majki, która siedzi w starej chałupie, bieduje i próbuje zarobić na życie. W wiejskiej toalecie znajduje, jako efekt dość drastycznego recyklingu, swój własny tekst sprzed lat. Zauważ, że pojawia się tam ta sama postać ciotki Elżbiety, którą znajdziemy w Itce Fejgus. To jest ta sama osoba, ta sama biografia, myślę, że należy czytać je razem.
Można powiedzieć, że najwyraźniej to kobiety spajają tę tetralogię w całość. Właśnie, powróćmy do feministycznej perspektywy, od której zaczęłyśmy i która, jak wspomniałaś, pozwoliła ci na dobre odkryć twórczość Ostrowskiej.
Tutaj jest pewna wieloznaczność, bardzo ciekawa, z uwagi na to, że podmiotowość kobieca objawia się we wszystkich tych czterech tekstach, ale szczególnie otwarcie w Wyspie. Najbardziej radośnie. Użyłabym nawet takiego dionizyjskiego porównania: Monika, bohaterka, narratorka, wiedzie za sobą ten lokalny pochód, ten korowód oczarowanych nią, zakochanych w niej osób.
Mamy tu też głęboką, intymną, siostrzaną więź dwóch kobiet, Moniki i gospodyni Waleskiej.
Bardzo cielesną, zmysłową więź. Wspaniała jest zresztą postać tej Waleskiej, osoby w moim odczuciu jakby poza płcią albo może biseksualnej? Tę ich relację widzę trochę, jak to nazwała Adrienne Rich, jako „kontinuum lesbijskie”, wyjątkowo głębokie spektrum przyjaźni i wzajemnej fascynacji. Podobnie porozumienie, które łączy ciotkę Elżbietę i młodą Salomeę z Mojego czasu osobnego.
Zresztą sama Ostrowska żyła w domu kobiet, szybko weszła w życie rodzinne, urodziła córkę, gdy mieszkała w kobiecej wspólnocie z babcią i matką.
W jej utworach jednak jest to często przyjaźń w cieniu patriarchatu.
Uosobionego w co najmniej kilku męskich postaciach. Prokuratora w Wyspie, traktującego swoje biuro jak harem, drapieżnika seksualnego, który co prawda nie może dosięgnąć Moniki, ale gdyby mógł, to… Oraz Klemuś, oczywiście, z ostatniej, niedokończonej powieści: to wykorzystywanie otaczających go kobiet, ta przemoc w białych rękawiczkach, taktyka biernego oporu. Klemuś jest jak wielki pies, który położy się w przejściu, zatarasuje wyjście i nie pozwala pójść dalej.
Ale jest jeszcze jedno oblicze przemocy, w klasztornej szkole. Mówię tu o opowiadaniu Dziesięcioro przykazań siostry Imeldy.
Cieszę się, że o tym wspominasz, o okrucieństwie tego opowiadania, o samotności dziewczynki pozostawionej przez matkę, w dobrej wierze, w tym miejscu, które miało być bezpieczne, a stało się pułapką.
Dorota, bohaterka, karana jest na przykład przez tytułową Imeldę długotrwałym milczeniem. Dzisiaj rozpoznajemy ten schemat, nazywamy go po prostu mobbingiem. W ogóle zdumiewa mnie aktualność tej książki, całego zbioru. Stosunek do natury, feministyczna wspólnota, wrażliwość społeczna. Mam poczucie, że to wszystko mogłoby zostać napisane wczoraj.
Czasem się słyszy, że Róża Ostrowska tak mało po sobie pozostawiła…
…ale ona umarła w wieku czterdziestu dziewięciu lat!
To też. Ale pamiętajmy, jak mówiłam na początku, że była „kobietą pracującą”, postacią bardzo aktywną, bo i recenzje literackie, i praca w „Teatrze Wybrzeże”, i prowadzenie audycji radiowych, w tym Oberży pod Neptunem. Więc oczywiście, że przedwcześnie urwała się jej twórczość, ale też w tych okolicznościach Róża była zdumiewająco aktywna i osiągnęła zaskakująco wiele. Mam poczucie, że jest postacią kompletną; to, co po sobie pozostawiła, jest niezwykle intensywne, a w końcu intensywność to nie jest sprawa ilości, prawda?
Piszesz w posłowiu do Rybki…, że jest ona prequelem, zapowiadającym publikację pozostałych dzieł Róży Ostrowskiej. Zatem – co będzie w następnym tomie, tomach?
Kolejny tom to pozostała proza, ta ze zbioru Siódme piętro, opowiadania paryskie, ale i z tomu Premiera. Jest też podobno trochę jej opowiadań opublikowanych w czasopismach i myślę, że warto to wydać. Trzeci tom ma mieć charakter kaszubski i dotyczyć lokalnej publicystyki, która jest obszerna i ciekawa. Tam także powinien się znaleźć słynny Bedeker kaszubski Róży i Izabelli Trojanowskiej. Czwarty tom byłby związany z teatrem: adaptacje, recenzje, słuchowiska, w tym nagradzana Tragedia o bogaczu i Łazarzu, grana na scenach warszawskich, absolutny sukces. Istnieją podobno dzienniki Róży Ostrowskiej, poza tym zachowały się jej wiersze, więc to również jest przedmiotem zainteresowania. Chciałabym, żebyśmy mogli ją pokazać żywą, aktualną.
Uważasz, że jest wystarczająco dobrze upamiętniona w Gdańsku? Zaczęłyśmy naszą rozmowę od wspomnienia oliwskiej księgarni jej imienia, księgarni, której od kilkunastu lat już nie ma. Ostrowska jest patronką ulicy, przy której stoją bloki, punktowce. Nie wiem, czy byłaby szczęśliwa z tego powodu.
Tak, to był człowiek natury, człowiek polnych ścieżek. Natomiast rzeczywiście – na pewno nie pamięta się o niej wystarczająco. Ale dopiero gdy teraz o to zapytałaś, zdałam sobie sprawę, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Więc może jakieś święto kulturalne jej imienia? Osobiście mam poczucie świąteczności tej postaci.
Czesław Miłosz powiedział kiedyś o Annie Świrszczyńskiej, że mieliśmy niezwykłego gościa, że zaszczycił nas ktoś wspaniały. Tak samo myślę o Róży – powinniśmy od czasu do czasu świętować, że ktoś taki wśród nas kiedyś był.
Mam też wielką nadzieję, że książka, o której dziś rozmawiamy, jest świętem samym w sobie. Cieszę się ogromnie z odzewu, który wywołuje. Mam wrażenie, że ukryty rewolucyjny potencjał twórczości Ostrowskiej jest jeszcze do wydobycia. Przy okazji: bardzo żałuję, że Róża nie dożyła czasów KOR. Jestem przekonana, że byłaby tam ważną postacią. Tymczasem nie było jej to dane.
Paweł Huelle we wspomnianym tekście pisał, że chciałby w Oliwie, skoro nie ma już księgarni „skasowanej ekonomią”, zobaczyć duży fotograficzny portret autorki Wyspy.
To jest bardzo ładny pomysł. Może kiedyś się ziści.
