Topografia nieobecności

Aga­ta Puwal­ska jest jed­ną z tych poetek, któ­re w kolej­nych tomach udo­wad­nia­ją, że wypra­co­wa­nie wła­snej dyk­cji nie pro­wa­dzi do sta­gna­cji zna­cze­nio­wej czy for­mal­nej, a raczej do nie­ustan­ne­go poszu­ki­wa­nia i akcep­ta­cji zmian w ramach zbli­żo­nej wraż­li­wo­ści. Naj­now­sza książ­ka autor­ki otwar­tych świa­tów to zna­ko­mi­ty przy­kład pisar­skiej anor­ma­tyw­nej ewo­lu­cji, któ­ra nie zawsze pod­po­rząd­ko­wa­na jest regu­le ulep­sza­nia czy uspraw­nia­nia: wyni­ka raczej z odmien­nej pozy­cji zaj­mo­wa­nej w prze­strze­ni lite­rac­kiej, róż­no­rod­nej per­spek­ty­wy, nie­jed­no­rod­ne­go doświad­cze­nia. Trud­no w tym miej­scu o więk­szy tru­izm niż powtó­rzo­na za Hera­kli­tem z Efe­zu myśl: „jedy­ną sta­łą rze­czą jest zmia­na”, jed­nak w tek­stach Puwal­skiej zda­nie to zosta­je pod­da­ne poetyc­kiej obrób­ce. Pan­ta rhei nie jest tu wyłącz­nie zawie­szo­nym w próż­ni moty­wem, lecz domi­nan­tą kom­po­zy­cyj­ną naj­now­sze­go tomu Alis Ubbo. Nie­moż­ność wej­ścia dwa razy do tej samej rze­ki impli­ku­je imma­nent­ną zmia­nę wpi­sa­ną nie tyl­ko w natu­rę pły­ną­cej wody, lecz tak­że w natu­rę ludz­ką – prze­obra­ża się zarów­no oto­cze­nie, jak i (przede wszyst­kim) czło­wiek. Tak jak nikt nie jest w sta­nie wejść do tej samej rze­ki, tak żad­na rze­ka nie może prze­pły­nąć przez tego same­go czło­wie­ka.

Zda­je się, że z tego para­dok­su powsta­je pyta­nie o moż­li­wość auten­tycz­ne­go pozna­nia – zarów­no świa­ta, jak i sie­bie same­go – będą­ce osią Alis Ubbo. Autor­ka przy­bli­ża czy­tel­ni­ko­wi tę ścież­kę inter­pre­ta­cyj­ną dzię­ki dwóm mot­tom roz­po­czy­na­ją­cym tom; z jed­nej stro­ny szu­ka wyzwo­le­nia w wyzby­ciu się potrze­by odróż­nia­nia tego, co praw­dzi­we, od tego, co sztucz­ne, z dru­giej zaś przy­zna­je, że trud­no o cał­ko­wi­te pozna­nie oraz zro­zu­mie­nie świa­ta wyłącz­nie za pomo­cą zmy­słów. Figu­ra obser­wa­to­ra jest w wier­szach Puwal­skiej sta­le obec­na, spra­wia, że żaden ele­ment wykre­owa­ne­go świa­ta nie jest natu­ral­ny w rozu­mie­niu auten­tycz­no­ści. Twór­czy­ni w poetyc­ki spo­sób ogry­wa efekt obser­wa­to­ra, czy­li wpływ, jaki wywie­ra on na obser­wo­wa­ne obiek­ty, będą­cy istot­ną regu­łą funk­cjo­no­wa­nia fizy­ki kwan­to­wej oraz mecha­ni­ki kla­sycz­nej, sta­no­wią­cy tak­że ele­ment inte­rak­cji w ramach zacho­wań spo­łecz­nych. Poet­ka pró­bu­je pod­kre­ślić, że każ­de spoj­rze­nie ma zdol­ność do zmie­nia­nia obiek­tu czy zja­wi­ska, na któ­rym się sku­pia. Puwal­ska nie szu­ka jed­nak nowej moż­li­wo­ści pozna­nia poza­zmy­sło­we­go, ponie­waż pod­miot­ka jej wier­szy szyb­ko orien­tu­je się, że wszyst­kie inte­rak­cje ze świa­tem obcią­żo­ne są per­spek­ty­wą pod­mio­to­wą, a więc to, co obser­wo­wa­ne, pocho­dzi z niej, a nie z zewnątrz. I z takim prze­świad­cze­niem – że nie da się odróż­nić tego, co wewnętrz­ne, od tego, co obce, ani tego, co auten­tycz­ne, od tego, co sztucz­ne – czy­tel­nik zosta­je porzu­co­ny na środ­ku morza, któ­re prze­sta­je być wyłącz­nie zbior­ni­kiem wod­nym, prze­kształ­ca się bowiem w żywy orga­nizm.

W tym kon­tek­ście war­to zwró­cić uwa­gę na tytuł tomu, będą­cy fenic­ką nazwą Lizbo­ny, ozna­cza­ją­cy dosłow­nie bez­piecz­ną przy­stań czy przy­ja­zną zato­kę, co mogło­by impli­ko­wać ist­nie­nie schro­nie­nia na wzbu­rzo­nym morzu. Jed­nak w toku lek­tu­ry kolej­nych wier­szy oka­zu­je się, że port nie jest jedy­nie miej­scem oca­la­ją­cym, lecz tak­że ogra­ni­cza­ją­cym, zamy­ka­ją­cym. Jest on figu­rą wpi­su­ją­cą się w zary­so­wa­ny w mot­cie dualizm wnę­trza i zewnę­trza, ist­nie­je bowiem jako gra­ni­ca nie­bę­dą­ca w peł­ni ani morzem, ani lądem, okre­śla­na w tomie jako pra­gnie­nie, by „same­mu sobie być miej­scem”. Sym­bo­li­ka kul­tu­ro­wa por­tu wska­zu­je, że mowa o miej­scu sty­ku, wymia­ny, róż­no­rod­no­ści – łączą się w nim odmien­ne doświad­cze­nia, języ­ki, kul­tu­ry. Spra­wia to, że wier­sze z Alis Ubbo prze­ra­dza­ją się w swo­iste prze­kaź­ni­ki róż­no­rod­nych komu­ni­ka­tów, czę­sto nada­wa­nych w jed­nym momen­cie, a język poetyc­ki sta­je się tu pre­cy­zyj­nym narzę­dziem: „nie o to cho­dzi żeby język miał wybieg i per­li­ste wygię­cie / raczej żeby był // igłą // któ­ra doty­ka / kro­plą w próż­ni”.

Port jako „mia­sto kil­ku miast” otwie­ra pierw­szą część tomu, czy­li dzien­nik pokła­do­wy: na próż­no jed­nak szu­kać w nim sil­nie zazna­czo­nej obec­no­ści pod­mio­tu. W więk­szo­ści frag­men­tów poema­tu oso­ba mówią­ca nie zosta­je bowiem ujaw­nio­na. Nie­któ­re par­tie wska­zu­ją, że to oce­an – jako żywa, świa­do­ma isto­ta – pisze dzien­nik, jest przy tym i środ­kiem trans­por­tu, i dro­gą trans­por­tu, i samym ładun­kiem:

Woda przy­po­mi­na tu inte­li­gent­ny oce­an Sta­ni­sła­wa Lema; tak jak w Sola­ris, prze­sta­je ona być jedy­nie ele­men­tem nie­oży­wio­ne­go śro­do­wi­ska, zysku­jąc w tomie pra­wa rów­ne pra­wom czło­wie­ka, choć z nimi nie­toż­sa­me. Morze nie tyl­ko umoż­li­wia podró­żo­wa­nie, lecz samo podró­żu­je – i ta per­spek­ty­wa jest naj­bar­dziej inte­re­su­ją­ca dla Puwal­skiej, ponie­waż wpro­wa­dza cha­os, nie­po­rzą­dek, nie­jed­no­rod­ność do har­mo­nij­ne­go podzia­łu świa­ta. Ten nie­pew­ny sta­tus onto­lo­gicz­ny wody („upo­rczy­we szu­ka­nie akcep­tu dowo­du że się jest”) sta­je się zaląż­kiem pytań o nie­za­chwia­ną dotąd pozy­cję czło­wie­ka. Ludz­ka świa­do­mość prze­sta­je być w tej poezji kate­go­rycz­nym impe­ra­ty­wem ist­nie­nia inte­li­gent­ne­go życia. Pod­mio­to­wość oso­by mówią­cej w dzien­ni­ku pokła­do­wym zosta­je zatem bez­po­śred­nio odsło­nię­ta tyl­ko trzy razy, każ­dy z tych przy­pad­ków doty­czy aktu two­rze­nia, a pre­cy­zyj­nie: pisa­nia („kie­dy sło­wa ukła­dam / nie­ocze­ki­wa­nie // sie­bie ukła­dam”, „rzeź­bię kształt jak opo­wieść”, „sta­wiam miej­sce do ukry­cia”).

Okładka tomu wierszy Agaty Puwalskiej pod tytułem „Alis Ubbo”.
Agata Puwalska, „Alis Ubbo”, Kołobrzeg: Biuro Literackie, 2025.

Orga­ni­zo­wa­nie prze­strze­ni, ota­cza­ją­ce­go świa­ta, sta­je się więc powo­ły­wa­niem do życia – zarów­no poszcze­gól­nych ele­men­tów rze­czy­wi­sto­ści, jak i same­go sie­bie. Uży­cie przez Puwal­ską trzech cza­sow­ni­ków w kolej­no­ści „ukła­dam – rzeź­bię – sta­wiam” jest w oczach pod­miot­ki naj­peł­niej­szym wyra­zem ist­nie­nia, defi­niu­je bowiem jego trzy głów­ne fila­ry: gro­ma­dze­nie doświad­czeń, słów, uczuć, myśli, ich inte­lek­tu­al­ną i arty­stycz­ną obrób­kę, selek­cję oraz umac­nia­nie, potwier­dza­nie. Ujaw­nio­na w ten spo­sób oso­ba mówią­ca zdra­dza, co robi (two­rzy sie­bie, two­rząc jed­no­cze­śnie świat), a nie kim jest – dopie­ro powta­rza­ne w tomie jak man­tra „jestem mia­stem kil­ku miast” dopeł­nia meta­fo­rę ist­nie­nia. Natu­ral­ne zda­je się połą­cze­nie aktu pisa­nia z powo­ły­wa­niem do życia, co ujaw­nia­ją ele­men­ty świa­ta przed­sta­wio­ne­go: sło­wa napły­wa­ją tu fala­mi, czę­sto wdzie­ra­ją się siłą, zaska­ku­ją, prze­le­wa­ją się, zmie­nia­ją tem­po. Cha­otycz­na prze­strzeń oce­anu, jak wiersz, wyma­ga odpo­wied­nich narzę­dzi i spo­so­bów dzia­ła­nia, któ­re pozwo­lą kształ­to­wać komu­ni­kat mimo szu­mu infor­ma­cyj­ne­go. W dzien­ni­ku pokła­do­wym dosko­na­łym przy­kła­dem zakłó­ceń w odbio­rze jest nada­wa­ny alfa­be­tem Morse’a sygnał, któ­ry pręd­ko oka­zu­je się lorem ipsum – bez­sen­sow­nym tek­stem, pozba­wio­nym zna­cze­nia zlep­kiem zna­ków imi­tu­ją­cych język. Pod­miot­ka „zanu­rza twarz w przy­pad­ko­wych lite­rach”, ale upo­rczy­wie nada­je sygnał, bowiem powta­rza się on regu­lar­nie w całym poema­cie, zmu­sza­jąc czy­tel­ni­ka do pochy­le­nia się nad jego zna­cze­niem. Ten komu­ni­ka­cyj­ny impas każe zwró­cić uwa­gę nie tyl­ko na treść nada­wa­ne­go sygna­łu (w tym przy­pad­ku na jej brak), lecz tak­że na jego wygląd: kre­ski i krop­ki dyna­mi­zu­ją kształt, spra­wia­ją, że przy­po­mi­na on wzno­szą­cy się i opa­da­ją­cy ruch fal. W Alis Ubbo imi­to­wa­nie ist­nie­nia uzna­je się za toż­sa­me z ist­nie­niem, lecz przede wszyst­kim sta­no­wi ono for­mę komu­ni­ka­cji. Całe cia­ło wszech­świa­ta wykre­owa­ne­go przez Puwal­ską nasta­wia się na odbiór i prze­twa­rza­nie tych komu­ni­ka­tów ze świa­do­mo­ścią, że cza­sa­mi mają one cha­rak­ter testo­wy, poten­cjal­ny lub są zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łe.

Znaj­du­je to odzwier­cie­dle­nie rów­nież w dru­giej czę­ści tomu lek­kość odnie­sień: węd­ka się­ga w oce­an, w któ­rej poszcze­gól­ne komu­ni­ka­ty są wyła­wia­ne w cha­otycz­nym i czę­sto koń­czą­cym się fia­skiem pro­ce­sie. Zda­je się jed­nak, że pod­miot­ka w peł­ni akcep­tu­je jego nie­rów­no­mier­ny i nie­prze­wi­dy­wal­ny cha­rak­ter, co pod­kre­śla­ją roz­bi­te na stro­nach tomu sło­wa oraz wer­sy. Czy­tel­nik zmu­szo­ny jest ocze­ki­wać na roz­wi­nię­cie myśli, czę­sto roz­cią­gnię­te na kil­ka kolej­nych kar­tek, czy godzić się z fak­tem, że roz­wa­ża­nia nigdy nie zosta­ną dokoń­czo­ne – ury­wa­ją się, odpły­wa­ją w inne rejo­ny, roz­pierz­cha­ją. Nawi­go­wa­nie w sfe­rze opo­zy­cji mię­dzy zna­cze­niem a jego bra­kiem, trwa­ło­ścią a tym­cza­so­wo­ścią, praw­dzi­wo­ścią a wyobra­że­niem jest moż­li­we wyłącz­nie dzię­ki obser­wa­cji, jed­nak ona – jak już usta­lo­no – sama zmie­nia swo­je wyni­ki oraz obser­wo­wa­ny obiekt. Puwal­ska świet­nie ogry­wa nie­moż­ność wyj­ścia z sie­bie, a więc nie­zdol­ność do bycia wyłącz­nie obser­wa­to­rem – zaj­mo­wa­nie tej pozy­cji łączy się z ist­nie­niem na pogra­ni­czu dzia­ła­nia oraz bier­no­ści, uczest­ni­cze­nia i obser­wo­wa­nia. Stąd też kul­mi­na­cyj­ne momen­ty dru­giej czę­ści tomu są zwią­za­ne z napię­cia­mi mię­dzy obser­wa­to­rem a obser­wo­wa­nym: „obser­wa­tor pra­gnie wyjść poza // hory­zont // zda­rzeń”, „obser­wa­tor nie widzi”, „obser­wa­tor ucie­ka”, „obser­wa­tor wer­tu­je kolej­ne / nastro­je”. Pró­ba wyj­ścia poza wła­sne doświad­cze­nie zawsze koń­czy się fia­skiem – bowiem to, co jest obser­wo­wa­ne, zaczy­na się w obser­wa­to­rze, a nie w obser­wo­wa­nym obiek­cie.

Poet­ka poka­zu­je w ten spo­sób, że pró­by prze­zwy­cię­że­nia tego pra­wa natu­ry są jak pró­by dostrze­że­nia tego, co znaj­du­je się za hory­zon­tem zda­rzeń. To sfe­ra gra­nicz­na ota­cza­ją­ca czar­ną dziu­rę, w któ­rej nastę­pu­je oddzie­le­nie obser­wa­to­ra od wyda­rzeń – nie da się do niej zaj­rzeć, bo gra­wi­ta­cja unie­moż­li­wia wydo­sta­nie się cze­go­kol­wiek na zewnątrz. Pro­wa­dzi to do wnio­sku, że aby poznać tę prze­strzeń, obser­wa­tor musi zmie­nić się w uczest­ni­ka. Ten para­doks sta­no­wi zna­ko­mi­tą odpo­wiedź na zauwa­żal­ny w pierw­szej czę­ści tomu pro­blem chwiej­nej, roz­my­tej pod­mio­to­wo­ści, któ­ra nie jest ani w peł­ni bier­na, ani aktyw­na, nie pod­le­ga przy tym chro­no­lo­gii, logi­ce czy idei wiecz­no­ści. Pod­miot Puwal­skiej ist­nie­je symul­ta­nicz­nie, pod­łą­cza się do cyklu życia, a następ­nie z nie­go wypa­da, co dosko­na­le obra­zu­je frag­ment:

Pokru­sze­nie, roz­pro­sze­nie pod­mio­tu oraz symul­ta­nicz­ność wyda­rzeń są tu uka­za­ne za pomo­cą wyjąt­ko­wych roz­wią­zań typo­gra­ficz­nych, przez roz­rzu­ce­nie tek­stu na kolej­nych kar­tach, w róż­nych miej­scach, co sta­no­wi swo­istą symu­la­cję praw rzą­dzą­cych wykre­owa­nym świa­tem. War­te pod­kre­śle­nia są tu odwo­ła­nia do fizy­ki kwan­to­wej i astro­no­mii, któ­re w zaska­ku­ją­cy spo­sób łączą się z pierw­szą czę­ścią tomu. Autor­ka wyko­rzy­stu­je bli­skość seman­tycz­ną słów „żeglarz” i „astro­nau­ta” – zgod­nie z grec­kim źró­dło­sło­wem „astro­nau­ta” to dosłow­nie „gwiezd­ny żeglarz”. Mate­ria, w któ­rej obaj się poru­sza­ją (woda i prze­strzeń kosmicz­na), ma zbli­żo­ny, nie­zba­da­ny, nie­po­ko­ją­cy cha­rak­ter, a oprócz tego sta­no­wi gra­ni­cę mię­dzy byciem wewnątrz a na zewnątrz – stąd tak skom­pli­ko­wa­ny sta­tus i nie­jed­no­rod­na natu­ra pod­mio­tu, któ­ry nie potra­fi się wobec owej gra­ni­cy zde­fi­nio­wać. Jest on jed­no­cze­śnie odkryw­cą oraz odkry­wa­nym obiek­tem, bada­ją­cym i bada­nym, obser­wa­to­rem oraz obser­wo­wa­nym.

Osta­tecz­na pró­ba wtło­cze­nia się, dopa­so­wa­nia do poetyc­kiej rze­czy­wi­sto­ści nastę­pu­je dopie­ro w trze­ciej czę­ści tomu – zagu­bio­ne nar­ra­cje:, gdzie pod­miot porzu­ca dotych­cza­so­we sta­ra­nia o jed­nost­ko­we samo­okre­śle­nie na rzecz zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Pierw­szy raz w poezji Puwal­skiej poja­wia się chór, któ­ry sta­je się anty­te­zą chó­ru antycz­ne­go. Nie komen­tu­je, nie repre­zen­tu­je ani nie wpro­wa­dza reflek­sji moral­nej. Donio­sła pozy­cja, jaką histo­rycz­nie zaj­mo­wał, zosta­je zastą­pio­na nie­pew­no­ścią, szep­tem, wyco­fa­niem: „chór nosi czo­łów­ki / wyda­je tyl­ko wyso­kie dźwię­ki. nie chce zakłó­cić prze­strze­ni”, „chór […] uru­cha­mia win­dy”, „chór to duch bez twa­rzy”. Sta­je się on meta­fo­rą zagu­bio­nej pod­mio­to­wo­ści, co rede­fi­niu­je sta­tus pod­mio­tu co naj­mniej w dwój­na­sób: po pierw­sze, pod­kre­śla nie­moż­ność jed­no­rod­ne­go, trans­cen­dent­ne­go ist­nie­nia; po dru­gie, dowo­dzi, że postać zaj­mu­ją­ca tyl­ko pozy­cję obser­wa­to­ra jest de fac­to peł­no­praw­nym uczest­ni­kiem obser­wo­wa­nych zda­rzeń. Chór w zbio­rze Puwal­skiej nie komen­tu­je, a wystę­pu­je – sta­jąc się głów­ną osią zagu­bio­nych nar­ra­cji.

Alis Ubbo zna­czą­co róż­ni się od poprzed­nich tomów Aga­ty Puwal­skiej, autor­ka zapew­nia tu czy­tel­ni­ko­wi wię­cej prze­strze­ni na oddech mię­dzy kolej­ny­mi wer­sa­mi. Bodź­ce nie są w tych wier­szach aż tak inten­syw­ne, a świat tra­ci nie­co na swo­jej psy­cho­de­licz­no­ści – daje za to czas do namy­słu i ana­li­zy, przy­cho­dzi i odcho­dzi razem z fala­mi. Pod­miot­ka nie pro­po­nu­je czy­tel­ni­kom uko­je­nia ani nie wska­zu­je im osta­tecz­ne­go punk­tu odnie­sie­nia swo­jej reflek­sji, lecz poka­zu­je, jak zamiesz­ki­wać w nie­pew­no­ści – uczy bycia w dro­dze, na sty­ku, w nie­ustan­nym napię­ciu mię­dzy obser­wa­cją a uczest­nic­twem. Port, któ­ry na począt­ku mógł wyda­wać się bez­piecz­nym schro­nie­niem, oka­zu­je się figu­rą tym­cza­so­wą, podob­nie jak pod­miot­ka (zarów­no mate­rial­na, jak i nie­obec­na, a cza­sem pod­łą­czo­na do zbio­ro­wo­ści), język i zna­cze­nie ist­nie­ją jedy­nie w rela­cji, w prze­pły­wie, w akcie chwi­lo­we­go zestro­je­nia. Tom Puwal­skiej koń­czy się więc nie roz­wią­za­niem, lecz świa­do­mym zawie­sze­niem – gestem, któ­ry potwier­dza, że trwać w zmia­nie ozna­cza tyle, co ist­nieć – i że jest to jedy­na moż­li­wa for­ma ist­nie­nia. I jak żad­na rze­ka nie może prze­pły­nąć dwa razy przez tego same­go czło­wie­ka, tak Alis Ubbo pozo­sta­wia czy­tel­ni­ka w miej­scu, z któ­re­go nie da się wyjść takim samym, jakim się do nie­go weszło.

– krytyczka literacka, absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim.

więcej →

– poetka, tłumaczka.

więcej →

Powiązane teksty

16.04.2026
Recenzje

Kiedy więcej znaczy więcej. O książce „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru” Bekki Rothfeld

Becca Rothfeld dostrzegła potencjał tkwiący w nadmiarze. W swoim debiutanckim zbiorze esejów Wszystko to zbyt małe… próbuje wykazać, że nadmiar jest w swojej istocie emanacją apetytu na życie, przejawem chęci doznania czegoś ponad zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych – o książce Bekki Rothfeld pisze Agata Berniak-Klich.