Amelia Sarnowska: Jaką funkcję pełni język w Drzewach Percivala Everetta?
Tomasz Macios: W Drzewach język dzieli świat. Świat Money jest dosłownie i w przenośni czarno-biały. To uderza już na samym początku. Potem tu i ówdzie zaczynają przebijać odcienie szarości. Dostrzegamy, że to, jak kto mówi, nie do końca pokrywa się z rasą czy geografią, ale ma raczej nacechowanie moralne. Miejscowi biali, którzy w ten czy inny sposób są związani z historią linczu na Emmetcie Tillu, działalnością Ku Klux Klanu czy po prostu nie kryją się ze swoim rasizmem, w większości mówią językiem stylizowanym na Southern American English w niechlujnym i wulgarnym wydaniu. Czarni, nawet jeśli pochodzą z tego samego miasteczka, stanu czy regionu, posługują się raczej Standard American English. Pokazuje to, niemal od pierwszych stron książki, że autor nie miał zamiaru pisać powieści realistycznej, Południe jest tu bardziej stanem umysłu niż kategorią geograficzną. W Money obowiązuje segregacja – ponad pół wieku po jej oficjalnym zniesieniu. To miejsce oddalone od wielkiego świata, jakaś boczna odnoga czasu, ślepy tor. Przede wszystkim jednak to skansen mentalny i moralny. Segregacja istnieje w głowach dużej części białych mieszkańców miasteczka, co pokazuje ich język.
Czytanie prozy Everetta zazwyczaj przebiega dwutorowo, właśnie ze względu na język. Warstwa językowa często jest tu równie ważna jak fabuła, sam język (jego pochodzenie, funkcja, zdolności poznawcze) dla zrozumienia opisywanych historii nierzadko okazuje się nie mniej istotny niż portrety psychologiczne bohaterów, ich motywacje.
Nie wiem, czy w przypadku Drzew zachodzi konieczność tego rodzaju dwutorowej lektury. Język nie każe tutaj jakoś szczególnie się na sobie skupiać, nie odrywa czytelnika od opowiadanej historii. Nie jest tak nieprzezroczysty, by stać się „rzeczą samą w sobie” lub wymagać dekodowania, raczej tworzy rzeczywistość, która wyłania się z dialogów bohaterów.
Czy język tej powieści dopowiada nam coś do jej fabuły? Pozwala spojrzeć na przedstawione w książce amerykańskie Południe z szerszej perspektywy?
Nie sadzę, by Everettowi chodziło o szersze spojrzenie na amerykańskie Południe. W Drzewach znajdujemy raczej dość stereotypowy jego obraz, przynajmniej jeśli chodzi o białych – bieda, głupota, chciwość, broń palna, pijaństwo i rasizm. Nie stara się on przedstawić tej części Ameryki w całej jej złożoności i niejednoznaczności, tak jak robią to na przykład autorzy reportaży Głębokie Południe (Paul Theroux) czy Najgłębsze Południe (Richard Grant). Myślę, że w Drzewach język dobrze służy opowieści. Zgodnie z zamysłem Everetta pokazuje mały świat wrednych białych bohaterów, nawet jeśli niektórzy z nich – jak Babcia C czy szeryf – są bardziej ludzcy, nie zmienia to całego obrazu. Nie jest to Przeminęło z wiatrem naszych czasów, nowa epopeja amerykańskiego Południa, ale raczej – by posłużyć się tytułem książki Charliego LeDuffa – shitshow.
Czy aby wejść w ten język, sięgał Pan też do innych książek Everetta? Jak przygotowywał się Pan do pracy nad przekładem?
Nie, nie sięgałem do innych jego tekstów. Przekład oddałem półtora roku temu, więc w czasie pracy nad nim Everett jeszcze nie istniał w polskim tłumaczeniu, poza tym jego książki różnią się od siebie. Na przykład James to inna epoka i inna konwencja. Szukałem inspiracji i sugestii raczej nie wprost. Przeczytałem Mr. Lovermana Bernardine Evaristo w tłumaczeniu Agi Zano, żeby zobaczyć, jak można przełożyć na polski pewną szczególną, lokalną odmianę angielszczyzny z małej karaibskiej wyspy. Wracałem też do Trainspotting i Pigmeja. Język powieści Everetta nie jest tak zdeformowany jak w tych książkach Irvine’a Welsha i Chucka Palahniuka, ale pokazały mi one pewne ekstremum, ku któremu być może powinienem zmierzać, choć ze świadomością, że muszę się zatrzymać gdzieś w pół drogi. Zapoznałem się też trochę bardziej z językiem amerykańskiego Południa, by przekonać się, że Everett nie skupia się na pieczołowitym odtworzeniu tego dialektu, którym zresztą mówi tylko część postaci, lecz, jak już wspomniałem, posługuje się stylizacją. Jeżeli chodzi o mentalny klimat Południa, odświeżyłem sobie Williama Faulknera i Cormaca McCarthy’ego.
Wielu krytyków doceniło powieść Everetta za dialogi. Abstrahując od ładunku humorystycznego tych partii tekstu – w paru miejscach wydają się one jednak dość powierzchowne, momentami zbyt dosłowne. Literacko nie jest to ten sam poziom, który autor zaprezentował w Jamesie. Jak Pan odebrał tę książkę?
Dialogi sprawiają wrażenie, jakby były wycięte z sitcomów, ale to oczywiście celowy zabieg. Everett sięga po to, co niskie i trywialne, żeby uniknąć patosu. Na tym polega jego strategia – przedstawia poważny problem w sposób lekki i zabawny. Ludzka tragedia staje się groteską, groza historycznych wydarzeń makabreską.
Rozmowy bohaterów służą jednak nie tylko do osiągnięcia efektu komizmu, ale także dynamizują akcję, sprawiają, że książkę po prostu dobrze się czyta.
Przyznam jednak, że ten niski rejestr początkowo trochę mnie zaskoczył. Z jednej strony można odnieść wrażenie, że autor tu i ówdzie przegina, daje się ponieść zabawie słownej albo sprzedaje jakieś suchary, ale z drugiej strony równoważy to poważniejszym tonem czy autentycznymi emocjami w innych miejscach.
Everett to pisarz kwestionujący. Podważający kanon literacki (w Jamesie), amerykańską historię i współczesne wyobrażenie sprawiedliwości. Dokonuje tego nie tylko przez dobór historii, ale też (a może i przede wszystkim) w języku. Porażająca, momentami makabryczna treść podważana jest przez gry językowe, zabawę rejestrem czarnej komedii, powieści detektywistycznej, powieści noir, co pozwala spojrzeć na rozpisywaną tu historię w kategorii satyry. Czy polszczyzna jest w stanie oddać te niuanse oryginału?
Z natury rzeczy żaden przekład nie jest w stanie oddać wszystkich niuansów oryginału, należy jednak stworzyć ich odpowiedniki, nowe niuanse, i umieścić je tam, gdzie najlepiej będą odgrywać swoją rolę, czyli oddawać ducha oryginału, jeżeli nie można oddać jego litery. Jeśli chodzi o zabawę konwencjami, to w przypadku tłumaczenia trudność nie polega na tym, że każda z nich ma swój nieprzekładalny idiolekt. Gatunki funkcjonują w różnych językach i w każdym z nich przynależna im warstwa słowna jest dość ograniczona i stereotypowa. Problem dotyczy raczej przekładu międzykulturowego. Literatura to coś więcej niż tylko literatura, przekład wprowadza też dzieło w nowy kontekst, pewne znaczenia siłą rzeczy schodzą na dalszy plan, inne mogą zostać mocniej zaakcentowane, mocniej wybrzmieć. Z jednej strony trudno byłoby oddać wszystkie odwołania kulturowe i historyczne – bo obejmują one także to, co wykształcony amerykański czytelnik ma w głowie – bez obciążania tekstu przypisami; z drugiej – słowna precyzja czasem nie jest tak istotna, liczą się raczej emocjonalny ton, pewne odczucie. Być może nie wszystko musimy zrozumieć, odbierać intelektualnie. W klubie w Memphis dwaj detektywi słuchają bluesmana śpiewającego w jakimś dziwacznym języku, z którego nikt nie pojmuje ani słowa, nawet barmanka, chociaż muzyk gra tam co wieczór. Ale ów brak zrozumienia wcale im nie przeszkadza. Jeśli chodzi o wywrotowy czy „rewindykacyjny” charakter prozy Everetta, to w Jamesie przepisuje on historię w sposób, który mieści się w nurcie dopuszczania do głosu zepchniętych na margines, skazanych dotąd na milczenie; w nurcie tworzenia „raportów mniejszości” – czarnych, kobiet czy rdzennych Amerykanów – i przedstawiania historii z ich punktu widzenia. Pojawia się to także w Drzewach. Strażniczką „mniejszościowej” wersji dziejów jest tu Mama Z ze swoim archiwum linczu. W tej powieści Everett jednak raczej dopisuje historię; domyka ją, proponując inną – kontrowersyjną, przyznajmy – wersję sprawiedliwości dziejowej. Czy raczej podejmuje taką próbę, z pewnością świadomy tego, że jest ona tylko fantazmatem, kompensacyjną fantazją.
W jednym z wywiadów promujących tę powieść autor nie bronił się przed zarzutem o stereotypizację mieszkańców Południa („Tak, nie jestem sprawiedliwy w tej powieści. Nie jest to książka o sprawiedliwości. W rzeczywistości, po napisaniu pierwszej strony, przyznałem się żonie, że nie jestem sprawiedliwy – i nie zamierzam nic z tym zrobić”). Tłumacza nie stać w swojej pracy na luksus bycia niesprawiedliwym.
Zacznijmy od Everetta. Sprawiedliwość w literaturze niekoniecznie polega na, że tak powiem, zachowywaniu równowagi moralnej. Na pokazywaniu, że dobro i zło nie mają koloru, a okrutny i nieludzki może być zarówno biały, jak i czarny, czy na przedstawianiu każdego bohatera indywidualnego lub zbiorowego jako istoty, która ma zalety i wady. Takie ujęcie często stanowi tylko pozór albo, jak mógłby to nazwać Stanisław Lem, protezę sprawiedliwości czy obiektywizmu.
Choć akcja „Drzew” toczy się współcześnie, Everett odnosi się do czasów i sytuacji, w których role kata i ofiary nie pozostawiały żadnych wątpliwości, i sam chce przemawiać w imieniu ofiar.
Można oczywiście powiedzieć, że gdyby bohaterowie byli bardziej skomplikowani i wycieniowani, nie tak komiksowi, staliby się bardziej przerażający niż śmieszni. Na przykład gdyby trupy z szafy wypadały pozornie liberalnym i poprawnym politycznie przedstawicielom klasy średniej, a nie obrzydliwym fizycznie i moralnie redneckom, ale jak już wiemy, nie o to autorowi chodziło.
Jakie warunki muszą zostać spełnione, by tłumaczenie oddawało sprawiedliwość oryginalnemu tekstowi? Co stanowiło największe wyzwanie w pracy nad tym przekładem?
Tak czy inaczej, praca tłumacza raczej nie polega na poprawianiu autora ani na ocenianiu, czy jest sprawiedliwy wobec bohaterów. Jak Pani powiedziała, przekład powinien oddać sprawiedliwość tekstowi, ale jak już wcześniej wspomniałem, z różnych względów nie zawsze jest to łatwe i czasem powstaje proteza takiej sprawiedliwości (czego sam staram się unikać). Jeżeli chodzi o wyzwania, to często są nimi rzeczy niepozorne, drobnostki, szczegóły techniczne, nad którymi tłumacz długo się głowi, by w końcu się poddać i zrobić przypis, tak jak mi się to zdarzyło już na pierwszej stronie z „domem na przestrzał”, czyli shotgun house.
Wspomniał Pan na początku rozmowy o języku stylizowanym na Southern American English „w niechlujnym i wulgarnym wydaniu”. Jak wygląda tworzenie polskiej wersji językowej takich konstrukcji?
Autor posługuje się określoną stylizacją, więc tłumacz również musi zrobić to samo w swoim języku. Oczywiście chodzi o stworzenie pewnego efektu, a nie przepisywanie oryginału w rzeczywistym dialekcie czy gwarze, chociaż czasem pojawia się taka pokusa. Ale jak mieliby mówić bohaterowie Drzew w polskiej wersji: po góralsku, po śląsku, po kaszubsku? Efekt byłby bardziej groteskowy, niż powinien. Zawsze trzeba to odpowiednio wyważyć, co bywa trudne.
Starałem się stworzyć pewną syntezę, nadając potocznej, koślawej, często wulgarnej polszczyźnie pewne cechy różnych gwar, wykorzystać pewne regionalizmy, by stworzyć coś, co kojarzy się z mową niewykształconych ludzi ze wsi, pejoratywnie nazywanych wieśniakami czy burakami. Nie chciałem przesadzać ze stylizacją, bo Drzewa nie są powieścią eksperymentalną, zdecydowanie bliżej im do literatury popularnej – za sprawą wykorzystywania jej konwencji.
Język jest też elementem kluczowym dla toku opisanej tu historii. Everett osnuwa swoją fikcyjną opowieść wokół autentycznego wydarzenia: linczu, do którego doszło w wyniku kłamstwa. Autor wprost nawiązuje do morderstwa trzynastoletniego Emmetta Tilla (do zbrodni doszło w 1955 roku w miasteczku Money w stanie Missisipi). Horror tamtego chłopca zaczął się od pomówienia. Z jednej strony każdy lincz rodzi się w języku. Ale z drugiej – słowa (imiona, opowieść) odgrywają też kluczową rolę w zachowaniu pamięci o ofiarach. Moc słów oddają wyliczenia – gest odczytania i przepisania na nowo imion ofiar setek linczów (jest to lista nazwisk osób zlinczowanych w historii Ameryki: czarnych, białych, Azjatów). Jeden z bohaterów, który został sprowadzony do miasteczka Money, siedliska „białych wieśniaków”, potomków katów z Ku Klux Klanu, celem opisania i wyjaśnienia tła dokonujących się wydarzeń zdobywa się na gest przepisania nazwisk tych wszystkich ofiar. Zakończenie pozwala domniemywać, że to właśnie ów gest dał początek wydarzeniom, które wymknęły się spod kontroli. Czy możemy powiedzieć, że Everett na swój sposób posługuje się językiem jak orężem?
Język oczywiście miał istotne znaczenie w odczłowieczaniu przywiezionych siłą do Ameryki Afrykanów i w uczynieniu ich niewolnikami. Lincze były dalszym ciągiem tego procesu i zdarzały się jeszcze długo po zniesieniu niewolnictwa. Everett, świadomy magicznej mocy języka, która zmienia ludzi w rzeczy, posługuje się nim jako bronią, co jest naturalne, ponieważ polem bitwy jest tu fikcja literacka. Słowo staje się narzędziem wymierzania sprawiedliwości, bo najwyraźniej nie można w tej sprawie liczyć na naturę, Boga ani historię. Pozostaje trzymać się magii języka. Nie potrzeba jednak specjalnych zaklęć. Mama Z, postrzegana jako czarownica, nie skrywa w swoim domu żadnych grimuarów, lecz archiwum dokumentujące lincze. Wystarczy przypomnieć, przywołać nazwiska ofiar. Ich pozornie niewinne wyliczanie ma nieoczekiwane skutki, okazuje się magicznym aktem nekromancji. Mistrzem ceremonii, co ciekawe, nie jest sama niemal nierealnie wiekowa kobieta, ale przybysz z innego świata, młody naukowiec, który zrobił karierę prawie nieosiągalną w czasach, kiedy żyły ofiary linczów. To właśnie on zupełnie nieświadomie „rzuca czar”, zapisując nazwiska na kartkach, najpierw ołówkiem, później na maszynie. Przywrócenie pamięci o zlinczowanych czarnych staje się zarazem przywróceniem ich do życia, a przynajmniej do pewnej formy życia, dobrze znanej z kultury popularnej, do której trafiła z wierzeń i praktyk haitańskiego voodoo. Mam tu oczywiście na myśli zombie.
„Drzewa” to także powieść o zombie. Myślę, że nie jest to przypadek. Na Haiti zombie nie jest bowiem zjadającym mózgi zmartwychwstańcem, który zaraża wszystkich swoją przypadłością, ale człowiekiem: zabitym i wskrzeszonym, by stać się niewolnikiem.
W powieści Everetta żywe trupy są mścicielami zza grobu, a więc dla odmiany – przynajmniej w pewnym sensie – pozytywnymi bohaterami, o ile można ich nazwać bohaterami, bo w gruncie rzeczy stanowią raczej niemal bezosobową siłę, tłum. Do pewnego momentu cała kryminalna intryga, choć dziwna, ma, jak się wydaje, racjonalne uzasadnienie. Ostatecznie dochodzą jednak do głosu i ujawniają się siły nadprzyrodzone, przywołane właśnie mocą magii słowa. Jej przedłużeniem są okrzyki zombie, wzywające dawne ofiary, by powstały – powstanie z martwych staje się powstaniem przeciw panującemu porządkowi.
Do czego odnosi się tytuł powieści?
Po pierwsze, chodzi tu o drzewa, na których wiszą „dziwne owoce”, czyli czarne ofiary linczów. Śpiewa o nich jedna z postaci, wykonując piosenkę Billie Holiday Strange Fruit. Po drugie, drzewa to także archiwa natury, pozwalające na przykład na datowanie różnych wydarzeń; nośniki tego, co naukowcy nazywają danymi dendrochronologicznymi – a tym samym świadkowie historii, nie tak do końca niemi. Gdyby się w te dane zagłębić, być może udałoby się jeszcze odnaleźć wiele innych znaczeń i odniesień.
