Pamięć w składzie porcelany

Cho­ciaż w pol­sz­czyź­nie wciąż bra­ku­je peł­no­praw­ne­go odpo­wied­ni­ka angiel­skie­go idio­mu the ele­phant in the room, meta­fo­rycz­ny słoń coraz śmie­lej roz­gasz­cza się w salo­nie nasze­go języ­ka. Ozna­cza obec­ność jakie­goś wiel­kie­go, bole­sne­go, nie­wy­god­ne­go tema­tu, któ­re­go wszy­scy świa­do­mi są aż nad­to, a jed­nak nikt nie odwa­ża się go poru­szyć. W debiu­cie Mar­ci­na Goło­sza i Julii Juzyk jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie? takim tema­tem oka­zu­je się dzie­cię­ca żało­ba po stra­cie ojca. Tekst ma źró­dło w dra­ma­cie wyróż­nio­nym pierw­szą nagro­dą pod­czas 33. Kon­kur­su na Sztu­kę Teatral­ną dla Dzie­ci i Mło­dzie­ży, orga­ni­zo­wa­ne­go przez Cen­trum Sztu­ki Dziec­ka w Pozna­niu. Newho­mers – nie­za­leż­na plat­for­ma wydaw­ni­cza – po trzech latach od tego suk­ce­su odda­je w ręce czy­tel­ni­ka tekst dopra­co­wa­ny edy­tor­sko w każ­dym szcze­gó­le. Twar­da opra­wa, papier o dużej gra­ma­tu­rze i dba­łość o jakość dru­ku kolo­ro­wych ilu­stra­cji czy­nią z książ­ki arte­fakt sztu­ki użyt­ko­wej, dla któ­re­go chce się zna­leźć miej­sce na pół­ce.

Mariusz Gołosz, wie­lo­krot­nie doce­nia­ny dra­ma­turg, ma nie­zwy­kle wyczu­lo­ne ucho na język codzien­no­ści. Dobrze widać to choć­by w pie­śniach pie­ka­rzy pol­skich, zakwa­li­fi­ko­wa­nych do fina­łu 15. Gdyń­skiej Nagro­dy Dra­ma­tur­gicz­nej i zre­ali­zo­wa­nych w Teatrze Tele­wi­zji Pol­skiej w reży­se­rii Klau­dii Gęb­skiej. Gołosz ma też doświad­cze­nie w pisa­niu dla mło­dzie­ży i o mło­dzie­ży – w spek­ta­klu Tur­niej kla­so­wy (do prze­rwy 4:0) podej­mo­wał mię­dzy inny­mi temat wyklu­cze­nia eko­no­micz­ne­go, a w POV: masz 12 lat i prze***ane – prze­mo­cy domo­wej.

Dwa­na­ście lat i prze***ane ma rów­nież głów­ny boha­ter debiu­tanc­kiej książ­ki Goło­sza i Juzyk. Mar­cin musi mie­rzyć się nie tyl­ko z żało­bą po śmier­ci ojca, ale tak­że z szy­der­stwa­mi rówie­śni­ków drwią­cych z jego wagi. Układ tek­stu pozo­sta­je w ści­słej ana­lo­gii do ryt­mu szkol­nych zajęć. Na roz­dzia­ły skła­da­ją się: sie­dem lek­cji, dwa uspra­wie­dli­wie­nia (w tym jed­no pisem­ne), sce­na pią­ta, ozna­czo­na jako „zada­nie domo­we”, oraz rama w posta­ci pro­lo­gu i epi­lo­gu. Kon­struk­cja ta przy­po­mi­na szkol­ny bru­lion, w któ­rym – oprócz wkle­jo­nych uspra­wie­dli­wień i nota­tek z zajęć – na mar­gi­ne­sie umiesz­cza się rysun­ki i pry­wat­ne zapi­ski. Czy­tel­nik stop­nio­wo odkry­wa codzien­ność chłop­ca, w tym jej pęk­nię­cia. Tak na przy­kład lek­cja przy­ro­dy zamie­nia się w lek­cję o wspól­no­cie i wyob­co­wa­niu, a język angiel­ski uczy odmie­niać stra­tę i tęsk­no­tę przez wszyst­kie przy­pad­ki. Pozo­sta­wio­ny bez wspar­cia w żało­bie Mar­cin sta­ra się upo­rząd­ko­wać świat na wła­snych zasa­dach. Się­ga po zna­ne mu moty­wy i prze­chwy­tu­je je na potrze­by swo­jej opo­wie­ści: wie­dzę o zwie­rzę­tach z atla­sów przy­ro­dy, baj­ki, krzy­żów­ki, zada­nia domo­we, tro­py kul­tu­ry dzie­cię­cej. Się­ga­jąc po kli­sze, pró­bu­je wpi­sać swo­ją sytu­ację w histo­rię o Kró­lu Lwie. Z tej mozai­ki wie­dzy wyła­nia się opo­wieść o opie­kuń­czym duchu zmar­łe­go ojca – sło­niu. Ta intym­na legen­da, ima­gi­na­rium tęsk­no­ty, sta­je się dla Mar­ci­na źró­dłem siły i spo­so­bem na oswo­je­nie śmier­ci dzię­ki oso­bi­stej mito­lo­gii.

Jak infor­mu­je doda­na do książ­ki zakład­ka: „Sło­nie to nie­zwy­kle spo­łecz­ne i inte­li­gent­ne zwie­rzę­ta, któ­re żyją w rodzin­nych sta­dach pro­wa­dzo­nych przez doświad­czo­ne sami­ce”1. Ten quasien­cy­klo­pe­dycz­ny komen­tarz będzie towa­rzy­szył całej fabu­le, co pozwa­la czy­tać opo­wieść o żało­bie rów­nież jako opo­wieść o sta­dzie, wspól­no­cie i lojal­no­ści. W tle prze­wi­ja się pro­blem pamię­ci – prób zacho­wa­nia obra­zu bli­skich we wspo­mnie­niach za wszel­ką cenę. Zde­cy­do­wa­nie nie jest to sło­nio­wa pamięć. Jaki napraw­dę był ojciec? Dowia­du­je­my się, że „kie­dyś brał odpo­wie­dzial­ność za sie­bie i innych / kie­dyś miał ser­ce wiel­kie i dobre”2. Nar­ra­cja mat­ki odkry­wa dru­gą praw­dę o ojcu: „kie­dyś wszedł na trze­cie pię­tro i spadł na sam dół / kie­dyś jechał pija­ny samo­cho­dem, / spo­wo­do­wał wypa­dek, po czym uciekł i usnął”3. Czy w oczach kobie­ty jej mąż był posta­cią cięż­ką, ponie­waż spraw­dza­ła to wie­lo­krot­nie, pró­bu­jąc uło­żyć pija­ne­go męż­czy­znę na kana­pie? Czy może „cięż­kie” tak napraw­dę ozna­cza „trud­ne” – i jest to życie tak trud­ne, jak tyl­ko może być u boku oso­by z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym? Mat­ka jed­nak powta­rza jak man­trę: „gdy­by ojciec żył, wszyst­ko było­by ina­czej”4. Czy­tel­nik nie ma szan­sy dowie­dzieć się, w jakim stop­niu obraz ojca jest praw­dzi­wy, bo od począt­ku do koń­ca nar­ra­cja o zmar­łym jest zapi­sem doświad­cze­nia głów­ne­go boha­te­ra. Sama mat­ka bynaj­mniej nie przy­po­mi­na „doświad­czo­nej sami­cy pro­wa­dzą­cej sta­do” – widzi­my ją raczej jako kobie­tę pogrą­żo­ną w smut­ku, sta­ra­ją­cą się spro­stać codzien­nym wyzwa­niom. Inni doro­śli rów­nież nie nada­ją się na prze­wod­ni­ków – ani higie­nist­ka, ani wuefist­ka, ani nauczy­ciel angiel­skie­go nie są w sta­nie ochro­nić Mar­ci­na przed szy­der­stwa­mi jego rówie­śni­ków. Nie są tak­że w sta­nie otwar­cie poroz­ma­wiać z chłop­cem na temat stra­ty. Gdy sły­szą, że ojciec mło­de­go boha­te­ra nie żyje, zacho­wu­ją się jak spło­szo­ne zwie­rzę­ta. Słoń nie pło­szy się tak łatwo. Gdy sys­tem edu­ka­cji zawo­dzi, na stra­ży sta­je oso­bi­sta mito­lo­gia. Inter­pre­ta­cja, jakiej chło­piec pod­da­je postać sło­nia-ojca, sytu­uje się w cen­trum nar­ra­cji. Osta­tecz­nie bowiem figu­ra sło­nia słu­ży dora­sta­ją­ce­mu boha­te­ro­wi przede wszyst­kim do odkry­wa­nia praw­dy o samym sobie. Mar­cin uczy się akcep­to­wać sie­bie, a prze­mia­na pozwa­la mu na wła­snych zasa­dach stać się sil­nym, wraż­li­wym i opie­kuń­czym. Jak słoń. Jest w tej opo­wie­ści wie­le nadziei, ale i smut­ku. Ocze­ki­wa­nie, że każ­de dziec­ko samo znaj­dzie w sobie siłę, by zmie­rzyć się z prze­mo­cą rówie­śni­czą i nie­wy­dol­no­ścią sys­te­mu, było­by naiw­ne. Histo­ria Mar­ci­na daje czy­tel­ni­ko­wi nadzie­ję, ale nie uspra­wie­dli­wia zanie­dbań.

Okładka książki Mariusza Gołosza i Julii Juzyk pod tytułem „jak umierają słonie duże i ciężkie?”.
Mariusz Gołosz, Julia Juzyk, „jak umierają słonie duże i ciężkie?”, Warszawa: Newhomers, 2025.

Tekst ope­ru­je for­mą syn­kre­tycz­ną, łącząc w sobie cechy dra­ma­tu, poema­tu nar­ra­cyj­ne­go i powie­ści. Rezy­gna­cja z wiel­kich liter i ogra­ni­cze­nie inter­punk­cji do prze­cin­ków spra­wia, że rytm opo­wie­ści sta­je się bar­dziej orga­nicz­ny. Wypo­wie­dzi osób z życia chłop­ca wkra­cza­ją w stru­mień myśli bez wyraź­ne­go ozna­cze­nia, co two­rzy efekt poli­fo­nii i odda­je natu­rę dzie­cię­ce­go świa­ta – peł­ną intru­zyw­nych gło­sów doro­słych. Za spra­wą ilu­stra­cji Juzyk publi­ka­cja pod wzglę­dem wizu­al­nym sytu­uje się mię­dzy powie­ścią gra­ficz­ną a arty­stycz­ną fan­ta­zją na temat ksią­że­czek do nauki czy­ta­nia. Ta hybry­dycz­ność pozwa­la czy­tać tekst jed­no­cze­śnie jako dra­mat ini­cja­cyj­ny, intym­ny poemat o żało­bie i wizu­al­ną opo­wieść; sło­wo i obraz peł­nią tu bowiem rów­no­rzęd­ne funk­cje.

Każ­da ilu­stra­cja roz­po­ście­ra się na dwie stro­ny; prze­wra­ca­jąc kart­kę, odsła­nia­my kolej­ną sce­nę, nowy kadr, inny styl. Juzyk, twór­czy­ni sztuk wizu­al­nych spe­cja­li­zu­ją­ca się w obra­zach, rysun­kach, kola­żach, ilu­stra­cjach i gra­fi­kach, w tym pro­jek­cie sta­je się dodat­ko­wo sce­na­rzyst­ką. Lek­ka kre­ska, typo­wa dla ksią­żek dla dzie­ci, nie prze­szka­dza ilu­stra­tor­ce w zwra­ca­niu uwa­gi odbior­cy – cza­sem poprzez wyraź­ny detal, innym razem przez dys­kret­ne odnie­sie­nie. Już zamiesz­czo­na na dru­giej stro­nie ilu­stra­cja do tek­stu: „wie­le rze­czy mogło przyjść mi do gło­wy: / żyra­fy / anty­lo­py / tygry­sy / ale nigdy nie słoń”5, może być odczy­ty­wa­na jako sub­tel­ne nawią­za­nie do Pira­mi­dy zwie­rząt Kata­rzy­ny Kozy­ry. Tygrys, żyra­fa i anty­lo­pa sto­ją jed­no na dru­gim, a z rado­sny­mi kolo­ra­mi ich fute­rek kon­tra­stu­je czar­na pla­ma pod ich sto­pa­mi. Nawet jeśli sko­ja­rze­nie z rzeź­bą Kozy­ry może wyda­wać się nad­in­ter­pre­ta­cją, jest o tyle słusz­ne, że w obu przy­pad­kach śmierć zwie­rząt sta­no­wi punkt wyj­ścia do roz­wa­żań escha­to­lo­gicz­nych. W innym frag­men­cie sło­wa „tak samo my z mamą codzien­nie cho­dzi­li­śmy na cmen­tarz”6 zosta­ją zilu­stro­wa­ne za pomo­cą obra­zu prze­kro­ju miesz­ka­nia widzia­ne­go z lotu pta­ka (z per­spek­ty­wy sło­nia?); drzwi z salo­nu i łazien­ki pro­wa­dzą tu bez­po­śred­nio do poko­ju wypeł­nio­ne­go gro­ba­mi. Tekst i obraz ukła­da­ją się w tej książ­ce w prze­my­śla­ną, har­mo­nij­ną całość. Tam, gdzie nar­ra­cja gęst­nie­je i sta­je się bar­dziej pla­stycz­na, ilu­stra­cje pozo­sta­ją oszczęd­ne, jak­by celo­wo usu­wa­ły się w cień. Z kolei w miej­scach, w któ­rych tek­stu jest mniej, obraz uzu­peł­nia to, co prze­mil­cza­ne. Mimo bogac­twa zna­czeń i wyra­zi­stej war­stwy este­tycz­nej książ­ka nie przy­tła­cza. Wszyst­ko jest pre­cy­zyj­nie wywa­żo­ne, a moment kul­mi­na­cyj­ny twór­cy pod­kre­śli­li moc­nym akcen­tem kolo­ry­stycz­nym.

Pisa­nie dla dzie­ci jest trud­nym zada­niem. Pisa­nie z per­spek­ty­wy dziec­ka tak, żeby spro­stać wyso­ko­ar­ty­stycz­nym wyma­ga­niom doro­słych czy­tel­ni­ków, jest zada­niem kar­ko­łom­nym. Tekst Goło­sza zacho­wu­je jed­nak auten­tycz­ność, ponie­waż autor kon­se­kwent­nie uni­ka infan­ty­li­za­cji opo­wie­ści. Nie przy­bie­ra pozy nie­zgrab­ne­go wuj­ka, któ­ry z tru­dem kuca, ponie­waż despe­rac­ko pró­bu­je zna­leźć się na wyso­ko­ści wzro­ku dziec­ka. Nie zasła­nia się rów­nież ulot­nym żar­go­nem mło­dzie­żo­wych słów roku. Choć pier­wot­ny dra­mat powstał z myślą o ośmio­let­nim widzu7, książ­ka prze­ma­wia gło­sem doj­rza­łe­go i wraż­li­we­go doro­słe­go: kogoś, kto potra­fi emo­cjo­nal­nie oddać doświad­cze­nia dzie­ciń­stwa, lecz pod wzglę­dem języ­ko­wym zacho­wu­je suwe­ren­ność i peł­ną świa­do­mość for­my. Wyda­je się, że wła­śnie na tym pole­ga siła książ­ki, oce­nia­nej przez kry­ty­kę nie­zwy­kle przy­chyl­nie. Inten­syw­ność emo­cjo­nal­na i kon­cep­tu­al­na war­stwo­wość tej pozy­cji mogą wyma­gać obec­no­ści doro­słe­go prze­wod­ni­ka w cza­sie lek­tu­ry. War­to jed­nak zauwa­żyć, że dzie­ci nie­wie­le star­sze od głów­ne­go boha­te­ra zmu­sza­ne są do czy­ta­nia cho­ciaż­by Quo vadisKamie­ni na sza­niec. Teatr Guli­wer na spek­ta­kle Goło­sza zapra­sza widow­nię dzie­cię­cą8, a owe zachę­ty spo­ty­ka­ją się z entu­zja­stycz­nym odze­wem; zapo­trze­bo­wa­nie na nowe, ory­gi­nal­ne histo­rie dla dora­sta­ją­cych, mło­dych ludzi nie­wąt­pli­wie zatem ist­nie­je. Wyda­je się, że war­to było­by zna­leźć miej­sce na jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie w sys­te­mie edu­ka­cji. Kto wie, może w przy­szło­ści słoń zmie­ści się gdzieś mię­dzy Chłop­ca­mi z pla­cu bro­niMałym Księ­ciem?

 

1 Zakład­ka do książ­ki jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie, zawie­ra­ją­ca cie­ka­wost­ki o tych dużych ssa­kach, opa­trzo­na jest logo War­szaw­skie­go Ogro­du Zoo­lo­gicz­ne­go.

2 M. Gołosz, J. Juzyk, jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie?, War­sza­wa: Newho­mers, 2025, s. 9.

3 Tam­że, s. 10.

4 Tam­że, s. 29.

5 Tam­że, s. 5.

6 Tam­że, s. 16.

7 jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie?, „Nowe Sztu­ki”, onli­ne: https://nowesztuki.pl/sztuka/jak-umieraja-slonie/ [dostęp: 8.04.2026].

8 jak umie­ra­ją sło­nie duże i cięż­kie? – czy­ta­nie per­for­ma­tyw­ne, „Teatr Guli­wer”, onli­ne: https://teatrguliwer.pl/wydarzenie/jak-umieraja-slonie-duze-i-ciezkie/ [dostęp: 8.04.2026].

– studentka psychologii i filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim.

więcej →

– dramatopisarz, filozof, były piekarz.

więcej →

Fallback Avatar

– ilustratorka, graficzka.

więcej →

Powiązane teksty

16.04.2026
Recenzje

Kiedy więcej znaczy więcej. O książce „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru” Bekki Rothfeld

Becca Rothfeld dostrzegła potencjał tkwiący w nadmiarze. W swoim debiutanckim zbiorze esejów Wszystko to zbyt małe… próbuje wykazać, że nadmiar jest w swojej istocie emanacją apetytu na życie, przejawem chęci doznania czegoś ponad zaspokojenie podstawowych potrzeb fizjologicznych – o książce Bekki Rothfeld pisze Agata Berniak-Klich.