W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.
„Autoportret”
Tematem przewodnim najnowszego numeru kwartalnika „Autoportret” jest opór Ukraińców wobec rosyjskiej inwazji. Naród ukraiński szuka strategii funkcjonowania w wojennej rzeczywistości, w obliczu nieustannego zagrożenia; musi ponadto znaleźć w sobie siłę potrzebną choćby do odbudowy zniszczonych domów. W rozmowie Kingi Zemły z Bogdaną Kosminą, Michałem Murawskim i Kateryną Rusecką, zatytułowanej Dach pod ostrzałem zamierza się bronić, punktem wyjścia staje się wystawa pawilonu ukraińskiego na Biennale Architektury w Wenecji. Według opisu zawartego w przewodniku ekspozycja ukazuje „nieugiętą, stawiającą opór architekturę bez architektów, zakorzenioną w doświadczeniach poprzednich pokoleń, wojennej traumie i sile oporu”. Prezentowana instalacja, czyli Dakh: Vernacular Hardcore, przedstawia stożkowy, warstwowy dach kryty strzechą, z metalową obręczą zaciśniętą na jego górnej części. Dzięki wykorzystanym materiałom zderzenie wizji schronienia (rozumianego jako pierwotna funkcja architektury) z opresją i zagrożeniem symbolizowanymi przez stalowy uścisk jest niezwykle szokujące. Przytulność, ciepło i kruchość strzechy oraz zimny i twardy metal w pewnym sensie odpowiadają przeciwnym biegunom naszych odczuć zmysłowych, więc ich połączenie może budzić opór. Zestawienie tego rodzaju w kontekście odbudowywania ukraińskich domostw ma jednak również wymiar symboliczny: miękka strzecha łagodzi zimny charakter metalu podobnie jak wysiłek Ukraińców prowadzi do odrodzenia tego, co zniszczone przez rosyjską inwazję. Dakh… w artystyczny sposób ukazuje plan odbudowy Ukrainy – piękny, choć ze względu na okoliczności tymczasowo pozostający w sferze rozważań teoretycznych. Instalacja ma jednak także wymiar praktyczny: przedstawia bowiem konkret, odzwierciedla mnóstwo rozsianych po całej Ukrainie oddolnych inicjatyw, o których na łamach „Autoportretu” opowiadają Kosmina, Murawski i Rusecka. Artyści w omawianych działaniach dostrzegają szansę na rzeczywiste zbliżenie społeczeństwa i jego elit politycznych. Jak podkreślają: „Jesteśmy zwolennikami odbudowy rozumianej jako wspólny wysiłek, zorientowany na wspólne dobra”.
*
W najnowszym wydaniu „Autoportretu” Joanna Erbel zaprasza do wyruszenia w podróż w głąb tego, co minione, a niekiedy nawet niesłusznie zapomniane. Zachęca, żeby w czasie tej wędrówki pozwolić sobie na refleksje o lepszej przyszłości. W tekście Retrofuturyzm codzienności. Jak się rodzi ekopolis podkreśla:
sposób myślenia zwany retrofuturyzmem rozpoznaje, że innowacja nie zawsze rodzi się z nowości. Często wyrasta z przetwarzania dawnych rozwiązań, z odzysku tego, co niegdyś działało, ale zostało porzucone w imię modernizacyjnego pośpiechu. W tym sensie retrofuturyzm wspiera regenerację albo renowację wyobraźni.
Erbel odnosi przytoczone rozważania do przestrzeni miejskiej; podaje przykłady targowisk, odradzającej się spółdzielczości czy potrzeby zagospodarowywania miejskich nieużytków (często powstają tam sady i ogrody ziołowe). W ujęciu autorki retrofuturyzm uczy nas myślenia o tradycji i innowacyjności nie jak o opozycji czy wykluczających się pojęciach, lecz jak o dwóch modelach, których połączenie może przynieść świetne rezultaty. Trzeba nam więc, jak się wydaje, przypomnieć, że „przyszłość rozwija się nie liniowo, lecz spiralnie: poprzez powroty, reinterpretacje i przekształcenia dawnych rozwiązań w nowych kontekstach”. Erbel zaznacza, że tego rodzaju podejście może być szczególnie ważne w czasie polikryzysów; retrofuturyzm rozbudza bowiem naszą wrażliwość na rozmaite perspektywy, na potrzebę suwerenności różnych podmiotów i jednostek. Jak podsumowuje autorka:
Dziś potrzebujemy nie jednej wizji lepszego świata, ale wielu różnych modeli działania, które będą się nawzajem wspierać jak rośliny, zwierzęta i grzyby w permakulturowym siedlisku.
„Nowe Książki”
Błażej Brzostek w książce Życie codzienne kobiet w PRL przedstawia tytułowe zagadnienie, czyli kwestię funkcjonowania kobiet w codzienności Polski Ludowej, w szerszym kontekście życia społecznego w czasach komunizmu. W rozmowie z Sylwią Chutnik wskazuje swój główny pisarski cel: dowartościowanie codzienności przez podkreślenie jej cielesnego i historycznego wymiaru. Zadanie wydawało się niemal karkołomne, zważywszy choćby na sam ogrom materiału. Czy w ogóle możliwe jest precyzyjne zdefiniowane pojęcia „codzienność kobiet”? Jak dokonać konceptualizacji samego pojęcia? Jak wybrać główne osie narracyjne? Z perspektywy historyka współczesności, jak mówi sam Brzostek, nadmiar może skutkować „natłokiem drobnych, nieprzemyślanych interpretacji. Paradoksalnie w tym gąszczu grozi nam poruszanie się tymi samymi, utartymi ścieżkami”. Tak czy inaczej – podział narracji na cykle, linie i pory kobiecej codzienności pozwolił autorowi wyjść obronną ręką z tego niełatwego zadania. Brzostek podkreśla również wielowymiarowość życia w PRL; nie toczyło się ono bowiem w okresie jednolitym historycznie. Codzienność kobiet mogła zatem mieć różne znaczenie w różnym czasie – w zależności od pełnionych przez nie ról społecznych. Zagadnieniem wspólnym dla społecznej i historycznej roli kobiet, niezależnie od warunków przestrzennych i środowiskowych, pokoleniowych albo klasowych, był tak zwany syndrom obciążonej głowy. To nieustanna krzątanina, której przyświecało przekonanie: „tak trzeba”. Autor syntetycznie przedstawia tę codzienność, nadaje jej wyższą rangę i stwierdza:
PRL był rzeczywistością, w której kobiety wykonały ogromną i niewidzialną pracę podtrzymywania świata rodzin, instytucji czy relacji. Zrobiły to w warunkach strukturalnej niesprawiedliwości, amortyzując ten system na dobre i na złe.
Lektura książki Brzostka może być więc powrotem do spraw fundamentalnych połączonym z myślą o przyszłości.
*
Codzienność to także temat przewodni zbioru krótkich esejów Szyjąc Olgi Gitkiewicz. Już sam tytuł artykułu – Troska jako czasownik – wyznacza interpretatorowi strategię analizy tekstów zawartych w książce. Perspektywa Gitkiewicz jest może wąska, ale nie znaczy to, że autorka nie traktuje poważnie sprawy bliższego przyjrzenia się pojęciu troski w kontekście kobiecego doświadczenia. Ten stan zwyczajowo bywa utożsamiany z zamartwianiem się (głównie o innych ludzi), z matczyną perspektywą oraz drążącym umysł i ciało poczuciem niepokoju. Jak zapisuje Sikora-Tarnowska:
[Gitkiewicz – red.] próbuje [ów stan – red.] uchwycić z różnych perspektyw: artystycznej, feministycznej, herstorycznej, społecznej, intelektualnej, materialnej, literackiej, autobiograficznej, językowej, przy czym konsekwentnie wystrzega się abstrakcji i podniosłego tonu.
Troska w esejach Gitkiewicz często wyraża się w opisach krzątactwa. Sikora-Tarnowska traktuje ów termin jako co najwyżej powierzchownie pejoratywny, ponieważ w rzeczywistości jest to określenie nacechowane czułością. To właśnie w ciągłym ruchu, w nieustannej pracy (również opiekuńczej) i czujności emocjonalnej autorka widzi sedno zajmującej ją kwestii. Za niepozorną troską kryją się sprawy znacznie większej wagi. Można tu – za Gitkiewicz – wymienić przykłady emancypantek, sufrażystek, słynnego strajku kobiet na Islandii czy feministycznych praktyk artystycznych. Tak rozumiana troska nie tyle wiązałaby się więc z obciążeniem, ile stanowiłaby punkt wyjścia do produktywnych i przekształcających społeczeństwo działań.
„Znak”
Po przeczytaniu Ostatniego języka Karoliny Cieślik-Jakubiak, iranistki i orientalistki, wiemy już na pewno, że sięgniemy po Dzieci getta Iljasa Churiego. Dwa tomy tej trylogii libańskiego autora – Mam na imię Adam i Stella Maris – w tłumaczeniu Hanny Jankowskiej nie tak dawno ukazały się nakładem wydawnictwa Karakter. Opowiadają o niezwykle skomplikowanych losach Palestyńczyków, o ludziach, którzy tak jak główny bohater, żeby ocaleć, musieli zmieniać tożsamości, co sprawiło, że teraz nie wiedzą, kim tak naprawdę są. Cieślik-Jakubiak w swojej recenzji zapisuje:
Czy Adam Dannun, Palestyńczyk z Liddy, którego odnaleziono jako niemowlę przy piersi zmarłej matki, jest wobec tego postacią fikcyjną? Na potrzeby historii opisanej przez autora w „Dzieciach getta” – tak. Jest jednak także przedstawicielem uniwersalnych doświadczeń kilkuset tysięcy Palestyńczyków pokolenia Nakby, którzy w 1948 roku stracili tożsamość: rodzinę, dom, ziemię, historię i punkt odniesienia. Jako jeden z wielu, Dannun stał się pustym naczyniem, do którego można wlewać historie – do czasu aż naczynie pęknie.
Iljas Churi od lat opisuje historie Palestyńczyków, szczególnie te nawiązujące do 1948 roku, kiedy miliony uchodźców zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów. Wielu z nich przybyło do Libanu, rodzinnego kraju autora Dzieci getta. Tamte wydarzenia z arabskiej historii wywarły na Churim ogromne wrażenie. Sam twórca urodził się w chrześcijańskiej rodzinie, ale – jak twierdzi – drażni go świat oparty na podziale religijnym. Pisarz wierzy przede wszystkim we wspólnotowość, ta zaś skłania go do wysłuchiwania wielu opowieści Palestyńczyków – jak choćby historii jego przyjaciela, Mahmuda Darwisza, znanego poety, który swoją niepewną tożsamość uczynił tematem wierszy. Cieślik-Jakubiak pisze:
Jako kilkulatek uciekł wraz z rodziną ze wsi Al-Birwa w Galilei, skąd trafił do obozu uchodźców pod Bejrutem. Gdy wrócił, zastał tam nowo wzniesiony kibuc Jasur, zaś po rodzinnej wsi ostało się jedynie kilka ruin i ten sam „obojętny księżyc” wiszący na niebie. W czasie uchodźstwa rodziny Darwiszów przeprowadzono na nowo podbitych ziemiach wielki cenzus, który z wszystkich wracających do kraju uczynił potencjalnych infiltratorów. W rezultacie tak poeta, jak i tysiące jemu podobnych Palestyńczyków, żyło w matni. Władze izraelskie zdawały sobie sprawę z ich obecności w kraju, umiejętnie zarządzając strachem poprzez widmo aresztowania w dowolnym momencie, co miało powstrzymać represjonowanych przed próbami buntu czy organizowania się. Rezultatem była też specyficznie rozumiana tożsamość – bycie wygnańcem we własnym kraju, człowiekiem wykorzenionym, bez możliwości osadzenia i przywiązania się do jednego miejsca […].
Właśnie w tak wyglądającej rzeczywistości żyje również bohater frapującej książki Iljasa Churiego.
*
W „Stacji Literatura”, stałym cyklu miesięcznika „Znak”, w którym prezentowane są krótkie utwory literackie, znalazł się tekst Ryszarda Ćwirleja Kto ma w głowie olej. Pisarz jest autorem kryminałów, twórcą powieści neomilicyjnej, nic więc dziwnego, że posłużył się swoją ulubioną konwencją i cofnął do czasów PRL. Jako czytelnicy przenosimy się zatem do pewnego sklepu monopolowego tuż przed świętem 22 lipca, kiedy ciężko pracującym robotnikom należała się solidna dawka alkoholu. Ćwirlej tak opisuje przebieg rozmowy dwóch milicjantów:
To nasze najważniejsze święto ludowe. Bo rząd w Lublinie powołał Milicję Obywatelską, bez tego nie byłoby milicji i was, Olkiewicz, by nie było i nawet, co tu dużo gadać, mnie też – oznajmia dowódca, wysyłając milicjanta na ulice, by wybadał nastroje panujące wśród społeczeństwa.
Co odkrył ów funkcjonariusz, tego nie zdradzamy, żeby nie pozbawiać nikogo przyjemności osobistej lektury. Nas szczególnie uderzyły fragmenty dotyczące poglądów bohaterów w sprawie spożywania alkoholu przez kobiety. Gdy mundurowi rozmawiają o niedogodnościach związanych z organizacją wesela, mówią:
– Podpisanie papierka to jeszcze nic.
– Prawda, potem trzeba jeszcze przenieść pannę młodą przez próg – przypomniał sobie, jak mało brakowało, a dostałby przepukliny, kiedy próbował podnieść Jadwigę.
– Nie o to się rozchodzi. – Obrębski pokręcił głową. – Idzie o to, że potem trzeba przyjąć gości i jeszcze im wszystkim oprócz obiadu trzeba dać coś do picia. Dla kobiet może być skrzynka wermutu, bo to wiadomo, że dużo nie wypiją. Ale co zrobić z facetami?
– Prawda. – Teofil od razu zrozumiał, w czym rzecz. – Facet wermutu nie tknie. W zależności od tego, ilu facetów na weselu, trzeba liczyć na głowę dwie flaszki, a i niektóre baby ino udają, że piją wino, i też każą se lać gorzały.
„Newsweek. Strefa Kultury”
Ukazującą się raz w miesiącu „Strefę Kultury” otwiera tekst Nie wolno się bać – wywiad Katarzyny Janowskiej z Andrzejem Wolfem, reżyserem filmu dokumentalnego XI. Nie bądź obojętny. Obraz, w którym wystąpił nieżyjący już Marian Turski, wzbudza od pewnego czasu kontrowersje z powodu drastycznych zdjęć przedstawiających obozy koncentracyjne, a także współczesne konflikty wojenne w Izraelu, Palestynie czy Ukrainie. Dziennikarka próbuje zrozumieć, dlaczego reżyser zdecydował się zaprezentować aż tak makabryczne zdjęcia. Zapytany o to, czy pokazując rozebranych do naga mężczyzn w getcie, nie miał poczucia ich ponownej wiktymizacji, Andrzej Wolf odpowiada:
Nie myślałem tak o tym. Te zdjęcia znalazła nasza wspaniała montażystka Laura Pawela i nie miała oporów, żeby ich użyć, i ja też. Co więcej, te materiały pochodzą z filmów zamówionych przez rząd angielski i armię amerykańską u najwybitniejszych reżyserów XX wieku – Alfreda Hitchcocka, Franka Capry i Billy’ego Wildera. Nasze pokolenie oglądało je wiele razy w dzieciństwie i nikt nie protestował. Wiesz, co powiedział gen. Dwight D. Eisenhower, wydając rozkaz filmowania dowodów zbrodni i przesłuchiwania świadków? Powiedział: „Uwiecznijcie to wszystko teraz – zdobądźcie nagrania, znajdźcie świadków – bo gdzieś na szlaku historii jakiś drań wstanie i powie, że to nigdy się nie wydarzyło”.
Właśnie o tym opowiada Film Wolfa – o tym, przed czym przestrzegał Marian Turski, gdy wypowiadał tytułową kwestię: „Nie bądź obojętny”. Mimo to TVP wycofała się z emisji filmu, a Muzeum Polin nie zdecydowało się na objęcie go patronatem. Podczas pierwszej, jeszcze nie do końca gotowej projekcji, do której doszło po pogrzebie Mariana Turskiego, rabin Michael Schudrich ostentacyjnie opuścił salę. Tak o tamtym zdarzeniu opowiada Andrzej Wolf, równocześnie odsłaniając kulisy powstawania filmu:
Rabin podobno wyszedł, bo w filmie były materiały ze znakami wodnymi Al-Dżaziry. A może po prostu był głodny i ciągnęło go do domu. W roboczej wersji nie wszystkie materiały były wyczyszczone. Paradoks polega na tym, że Żydzi zarzucają nam, że daliśmy w filmie za dużo zdjęć z Gazy. A dla mnie być może najmocniejsze w filmie są materiały z zamachu na Izrael 7 października 2023 roku. Terroryści z Hezbollahu wpychają do samochodu dziewczynę, która ma zakrwawione spodnie w kroku. Na pace ciężarówki, którą wywożeni są izraelscy zakładnicy, terroryści pałkami okładają mężczyznę.
*
W „Strefie Kultury” znajdziemy także tekst poświęcony powieści Hishama Matara Moi przyjaciele. Autorem recenzji jest Wojciech Engelking. W Całej prawdzie o Libii przybliża on interesującą tematykę książki libijskiego pisarza. W trakcie lektury Moich przyjaciół przenosimy się do czasów arabskiej rewolucji – w okolice Syrty, miejsca urodzenia Mu’ammara al-Kaddafiego, despoty i przywódcy państwa, który został obalony w następstwie protestów społecznych. Odnajdujemy go w betonowej rurze, w której niegdysiejszy dyktator ukrył się przed przeciwnikami. Engelking zapisuje:
bojownicy Libijskiej Rady Narodowej […] początkowo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Nie wiedzieli tego także piloci NATO, którzy wcześniej zaatakowali konwój ciężarówek zmierzający z Syrty w kierunku doliny Al-Jaref. Kaddafi – tak zeznał później szef jego ochrony – liczył się z tym, że to jego ostatnie chwile; do doliny jechał, by umrzeć blisko miejsca, w którym się urodził. A jednak: wyciągnięty z rury, na okrągło zadawał rebeliantom pytanie, co takiego im zrobił, że go mordują.
Ale nominowana dwa lata temu do Nagrody Bookera powieść Hishama Matara nie jest książką o arabskiej wiośnie. Jest za to historią o mężczyznach, którzy przed laty wyemigrowali z Libii, żeby teraz do niej wrócić. Tak jak Hosam, który niegdyś marzył, żeby zostać pisarzem, ale po wyjeździe z kraju musiał podjąć pracę jako stróż w hotelu. Z kolei Mustafa porzucił dość intratne zajęcie, jakim było kierowanie agencją nieruchomości w Wielkiej Brytanii, żeby na własnej skórze przekonać się, co czeka go we własnym kraju. Ich losy splatają się z dziejami Chaleda – nauczyciela języka angielskiego w szkole podstawowej w Battersea. Ostatni z mężczyzn ma obawy związane z wyjazdem do swojej ojczyzny. Jak pisze Engelking:
Jest w „Moich przyjaciołach” gorzki fragment, w którym Mustafa, znalazłszy się na nowo w Libii, mówi Chaledowi, że przepaść między nimi – emigrantami, którzy spędzili lwią część życia na Zachodzie – a Libijczykami, którzy żyli pod dyktaturą, jest nie do zasypania.
Na zakończenie autor dodaje:
Czekanie na wyzwolenie Libii okazało się iluzją, bo – udane, nieudane – wyzwolenie kraju nie oznacza wyzwolenia człowieka.