Trzynaścioro autorów i autorek z pięciu kontynentów zostało nominowanych do tegorocznej nagrody Basske-Wortza. Z tej okazji przyjeżdżają oni do szwedzkiego miasteczka, gdzie odbędzie się czterodniowy festiwal literacki, podczas którego każda z zaproszonych osób wygłosi wykład na temat własnej ścieżki artystycznej oraz swoich poglądów na literaturę i jej rolę we współczesnym świecie. Wśród nominowanych jest tytułowa bohaterka, Peruwianka Mona Tarrile-Byrne. Jej debiut odbił się głośnym echem w środowisku literackim i został przetłumaczony na kilka języków. W kubańskim czasopiśmie lewicowym założonym dawno temu przez samego Fidela Castro znany historyk literatury nazwał książkę „radykalnym zjawiskiem” i zwrócił uwagę na „żywotne zaangażowanie”, objawiające się połączeniem polityki i literatury, a samą autorkę namaścił na spadkobierczynię iberoamerykańskiego boomu. Wschodząca gwiazda literatury jest obecnie stypendystką Uniwersytetu Stanforda, gdzie przygotowuje doktorat i pisze drugą powieść. Praca nad tekstem idzie jej średnio, a może wręcz słabo. Mona fantazjuje o tym, że dostanie nagrodę Basske-Wortza. Wyróżnienie to jest nie tylko prestiżowe, ale także związane z niemałą sumą pieniędzy przeznaczoną dla laureata – mówimy bowiem o dwustu tysiącach euro. Jak sądzi bohaterka, kwota ta pozwoliłaby jej całe życie spędzić w dżungli i niczym się nie przejmować.
Mona, trzecia powieść argentyńskiej autorki Poli Oloixarac, ukazała się po hiszpańsku w 2019 roku. Polski przekład autorstwa Weroniki Ignas-Madej wydawnictwo GlowBook opublikowało natomiast w 2024 roku. Od razu muszę ponarzekać na okładkę, żeby szybko mieć to z głowy. Nie wydaje mi się, że goła baba (kursywa zamierzona) paląca papierosa to najbardziej fortunny pomysł na zilustrowanie książki o pisarce nominowanej do nagrody literackiej (choć doceniam zamieszczoną na okładce wzmiankę o nagrodzie). Owszem, bohaterka miewa romanse, ogląda porno i uprawia seks, ale przecież raczej nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby książkę, w której to pierwszoplanowa postać męska miewa romanse, ogląda porno i uprawia seks, zilustrować gołym chłopem. Sprawa dodatkowo się komplikuje, gdy w zakończeniu powieści bohaterka wreszcie ustala przyczynę okropnych siniaków, z którymi obudziła się w dniu wylotu do Szwecji. W tym kontekście gorszym pomysłem na wykorzystanie gołej baby na okładce są chyba tylko nowe edycje książek Elfriede Jelinek w wydawnictwie W.A.B. Ze względu na kronikarską uczciwość muszę jednak zaznaczyć: sama Oloixarac w rozmowie opublikowanej przez portal Booklips mówi, że okładkę uważa za wspaniałą.
Ale wróćmy do tego, co pod okładką. Pytana o narodowość, Mona ku własnemu zaskoczeniu określa się jako Inka.
Choć urodziła się w Peru, w jakichkolwiek innych okolicznościach przyznanie się do inkaskiego pochodzenia uznałaby za idiotyzm, zresztą podobnie nigdy nie nazwałaby się – przed przyjazdem do Stanów – „osobą kolorową”1.
Tymczasem jednak pojawia się na amerykańskiej uczelni, „w momencie gdy bycie «kobietą, w dodatku kolorową» stanowiło według obowiązującego w USA kodeksu życzliwego rasizmu pewną formę kapitału”2. W świecie książki tego typu deklaracje tożsamościowe są nawet nie tyle dobrze widziane, ile obligatoryjne. Później, gdy Mona przybywa do Szwecji na galę Basske-Wortza, poznaje dwanaścioro współnominowanych, którzy również chętnie grają w tożsamościowe gry, jakby celowo utrwalali najróżniejsze stereotypy. Japońska autorka reprezentuje schludny minimalizm rodem ze sklepów Muji, izraelska autorka pisze o Izraelu, kabale i Holokauście, Islandczyk jest w silnej komitywie z siłami natury, Kolumbijczyk rozprawia o lewicy, bo wie, że właśnie tego się od niego oczekuje. A algierski poeta? No cóż, okazuje się, że wygląda dokładnie jak algierski poeta. Oczywiście oprócz tego autorzy przez cały czas odgrywają role autorów, a w tym pomaga im zaglądanie co rusz do moleskinów. Jeśli ktoś moleskina nie ma, z pewnością ucieszy się, gdy zanurkuje w przygotowanym przez organizatorów tegorocznego Basske-Wortza pakiecie powitalnym i pośród najróżniejszych gadżetów znajdzie notes z napisem Writers Block. Od obdarowanego zależy, czy żart słowny wydrukowany na okładce notesu uzna za zabawny i uroczy czy może raczej za nieznośny i irytujący. W tym niepozornym detalu odsłania się także ironia, a nawet lekka złośliwość autorki.
Mona niewątpliwie bowiem jest satyrą, między innymi na liberalny wokeizm, ale przede wszystkim na świat pisarski. Festiwal literacki i związana z nim prestiżowa nagroda to świetna sceneria do prania brudów – okazja, by ujawnić animozje, plotki o tym i owym, stracone nadzieje, próby budowania sojuszy, na których można by coś ugrać w dalszej perspektywie. Podobnych wątków trochę w Monie jest, choć akurat nie za dużo. Jeden z bohaterów mówi natomiast coś, co mogło przejść przez myśl wielu osobom piszącym rozdrażnionym koniecznością przebywania w towarzystwie innych osób piszących:
Festiwale służą właśnie do tego. Żeby poczuć tak wielką odrazę do wspomnień, taki wstręt do społeczności, żeby nie została inna opcja niż pisanie. „Seul contre tous”. Tylko to usprawiedliwia istnienie festiwali3.
Podczas lektury co jakiś czas przypominałam sobie o istnieniu fenomenalnego felietonu Macieja Sieńczyka, opublikowanego wiele lat temu w „Dwutygodniku”. W tekście autor opowiada o tym, jak znalazł się w gronie siedmiorga nominowanych do Nike – już witał się z gąską, ale nagrody ostatecznie nie dostał4. Trochę brakowało mi w Monie tego rodzaju treści, ale książka i tak jest zabawna i zjadliwa. Wśród problematyzowanych przez Oloixarac tematów pojawia się między innymi tak często poruszana przez osoby autorskie kwestia (od)dawania głosu grupom marginalizowanym czy w jakiś inny sposób go pozbawionym (odkładam na bok rozważania o tym, czy w większości przypadków głos ów nie jest aby dawany samym sobie oraz czy szlachetne deklaracje nie służą tu do wytwarzania syntetycznej empatii i do odsunięcia zarzutów o niepożądany egoizm). Kolejne zagadnienie podejmowane przez Oloixarac, które w dzisiejszych czasach wręcz trzeba uwzględniać, dotyczy zależności między sztuczną inteligencją a twórczością prozatorską. Warto zacytować fragment książki – na pytanie, jakich autorów może naśladować AI, jeden z bohaterów odpowiada:
Na przykład cały ten nudny Thomas Bernhard całkiem nieźle jej wychodzi, długie akapity, w których wałkuje jedną kwestię na tysiąc sposobów, przez co umysł czytającego ma wrażenie, że to jakaś niekończąca się spirala. I to jest zabawne, że Thomas Bernhard ma tylu naśladowców w Ameryce Południowej, nie do uwierzenia, że jak ktoś zalicza spadek nastroju, to w głowie zapala mu się lampka: „Napisz podróbkę Thomasa Bernharda, zobaczysz, że dobrze pójdzie, że będzie literacko, że będzie czuć, że piszesz o czymś ważnym”5.
Przywołany fragment przywodzi na myśl (skądinąd udaną) powieść Wstręt. Thomas Bernhard w San Salvadorze autorstwa pochodzącego z Salwadoru Horacia Castellanosa Moi, która ukazała się w Polsce dwa lata temu w przekładnie Aleksandra Trojanowskiego. Refleksji bohatera Mony trudno również nie przenieść na rodzimy grunt, bo przecież i współczesna literatura polska ma na swoim koncie co najmniej kilku Bernhardzików. Autorka kpi także z cytowania do znudzenia tych samych tekstów. Każda osoba, która kiedykolwiek przeciągle ziewnęła, słysząc choćby: „Trzeba wyobrazić sobie Syzyfa szczęśliwym”, powinna z wdzięcznością przywitać krótki rant na „fail, fail again, fail better” Samuela Becketta. Miłośnikom drwin z dziwacznych i lekko pretensjonalnych wtrętów osób piszących prawdopodobnie przypadnie do gustu wykreowana przez Oloixarac postać tłumacza, który dla własnej satysfakcji przekłada piosenki Boba Dylana na łacinę.
To właśnie zjadliwość odróżnia Monę od innych książek dotyczących tak zwanego środowiska, które ukazały się po polsku w ostatnich latach.
Opowiadamy sobie różne rzeczy. Wczoraj, jak mówi, zmienił przecinek na kropkę i duże A i przepisał cały wiersz, a wtedy zobaczył, że to jednak powinien być przecinek, więc jeszcze raz zmienił, jeszcze raz przepisał i zmienił znów na kropkę. Przez cały dzień, od tygodnia, od miesięcy, zmienia ten sam przecinek i nie może iść dalej z robotą, dopóki nie stwierdzi, jak ma ostatecznie być6.
Przywołany cytat pochodzi z Lucinelli Lore Segal, powieści napisanej pół wieku temu, a po polsku opublikowanej w 2018 roku w tłumaczeniu Magdy Heydel. To historia o rezydentach legendarnej kolonii artystycznej w Yaddo w stanie Nowy Jork – całkiem zabawna, choć wyróżniająca się raczej delikatnym, niekiedy wręcz campowym humorem. Z kolei w wydanym niedawno w przekładzie Kai Gucio Wymieraniu Ireny Rey pióra Jennifer Croft – tekście dotyczącym sekty tłumaczy skupionych wokół wielkiej autorki – kluczowa dla fabuły jest intryga, w wyniku której na jaw wychodzą niezwykłe fakty. Tymczasem w Monie Oloixarac nie jest istotne nawet to, kto ostatecznie dostanie prestiżową nagrodę. W zakończeniu powieści okazuje się bowiem, że w obliczu pewnych wydarzeń zarówno sam wybór jury, jak i dwieście tysięcy euro jako wynagrodzenie dla laureata konkursu schodzą na dalszy plan.
1 P. Oloixarac, Mona, tłum. W. Ignas-Madej, Sieradz: GlowBook, 2024, s. 12.
2 Tamże, s. 12.
3 Tamże, s. 115. Wyróżnienie w cytacie – N.S.
4 M. Sieńczyk, Mój kącik: Dzieje krótkotrwałej pomyślności, online: https://www.dwutygodnik.com/felieton/4810-moj-kacik-dzieje-krotkotrwalej-pomyslnosci.html [dostęp: 27.05.2026.]
5 P. Oloixarac, Mona, s. 102. Wyróżnienie w cytacie – N.S.
6 L. Segal, Lucinella, tłum. M. Heydel, Wrocław: Wydawnictwo Ossolineum, 2018, s. 22.
