Jest chyba coś na rzeczy, gdy idzie o życie przedśmiertne pisarza Roberta Walsera, z jednej strony zupełnie zwyczajne, z drugiej strony dostarczające materiału na jedną z tych powieści, które później długo analizuje się na literaturoznawczych seminariach. Gdyby powstała w Hiszpanii, jej akcja rozgrywałaby się bardzo dawno temu u Miguela de Cervantesa. W innym czasie Zbója i jego autora przejąłby pewnie Georg Büchner. Za oceanem pisałby o nim Herman Melville, imię Jakob lub Robert zastępując Bartlebym, Charles Dickens zaś zamiast na wędrówki po Szwajcarii i Niemczech skazałby Walsera na wałęsanie się po londyńskich okolicach1. Gdy jednak przyjrzeć prawdziwemu życiu Walsera, można by założyć, że to opowieść z rodzaju tych niezbyt wesołych, w których przez ostatnie trzydzieści lat z pozoru niewiele się dzieje, a na końcu wszyscy umierają. Od tego jednak są bajki, by rzecz nieco przekręcić.
I
Kiedy w 1929 roku Walter Benjamin esej o Robercie Walserze zaczynał słowami: „Można dużo czytać Walsera, o nim jednak – nic”2, nie mógł jeszcze wiedzieć, że będzie to jednocześnie rok, w którym szwajcarski pisarz zostanie umieszczony w sanatorium dla nerwowo chorych w Waldau, ani również tego, że cztery lata później, wbrew jego woli, przeniosą go do odległego zakładu Herisau, określanego przez okolicznych mieszkańców jako „żółta wioska”. Tam Walser spędzi ponad dwie dekady – całą resztę swojego życia, nie zapisując już ani linijki tekstu. Nikt z nich nie przewidział również tego, że o zapomnianego, szalonego i milczącego „poetę” upomni się niemieckojęzyczna literatura. Najpierw dziennikarz z Zurychu, Carl Seelig – człowiek równie sprawczy, co kontrowersyjny – towarzyszył swojemu ulubionemu pisarzowi, a później również podopiecznemu. Walser, uznany za niezdolnego do podejmowania czynności prawnych, otrzymał wtedy kuratora zarządzającego jego majątkiem. Przez dwadzieścia lat Seeling wędrował z nim po okolicach Herisau, a owocem tych spotkań stała się książka Wędrówki z Robertem Walserem, bodaj pierwsze dzieło poświęcone autorowi Jakoba von Guntena, przedstawiające jego zromantyzowaną i nieznośnie patetyczną postać. W ten sposób rozpoczął się pierwszy etap pośmiertnego życia Roberta Walsera. Ale był również etap drugi – wydawniczy. W 1978 roku, z okazji setnej rocznicy urodzin pisarza, niemieckie wydawnictwo Suhrkamp opublikowało poprawione wydanie wybranych utworów, co oznaczało jego spóźniony, lecz trwały wstęp do kanonu literatury niemieckojęzycznej. Lata później o Walsera upomniała się także austriacka noblistka, Elfriede Jelinek, która w wielu swoich utworach odnosi się bezpośrednio do jego twórczości (Winterreise, Der Wanderer, Totenauberg. Ein Stück), ale uczyni go także bohaterem sztuki, zatytułowanej przewrotnie er nicht als rr (On jako nie on).
Poeta leży martwy na śniegu – pisze Jelinek, nawiązując do zdjęcia zwłok Walsera wykonanego przez śledczego Kurta Giezendannera – a kapelusz spadł mu z głowy i leży obok niego, ale nadal znajduje się na zdjęciu. Tytuł utworu składa się z sylab jego imienia, ale nie tworzy to całości ani nie ma sensu: Rob-er‑t nie jako Wals-er, on jako nie on3.
I wcześniej: „Historia literatury pełna jest dziwacznych lub tragicznych losów. Jednak historia Roberta Walsera należy do najbardziej tragicznych”4. W tekście Jelinek roztrzaskany anagram, mikrogramy i drobinki obecności stają się nośnikiem tego, co pozostaje po człowieku. Próba pozbierania ich razem, liter, sylab, wersów, nigdy nie prowadzi do pełni, nigdy nie odtwarza całości, a jednak pozwala rekonstruować resztkę po życiu, która tworzy rozproszoną i rozszczepioną obecność w literaturze. Zdaje się również, że Jelinek jako zaprawiona czytelniczka filozofów zna dalszy ciąg eseju Waltera Benjamina. Pamięta zwłaszcza jedno zdanie o powieściach Szwajcara: „Walser zaczyna tam, gdzie kończą się bajki”, i właśnie je bierze sobie do serca, nie w porządku fabularnym ani symbolicznym, lecz w przestrzeni śladu, żeby tam, gdzie literatura rezygnuje z obietnicy sensu i pozostaje przy tym, co marginalne i milczące, stworzyć przepiękną baśń o życiu pośmiertnym Roberta Walsera.
II
Musiał nieźle nabroić ten nieszczęśliwy Szwajcar, skoro jego twórczość odbiła się echem w kręgach niemieckojęzycznej literatury, i to nie wtedy, gdy wszyscy: czytelnicy, wydawcy i sam Walser, mogli się tego spodziewać. Zaczynał jako pisarz niestrudzony, do wydawcy czasopisma „Der Bund” wysłał czterdzieści utworów poetyckich, z których opublikowano sześć w dodatku niedzielnym gazety z maja 1898 roku5. Zanim wyruszył do Berlina, gdzie zaczął się najbardziej owocny okres jego twórczości, podejmował się wszelkich możliwych prac: pracował w fabryce turbin, w Biurze dla Bezrobotnych Kopistów w Zurychu, agencji, która zatrudniała na godziny do przepisywania i adresowania i z której chętnie korzystało coraz więcej firm, tuż po tym, jak odkryły, że nieetatowi pracownicy są tańsi. W pewnym momencie zatrudnił się jako pomocnik inżyniera i wynalazcy Carla Dublera, którego postać później wykorzystał w swojej twórczości. W 1904 roku ukazuje się wreszcie jego książkowy debiut Wypracowania Fritza Kochera (Fritz Kocher’s Aufsätze). Autor zakłada literacką maskę i przedstawia czytelnikowi szkolne wypracowania ucznia, który zmarł zbyt wcześnie, sam zaś sprytnie podszywa się pod jego głos. Fritz zamiast niewiniątkiem okazuje się bystrzakiem i łotrem, którego cechują przekora i ironiczne spojrzenie na świat. W czasie, gdy fingowane wypracowania trafiły w tryby recenzenckich maszyn, Walser wyruszył dalej. W Berlinie ukończył kurs dla lokajów i wyjechał na pewien czas na służbę do zamku na Górnym Śląsku. Gdy opuszczał posadę, by wrócić do niemieckiej stolicy, w jego głowie musiał tlić się pomysł na powieść o dziwacznym, ni to upiornym, ni zabawnym Instytucie Benjamenta, w którym arystokrata Jakob von Gunten uczy się, jak zostać „doskonałym zerem”. Zanim jednak najwybitniejsza powieść Walsera zostanie wydana, powstanie książka Rodzeństwo Tanner (Geschwister Tanner). Sprzeda się tak dobrze, że wydawca poprosi księgarzy o zwrot nadwyżek, by wysłać je do miejsc, które wyprzedały cały nakład6. Powieść przedstawia rodzinę Walserów w krzywym zwierciadle, co odbije się na relacjach pisarza z rodzeństwem. Wkrótce potem pojawi się kolejny ważny tekst – opowieść o upadku: Człowiek do wszystkiego (Der Gehülfe). Znany już wcześniej inżynier, Carl Dubler, powraca tu pod nowym nazwiskiem – jako Carl Tobler. Tym razem występuje jako fantasta i wynalazca żyjący w świecie projektów, które niemal zawsze kończą się porażkami. Jego dom stopniowo się rozpada, a marazm staje się coraz bardziej odczuwalny. Pomocnik (jakże do Walsera podobny!) Joseph Marti, tytułowy „człowiek do wszystkiego”, ma pełne ręce roboty. Pisze ogłoszenia, szuka „kapitalistów” gotowych zaryzykować swoje pieniądze, odpiera natarczywych wierzycieli, a sam nie otrzymuje zapłaty. Jego praca nie prowadzi do żadnego finału, to raczej zapętlony ruch w miejscu, powtarzający się wysiłek. W twórczości Walsera właśnie tak wygląda świat: jest podszyty lękiem i dziwnym, niepokojącym pragnieniem samospełnienia. Ta linia zostaje jednak zerwana przez samego pisarza. Po masce małego „panicza” Kochera i po spojrzeniu utkwionym w bogaczu fantaście Toblerze pojawia się nowy walserowski bohater – Jakob von Gunten, który jest wreszcie Kimś, ale pragnie zostać Nikim. To figura pozorowanej klęski, a zarazem moment upragniony przez pisarza przełomu. Walser ma nadzieję, że dzięki tej powieści przestanie być wreszcie prekariuszem słowa pisanego. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że ta historia potoczy się zupełnie inaczej. Sprzedaż książki była tak słaba, że Bruno Cassirer, właściciel wydawnictwa, dwa miesiące po wprowadzeniu Jakoba do księgarń zdecydował się na publikację drugiego, fałszywego wydania. Choć Walsera czytano już teraz wszędzie: w kraju jego urodzenia, w Berlinie i Pradze, to popularni krytycy i recenzenci wciąż milczeli. Bez recenzji książka nie miała szans na odbiór. I tak ta niewesoła bajka zaczęła się od nowa, tym razem jako opowieść o twórcy, który przegapił własną sławę: był o krok od wielkiej kariery, lecz zawsze „nie dość”. Bez rodzinnego majątku nie potrafił utrzymać się w Berlinie, zaliczki na kolejne książki topniały w zastraszającym tempie, a wydawnictwo Paula Cassirera szybko traciło znaczenie na rzecz innych oficyn, jak choćby Fischer i Rowohlt, lepiej wyczuwających rynek, które wkrótce stały się potęgami niemieckojęzycznego świata literackiego.
W Walserze zaszła zmiana. Brak odzewu zranił go i poniżył. Pisał coraz mniej, choć jeszcze w Berlinie ukazało się piękne wydanie jego wierszy. Z powodu „załamania” ręki zaczął coraz częściej zapisywać teksty ołówkiem. Z nakreślonych wówczas notatek kilka lat później powstały niemal nieczytelne mikrogramy, które z dwudziestu czterech arkuszy złożyły się na Zbója7, (napisanego w 1925 roku, a odnalezionego i wydanego dopiero w latach siedemdziesiątych). Sobowtór Walsera obserwuje siebie z boku, czasem działa, czasem pozostaje bezczynny, zawieszony między obecnością a nieobecnością. To postać rozdwojona, dziwaczna i odmieniona, jakby całkowicie oderwana od świata, a jednocześnie zmuszająca autora do konfrontacji z własnymi lękami, obsesjami i powoli narastającą paranoją. Na rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej Walser wrócił do Szwajcarii. Najpierw zamieszkał u siostry, Lisy, wcześniej sportretowanej w Rodzeństwie Tanner, a później wyjechał, żeby na długo, bodaj najdłużej w swoim życiu, pozostać w hotelu dla abstynentów noszącym nazwę „Blaues Kreuz”.
III
Walser pisał, gdy chwiały się i upadały imperia, a przez Europę przetoczyła się pierwsza wojna światowa. W Szwajcarii spacerował, obserwował świat i zapisywał to, co widział, w swoich mistrzowskich niewielkich opowiadaniach publikowanych w prasie. Chyba jak nigdy wcześniej był zachwycony światem, tak jakby nie potrafił oderwać oczu od tego, co go otaczało. Patrzył więc i przecierał oczy ze zdumienia, jakby wciąż odkrywał, że świat jest bardziej zadziwiający, niż mogło mu się wydawać. Nadal próbował napisać kolejną wielką powieść. W 1917 roku powstała jego przepiękna, niepozbawiona humoru, a jednocześnie pełna ironii, wielowątkowa nowela Der Spaziergang (Spacer). Jest to opowieść o wolności, a zarazem nieustanne ćwiczenie z obserwacji natury, miasta i ludzi. „Spacery to dla mnie sprawa bezwzględnie konieczna – pisze Walser – abym się ożywił i utrzymał kontakt ze światem, bez którego poczucia nie mógłbym napisać ani pół litery, ani jednego wiersza w prozie czy noweli”. To ta część bajki, w której pisarz nadal idzie przed siebie, uważnie wpatrując się w świat, w którym każde zdarzenie może stać się sceną dla literatury. Próby „stawania na nogi” trwały mniej więcej do 1926 roku, gdy spacery, tym razem w Bernie i okolicach, stawały się coraz dłuższe. Chodzenie do granic wytrzymałości miało w jakiś sposób zagłuszyć głosy w głowie Walsera i stać się lekarstwem na bezsenność; nocą dręczyły go długie koszmary i halucynacje. Poczucie ciągłego zagrożenia wpływało też na jego decyzję o częstych zmianach pokojów. W żadnym nie czuł się wystarczająco bezpieczny, a gdy pojawiał się kolejny epizod chorobowy, uciekał, żeby szukać schronienia gdzie indziej. Po powrocie z Berlina do Szwajcarii najpierw zamieszkał w Bellelay u siostry Lisy, a potem znowu gdzie indziej. W Bernie dzielił mieszkania z ludźmi przeróżnych zawodów: pracownikami fizycznymi, pokojówkami, szwaczkami. Powróciły też jego problemy z alkoholem. Wychodził z pokoju, który był dla niego pozornym schronieniem, przepijał zaliczki oraz wynagrodzenia od swoich wydawców. Po epizodzie paranoidalnym, gdy groził najbliższym nożem, zgodził się na pobyt w Waldau – miejscu, gdzie po kilkunastu latach hospitalizacji zmarł jego brat Ernest.
Przeniesienie z Waldau do Herisau w czerwcu 1933 roku było dla Walsera traumatycznym doświadczeniem. Wcześniej nie znosił przebywania w pojedynczych pokojach, każda próba przydzielenia mu własnej przestrzeni kończyła się powrotem nocnych lęków, głosów i halucynacji, dlatego spał wyłącznie w pewnego rodzaju szpitalnym dormitorium. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy dyrektor ośrodka w Herisau Otto Hinrichsen przyznał mu prywatny pokój, mimo że według standardów był pacjentem czwartej kategorii. Decyzje dyrektora mogły być podyktowane ich wspólnym doświadczeniem z przeszłości. Hinrichsen jeszcze jako student medycyny miał ambicje pisarskie, publikował wiersze, z którymi Walser obszedł się dość bezwzględnie. Na domiar złego siostra Lisa zrzekła się opieki nad nim, a pisarz otrzymał opiekuna prawnego, tracąc de facto zdolność do samodzielnego decydowania o sobie. Próbował wypisać się ze szpitala, ale dyrektor uparcie twierdził, że pisarz z zaburzeniami psychicznymi nie może tworzyć. Pokój do pisania był gotowy, lecz Walser siedział w nim sparaliżowany i nie mógł zapisać ani jednego słowa8. Walser spędził w szpitalu kolejne lata, znów ratując się długodystansowymi spacerami. Na ten ostatni, po ośnieżonych wzgórzach, wyruszył w Boże Narodzenie 1956 roku. Zmarł na atak serca. Wiele lat wcześniej w Rodzeństwie Tanner znalazł chyba miejsce dla tej przyszłej scenerii, w chwili gdy Simon Tanner natrafia w zaśnieżonym lesie na zamarznięte ciało Sebastiana. Z jego kieszeni wystają kartki zapisane wierszami.
IV
Na nagrobku Roberta Walsera widnieje fragment jego wiersza: „Idę swoją drogą/ prowadzi kawałeczek dalej/ i do domu; potem bez dźwięku/ i słowa znikam”. Ale czy Walser faktycznie znika? „Przechadza się pan tu z wyraźną ulgą”9, napisze Jelinek. Bo tak właśnie działa to w bajce: bohater często przechytrza śmierć, wychodzi na ludzi, zdobywa bogactwo. Jak prawdziwy łotrzyk literatury, który „nigdy nie opuści swoich postaci, by odtąd żyć tylko i wyłącznie w braterstwie z setką swoich ulubionych włóczęgów”10. Bez niego nie byłoby pisarzy austriackich: Thomasa Bernharda (kuśtykającego Wiktorka i wygadanego Sauraua), ciągle wędrującej po roztrzaskanym świecie Elfriede Jelinek; surowych Szwajcarów: Maxa Frischa, a później Christiana Krachta; Niemców: z mikrogramami Alexandra Klugego i łazikostwem W.G. Sebalda. Pozostaje łotrzyk Walser przywódcą całej tej hałastry, bo „wcale nie umarł i żyje do dziś”, od jakiegoś czasu w całkiem innych bajkach.
1 Max Brod i Franz Kafka nazywali Walsera „szwajcarskim Dickensem”.
2 W. Benjamin, Robert Walser, [w]: tegoż, Konstelacje. Wybór tekstów, tłum. A. Lipszyc, A. Wołkowicz, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012, s. 259.
3 E. Jelinek, er nicht als er (zu, mit Robert Walser). Ein Stück, Frankfurt am Main: Rowohlt Theater Verlag, 2004, s. 49.
4 Tamże, s. 47.
5 Motyw propozycji wydawniczych, które Walser wysyła do wydawców, będzie powracał w gorzkich mikrohistoryjkach: „Utwory dzienne i nocne, wesołe i smutne, z łezką i z fasonem, kuchenne i salonowe, cenne i bezcenne, nieustannie z niegasnącą nadzieją rozsyłane, okazywały się na ogół nieprzydatne, raczej nie pasowały do profilu i żadną miarą nie odpowiadały życzeniom”. R. Walser, Ostatni utwór prozą, [w:] tegoż, Coś w rodzaju opowiadania, tłum. M. Łukasiewicz, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 2025 [ebook].
6 Zob. pierwszą książkę Walsera opublikowaną w pierwszym polskim przekładzie Willa pod Gwiazdą Wieczorną, tłum. T. Jętkiewicz, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1972, w drugim: Człowiek do wszystkiego, tłum. T. Jętkiewicz, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy 2002.
7 W prozie Walsera, tak jak w historiach Kafki, roi się od postaci dziwacznie podobnych i sobowtórach, co zresztą znajduje odzwierciedlenie w relacji, jaka łączyła Walsera z bratem Karlem, którzy nazywani byli bliźniakami bez fizycznego podobieństwa.
8 Zob. S. Bernofsky, Clairvoyant of the Small. The Life of Robert Walser, Yale: Yale University Press, 2021, s. 286–287.
9 E. Jelinek, er nicht als er…, s. 9.
10 W. Benjamin, Robert Walser…, s. 261.
