Prasówka (26 czerwca 2026)

W redak­cji „Dzien­ni­ka Lite­rac­kie­go” wer­tu­je­my róż­ne­go rodza­ju cza­so­pi­sma w poszu­ki­wa­niu inte­re­su­ją­cych tek­stów. Wyła­wia­my arty­ku­ły, któ­re nas intry­gu­ją, poru­sza­ją, pro­wo­ku­ją do roz­mo­wy. Naszym czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom rów­nież powin­ny przy­paść do gustu. Dla­te­go w każ­dy pią­tek zapra­sza­my do lek­tu­ry prze­glą­du pra­sy kul­tu­ral­nej.

„Pismo. Magazyn opinii”

Let­nie wyda­nie spe­cjal­ne maga­zy­nu „Pismo” przy­no­si tek­sty krą­żą­ce – jak zapi­su­je redak­cja – „wokół miło­ści”. Na przy­kład opo­wia­da­nie Palec boży Patry­cji Pust­ko­wiak. Jego boha­ter­ką jest czter­dzie­sto­let­nia kobie­ta po roz­wo­dzie, któ­ra odczu­wa coraz więk­szą pust­kę. W akcie despe­ra­cji niczym po ostat­nią deskę ratun­ku się­ga po popu­lar­ną apli­ka­cję rand­ko­wą. Wspo­mi­na­jąc tak­że o poprzed­nich doświad­cze­niach swo­jej boha­ter­ki zwią­za­nych z por­ta­lem Tin­der, Pust­ko­wiak w ten spo­sób roz­po­czy­na swo­ją opo­wieść:

Gość, któ­ry dał mi super­laj­ka, miał oczy dra­pież­ni­ka. Okrut­ne, zim­ne i jak­by już fir­mo­wo wpa­trzo­ne w ofia­rę. Muszę przy­znać, że im dłu­żej przy­glą­da­łam się jego zdję­ciu, odno­to­wu­jąc swo­je rosną­ce zain­te­re­so­wa­nie, tym więk­szej pew­no­ści naby­wa­łam, że mój radar nasta­wio­ny na oso­by o wąt­pli­wej kon­dy­cji zdro­wia psy­chicz­ne­go nadal dobrze dzia­ła. Jest jed­nak w ludziach coś, co dzia­ła z podob­ną mocą – to ten­den­cja do samo­oszu­ki­wa­nia sie­bie. Wszę­dzie wypa­try­wa­łam zna­ków, że mój los, unie­ru­cho­mio­ny pośrod­ku cze­goś więk­sze­go, przy­po­mi­na­ją­cy łabę­dzia uwię­zio­ne­go na sku­tym lodem jezio­rze, cze­ka nagła odmia­na. Odwilż, po któ­rej będę mogła na nowo roz­po­strzeć skrzy­dła.

Dzię­ki por­ta­lo­wi boha­ter­ka pozna­ła pro­gra­mi­stę, któ­ry oka­zał się tak wylew­ny i otwar­ty, że dzie­lił się z nią naj­in­tym­niej­szy­mi histo­ria­mi ze swo­je­go życia, mię­dzy inny­mi zdję­ciem paskud­nej egze­my na ręce. Ale to jesz­cze nic przy nie­po­zor­nie wyglą­da­ją­cym face­cie, któ­ry pod­czas spo­tka­nia przy­su­nął się do niej z tele­fo­nem i zapre­zen­to­wał jej fot­kę z olbrzy­mim skó­rza­nym biczem. Zamie­rzał za jego pomo­cą uatrak­cyj­nić ich wspól­ny wie­czór. Nic więc dziw­ne­go, że boha­ter­ka ucie­kła. Za to ide­al­nym part­ne­rem wydał się jej wspo­mnia­ny na począt­ku opo­wia­da­nia męż­czy­zna, z zawo­du psy­chia­tra:

Dok­tor Czub – taką ksyw­kę nada­łam mu w następ­stwie póź­niej­szych wyda­rzeń – był bar­dzo przy­stoj­ny. Wpa­try­wa­łam się w jego ide­al­ną twarz, któ­rej wyraz pozo­sta­wał nie­mal nie­zmien­ny, w zęby bia­łe jak kamie­nie na dale­kich pla­żach, w nie tyl­ko ist­nie­ją­ce, lecz tak­że buj­ne wło­sy, no i te oczy… Ele­ment, któ­ry od razu mnie zanie­po­ko­ił. Błę­kit­ne, pięk­ne, choć pozba­wio­ne wyra­zu, jak­by nie były jedy­nie zwy­kły­mi ludz­ki­mi ocza­mi, a eks­po­na­ta­mi w Muzeum Psy­cho­pa­tycz­nych Oczu.

Tego, jak prze­bie­gał zwią­zek boha­ter­ki z Dok­to­rem Czu­bem, oczy­wi­ście nie zdra­dzi­my. Naj­le­piej prze­czy­taj­cie o tym sami.

*

Pogoń za miło­ścią jest tak­że tema­tem Fer­my miło­ści. Jak zako­chać się w „Love is Blind” – ese­ju Karo­li­ny Lewe­stam i Kata­rzy­ny Kazi­mie­row­skiej. Przy­czyn­kiem do jego napi­sa­nia stał się popu­lar­ny na całym świe­cie pro­gram Love is Blind, któ­re­go pol­ska wer­sja od pew­ne­go cza­su jest dostęp­na na Net­flik­sie. Poprzed­nicz­ką owe­go reali­ty show w Pol­sce była Rand­ka w ciem­no, pro­wa­dzo­na przez Jac­ka Kawal­ca i Toma­sza Kam­me­la. W tym pro­gra­mie jed­na oso­ba na pod­sta­wie pytań zada­wa­nych ludziom ukry­tym za kur­ty­ną wybie­ra­ła z poten­cjal­nych kan­dy­da­tów kogoś, z kim chcia­ła­by iść na rand­kę. Autor­ki tek­stu udo­wad­nia­ją, jak nie­win­na była to zaba­wa w porów­na­niu z pro­gra­mem, któ­ry teraz może­my oglą­dać. Nie jest to już zwy­kłe roman­tycz­ne rand­ko­wa­nie, ale pewien pro­ces, w któ­ry inwe­stu­je się duże pie­nią­dze i któ­ry ma pro­wa­dzić do eks­cy­tu­ją­cych dla widzów sytu­acji. Jak zapi­su­ją autor­ki:

[…] niech zako­cha­ni póź­niej, wraz z ope­ra­to­rem, wyja­dą na wspól­ne waka­cje, gdzie będą, ku ucie­sze widzów, wsty­dli­wie przy­zna­wać się, czy poszli ze sobą do łóż­ka i czy było faj­nie. Potem niech dosta­ną tele­fo­ny z powro­tem i pomiesz­ka­ją razem w spe­cjal­nie dla nich wyna­ję­tych apar­ta­men­tach, niech pokłó­cą się przy nas, niech się zdra­dzą, niech na oczach kamer odrzu­ci ich poten­cjal­na teścio­wa czy szwa­gier. Niech kupu­ją suk­nie ślub­ne i gar­ni­tu­ry, niech boją się coraz bar­dziej, bo prze­cież zbli­ża się ślub, a to nie jest pró­ba, pro­szę pań­stwa, to jest rzecz praw­dzi­wa; pra­wo będzie trak­to­wać gołąb­ki z „LiB” jak każ­dą inna roz­wo­dzą­cą się parę – w grę wcho­dzi podział mająt­ku, cza­sa­mi roz­dzie­le­nie ubez­pie­czeń zdro­wot­nych i cała masa innych trud­no­ści. Niech do ołta­rza dobrną naj­wy­tr­wal­si, a tam publicz­ność będzie w napię­ciu cze­kać, czy aby na pew­no powie­dzą sobie „tak”. W ten wła­śnie spo­sób hodu­je się praw­dzi­wą miłość.

Wła­śnie tego rodza­ju „hodo­wa­niem” miło­ści jest reali­ty show. Według Karo­li­ny Lewe­stam i Kata­rzy­ny Kazi­mie­row­skiej ten pro­gram wie­le mówi o współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie, i to w dodat­ku o rze­czach, o któ­rych nie zawsze chcie­li­by­śmy usły­szeć.

Okładka czasopisma „Pismo. Magazyn opinii” 2026, wydanie specjalne, nr 1.
„Pismo. Magazyn opinii” 2026, wydanie specjalne, nr 1.

„Herito”

Wyda­wa­ny przez Mię­dzy­na­ro­do­we Cen­trum Kul­tu­ry kwar­tal­nik „Heri­to” tym razem w cało­ści poświę­co­ny jest Mora­wom, wciąż sła­bo zna­ne­mu i nie­do­ce­nia­ne­mu regio­no­wi Czech, choć aż sie­dem znaj­du­ją­cych się tu miejsc wpi­sa­no na Listę świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNESCO. Powo­li jed­nak zaczy­na się to zmie­niać, do cze­go przy­czy­nią się na pew­no zawar­te w maga­zy­nie arty­ku­ły, skła­da­ją­ce się na swo­isty bede­ker, wska­zu­ją­cy naj­cie­kaw­sze zabyt­ki, któ­re war­to odwie­dzić.

Na począ­tek wybra­ły­śmy się razem z histo­rycz­ką sztu­ki Mag­da­le­ną Łanusz­ką do Znoj­ma. Wie­lu z nas zapew­ne cza­sem prze­jeż­dża przez tę miej­sco­wość, przy­wo­łu­jąc w pamię­ci dość wąt­pli­wej uro­dy nie­gdy­siej­sze bez­cło­we skle­py znaj­du­ją­ce się przy samej gra­ni­cy Czech z Austrią. A prze­cież, jak infor­mu­je autor­ka tek­stu Znoj­mo (nie tyl­ko) śre­dnio­wiecz­ne, leżą­ce na wzgó­rzu mia­stecz­ko ma boga­te i wie­lo­wy­mia­ro­we dzie­dzic­two:

Romań­ska Rotun­da Świę­tej Kata­rzy­ny jest jed­nym z naj­waż­niej­szych zabyt­ków mia­sta i uni­ka­tem w ska­li całej Euro­py Środ­ko­wej ze wzglę­du na zacho­wa­ne wewnątrz malo­wi­dła. Na ich temat pro­wa­dzo­no wie­le badań i aktu­al­nie naj­czę­ściej przyj­mu­je się, że powsta­ły one w latach trzy­dzie­stych XII wie­ku […]. Obra­zy te są wyjąt­ko­we tak­że ze wzglę­du na iko­no­gra­fię. […] [F]ragmenty absy­dy zawie­ra­ły mię­dzy inny­mi sce­nę Deesis: Chry­stu­sa na maje­sta­cie oto­czo­ne­go przez Mat­kę Boską i Jana Chrzci­cie­la, czy­li przed­sta­wie­nie osa­dzo­ne w tra­dy­cjach bizan­tyj­skich. […] Przede wszyst­kim jed­nak wśród malo­wi­deł ze zno­jem­skiej rotun­dy, poza sce­na­mi reli­gij­ny­mi, znaj­du­ją się przed­sta­wie­nia wład­ców, począw­szy od posta­ci przy orce, czy­li naj­praw­do­po­dob­niej legen­dar­ne­go Prze­my­sła­wa Ora­cza, pro­to­pla­sty dyna­stii Prze­my­śli­dów.

Mag­da­le­na Łanusz­ka zachę­ca tak­że do odwie­dze­nia tutej­szych budyn­ków sakral­nych, Kościo­ła pod wezwa­niem Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Marii Pan­ny oraz Świę­te­go Wacła­wa. Świą­ty­nia znaj­du­je się na tere­nie Klasz­to­ru Louka i pocho­dzi z począt­ków XIII wie­ku. Autor­ka zapi­su­je:

Dziś wewnątrz zoba­czy­my mię­dzy inny­mi zaska­ku­ją­ce reli­kwie: cały szkie­let w szkla­nej trum­nie, ubra­ny w boga­to zdo­bio­ne sza­ty, z sza­blą wbi­tą w oko­li­ce szyi, opi­sa­ny jako „Świę­ty Seve­rus”. Takie eks­po­no­wa­nie pozo­sta­ło­ści po świę­tych było popu­lar­ne w kra­jach rzą­dzo­nych przez Habs­bur­gów od cza­sów kontr­re­for­ma­cji. W ten spo­sób upo­wszech­nio­no kult reli­kwii rze­ko­mych wcze­sno­chrze­ści­jań­skich męczen­ni­ków, za któ­re uzna­wa­no licz­ne szkie­le­ty odkry­wa­ne w eks­plo­ro­wa­nych szcze­gól­nie od schył­ku XVI wie­ku rzym­skich kata­kum­bach. Szcząt­ki te spro­wa­dza­no do Euro­py Środ­ko­wej, zma­ga­ją­cej się z defi­cy­tem świę­tych cier­pięt­ni­ków.

Wspo­mnia­na histo­rycz­ka sztu­ki pole­ca rów­nież wizy­tę w Koście­le Świę­te­go Miko­ła­ja, gdzie znaj­du­je się podob­ny szkie­let, opi­sa­ny jako „Świę­ty Boni­fa­cy”.

*

Mora­wy sły­ną nie tyl­ko z nie­oczy­wi­stych zabyt­ków, lecz tak­że z doko­nań tam­tej­szych arty­stów, któ­re intry­gu­ją znaw­ców sztu­ki. Dosko­na­łym przy­kła­dem jest choć­by twór­czość Miro­sla­va Tichý’ego, któ­rą opi­sał Piotr Gie­row­ski w tek­ście Prze­ciw wszyst­kim. Miro­slav Tichý. Tytu­ło­wa postać była nader oso­bli­wa – Tichý to malarz, a przede wszyst­kim foto­gra­fik i out­si­der, któ­ry komu­ni­stycz­ną wła­dzę kwe­stio­no­wał zarów­no w swo­ich pra­cach, jak i przez swój styl życia. Miesz­kał w małym mia­stecz­ku Kyjov, gdzie uzna­wa­no go za zanie­dba­ne­go włó­czę­gę i dzi­wa­ka. Jego wygląd nie paso­wał do socja­li­stycz­nej wizji spo­łe­czeń­stwa, dla­te­go raz po raz arty­stę zamy­ka­no w zakła­dach psy­chia­trycz­nych. Dzia­ło się tak szcze­gól­nie przed świę­ta­mi pań­stwo­wy­mi, któ­re mógł zepsuć swo­im nie­chluj­nym wyglą­dem i nie­po­praw­nym zacho­wa­niem.

W rezul­ta­cie two­rzo­na przez Tichý’ego sztu­ka nie była uzna­wa­na przez wła­dze. Doty­czy­ło to zarów­no jego malar­stwa, jak i foto­gra­fii, któ­rą zaj­mo­wał się w latach 60., wyko­nu­jąc zdję­cia skon­stru­owa­nym przez sie­bie apa­ra­tem. Gie­row­ski tak o tym pisze: „Oczy­wi­ście, że to dzia­ła­ło – komen­to­wał Tichý. – Kie­dy coś robię, musi być pre­cy­zyj­ne. Jed­nak dzia­ła­ło to nie­pre­cy­zyj­nie – i wła­śnie w tym tkwi­ła ta sztu­ka”. Brak pre­cy­zji to w zasa­dzie eufe­mizm. Zdję­cia są popla­mio­ne, peł­ne rys, zadra­pań i skaz, nie­do­świe­tlo­ne lub prze­świe­tlo­ne, z czar­ny­mi pla­ma­mi na obrze­żach, nie­ostre (nie­ostrość nada­je jego foto­gra­fii cha­rak­te­ry­stycz­ną mięk­kość, deli­kat­ność i liryzm). Poja­wia­ją się na nich zacie­ki i odci­ski pal­ców, uję­cia zda­ją się nie­dba­łe, dobra­ne w zasa­dzie bez selek­cji – wystar­czy­ło, by było widać na nich cokol­wiek „podob­ne­go do świa­ta”, jak twier­dził sam twór­ca. Taka była pod­sta­wo­wa kwa­li­fi­ka­cja do wyko­na­nia odbit­ki, któ­ra powsta­wa­ła zwy­kle w jed­nym jedy­nym egzem­pla­rzu.

Miro­slav Tichý naj­czę­ściej foto­gra­fo­wał kobie­ty. Nie zawsze robił to za ich wie­dzą i zgo­dą. Dla­te­go na jego zdję­ciach czę­sto widzi­my roz­ma­za­ne sko­sy dru­cia­nej siat­ki, przez któ­rą wyko­ny­wał zdję­cia dziew­czy­nom przy­cho­dzą­cym na miej­ski basen. Ale są wśród nich tak­że obra­zy kobiet z życz­li­wo­ścią patrzą­cych na foto­gra­fa, a nawet uśmie­cha­ją­cych się do nie­go. Gie­row­ski pod­su­mo­wu­je:

Tichý wymy­ka się wszyst­kim, prze­ciw­ko wszyst­kie­mu się bun­tu­je. Mię­dzy­na­ro­do­wą sła­wę zdo­był jako foto­graf spod zna­ku „brut”, do dziś bywa tak zresz­tą postrze­ga­ny – jego pra­ce wcho­dzą mię­dzy inny­mi w skład dużej foto­gra­ficz­nej kolek­cji Bru­na Decharme’a. „Art brut”, czy­li sztu­ka suro­wa, to według auto­ra ter­mi­nu Jeana Dubuf­fe­ta twór­czość osób nie­ska­żo­nych kul­tu­rą arty­stycz­ną, wol­na od naśla­dow­nic­twa, tra­dy­cji i kon­wen­cji arty­stycz­nych, samo­rod­na, inwen­cyj­na, sta­no­wią­ca cał­ko­wi­cie czy­ste i suro­we dzia­ła­nia twór­cze. Tichý był jed­nym z pierw­szych foto­gra­fów, któ­rzy zosta­li uzna­nia za przed­sta­wi­cie­li tej sfe­ry.

Okładka czasopisma „Herito” 2026, nr 59.
„Herito” 2026, nr 59.

„Znak”

Zapar­ko­wa­łem przed bra­mą, ale nie wysia­dłem. Patrzy­łem i słu­cha­łem. Po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia wście­kle uja­dał pies. Słoń­ce już zaszło i podwó­rze tonę­ło w paź­dzier­ni­ko­wej sza­ro­ści, pod­szy­tej brą­za­mi i fio­le­ta­mi jak nie­chęt­nie goją­cy się siniak. Z pra­wej stro­ny napie­ra­ła ciem­na bry­ła domu, przede mną wzno­sił się zwa­li­sty kon­tur sto­do­ły. Pies był duży i czar­ny, podej­rze­wa­łem, że to wil­czur albo dober­man – niski, chra­pli­wy szczek, nasy­co­ny mor­der­czą groź­bą.
Mój sta­ry dom rodzin­ny. Stał jako ostat­ni na koń­cu wąskiej dro­gi, za nim już tyl­ko pola. Za pola­mi sta­wy opar­te gro­bla­mi o ścia­nę lasu. A za lasem już inny świat.

Powyż­szy tekst to począ­tek opo­wia­da­nia Sto­do­ła Krzysz­to­fa A. Zaja­sa. Może­my je prze­czy­tać w czerw­co­wym nume­rze „Zna­ku”. Boha­ter utwo­ru pew­ne­go dnia wra­ca w rodzin­ne stro­ny, kie­ro­wa­ny irra­cjo­nal­ną potrze­bą zoba­cze­nia sto­do­ły. Przy­śnił mu się kole­ga Andrzej, więc pod wpły­wem tego snu męż­czy­zna posta­no­wił wsiąść do samo­cho­du w ponu­ry wrze­śnio­wy dzień i ruszyć przed sie­bie.

Krzysz­tof Zajas jest pro­fe­so­rem lite­ra­tu­ro­znaw­stwa na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim, pisa­rzem, auto­rem popu­lar­nych powie­ści kry­mi­nal­nych, mię­dzy inny­mi try­lo­gii gro­biań­skiej oraz pomor­skiej, opo­wia­da­ją­cej o kra­kow­skim komi­sa­rzu Andrze­ju Krzyc­kim. Nic więc dziw­ne­go, że potra­fi świet­nie budo­wać napię­cie, wzbu­dzać w czy­tel­ni­ku nie­po­kój niczym Ste­phen King w swo­im naj­lep­szym okre­sie. Nie bez powo­du w tek­ście pada imię Cujo – w książ­ce Kin­ga nosi je olbrzy­mi, spo­koj­ny ber­nar­dyn, któ­ry wsku­tek zara­że­nia wście­kli­zną zmie­nił się w mor­der­cę. Zajas, nawią­zu­ją­cy tak­że do fil­mu Gabi­net Gro­zy dok­to­ra Zgro­zy, zapi­su­je:

Cien­ki głos zachę­cił tyl­ko psy do jesz­cze gwał­tow­niej­sze­go ata­ku na furt­kę. Łapa­ły zęba­mi prę­ty i szar­pa­ły jak sza­lo­ne. Jeśli uda im się sfor­so­wać ogro­dze­nie, zablo­ku­ją samo­chód na całą noc i będę tu sie­dział jak ofia­ra Cujo, dopó­ki nie umrę z gło­du i stra­chu, pomy­śla­łem, osu­wa­jąc się głę­biej w fotel. Wyłą­czy­łem odtwa­rzacz i patrzy­łem na wyszcze­rzo­ne pyski, słu­cha­jąc baso­we­go char­ko­tu i zasta­na­wia­jąc się, czy fili­gra­no­wa osiem­dzie­się­cio­let­nia kobie­ta zdo­ła spa­cy­fi­ko­wać bestie i zapro­si mnie do domu na her­ba­tę. Nie tyl­ko do domu. Potrze­bo­wa­łem, żeby pozwo­li­ła mi wejść do sto­do­ły.

Sko­ja­rze­nia lite­rac­kie, a tak­że doty­czą­ce innych gatun­ków sztu­ki, to jed­na z nie­wąt­pli­wych zalet twór­czo­ści Krzysz­to­fa Zaja­sa, zapew­nia­ją­ca odbior­com jego ksią­żek dodat­ko­wą przy­jem­ność lek­tu­ro­wą. W przy­pad­ku opo­wia­da­nia Sto­do­ła naj­waż­niej­sze jest jed­nak zakoń­cze­nie – to, co dzie­je się po spo­tka­niu boha­te­ra z przy­ja­ciół­mi z mło­do­ści. Oczy­wi­ście nie zdra­dzi­my szcze­gó­łów, ale daje­my sło­wo, że finał robi wra­że­nie.

Okładka czasopisma „Znak” 2026, nr 853.
„Znak” 2026, nr 853.

„Tygodnik Powszechny”

Pau­li­na Fran­kie­wicz, dyrek­tor­ka pro­gra­mo­wa Festi­wa­lu Con­ra­da, któ­re­go paź­dzier­ni­ko­wy pro­gram został wła­śnie ogło­szo­ny w naj­now­szym „Tygo­dni­ku…”, zapi­su­je:

„Już peł­no­let­ni, wciąż nie­po­słusz­ny” – z takim nasta­wie­niem zapo­wia­da­my 18. edy­cję Festi­wa­lu Con­ra­da. Gen nie­po­słu­szeń­stwa miał w sobie patron festi­wa­lu – Józef Kon­rad Korze­niow­ski. Nim wyru­szy­my na wzbu­rzo­ne wody, by eks­plo­ro­wać kolej­ne prze­ja­wy bun­tu, popłyń­my pod prąd: do źró­dła.

W tek­ście Con­rad zbun­to­wa­ny Fran­kie­wicz pre­zen­tu­je syl­wet­kę tego jed­ne­go z naj­lep­szych pisa­rzy świa­to­wych, któ­rzy w swo­jej twór­czo­ści przed­sta­wia­li życie na dale­kich morzach. Rów­no­cze­śnie – rzecz jasna w kon­tek­ście wspo­mnia­ne­go festi­wa­lu – autor­ka arty­ku­łu zasta­na­wia się nad róż­ny­mi aspek­ta­mi doj­rza­ło­ści tej impre­zy lite­rac­kiej. Fran­kie­wicz, któ­rej tekst peł­ni funk­cję wpro­wa­dze­nia do poświę­co­ne­go Festi­wa­lo­wi Con­ra­da dodat­ku do „Tygo­dni­ka Powszech­ne­go”, pisze:

Ze wska­za­niem momen­tu wej­ścia w peł­no­let­ność Festi­wa­lu Con­ra­da nie ma kło­po­tów. Choć obec­na rze­czy­wi­stość nie jest ani tro­chę spo­koj­niej­sza, nikt już nie bawi się cza­sem (za to sam czas zyskał sta­tus naj­cen­niej­szej z walut). Ratu­szo­wa latar­nia na kra­kow­skim Ryn­ku wyzna­cza nam kie­ru­nek lite­rac­kich poszu­ki­wań od 2009 roku, tej jesie­ni Con­rad osią­gnie więc doj­rza­łość. Jako wie­lo­let­nia uczest­nicz­ka tego wyda­rze­nia wiem, czym jest ono dla mnie, jed­nak przy­go­to­wu­jąc pro­gram tego­rocz­nej edy­cji, pyta­łam o toż­sa­mość Festi­wa­lu Con­ra­da oso­by, któ­re spo­ty­ka­łam na swo­jej dro­dze. Awan­gar­do­wy, main­stre­amo­wy, pun­ko­wy, wyma­ga­ją­cy, eli­tar­ny, nie­oczy­wi­sty, zawsze o krok przed – pada­ły kolej­ne odpo­wie­dzi. Żad­na z nich nie wyklu­cza pozo­sta­łych. Myślę sobie, że Festi­wal Con­ra­da jest jak morze: „otwar­te dla wszyst­kich i nie docho­wu­ją­ce wier­no­ści niko­mu, roz­ta­cza swój czar na zgu­bę naj­lep­szych” – jak pisze nasz patron w „Zwier­cia­dle morza” (tłum. Anie­la Zagór­ska). Odzie­ra­jąc tę fra­zę z gory­czy doświad­czo­ne­go mary­na­rza, któ­ry widział, jak wzbu­rzo­na woda igra ze wszyst­kim, dostrze­gam w niej nie­po­słusz­ną odwa­gę poszu­ki­wa­nia: idei, tek­stów, ludzi, któ­rzy z nami zosta­ną, przy­naj­mniej do następ­ne­go razu. Tyl­ko pozwa­la­jąc sobie na zagu­bie­nie, moż­na na powrót się odna­leźć.

We wspo­mnia­nym dodat­ku zna­la­zły się tak­że roz­mo­wa z poet­ką Rene Kara­basz i arty­kuł Fili­pa Fir­ka doty­czą­cy korzy­ści pły­ną­cych z przy­jaź­ni, a zawie­ra­ją­cy nawią­za­nia mię­dzy inny­mi do ese­ju Geof­froya de Laga­sne­rie­go. Z kolei Mag­da Mel­nyk oma­wia twór­czość Cri­sti­ny Rive­ry Garzy, a Maciej Kału­ża się­ga po ese­je Alber­ta Camu­sa. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że każ­dy z wymie­nio­nych tu arty­ku­łów zachę­ci czy­tel­ni­ków i czy­tel­nicz­ki do wzię­cia udzia­łu w zbli­ża­ją­cych się festi­wa­lo­wych wyda­rze­niach.

*

Na ekra­ny kin weszła wła­śnie Ojczy­zna – naj­now­szy film Paw­ła Paw­li­kow­skie­go. Wszy­scy, któ­rzy widzie­li opo­wieść o podró­ży Tho­ma­sa Man­na wraz z cór­ką Ery­ką przez powo­jen­ne Niem­cy, są pod wra­że­niem zdjęć Łuka­sza Żala. To wła­śnie temu zna­ko­mi­te­mu ope­ra­to­ro­wi poświę­co­ny jest arty­kuł Juliu­sza Pie­li­chow­skie­go Mistrz świa­tła, opi­su­ją­cy, jak mło­dy fil­mo­wiec z Pol­ski osią­gnął świa­to­wy suk­ces i stał się auto­rem zdjęć do dzieł Paw­ła Paw­li­kow­skie­go, ale tak­że do innych zna­ko­mi­tych świa­to­wych pro­duk­cji, takich jak Ham­net czy Stre­fa inte­re­sów. Na przy­kła­dzie tego ostat­nie­go fil­mu Pie­li­chow­ski tak opi­su­je styl Łuka­sza Żala:

W „Stre­fie inte­re­sów” zdję­cia są nie tyl­ko środ­kiem nar­ra­cji, lecz tak­że narzę­dziem reflek­sji nad natu­rą ludz­kiej obo­jęt­no­ści. Ope­ra­tor z reży­se­rem zre­zy­gno­wa­li z tra­dy­cyj­ne­go spo­so­bu fil­mo­wa­nia, w któ­rym kame­ra podą­ża za boha­te­ra­mi i pod­kre­śla ich emo­cje. Zamiast tego zasto­so­wa­no sys­tem wie­lu ukry­tych kamer roz­miesz­czo­nych w prze­strze­ni domu rodzi­ny Hös­sów. Pozwo­li­ło to akto­rom swo­bod­nie poru­szać się po pla­nie, a obraz uzy­skał cha­rak­ter nie­mal doku­men­tal­nej obser­wa­cji. Widz nie ma poczu­cia uczest­nic­twa w sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­wa­nej sce­nie, obser­wu­je życie boha­te­rów z dystan­su, niczym świa­dek codzien­nych wyda­rzeń. Domi­nu­ją natu­ral­ne lub sty­li­zo­wa­ne na natu­ral­ne źró­dła świa­tła, co wzmac­nia wra­że­nie auten­tycz­no­ści. Zdję­cia pozba­wio­ne są dra­ma­tycz­nych kon­tra­stów, cha­rak­te­ry­stycz­nych dla wie­lu fil­mów histo­rycz­nych.

To film, w któ­rym twór­cy zasto­so­wa­li spe­cy­ficz­ną kolo­ry­sty­kę. Ojczy­zna, a tak­że IdaZim­na woj­na to obra­zy czar­no-bia­łe. Cha­rak­te­ry­stycz­na este­ty­ka budu­je atmos­fe­rę podró­ży przez kra­jo­bra­zy ruin moral­nych i histo­rycz­nych. Pie­li­chow­ski pod­su­mo­wu­je:

Powo­jen­ne Niem­cy uka­za­ne są jako prze­strzeń peł­na śla­dów nie­daw­nej kata­stro­fy, a czar­no-bia­łe zdję­cia pod­kre­śla­ją poczu­cie nie­pew­no­ści oraz histo­rycz­ne­go zawie­sze­nia, nie będąc przy tym jedy­nie sty­li­za­cją histo­rycz­ną ani pró­bą odtwo­rze­nia wizu­al­ne­go cha­rak­te­ru epo­ki. Jak mia­ło to miej­sce w przy­pad­ku „Idy” i „Zim­nej woj­ny”, są raczej narzę­dziem inter­pre­ta­cji rze­czy­wi­sto­ści: Niem­cy przed­sta­wio­ne w fil­mie nie są reali­stycz­nym zapi­sem kon­kret­ne­go miej­sca, raczej kra­jo­bra­zem pamię­ci – tak­że samych boha­te­rów – prze­strze­nią ist­nie­ją­cą pomię­dzy wspo­mnie­niem a teraź­niej­szo­ścią.

Nie­wąt­pli­wie war­to prze­czy­tać ten tekst i oczy­wi­ście koniecz­nie wybrać się do kina.

Okładka czasopisma „Tygodnik Powszechny” 2026, nr 26.
„Tygodnik Powszechny” 2026, nr 26.

Czytaj także

25.06.2026 Laba

Trzy czerwcowe dni. Festiwal (letniego) przesilenia

Laba i lato: najlepsza para pod słońcem. Szykujemy się na letnie przygody z książkami – ruszajcie z nami! W cyklu wakacyjnych tekstów prezentujemy pocztówki literackie, reportaże z wydarzeń kulturalnych, rozmowy o letnich lekturach. Dzisiaj publikujemy reportaż Kingi Dawidowicz z Festiwalu Non-Fiction w Muzeum Miasta Gdyni.

19.06.2026 Prasówka

Prasówka (19 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

12.06.2026 Prasówka

Prasówka (12 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.

05.06.2026 Prasówka

Prasówka (5 czerwca 2026)

W redakcji „Dziennika Literackiego” wertujemy różnego rodzaju czasopisma w poszukiwaniu interesujących tekstów. Wyławiamy artykuły, które nas intrygują, poruszają, prowokują do rozmowy. Naszym czytelniczkom i czytelnikom również powinny przypaść do gustu. Dlatego w każdy piątek zapraszamy do lektury przeglądu prasy kulturalnej.